Nie sądzę by zmiany w kursach czy egzaminach były jakimś wielkim polem do poprawy sytuacji. Już mamy trudne egzaminy - zdawalność polskich egzaminów jest jedną z najniższych w Europie. Podniesienie wymagań będzie w praktyce systemowym blokowaniem dostępu do dróg, a jednak nie o to chodzi.
Źródłem wypadku który spowodował dyskusję jest mentalność w Polsce, czyli akceptowanie dużego ryzyka i zwykła głupota. Do tego słaby stan nawierzchni, złe warunki pogodowe i nieodpowiednie ocenienie tego. Sprawca wiedział, że jedzie niezgodnie z wytycznymi (przekracza prędkość) i doskonale wiedział że jeśli nie zdarzy się wypadek to nie spotka go za to żadna kara.
IMHO w obecnej sytuacji, aby zapobiec temu wypadkowi musiałbyś mieć na tym odcinki krakowskiej drogi odcinkowy pomiar prędkości. Nic innego w praktyce nie wymusiłoby tych 30 km/h. W grę oczywiście wchodzi też infrastruktura: wyremontowa jezdnia oraz barierki energochłonne między chodnikiem a drogą, ale to też średnio realne w każdym miejscu Krakowa.
Pomysły z obowiązkowym szkoleniem czy doszkalaniem na torach poślizgowych są super, ale imho są zbyt uciążliwe w perspektywie całego społeczeństwa. Nie potrafimy nawet wprowadzić obowiązkowych badań lekarskich dla kierowców, a ty byś chciał zmusić ludzi do regularnego doszkalania się.
Gdybyśmy rzeczywiście chcieli upowszechnić takie szkolenia, to wymagałoby bardzo dużego zaangażowania państwa w powstawanie takich torów. Na to zaś nie wiedzę politycznej woli.
Porównanie do broni palnej choc barwne, to nie uwzględnia jednego: transport samochód to nie hobby, to dla wielu narzędzie pracy albo jedyny realny środek transportu (w obszarach wykluczonych z transportu zbiorowego).