Hejto.plDodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

tentegoSpecjalista

Dołączył/a:

  • 2 wpisów
  • 101 komentarzy
  • 2 obserwujących

Osobistość

w Podróże

73piorunów

Ach, _Piedras Rojas_. Do tej pory łezka kręci mi się w oku na wspomnienie tego miejsca.

_Piedras_ - skały, _rojas_ (czyt. "rochas") - czerwone. Czerwone Skały, Piedras Rojas - proste, prawda? Ach, żeby wszystko było w życiu tak łatwe jak Piedras Rojas.

Na wyprawę do Piedras Rojas zdecydowaliśmy się wspólnie z ziomkami z Gwatemali i z Brazylii. To był oczywisty wybór - wycieczka do Piedras Rojas widniała na każdym potykaczu licznych biur piodróży z San Pedro de Atacama. Idziesz uliczką i widzisz Piedras Rojas, po chwili Piedras Rojas i znów Piedras Rojas. Nawet wracając do hostelu i zamieniając parę słów z parką nowoprzybyłych Brytyjczyków okazywało się, że oni też jadą jutro do Piedras Rojas.

- Jedziecie do Piedras Rojas? My też jedziemy do Piedras Rojas. A z którym biurem jedziecie do Piedras Rojas? A, no to my z innym biurem jedziemy do Piedras Rojas. No ale w każdym razie do Piedras Rojas, więc może się zobaczymy na miejscu w Piedras Rojas? No to przyjemności w Piedras Rojas!

To było jak przeznaczenie. To był nowy Rzym. Wszystkie drogi prowadzą do Piedras Rojas.

Wyruszyliśmy do Piedras Rojas wcześnie rano, bo do Piedras Rojas jedzie się długo. Ale warto, bo Piedras Rojas to słynne miejsce! Tak więc mimo niewyspania, o 6 rano ochoczo stawiliśmy się pod busem do Piedras Rojas.

- Piedras Rojas? - pyta z daleka przewodnik.

- Piedras Rojas - potwierdzamy i wsiadamy do busa oznaczonego czerwonym napisem Piedras Rojas. Czerwonym jak czerwone Piedras Rojas.

- Piedras Rojas?

- Piedras Rojas.

Słyszeliśmy te słowa jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem gdy ktoś nowy wsiadał do busa. Niczym hasło i odzew, niczym Ying i Yang, niczym Flip i Flap. Piedras Rojas - nierozłączna para.

- Witam na wycieczce do Piedras Rojas! - głos przewodnika popłynął z głośników busa, gdy już ruszyliśmy. - W drodze do Piedras Rojas zatrzymamy się na śniadaniu, potem zobaczymy przy okazji kilka wyschniętych słonych jezior. Żeby nie tracić czasu na długi obiad w jakimś barze, dostaniecie lunchboxy zgodnie z wcześniej podanymi preferencjami (kurczak lub vege), tak żebyście mieli jak najwięcej przeżyć z samego Piedras Rojas.

No i faktycznie słyszeliśmy wcześniej, że w samym Piedras Rojas łazi się ze 2 godziny, więc skoro dojazd w jedną stronę do Piedras Rojas zajmował prawie 4, to w istocie lepiej było oszczędzać czas, żeby z Piedras Rojas nie wracać po zmroku.

- Super ważne! Czy każdy na pewno ma 5000 pesos w gotówce, żeby zapłacić za wstęp do Piedras Rojas przy kasach samego Piedras Rojas?

Pokiwaliśmy głowami, bo już oczywiście uprzedzono nas wcześniej, że za wejście do Piedras Rojas musimy zapłacić dodatkowo.

Jedziemy więc do Piedras Rojas. 1,5 godziny jazdy. Pół godziny śniadania. Godzina jazdy. Pół godziny przy wyschniętym słonym jeziorze numer jeden. Pół godziny jazdy. Pół godziny przy wyschniętym słonym jeziorze numer dwa. Coraz więcej dnia umyka, a my wciąż kawałek przed Piedras Rojas. No ale patrzę na mapie - już za 5 minut zjazd do Piedras Rojas, więc zaraz będziemy w Piedras Rojas. Z tym, że mijamy zjazd do Piedras Rojas.

My: Panie przewodniku, minęliśmy zjazd do Piedras Rojas.

Przewodnik: A, pewnie najpierw jedziemy do trzeciego wyschniętego słonego jeziorka, a w drodze powrotnej do Piedras Rojas.

Dotychczas milczący przez cały dzień kierowca: Nie jedziemy do Piedras Rojas.

Cały bus i przewodnik chórem: CO?!

Dalszy przebieg rozmów wyglądał mniej więcej tak:

- Nie jedziemy do Piedras Rojas

- Jak to?!

- No nie jedziemy do Piedras Rojas.

- Przecież my wszyscy tu płaciliśmy za wycieczkę do Piedras Rojas!

- Nie jedziemy do Piedras Rojas.

- Przecież nawet przewodnik myślał, że jedziemy do Piedras Rojas!

- Nie jedziemy do Piedras Rojas.

- Kazano nam przecież wziąć pieniądze na bilet wstępu do Piedras Rojas!

- Nie jedziemy do Piedras Rojas.

- Ale dlaczego nie jedziemy do Piedras Rojas?

- Bo nigdy nie mieliśmy jechać do Piedras Rojas.

- No przecież Piedras Rojas to jest główny cel wycieczki do Piedras Rojas!

- Nie, celem wycieczki są wyschnięte słone jeziorka w REJONIE Piedras Rojas.

No ty kurwiu.

Przechodząc do sedna - biuro podróży wynajmuje osobno kierowcę i osobno przewodnika. Kierowca dostał jedne instrukcje. Przewodnik dostał inne instrukcje. My dostaliśmy takie same instrukcje jak przewodnik.

- No to skoro już wiadomo, że wszyscy tu chcieli jechać do Piedras Rojas, to może tam teraz zawrócimy i wszystko będzie cacy?

- Nie, teraz to już za późno, nie zdążymy przed zmrokiem.

- No to czemu spędzaliśmy tyle czasu przy tych pieprzonych wyschniętych słonych jeziorkach?

- Skoro o tym mowa, za 15 minut postój przy trzecim wyschniętym słonym jeziorku i lunch przy okazji. Zrobimy tam godzinkę przerwy.

- nie chcemy przerwy! Nie chcemy lunchu! My chcemy do Piedras Rojas!

- Nie jedziemy do Piedras Rojas.

Cały bus był solidnie wkurwiony. Biedny przewodnik nie wiedział co powiedzieć, bo nawet on nie był w stanie nic wskórać po telefonie do organizatora. Dojechaliśmy do trzeciego wyschniętego słonego jeziorka.

- Proszę, tu są wasze lunchboxy - z kurczakiem i vege, zgodnie z zamówieniem złożonym wczoraj.

Ludzie zniesmaczeni zaczęli brać boxy z żarciem. Zerkam na ostatni i rzucam pytanie w tłum.

- Halo, czy na pewno nikt się nie pomylił? Ja zamawiałem z kurczakiem, a zostały tylko vege.

Wszyscy spojrzeli po sobie i na swoje boxy. Każdy miał to co miał dostać. Poza mną.

- Też chciałam kurczaka, ale mogę zjeść vege, mi jest wszystko jedno - oferuje się jakaś dziewczyna.

Zaczynamy jeść swoje boxy, po czym zza busa wychodzi kolega Brazylijczyk.

- Skąd macie żarcie?

- A z kontenerka.

- Tego tu?

- Tak.

- Nic już tu nie ma.

Nokurwapowinnowyjśćinaczej.jpg

Te asy z biura podróży nie dość, że nie zawiozły nas tam, gdzie miały, nie dość że popieprzyli typy zamówień na lunch, to jeszcze wzięli o jeden za mało. Wkurwienie sięgnęło zenitu. Koniec końców podzieliliśmy się jakoś tym żarciem, no ale do c⁎⁎ja pana, tak nie powinno być.

Pieprzone Piedras Rojas. Przekląłem w głowie chwilę, w której zdecydowałem się na kupno wycieczki do Piedras Rochas. Bo już pal sześć pieniądze, ale straciłem cenny dzień, w trakcie którego mogłem zwiedzać coś innego niż to całe Pierdas Ruchas.

Postanowiliśmy, by po powrocie zażądać zwrotu kasy od organizatora. Choć właściwie był jeden spory plus na tamten moment - jeszcze za nią nie zapłaciliśmy, tylko byliśmy umówieni na płatność po powrocie.

Jadąc ku San Pedro de Atacama widzieliśmy w oddali busy pod właściwymi Piedras Rojas. Wkurwieni dyskutowaliśmy, że trzeba było zabrać się z tą samą agencją, z której korzystała ta wspomniana wcześniej para Brytyjczyków z naszego hostelu.

- Eh, może nam przynajmniej pokażą zdjęcia jak to było w Piedras Rojas.

Po powrocie, z marszu poszliśmy do organizatora. Opisaliśmy wszystko. Że wczoraj sprzedawano nam wycieczkę do Piedras Rojas i nawet mówiono, żeby wziąć gotówkę na bilety wstępu. Że przewodnik też był przekonany, że tam jedziemy. Że zabrakło żarcia dla wszystkich. No i najważniejsze - że nie zamierzamy płacić. Babka nas wysłuchała, przeprosiła za to, że tak wyszło i spytała:

- No ale chyba nie było tak, że żadna z widzianych rzeczy Wam się nie podobała i nie było to warte tych pieniędzy?

- Wyschnięte słone jeziorka widzieliśmy już wcześniej. Gdybyśmy wiedzieli, że tu do oglądania będą wyłącznie te jeziorka, nie zdecydowalibyśmy się.

- To może rabat na kolejną wycieczkę z nami w inne miejsce?

No nie wybrałbym się z nimi nawet na drugą stronę ulicy, bo nawet to by spierdolili. Umówiliśmy się więc, że następnego dnia odezwie się do nas szefowa biura, żeby "omówić sprawę i znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie".

Wróciliśmy do hostelu po zmroku. Widząc brytyjską parkę, pytamy ich:

- No i jak było w Piedras Rojas?

- Nie byliśmy w żadnym Piedras Rojas. Wychujali nas.

XDDDDDD

Mieli tę samą historię do opowiedzenia. Niby inna agencja, ale zagranie identyczne. Choć u nich przynajmniej nikomu nie zabrakło żarcia.

Dwa dni później na WhatsAppie odbieram wiadomość.

- Cześć, jestem właścicielką agencji podróży i chciałam porozmawiać na temat rozliczenia tej wycieczki do Piedras Rojas.

- Dziwne - pomyślałem - przecież ja nigdy nie byłem w Piedras Rojas.

Więcej się nie odezwała.

Pokaż więcej komentarzy (14)

Sum

w Bieganie

301piorunów

Hej!

Grzmoty otrzymane w ostatnim wpisie: 148. Nie wstawiam poprzednich, bo bilans biegania już był ujemny, więc wszystko było wybiegane.

Ostatnie biegi:

* 5,41
* 5,01
* 10,55
* 10,07

Więc każdy grzmot z ostatniego wpisu też został wybiegany.

Jako, że bez problemu mam wybiegane wszystkie grzmoty, które dostałem i nie spodziewam się większej ich ilości tutaj, to zmieniam zasady. Za każdy grzmot do tego wpisu przebiegnę 1km (!!). Nie obiecuję w jakim czasie to zrobię, ale dopóki nie będzie każdy wybiegany to zamilknę na tym tagu. Może będę potrzebował roku, ale zrobię to!.

Więc grzmoćcie i zmotywujcie mnie na solidne bieganie!

#grzmockalimera #bieganie

Pokaż więcej komentarzy (32)

Koneser

w Motoryzacja

29piorunów

Mariusz zabił po pijanemu rowerzystę i najbliższe lata spędzi w więzieniu. Nie doszłoby do tego, gdyby nie dostał zakazu prowadzenia pojazdów.

Mariusz jest moim kolegą z dzieciństwa, chłopak z wioski, z której już prawie wszyscy wyjechali, ale on nie. Jako jeden z nielicznych postanowił zostać w zapomnianej wsi, 20 km od najbliższego miasta i zamieszkać z matką. Założył rodzinę, ma dzieci, jego żona to prosta dziewczyna, jak on po zawodówce, pracuje w pobliskim gospodarstwie szklarniowym. On pracował w mieście, gdzie dojeżdżał samochodem, bo połączeń autobusowych już prawie nie ma. Mariusz to jak chłopak z piosenki – dobry był i mało pił, ale pewnego wieczoru zabalował z kolegami z wioski, którzy go odwiedzili. Następnego dnia pojechał do sklepu po drobne zakupy – 3 km w jedną stronę. W pobliżu sklepu stała policja i sprawdzała trzeźwość, Mariusz wydmuchał 0,15 mg, co w przeliczeniu daje jakieś 0,3 promila we krwi. Policja zatrzymała mu prawo jazdy, a sprawa trafiła do sądu. Moim rodzicom mówił, że nie spodziewał się takiego wyniku, czuł się doskonale i przecież jechał do sklepu zupełnie normalnie i prawidłowo. Ostatecznie dostał pół roku zakazu prowadzenia pojazdów i 2,5 tys. zł grzywny. Wszystko to, za wykroczenie, które na zachodzie w ogóle nie jest karane. W państwach takich jak Austria, Belgia, Francja, Hiszpania, Niemcy, Włochy mógłby jechać dalej, bo tam limit to 0,5 promila, a w UK mógłby jeszcze walnąć browara, bo tam jest dopuszczalne 0,8. W Polsce natomiast stracił prawo jazdy na pół roku. Z tego co wiem od rodziców, to początkowo nie jeździł, ale jego żona nie miała prawa jazdy, dzieci trzeba było dowieźć do szkoły 5km, w złą pogodę jechać do sklepu, więc po pewnym czasie zaczął sobie pozwalać na ostrożne wycieczki po okolicy, ale tylko w koniecznych sprawach. Prawdopodobnie ktoś na niego doniósł i został ponownie zatrzymany, był oczywiście trzeźwy, ale za złamanie zakazu, dostał zakaz dłuższy – chyba 3 lata. Po tym już wszystko się zawaliło, zaczął pić, jeździć też do miasta, generalnie nastąpiła dość silna deprawacja, do tego stopnia, że jeździł też po wypiciu. Tamtego dnia jechał do sklepu po więcej alkoholu i po zmierzchu potrącił nieoświetlonego rowerzystę, który zmarł na miejscu. Teraz Mariusz spędzi najbliższe lata za kratami – jego żona złożyła pozew o rozwód i wyprowadziła się z jego domu.

Dlaczego o tym piszę? Bo jestem absolutnie pewien, że mój kolega z dzieciństwa nigdy więcej nie wsiadłby za kierownicę po alkoholu, gdyby nie dostał tego pierwszego zakazu. To prosty, może niezbyt mądry, ale dobry i pomocny facet. Decyzja sądu złamała mu życie i kto nie żył na dalekiej wsi niech się nie wymądrza – teraz bez samochodu nie da się tam żyć. Tymczasem sąd innego wyroku dać nie mógł, bo takie są niedawno uchwalone przepisy. Dla mnie osobiście sam zakaz jest bezsensowną karą – takich przypadków jak jego jest cała masa i jakoś ten zakaz nie działa. Uważam, że powinien za pierwszym razem dostać karę, ale nie taką. Nie wiem, czy limit 0,2 jest w Polsce odpowiedni, być może tak, ale kierowcy na kacu nie powinni mieć zatrzymywanego prawa jazdy – zwłaszcza gdy stężenie alkoholu im spada a nie rośnie. Tymczasem jeden człowiek nie żyje, drugi siedzi w więzieniu, a dzieci i żona Mariusza, tak jak on, mają złamane życie.

Pokaż więcej komentarzy (35)

Osobistość

w Podróże

44piorunów

Jak dostać się w gardło diabła? Rowerem oczywiście!

_Garganta del diablo_, bo to o takim diabelskim gardziołku mowa, to malutki kanion położony nieopodal San Pedro de Atacama - dowiedziałem się o jego istnieniu już sam nie pamiętam od kogo. W każdym razie jego względna bliskość powodowała, że była to dobra destynacja do odwiedzenia po taniości - wystarczyło wypożyczyć rower.

Znalezienie wypożyczalni nie nastręczyło wiele problemów - było ich kilka, a ceny zbliżone. W pakiecie z rowerem dostałem zestaw naprawczy, zapięcie oraz kask. Kask chciałem zostawić, bo nigdy nie lubiłem jeździć w nakryciu łba (zwłaszcza w taki upał), ale gość z wypożyczalni dał do zrozumienia, że mogą mnie nie wpuścić na teren parku, w którym mieści się ten kanion. Spakowałem więc kask do plecaka i ruszyłem w stronę wylotu z miasta. Po kilkudziesięciu metrach zawróciłem do wypożyczalni.

- _Eso arriba, abajo, arriba, abajo - todo tiempo -_ okaleczony przeze mnie hiszpański miał już grupę inwalidzką, ale nie przeszkodziło to zrozumieć właścicielowi wypożyczalni o co mi chodzi. Najwyraźniej słowa "to góra, dół, góra, dół, cały czas" wystarczały do zrozumienia, że w narzekam na samoczynnie przeskakujące przerzutki.

Po podmianie roweru na inny ruszyłem w drogę.

Na wjeździe do parku musiałem złożyć stosowną opłatę i pokazać, że mam ze sobą kask. Nie zmusili mnie do jego ubrania, więc w sumie dalej spoczywał w plecaku.

Nie wiem, czy jest dużo do opisania jeśli chodzi o sam kanion. Trochę meandrowania i już. Fajnie się jechało, ale bez szału. Już bardziej podobał mi się punkt widokowy położony nieco dalej, na który można było wejść podchodząc pieszo jakieś 20-30 minut (ścieżka stanowczo zbyt stroma, wąska i kamienista, by podjechać rowerem).

Na szczycie spotkałem ultra wyluzowanego Chilijczyka, który okazał się być przewodnikiem dla trójki niewiast strzelających sobie foty nieopodal. Pogadaliśmy sobie chwilę po angielsku i poczęstował mnie liśćmi koki, jako że wcześniej nie miałem okazji ich spróbować. Gdy już żułem to zielsko, wyciągnął jeszcze jakieś małe zawiniątko i powiedział:

- Ja to jeszcze używam aktywatora, żeby moc liści była jeszcze silniejsza. Wystarczy lekko sobie zeskrobać.

Wyglądało to jak niewielka bryłka węgla, pozornie czarna, choć granatowa w miejscach, w których zęby Chilijczyka zdarły zewnętrzną powłokę.

- Chcesz spróbować? - wyciągnął rękę w zapraszającym geście.

Ta, na pewno będę brał od jakiejś obcej osoby kawałek chujwieczego i skrobał to zębami jak jakiś gryzoń, wkładając w usta to, co on już nuplał wielokrotnie.

- Jasne - odpowiedziałem.

Wyskrobałem odrobinę "aktywatora" w nienapoczętym wcześniej kawałku bryłki i kontynuowałem żucie.

Gdy się ocknąłem, było już prawie ciemno i nie wiem czy bardziej doskwierał mi chłód spowodowany brakiem spodni, ból d⁎⁎y, czy ziemniak wsadzony w otwór po wyciętej niedbale nerce. Nie no, żartuję - żadnych negatywnych konsekwencji nie było 😉 Właściwie to innych też, poza goryczą w ustach i tym, że gdy już wszystko wyżułem do cna, to plułem na niebiesko.

Po zejściu w dół teoretycznie powinienem był wracać tą samą trasą do wyjścia, jako że alternatywna ścieżka miała pozostać zamknięta. No ale mapa kusiła - druga droga nie miała być jakoś super długa - najwyżej zawrócę. Co może pójść nie tak.

Puściłem się w pęd zamkniętą drogą. Była za⁎⁎⁎⁎sta - wąskie fragmenty ścieżki, więcej stromizn, ciasnych zakrętów i eksponowanych fragmentów. Pewnie super by się tam jeździło na enduro lub po prostu bardziej wyczynowym rowerem, bo ja musiałem jednak kilka razy zejść z roweru, żeby się nie połamać. Czyli ogólnie ścieżka bardzo spoko i najprawdopodobniej oznaczali ją jako zamkniętą, żeby nikt nierozważny się tam nie uszkodził. Nierozważny, albo pobudzony liśćmi koki z aktywatorem - no dobrze może to żucie dodało mi energii i animuszu (bo w sumie działanie miało być zbliżone do obalenia solidnego energetyka).

Na końcu ścieżki podejchałem jeszcze zobaczyć remontowany akurat kościółek stojący pośrodku absolutnie niczego i ruszyłem ku wyjściu z parku.

Tego dnia wieczorem udaliśmy się jeszcze z ziomkami z hostelu na podziwianie nocnego nieba, ale to być może historia na osobny wpis. Choć zastanawiam się, bo wypadałoby niby dołączyć zdjęcie stamtąd, ale jak na nie patrzę, to wygląda trochę jak "atencjo przybywaj", więc przemyślę temat.

#polacorojo #podroze #chile #atacama

Pokaż więcej komentarzy (7)

Osobistość

w Podróże

125piorunów

W San Pedro de Atacama, miałem spędzić jakieś 5-6 dni. Tak na dobrą sprawę nie wiedziałem co dokładnie miałbym tam zwiedzać - w to miejsce przyciągnęły mnie głównie historie o niewiarygodnie czystym i rozgwieżdżonym niebie oraz bajecznych zachodach słońca. Gdy stawiałem pierwsze kroki na dworcu autobusowym nie minął jeszcze ranek, więc do głównych atrakcji było jeszcze trochę czasu.

Po zostawieniu plecaka w hostelu poszedłem zobaczyć to niewielkie miasteczko. Bardzo tradycyjne zabudowania, charakterystyczne tynki, gdzieniegdzie o barwie piaskowej, idealnie wpisującej się w otoczenie, a w bardziej reprezentacyjnych fragmentach - śnieżnobiałe, dzięki czemu mieniące się wręcz w ostrym słońcu na tle pustynnego krajobrazu. Przechadzając się wąskimi uliczkami czułem się trochę jak w westernie traktującym o powolnym życiu mieszkańców puebla.

Aplikacja maps.me sugerowała odwiedzenie cmentarza jako ciekawego miejsca. Lubię się przejść na miejsca pochówku w różnych krajach, żeby poczuć trochę tego lokalnego mistycyzmu i zobaczyć jak bardzo groby i pomniki w danym miejscu różnią się od tych polskich. Niby to był zwykły cmentarz, ale jednak niezwykły. Co kłuło w oczy, to prostota. Bo oczywiście, co bogatsi mieszkańcy miasta mieli swoje grobowce z bielonymi ścianami, ale jednak wiele było grobów, o których obecności informowała jedynie niedbale usypana górka pustynnego piachu i krzywo wbity, lichy krzyż.

Po wizycie na cmentarzu zgłodniałem (a jakże!), więc skoro zaliczałem już miejsca odwiedzane raczej tylko przez mieszkańców, tego samego oczekiwałem od wczesnego obiadu. Znów niezawodna mapa (możliwe, że tym razem inna) podpowiedziała, gdzie głównie stołują się miejscowi (nieopodal cmentarza zresztą). Był to ciąg pawilonów składających się z mikro knajpek ze starymi plastikowymi stolikami wystawionymi na zewnątrz. Zdecydowanie nie było to miejsce, w które lokalsi szli, żeby dobrze zjeść - raczej takie, gdzie po prostu jedli codziennie - tanio i szybko. Jedzenie było mocno przeciętne, ale nie miałem oczekiwań wykraczających ponad to.

Przypomniała mi się historia jeszcze - siedząc i czekając na obiad widziałem znów trochę bezpańskich, albo po prostu wioskowych psów (jak opisywałem dwa wpisy temu, jest ich sporo w Chile i całej Ameryce Południowej). Jeden z nich nieśmiało podszedł do mojego stolika, więc na powitanie dałem mu dłoń do obwąchania. Usiadł grzecznie i popatrzył rozmarzonym wzrokiem. Gdy go pogłaskałem i zacząłem drapać za uchem, aż westchnął i bez ceregieli wpakował mi swój wielki łeb na kolana, żebym tylko kontynuował to spa dla psa. Wyglądał, jakby nikt go nie głaskał od lat. Po chwili niestety przyszła pani kucharka/właścicielka knajpy i przegoniła mojego towarzysza, prawdopodobnie myśląc, że mi się narzuca i nie życzę sobie jego obecności.

W ogóle jeszcze szerzej o wątku psów - jest ich w Chile naprawdę wiele, ale na szczęście te które dotychczas spotkałem nie przejawiały agresji i były bardzo uległe w stosunku do człowieka. Wydają się nie interesować niczym, nawet się nie narzucają jakoś. Czasem może zatrzymają się i popatrzą błagalnym wzrokiem w nadziei na jakieś papu rzucone w ich kierunku, ale głównie leżą i śpią.

I tak sobie chodzilem główną uliczką San Pedro de Atacama, mijając liczne psy odpoczywające cieniu bram i nie zwracające na nic, ani na nikogo uwagi, aż robiąc którąś już rundę (odwiedziałem różne agencje oferujące wycieczki po okolicy celem porównania cen) nieopodal mojej nogi znalazł się pies. Najwyraźniej nie do końca tutejszy, bo nagle z jednej bramy rozległo się ciche warknięcie, na które, jak jeden mąż, w górę powędrowało kilka kudłatych łbów, dotychczas ciężko leżących na ziemi. Wędrowny kundel nerwowo się rozejrzał i ze spuszczonym ogonem chciał przemknąć dalej, ale z każdym jego krokiem coraz więcej miejscowych psów zrywało się na nogi i warczało w jego kierunku, jakby chciały mu powiedzieć: _you are in the wrong neighborhood motherfucker._

"Obcy" zaczął wpadać w lekką panikę i szukając schronienia... zbliżył się do mnie na metr, licząc że schowa się za moimi nogami. K⁎⁎wa, co to, to nie, kolego - myślę sobie, więc zmieniam trajektorię marszu, ale pies ewidentnie upatrzył sobie mnie jako obrońcę, bo szedł przy mnie jak przywiązany. W tym momencie to ja już zacząłem wpadać w lekką panikę, bo w naszym kierunku (lub jak to wtedy myślałem - w moim kierunku i tego przebrzydłego psa, który się przyjebał nieproszony) zaczęły już podbiegać psy z wyraźnymi sygnałami agresji. Czułem, że jestem w nie mniejszych tarapatach niż ten nieszczęsny pies. No dobrze, te miejscowe psy wcale się mną niby nie interesowały, ale nawet jeśli by mi się nie oberwało rykoszetem, to wizja zagryzania biednego kundla metr ode mnie jakoś mnie nie cieszyła.

Wzbierające na sile warczenie i pierwsze szczeknięcia uciął nagle jak nożem krótki gwizd i seria żołnierskich słów. To jeden z właścicieli sklepików postanowił zrobić porządek z 20 psami i swoją zdecydowaną postawą, mimo raczej mikrej postury, wysłał całe czworonogie towarzystwo z powrotem do pozycji sennych. To było jak rzucenie zaklęcia - nagle gotowa do walki sfora psów, poszła jak gdyby nigdy nic dalej odpoczywać w cieniu. "Obcy" kundel przemknął po cichu dalej, nie niepokojony już nawet nieprzychylnym spojrzeniem.

Tego dnia miałem jeszcze do czynienia z drugim magicznym momentem - zachodem słońca. Zdjęcia nie oddają tak dobrze tych niewyobrażalnych kolorów, jakie gościły na niebie. Właściwie najładniej robilo się jakieś 20 minut po zachodzie - wówczas na firmamencie rozgaszczał się hiperintensywny pomarańcz, który z biegiem minut przeradzał się w mieszanę różu i fioletu. Nie mogłem wyjść z podziwu dla tego spektaklu.

Obiecałem sobie, że w kolejnych dniach spróbuję znaleźć jakiś punkt widokowy, żeby móc całkowicie skoncentrować się na tej eksplozji intensywnych barw. Zazwyczaj w takich momentach myślę sobie - byleby tylko pogoda dopisała, bo jak będzie padać, to gówno zobaczę, a nie zachód słońca. Tym razem jednak nie czułem tego niepokoju. Wszak byłem w jednym z najsuchszych miejsc na naszej planecie, gdzie deszcz pada średnio raz na kilka lat.

#polacorojo #podroze #chile #atacama #mojezdjecie

Pokaż więcej komentarzy (17)

Osobistość

w Podróże

44piorunów

Ten wpis będzie bardzo krótki jak na moje standardy.

Poprzednio pisałem o moich ostatnich dniach w Puerto Natales w chilijskiej Patagonii i podjęciu decyzji o przedostaniu się na pustynię Atacama. To jakieś 4000 km na północ, więc konieczne były dwa loty (najpierw do stolicy i stamtąd dalej do Calamy). Z Calamy do miasteczka San Pedro de Atacama kursował poranny autobus, więc miałem jeszcze do ogarnięcia nocleg w Calamie. Wszystko pobookowałem jeszcze na spokojnie w Puerto Natales.

Siedząc w samolocie lecącym do Santiago de Chile kalendarz google przyatakował mnie powiadomieniem, że zaraz powinienem wsiadać do autobusu w kierunku San Pedro de Atacama.

- No elo, gdzie Rzym, gdzie Krym - pomyślałem - To przecież dopiero jutro.

Sprawdziłem jednak wygenerowany bilet, a tam faktycznie data o jeden dzień wcześniejsza niż zakładałem. Za⁎⁎⁎⁎ście, czyli bilet do kosza :man-facepalming:Niby kosztował nie aż tak dużo (kilkadziesiąt PLN), ale jednak.

Druga część lotu w stronę Calamy wyrwała mnie z rozpamiętywania własnej niefrasobliwości. Widoki za oknem były nieziemskie. Latałem już niejednokrotnie nad pasmami górskimi, ale ta surowość andyjskich szczytów, pozbawionych jakichkolwiek oznak życia była zdumiewająca.

Gdy wylądowałem, akurat zachodziło słońce, ale zanim wyszedłem z terminala, kolory nieba nie były już tak magiczne jak wcześniej, gdy kątem oka obserwowałem firmament, przechodząc rękawem z samolotu do budynku lotniska. Miałem jednak szczęście podziwiać ten spektakl barw jeszcze kilkukrotnie, już w samym San Pedro de Atacama.

Wiedziałem, że w Calamie nie funkcjonuje Uber, więc pozostało mi skorzystanie z taksówek. Tłum kierowców rzucił się na przyjezdnych oferując swoje usługi. Usłyszawszy od jednego z nich stawkę, która była zgodna z moim wcześniejszym rozeznaniem, ruszyłem za gościem do jego samochodu. No właśnie, samochodu, a nie taksówki.

- Zaraz zaraz, nie jesteś oficjalnym taksówkarzem - mówię do niego.

- No nie - odpawiada lekko zmartwiony, widząc moje skrzywienie na twarzy.

Powinienem był pewnie zrezygnować z kursu, bo jednak zawsze ostrzega się przed wsiadaniem do czegokolwiek innego niż oficjalne taksówki. Byłem jednak zmęczony i czułem, że coś mnie rozkłada zdrowotnie. Moja czujność była uśpiona.

- OK, ale nie płacę więcej niż uzgodniliśmy!

- Jasne!

Jadąc w stronę hostelu bacznie spoglądałem na pozycję na mapie, żeby wiedzieć, kiedy wyskakiwać z samochodu na wypadek niechybnego porwania i próby morderstwa poprzedzonego gwałtem (albo na odwrót). O dziwo, pojechaliśmy najkrótszą możliwą trasą i zapłaciłem dokładnie tyle, ile powinienem. To już drugi raz w Chile, gdy moje uzasadnione obawy, co do przejazdu taksówką, nie znalazły pokrycia w rzeczywistości.

Nie czułem się zdrowy. Jako, że zawsze podczas wyjazdów mam ze sobą termometr, zmierzyłem temperaturę. Prawie 38 stopni - niedobrze. Czyżbym jednak złapał jakąś zarazę w Puerto Natales? Naprawdę nie chciałem być chory, bo nie dość, że plany mojego dalszego zwiedzania mogły spalić na panewce, to jeszcze obawiałem się, czy dolecę na te nieszczęsne Karaiby za niecałe dwa tygodnie. Gruby hajs już zapłacony, tymczasem było ryzyko, że utknę na kwarantannie lub izolacji w Chile. Wkrótce po zameldowaniu się w hostelu wziąłem uderzeniową dawkę witamin i środków przeciwgorączkowych.

Hostel był dość obskurny. Niby miałem prywatny pokój, ale zastanawiałem się, czy na pewno chcę włazić w pościel bez ubrania. Latarką telefonu sprawdziłem, czy na pewno nic nie biega po kątach pokoju lub nie pełza po pościeli. Niby było ok. Zza cieniutkich ścian dobiegały odgłosy innych gości i pogrążonego w ciemnościach miasta. Jedyne okno, na stałe zasłonięte przesiąkniętą papierosowym dymem kotarą, prowadziło na wewnętrzny, wąski korytarz hostelu, prowadzący do podobnych klaustrofobicznych pokoików. Nie pozostawało nic innego, tylko wziąć szybki prysznic i iść spać, żeby rankiem jak najszybciej opuścić to miejsce.

Świt w Calamie nie dodał temu miastu uroku. Na ulicach było pusto, choć gdzieniegdzie dało się dostrzec pojedynczych mieszkańców zmęczonych życiem lub kacem. Nie czułem się zbyt pewnie - ze dwa razy zdarzyło mi się przejść na drugą stronę ulicy żeby uniknąć minięcia się z lokalsami na zaśmieconym chodniku. Jedyny pozytyw, ale za to jaki - gorączka ustąpiła, a ja czułem się całkiem dobrze.

Niedaleko dworca autobusowego był market, więc wszedłem kupić sobie coś do jedzenia. W hostelu nie jadłem śniadania, więc teraz chciałem się poratować choćby krakersami i wodą. Wejścia strzegło dwóch rosłych ochroniarzy, wystrojonych jak islamscy najemnicy. Chodząc między sklepowymi półkami widziałem kolejnych, a może tych samych - ciężko stwierdzić. W każdym razie jako klient nie czułem się darzony zaufaniem. Z drugiej strony być może regularna klientela dawała ku takiemu zachowaniu podstawy - nie wiem. Wiedziałem jedno - chciałem jak najszybciej opuścić to smutne i nieprzyjazne miasto.

Na dworcu autobusowym pozostało mi jeszcze kupno nowego biletu, bo przecież ten, na który miałem rezerwację, odjechał wczoraj o tej samej porze - z jakiejś przyczyny pomyliłem daty przy kupnie. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że to mój telefon z niezrozumiałych powodów potrafił podmienić dzień w polach dat na stronach internetowych. Może to przez różnicę w strefach czasowych i fakcie, że w Polsce był już wtedy inny dzień? Nie miało to jednak za bardzo sensu, bo z pewnością kupowałem też bilety, gdy zarówno w Chile jak i w Polsce był ten sam dzień. Zagadka do tej pory pozostaje niewyjaśniona.

Podszedłem do dworcowego okienka, i cebulowym rzutem na taśmę pokazałem moją rezerwację z wczoraj, pytając jak gdyby niby nigdy nic, z którego peronu odjedzie mój autobus. Pani w okienku raczej nie znała angielskiego, ale... wydrukowała mi bilet z dzisiejszą datą i powiedziała, że autobus odjeżdża za 40 minut. Czyli jednak nie straciłem pieniędzy!

Pokrzepiony tym faktem czekałem na autobus z tłumionym uśmiechem na ustach. Czułem, że nie mogę w pełni się wyluzować ze względu na spojrzenia innych osób oczekujących na ten sam autobus albo na okazję, żeby mi podpierdolić bagaż - naprawdę ciężko było wyczytać to z ich twarzy 😆

W końcu podjechał autokar - spodziewałem się rozklekotanego truchła z poplamionymi siedzeniami jak w starych PKSach, tymczasem był to naprawdę nowoczesny bus z mega szerokimi i wygodnymi fotelami, których mieściło się jedynie trzy w jednym rzędzie. Zapowiadała się naprawdę przyjemna i komfortowa podróż!

Godzinę z hakiem później dojechałem do San Pedro de Atacama, ale o wrażeniach z miasteczka opowiem już w kolejnych wpisach.

#polacorojo #podroze #chile

Pokaż więcej komentarzy (7)

Osobistość

w Podróże

52piorunów

Hej Tomki, hej Tosie.

Wracam po dłuższej przerwie we wpisach z cyklu #polacorojo, bo tak jak fizycznie zmęczył mnie ten cały trekking po _Torres del Paine_ i musiałem później kilka dni odpocząć, tak i od pisania chciałem przez chwilę uciec, żeby nabrać sił i ochoty na więcej.

Jak ostatnio wspomniałem, z trekkingu wróciłem kuśtykając i liczyłem na to, że to mimo wszystko tylko naciągnięcie czegoś w stopie lub stan zapalny, a nie coś znacznie gorszego. Nawet idąc do sklepu w _Puerto Natales_ dzień po powrocie musiałem podpierać się kijkami trekkingowymi, żeby nie pogarszać sprawy. Wzbudzałem zapewne uśmiechy politowania u licznych turystów i miejscowych, no bo kto to widział łazić z kijkami po płaskim terenie w mieście i to jeszcze używając ich w dość dziwaczny sposób (nie naprzemiennie, lecz stawiając oba jednocześnie na ziemi). Najważniejsze jednak, że kolejnego dnia było już wyraźnie lepiej.

Wciąż nie miałem planów co robić ze sobą dalej po tym całym trekkingu, więc stwierdziłem, że wykorzystując czas potrzebny na powrót do sprawności jednocześnie podejmę decyzję co do dalszej destynacji. Ale w sumie jedną z pierwszych rzeczy po powrocie do cywilizacji było opierdolenie jakiegoś dobrego żarełka. Miałem już dość tych Decathlonowych obiadków.

W sumie to nie jestem foodie, więc mega przypadło mi do gustu danie ultra proste, charakterystyczne dla Chile - kanapka _Barros Luco_. Jest to nie mniej, nie więcej jak kawał smażonej wołowiny pokrytej żółtym topionym serem w dużej bułce. Nazwa kanapki pochodzi od imienia i nazwiska chilijskiego prezydenta piastującego stanowisko na początku XX wieku, który w pewnej restauracji rządowej zawsze kazał przyrządzać sobie taką właśnie prostą przekąskę. Stała się ona po jakimś czasie na tyle popularna, że łatwo ją obecnie dostać prawie wszędzie, choć teraz częściej kupowane są raczej jej ulepszenia - z dodatkowym pomidorem i awokado na przykład (w komentarzu fotka). Może przynudzam, ale dla mnie historia tej przepysznej kanapki była mimo wszystko dość ciekawa, bo to tak, jakby u nas w większości knajp dało się zamówić np. Ignacego Mościckiego.

Tych kilka dni w _Puerto Natales_ spędziłem w tym samym hostelu, w którym pierwotnie miałem nocować tuż przed samym trekkingiem (ale wypłoszyła mnie stamtąd chora na Covida laska, z którą miałem spać w tym samym pokoju - pisałem o tym w jednym z pierwszych wpisów). Z jednej strony nie chciałem ryzykować spania w wieloosobowych pokojach w szczycie pandemii, z drugiej trochę cebula i szkoda mi było szukać prywatnego pokoju za 2 lub 3 razy wyższą stawkę. No i właściciel tego hostelu zrobił na mnie ultra pozytywne wrażenie, gorąco mnie wówczas przepraszając za ten przypadek Covida, który zmusił mnie do poszukiwań innego noclegu w ostatniej chwili. Powiem krótko - hostel wspaniały, właściciele (Argentyńczyk i Chilijka) przecudowni i ultra dbający o gości. Np. jak pytałem, czy znają jakąś wypożyczalnię rowerów w pobliżu, to dostawałem ich prywatny rower za free. Gdy na jedną z nocy mieli już zarezerwowane wszystkie miejsca, a ja zapomniałem przedłużyć pobytu, to dali mi łóżko w pomieszczeniu, w którym mieszkała laska z obsługi hostelu, żebym nie musiał bez sensu zmieniać miejscówki na jedną noc itd. Poza tym zawsze wcześnie rano czekał stół z jedzeniem umożliwiającym przygotowanie prostego śniadania (chleb tostowy z tosterem oczywiście, kilka typów marmolady, jakiś serek do smarowania, płatki, herbata, kawa itd.) codziennie dokładnie sprzątano pokoje, woda pod prysznicami była gorąca i leciała pod dobrym ciśnieniem, a na patio można było posiedzieć i pogłaskać kitku (pic rel). Tak więc gdyby ktoś kiedyś szukał super miejsca w Puerto Natales, gorąco polecam hostel _El Patagonico_.

Tak więc tych kilka dni spędziłem na odpoczynku, jedzeniu wołowiny w bułce, łażeniu po sennym miasteczku, rowerowych przejażdżkach, wybrałem się też na krótki trekking w okolicy (znów pic rel). No i w końcu doczekałem się Amerykanina oraz chilijskich towarzyszy poznanych na szlaku w _Torres del Paine_ (jak wspomniałem w poprzednich wpisach, kończyłem pętlę wcześniej niż oni).

Z Amerykaninem widziałem się przez pół dnia - poćwiczyliśmy trochę na panelu wspinaczkowym w jego hostelu, wprowadziłem go w świat kanapek _Barros Luco_, aż w końcu następnego dnia napisał, że spontanicznie wsiadł w autobus i wrócił do parku _Torres del Paine_, w celu _campin' n' climbin_'. Fajny był wariat z tego Dana (tak miał na imię).

Z Chilijczykami najpierw spotkałem się w jakiejś knajpie na żarciu, gdzie w absurdalny sposób zostaliśmy zmuszeni do siedzenia przy osobnych stolikach, choć już obsługa w d⁎⁎ie miała to, że siedząc przy tych osobnych stolikach nasze krzesła są bliżej siebie, niż gdybyśmy siedzieli przy jednym (Covidowe regulacje wjechały za ostro). Później poszliśmy jeszcze do wynajętej przez nich chatki na samych obrzeżach _Puerto Natales_. No i, jakżeby inaczej, popiliśmy i pograliśmy w różne gry karciane (w tym jedną, którą wspominam szczególnie miło, o jakże wdzięcznej nazwie _Care Caca_, czyli w wolnym tłumaczeniu - Gówniana Twarz).

Gdy wyszedłem od nich solidnie wstawiony była już właściwie czarna noc. Nie miałem czołówki, ale po kilkuset metrach świecenia sobie telefonem miałem dotrzeć do oświetlonej części miasteczka. Wtedy usłyszałem basowe ujadanie kilku psów.

Przypomniałem sobie, że idąc z Chilijczykami na ich chatę faktycznie mijałem trzy wielkie psy, które wówczas spokojnie leżały pod drzwiami domku znajdującego się tuż obok. Czy były to psy właściciela tej posesji, czy po prostu bezpańskie - nie wiedziałem tego dokładnie.

Nie wspominałem o tym wcześniej, ale w Chile i w praktycznie całej Ameryce Południowej jest pełno bezpańskich psów. Szwendają się po ulicach lub leżą po prostu w cieniu czy w słońcu, nierzadko głodne i chore, żywiąc się tym co znajdą w śmietnikach lub tym co im ktoś przyjazny zwierzętom rzuci pod nogi. Nikt ich nie wyłapuje i nie sterylizuje (chyba w Kolumbii było pod tym względem inaczej), więc problem nie zmniejsza się. Liczne psy, które do tej pory spotkałem były niezwykle spokojne i miały bardzo uległą wobec ludzi postawę. No ale tym razem zdecydowanie słyszałem agresywne ujadanie psów broniących swojego terenu, a ja miałem czelność przechodzić przez ten niego nieproszony, po ciemnicy i chwiejnym krokiem. Każdy z tych psów, jak zapamiętałem wcześniej, mógł mieć połowę mojej masy, albo i więcej. Byłem w tarapatach.

Mimo tego nie obsrałem zbroi. Nie wiem jak, ale zachowałem niewyobrażalny spokój. Czy to wyjątkowo dobry nastrój, czy upojenie alkoholowe, czy wielka ufność w to, że skoro dotychczas spotkane psy były bardzo przyjazne, to te też nic mi nie zrobią - coś z tego, a może wszystko na raz, sprawiło, że po prostu się zatrzymałem oraz spokojnym i miłym głosem zaznaczałem swoją obecność, wyciągając powoli dłoń przed siebie na wysokości pasa.

Po chwili z ciemności wyłonił się pierwszy pies - czarne bydlę, na widok którego rozszerzyły mi się gwałtownie źrenice. Podbiegł, obwąchał moją rękę i... spokojnie odszedł na bok. Dokładnie tak samo zachował się drugi, a potem trzeci pies - zobaczyły, że to tylko niegroźny pijaczyna i wróciły na swoje pozycje spoczynkowe. A ja, jak gdyby nigdy nic, poszedłem dalej w stronę hostelu.

Dziś gdy o tym myślę, to chyba jednak miałem wielkie szczęście. Na pewno większe niż @nieinteresujsie, który opisywał na hejto, jak to albańskie psy pasterskie pogryzły po go nogach na szlaku. Niby te psy w Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Patagonii były znacznie mniej terytorialne i bały się ludzi, ale późniejsza wizyta w Peru nauczyła mnie, że jednak tamtejsze psy potrafią wykazywać agresję wobec ludzi, zwłaszcza na zadupiu. Ale to już inna historia, na którą kiedyś może przyjdzie czas.

Minęło kilka dni od trekkingu po _Torres del Paine_. Moja stopa już odpoczęła, więc byłem gotów na ruszenie gdzieś dalej. Mój plan zakładał przedostanie się do Argentyny pobliskim przejściem granicznym i udanie się najpierw pod lodowiec Perito Moreno, a później do _El Chalten_ - małego miasteczka, z którego ruszają szlaki pod słynne szczyty _Fitz Roy_ oraz _Cerro Torre_. Niestety pojawiły się pewne problemy. Pierwszy - to pobliskie przejście graniczne było zamknięte. I kolejne też. I kolejne.

Długość lądowej granicy między Argentyną i Chile to aż 6700 km. Ze względu na pandemię, na całej tej długości otwarte pozostawały 3 (słownie: trzy) przejścia graniczne - jedno daleko na północy, drugie bliżej stolicy, mniej więcej pośrodku, a trzecie na dalekim południu. Nie było niby źle, bo w sumie byłem na dalekim południu. Wystarczyło dostać się kilkaset kilometrów jeszcze bardziej na południe i stamtąd wsiąść w busa przejeżdżającego do _Rio Gallegos_ już po stronie argentyńskiej.

Był jednak kolejny problem - ten bus nie kursował od paru miesięcy ze względu na pandemię. Trzeba więc było wziąć innego busa (lub kilka), żeby dojechać do miasteczka znajdującego się najbliżej tego przejścia granicznego, stamtąd zamówić taksówkę wiozącą przez jakąś godzinę do granicy, przejść przez jeden i drugi punkt kontrolny, zamówić drugą taksówkę, i już po kolejnych dwóch godzinach jazdy jesteśmy w _Rio Gallegos_, skąd dzień później da się dojechać do _El Calafate_, nieopodal lodowca. Na same taksówki trzeba było wydać gdzieś koło tysiaka, ale gdyby rozłożyć to na 4 podróżnych, to nie byłoby źle, a chętnych na dostanie się pod lodowiec lub _Fitz Roy'a_ nie brakowało.

Z tym, że samo przejście przez granicę to był dodatkowy problem - ustawiały się tam tłumy ludzi i cała procedura zajmowała co najmniej kilka godzin. Wszystkich wjeżdżających do Argentyny testowano na Covida i gdyby komukolwiek wypadł pozytyw - wszyscy współtowarzysze podróży lub ogólnie ludzie w pobliżu mieli trafiać na kwarantannę. Mimo tego, codziennie na granicy były wielkie kolejki. Chętnych było tak wiele, że nie wszystkich dawano radę obsłużyć przed zamknięciem jednego lub drugiego punktu granicznego. A no właśnie, były one otwarte zaledwie przez kilka godzin, i, teraz słuchajcie tego, punkty po obu stronach granicy były zamykane w różnych godzinach XD. No i teraz historie, które się tam działy należały do tych z gatunku pozytywnie zakręconych (choć ich bohaterowie z pewnością mają mniej miłe wspomnienia) - otóż zdarzało się, że ktoś kto już z sukcesem opuścił Chile tuż przed zamknięciem chilijskiego punktu granicznego trafiał do punktu argentyńskiego, gdzie po długich procedurach wykrywano u niego Covida (Chilijczycy nie testowali wyjeżdżających, bo i po co), więc nie dostawał zezwolenia na wjazd do Argentyny. No ale jak tu wrócić, skoro punkt chilijski oficjalnie zamknął się 20 minut temu XDDDD Dodatkowo Chilijczycy też przecież nie mają ochoty wpuszczać chorych XDDD

No i takiemu delikwentowi pogranicznicy radzili wrócić do punktu chilijskiego, pukać w drzwi tak długo aż otworzą (jeśli ktoś tam jeszcze siedzi), nie przyznawać się do pozytywnego testu lecz powiedzieć, że posiadane dokumenty wjazdowe nie zostały zaakceptowane w drugim punkcie i modlić się, żeby uwierzyli XDDDDDD Gdy się to koniec końców udawało, pozostawało już tylko zadzwonić po taksówkę, do miasteczka znajdującego się godzinkę drogi dalej i wrócić na nocleg. Cyk, prościzna 😆

To wszystko skutecznie zniechęciło mnie do próbowania drogi lądowej. Pozostawała jeszcze alternatywa powietrzna. Jakie jest najkrótsze połączenie lotnicze z _Puerto Natales_ do oddalonego o 270 km. _El Calafate_? Zgadliście, najpierw lot 2500 km. na północ do _Santiago de Chile_, potem 1500 km. do _Buenos Aires_, a potem już tylko 2500 kilometrowy rzut beretem do _El Calafate_. W dwóch tysiakach PLN i 24 godzinach podróży dało się zmieścić.

Z rozważań czy droga powietrzna ma sens otrząsnął mnie kolejny problem - po argertyńskiej stronie Coronavirus szalał jak pojebion i z relacji innych turystów, których znajomi tam przebywali, w hostelach i knajpach połowa ludzi kasłało i kichało, w związku z czym nawet już nie nadążali robić testów. Ale jak się źle trafiło, to mogli zrobić test wpakować do ultra drogich hosteli pełniących rolę izolatek. Słyszałem historie, że izolacja w takich hostelach mogła kosztować nawet po kilkaset dolarów na dzień. Ile w tym było prawdy, nie wiem ostatecznie, ale jakoś nie chciałem ryzykować. Zwłaszcza, że za ponad 2 tygodnie miałem już wsiadać do samolotu lecącego na Karaiby, gdzie planowałem spotkać się z moją kobitą na przesadnie drogim leniuchowaniu pod palmami - głupio byłoby się zarazić i nie zostać wpuszczonym na pokład samolotu.

No dobra, to skoro nie Argentyna, to może... _Atacama_. Też zaczyna się i kończy na "A", też cztery sylaby, prawie nie widać różnicy 🤷

Jak powiedział, tak zrobił, ale o tym będą następne wpisy.

#polacorojo #podroze #patagonia #chile #gory

Pokaż więcej komentarzy (10)

Twórca

w Hydepark

311piorunów

Odprowadzałem dziś mamę na dworzec PKP po wizycie u lekarza. Z racji tego, że mama pierwszy raz od dawna podróżowała InterCity to poprosiła mnie żebym pomógł jej znaleźć miejsce . Szybka akcja - wsiadam, wskazuję miejsce i wysiadam.

Oczywiście w środku okazało się, że ktoś zajął miejsce mojej mamy i sąsiednie. Dodatkowo ludzie ci nie mówili po polsku, a moja mama jak to starsza osoba zaraz się zestresowała całą sytuacją. Za chwilę przyszła również dziewczyna, która prawidłowo miała siedzieć obok mojej mamy.

Tak mnie ta sytuacja zaapsorbowała, że w momencie jak już się wyjaśniło i chciałem wysiąść - pociąg ruszył. Jeszcze najlepsze, że moja żona została na peronie, a kluczyki do auta u mnie w kieszeni.

Na szczęście panowie konduktorzy wykazali zrozumienie dla całej sytuacji i obyło się bez mandatu, a zapłaciłem jedynie za bilet do najbliższej stacji kilkadziesiąt km dalej. Taka niespodziewana wycieczka w tłusty czwartek.

I tak sobie wracam teraz kibelkiem do domu, wspominając studenckie czasy.

#takasytuacja #pkpintercity #pociagi

Pokaż więcej komentarzy (37)

Fanatyk

w Hejto

677piorunów

Cześć!

Ostatnio mniej od nas wieści , ponieważ zajmujemy się aspekatami technicznymi oraz rozwojowowymi Hejto. Zakładaliśmy szybsze terminy świeżych dostaw aktualizacji, jednak wolimy teraz bardziej dopracowywać nasze i Wasze pomysły. Oprócz rzeczy backendowych to na tapecie teraz jest Deweloper Hejto, Aplikacja oraz personalizacja głównej. :face_with_cowboy_hat:

Szykujemy dla Was dużą niespodziankę, nad którą również zaczeliśmy pracować. Więcej informacji wkrótce. :exploding_head:

Trzymajcie się!

Hejto

Pokaż więcej komentarzy (103)

Specjalista

w Hydepark

254piorunów

Wbijam rano na wykop a tam całe gorące zajebane kosmitami, Mirasy przekrzykują się z której galaktyki przeleciały kosmity i kłócą się które smarowidło do d⁎⁎y będzie bardziej odpowiednie kiedy ich już porwą w celach kopulacji.

A na Hejto może ze dwa posty w tematyce ostatnich zestrzeleń obiektów nad USA. Coraz bardziej zaczyna mi się tu podobać i będę częściej wpadał, wykop tak bardzo zszedł na psy że posty tam wstawiane serio przypominają burzliwe dyskusje dzieci z podstawówki.

Pokaż więcej komentarzy (42)

Sum

w Bieganie

148piorunów

Witam szanownych hejterów!

W ramach akcji #grzmockalimera spłacam kolejne grzmoty, które otrzymałem w ramach biegowego wsparcia. Kilka biegów wpadło, motywujecie mnie bardzo mocno!

Garść statystyk na początek:

Otrzymanych grzmotów (z podziałem na wpisy): 532 (+2) + 87 + 70 + 52 = 743

Wybiegane grzmoty: 287 + 91 + 114 + 75 + 52 + 160 = 779 (492 nowe)

Pozostało do wybiegania: -36

Bilans od ostatniego wpisu na tagu: -438

Wychodzi na to, że wybiegałem wszystkie grzmoty według zasady 1 grzmot = 100 metrów. Jeśli macie ochotę bawić się dalej, czekam na grzmoty! Niesamowicie mnie to motywuje i biega się jakoś lżej.

A na koniec garstka statystyk z biegów. Ogólnie nauczyłem się w ostatnim czasie, że warto biegać wolniej, szczególnie dłuższe wybiegania. Wcześniej katowałem się niemiłosiernie, tak jak przejrzę wcześniejsze statystyki. Teraz dłuższe wybiegania biegam w okolicach 6m/km. Po sobotnim 16 kilometrach czułem, że mógłbym jeszcze swobodnie pociągnąć kilka kilometrów, tylko zabrakło mi już czasu, bo byłem umówiony na konkretną godzinę.

Serdeczne dzięki!!! I sami grzmotami oceńcie, czy ciągniemy ten tag dalej, czy kończymy zabawę!

#grzmockalimera #bieganie

Pokaż więcej komentarzy (18)

Fenomen

w Wiadomości Polska

9piorunów

Ustawa antyplastikowa trafiła do Sejmu. Nawet pół miliona zł kary za jej złamanie

Do Sejmu trafiła ustawa, która zabrania wprowadzania do obrotu między innymi patyczków higienicznych, sztućców, talerzy i słomek wykonanych z tworzyw sztucznych. Kto to zrobi, może wkrótce zapłacić nawet pół miliona złotych kary. Urzędy będę mogły też ukarać za brak informacji na produkcie, że jest z tworzywa sztucznego albo za brak alternatywnych do tworzyw sztucznych opakowań. - Kary wydają się drakońskie - komentuje w rozmowie z Interią ekonomista Rafał Mundry.

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-ustawa-antyplastikowa-trafila-do-sejmu-nawet-pol-miliona-zl-,nId,6587403#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Pokaż więcej komentarzy (7)

Fenomen

w Wiadomości Polska

3piorunów

Już od klasy VII szkoły podstawowej, a potem także w szkołach ponadpodstawowych: liceach ogólnokształcących i technikach, język łaciński będzie mógł być nauczany jako drugi język obcy.

W poniedziałek (6 lutego 2023 r.) minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek podpisał projekt zmieniający rozporządzenie w sprawie języka łacińskiego. Dzięki niemu, łacina w szkołach otrzymała status taki, jaki mają języki obce nowożytne, czyli drugiego języka obcego do wyboru. Uczniowie nie będą już musieli wybierać tylko spośród języków obcych nowożytnych. To powrót do rozwiązania, które już funkcjonowało w systemie edukacji. Dotychczasowy przedmiot "Język łaciński i kultura antyczna" pozostaje bez zmian.

  

https://gazetawroclawska.pl/lacina-wraca-do-szkol-beda-jej-uczyc-juz-w-podstawowkach-minister-czarnek-to-dla-nas-szansa/ar/c5-17276367

Pokaż więcej komentarzy (15)

Osobistość

w Podróże

109piorunów

Mój ostatni dzień w parku narodowym _Torres del Paine_ zapowiadał się pod względem pogody podobnie jak pierwszy - było zimno, solidnie wiało, a z nisko wiszących chmur padał niewielki deszcz. Mój pomysł przejścia kolejnych 18 kilometrów szlaku zamiast czekania w ciepłej knajpce na prom został poddany próbie. Ale tak jak pierwszego dnia martwiłem się, że nie będę miał jak wysuszyć ciuchów gdybym zmókł, tak teraz nie miałem specjalnie wymówek - wieczorem miałem być już w hostelu i pierwszy raz od ponad tygodnia spać w ciepłym łóżku. Oczywiście dochodziły też kwestie ogólnego zmęczenia po zrobieniu tych 112 km. trekkingu, bólu stopy i ryzyka spóźnienia się na autobus, gdyby wiatr uniemożliwiał utrzymanie odpowiedniego tempa, ale miałem to gdzieś - chciałem się przejść.

Po śniadaniu spakowałem namiot - szczęśliwie od jakiegoś czasu już nie padało, więc zewnętrzna warstwa zdążyła trochę przeschnąć. Sprawdziłem godzinę - wkrótce miała wybić 8 rano, więc nie powinienem zwlekać z wyruszeniem. Co prawda zawsze szedłem szybciej niż czas podany na papierowej mapce, ale nie chciałem ryzykować. Mogły mnie różne rzeczy zaskoczyć w ciągu następnych 5 godzin.

Wiało. Może nie aż tak jak pierwszego dnia, gdy czasem nie dało się zrobić kroku, ale miejscami wiało solidnie. Właściwie cieszyłem się, że doświadczyłem tego słynnego patagońskiego wiatru. Bez tego ten trekking uważałbym za niekompletny.

Nie wiem czy mogę wiele napisać na temat tego ostatniego odcinka trekkingu. Nie był on może tak widowiskowy jak pozostałe, ale wciąż bardzo mi się podobał wizualnie. Długie kilometry marszu z widokiem na góry i morza traw - nie potrafiłem się nie zakochać w tych widokach. A nade wszystko cisza i spokój. Jak okiem sięgnąć, nie widziałem żywej duszy. Pasowało mi to.

Niespiesznie szedłem przed siebie, wyjątkowo idąc tempem zbliżonym do tego co podawała ulotka parkowa. Nie chciałem zbyt forsować tempa ze względu na moją prawą stopę - w połowie pętli wokół _Torres del Paine_ zacząłem odczuwać w niej ból - na początku niewielki, ale przybierający na sile z każdym kilometrem. W ostatnich dwóch dniach już zauważalnie kuśtykalem. Było to jakieś naciągnięcie ścięgna lub mięśnia albo inny stan zapalny - ciężko stwierdzić.

Gdzieś w okolicach 10 kilometra marszu przystanąłem, by w jakiś sposób zmniejszyć napięcie w bolącej stopie. Ruchy palcami i uniesienie pięty miały dać ukojenie. Wtedy poczułem przeszywający ból. Syknąłem głośno i gdyby nie asysta kijków trekkingowych runąłbym na ziemię. Zrzuciłem plecak, doskoczyłem na jednej nodze do pobliskiego konaru i usiadłem. Bolało jak cholera i mimo upływu kilkudziesięciu sekund nie chciało przejść.

Oblałem się zimnym potem, częściowo z bólu, częściowo z powodu uświadomienia sobie sytuacji, w której się znalazłem. Byłem jakieś 9 kilometrów od najbliższej cywilizacji, pośrodku szlaku, którym nikt raczej nie przejdzie przez następne kilkadziesiąt godzin albo i dłużej. No dobra, zabrzmiało zbyt dramatycznie - to jednak tylko 9 km. i choćbym faktycznie nie był w stanie postawić stopy na ziemi, jakoś dokuśtykam w jedną lub drugą stronę, nawet jeśli miałbym tymczasowo porzucić bagaż.

No ale ja chciałem zdążyć na ten nieszczęsny autobus, ostatni tego dnia. A żeby to zrobić, musiałbym pozostałe 9 km. pokonać w takim samym tempie jak pierwszą część trasy. Tylko jak to zrobić, skoro stopa odmówiła posłuszeństwa?

Postanowiłem dać sobie 10 minut odpoczynku. Po tym czasie stanąłem na nogi. Wciąż bolało. Już nie tak mocno, ale zdecydowanie bardziej niż przed moim genialnym pomysłem na zredukowanie napięcia mięśni i ścięgien. Zrobiłem kilka kroków i pokręciłem z niezadowoleniem głową - czułem, że za chwilę znów może przeszyć mnie ból, którego nie opanuję. Znów usiadłem.

Po kolejnych 5 minutach postanowiłem mimo wszystko iść przed siebie. Trudno - j⁎⁎⁎ie to j⁎⁎⁎ie. Ponownie założyłem plecak i używając kijków trekkingowych na wzór kul ortopedycznych posuwałem się do przodu.

Ból towarzyszył mi na każdym kroku, ale dało się iść, z tym, że tempo tego marszu było niebezpiecznie niskie. Po 20 minutach kuśtykania obliczyłem, że nie mam prawie żadnego marginesu - muszę utrzymać to samo tempo aż do końca, praktycznie bez zatrzymywania się, inaczej nie zdążę na ten nieszczęsny autobus. To była walka z czasem, którą mogłem minimalnie przegrać, o ile wcześniej ból nie zadałby nokautującego ciosu.

Po godzinie sapania i przesuwania się do przodu trochę się uspokoiłem - udało się nawet wypracować kilka minut buforu. Ból nie zelżał w żaden istotny sposób, ale dało się iść. Cytując klasyka - "chujowo, ale stabilnie".

Na przystanek autobusowy dotarłem z kwadransem zapasu. Zdążyłem nawet rozwinąć poszycie namiotu, żeby podsuszyć je trochę na wietrze i spozierającym akurat spomiędzy chmur słońcu.

Byłem jedynym pasażerem na pokładzie autobusu aż do kolejnego przystanku pół godziny później. Innymi słowy, nikt inny nie szedł tym szlakiem przede mną tego dnia. Nikt też już nim raczej nie podążał później, bo nie miałby gdzie się podziać. Niewykluczone, że byłem pierwszą osobą na tej ścieżce od wielu dni. Jest to bowiem szlak jednostronny, w stronę wyjścia z parku, co oznacza, że idzie się nim już po ukończeniu kilkudziesięcio- lub stukilkunastokilometrowego trekkingu. Nie sądzę, by wielu ludziom chciało się jeszcze łazić po przebyciu takiego dystansu, skoro mogli wygodnie wsiąść na prom i dalej w autobus.

Po niecałej godzinie autobus przekraczał bramę parku, zgarniając jeszcze po drodze kilkudziesięciu turystów, to spod przystani promowej, to z okolic campingu Central. Bez przesady powiem, że zamykał się jeden z piękniejszych rozdziałów w moim życiu.

Starając się pokrótce podsumować ten mój trekking:

- Łącznie przeszedłem 130 kilometrów. Sama pętla w wariancie "O" ma o 18 kilometrów mniej. Popularniejszy wariant "W" jest jeszcze krótszy i liczy sobie około 70 kilometrów.

- To nie jest trekking wysokogórski, wręcz przeciwnie. Większość trasy przebiega na wysokościach między 100 i 500 m.n.p.m. Jest kilka wyższych punktów, (_Mirador Brittanico, Base de las Torres_ oraz _Paso John Garner_), ale najwyższy z nich sięga zaledwie 1600 metrów, czyli tyle co Śnieżka. Okoliczne szczyty wznoszą się jednak na wysokość około 3000 metrów, co daje niesamowite wrażenie.

- Miałem 8 z góry zarezerwowanych noclegów na polach namiotowych i tego planu się trzymałem. W niektórych dniach chodzenia było mało, więc da się teoretycznie pokonać trasę w krótszym czasie, ale gdybym miał ponownie robić ten trekking, chyba celowałbym podobnie.

- Miałem hiper szczęście co do pogody. Poza pierwszym i ostatnim dniem (no, może jeszcze częściowo przedostatnim) było przepięknie - słońce, właściwie bezchmurnie (oprócz tego nieszczęsnego wschodu słońca przy _Base de las Torres_, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów), ciepło i bezwietrznie. O ile takie warunki oczywiście mogą się w tym parku zdarzyć, to już 5-6 dni takiej pogody non-stop wprawiało w zdumienie ludzi pracujących na campingach. Normą jest raczej przeplatanie się różnych pór roku, nawet na przestrzeni jednego dnia.

- Walory wizualne - nie jest to mój numer jeden pod względem widoków. Jest oczywiście pięknie, ale jednak np. włoskie Dolomity zrobily na mnie większe wrażenie. Torres del Paine jest bardzo podobne, ale wydaje się nieco mniej imponujące. Co innego lodowiec _Grey_ - on zdecydowanie się wyróżniał i niczego takiego wcześniej nie widziałem. Później miałem okazję podziwiać lodowiec _Perito Moreno_ w Argentynie (przyznam, że robi jeszcze większe wrażenie), ale moment ujrzenia _Grey'a_ po wejściu na przełęcz _Johna Garnera_ zapamiętam do końca życia. Magia.

- Ogólne walory 10/10. Bo oprócz pięknych widoków, ten trekking oferował mi podróż wgłąb siebie. Tak, wiem, brzmi jak pierololo, ale tak było. To była moja pierwsza tego typu samotna, wielodniowa wędrówka, gdzie zdany byłem przede wszystkim na siebie. Miałem okazję wcześniej wchodzić np. na Kilimandżaro, gdzie też szło się łącznie tydzień i spało pod namiotami, ale tam jednak byłem pod stałą opieką obowiązkowych przewodników i szedłem w niewielkiej grupie osob, a tu byłem panem własnego losu. Jasne, poznałem świetnych ludzi na campingach, ale chyba najbardziej podobały mi się te moje samotne momenty. Odległość jaką pokonałem podczas trekkingu była niemała, ale nie może się równać dystansowi, jaki nabrałem do mało istotnych w życiu spraw.

Innymi słowy, polecam 😉

#podroze #polacorojo #patagonia #trekking #gory #chile

Koneser1piorunów

@Sniffer w ciągu kilku lat tam pojadę bo już myślę o tym trekingu od 3 lat.
Największe błędy / poprawki wyprawy typu rękawiczki, o których wspomniałeś?

Pokaż więcej komentarzy (11)

Gruba ryba

w Hydepark

1343piorunów

Ja tylko przypomnę, że dożyliśmy czasów kiedy Minister Edukacji straszy z mównicy sejmowej lewakami, makrsizmem kulturowym i wprost mówi, że będzie dawać kasę swoim. I nikogo to k⁎⁎wa nie rusza.

Polska to dziki wschód

#bekazpisu

Wirtuoz1piorunów

Ja tam trzymam kciuki za niego, im dłużej jest przy władzy, tym szybciej naród się laicyzuje. Po ich rządach kościół będzie jęczeć i kwiczeć, że nie ma powołań, nie ma wiernych, spadła liczba pogrzebów, chrzcin, bierzmowań, ślubów kościelnych itd. To przecież dobra wiadomość.

Jak to mówią, jeśli wróg popełnia błędy, nie należy mu przeszkadzać.

Kompan0piorunów

@kobiaszu warto wspomnieć że "marksizm kulturowy" to inaczej zapakowany element propagandy nazistowskich niemiec nt. "kulturowego bolszewizmu"

Pokaż więcej komentarzy (87)

Fanatyk

w Hydepark

21piorunów

W Trójmieście nie ma tygodnia żeby jakaś w miarę spoko, wieloletnia knajpa się nie zamykała. Dorżnęli tak restauratorów, że ten biznes po prostu się przestaje opłacać, bo kto będzie płacił w miarę regularnie tyle hajsu za jakiś obiad czy kolację na mieście/w dowozie. Nikt mi nie wmówi, że jestem pie⁎⁎⁎⁎⁎ięty na punkcie nienawiści do PiSu, bo to po prostu się dzieje na moich oczach i wnioski wyciągam na chłodno. Nie trafia do mnie także argument, że wszędzie jest kryzys i jakieś FAANGi zwalniają ludzi. Oni po prostu się przeliczyli no i nie da się ukryć, że jest spowolnienie gospodarki, ale realia dla mniejszych przedsiębiorców w Polsce są po prostu fatalne. Mała paróweczka z ORLENu na rodzinny wyjazd do Ikei żeby popatrzeć, napompowana bułka z marketu gdy kupisz 10 w cenie 8 i masz być szczęśliwy.

#polityka #bekazpisu #wysryw

Osobistość1piorunów

@evilonep Kwestia gustu co jest dla kogo dobrą knajpą. Ostatnio byłem w Gdyni w lokalu z "ramen" w nazwie i oceną 4,6. O ile sam wywar był bardzo dobry to ośmiornica nie miała absolutnie żadnego smaku a łosoś był najniższej klasy z biedronki lub lidla. Sam bym zrobił lepszy :confused:

Specjalista0piorunów

@evilonep i otwierają się kolejne, branza gastro to zwykły biznes nie spina ci się to zamykasz to co masz i otwierasz nowy koncept. Btw w wwa większości upadły knajpy które albo doił turystów albo były po prostu ch⁎⁎⁎we i nikt jir wie czemu się rpzez tyle lat utrzymywaly

Pokaż więcej komentarzy (11)

GURU

w Psy

20piorunów

Chusteczkowe piemsku w śniegu, bo gdzie indziej jak wszystko w śniegu?

#fotografia #fotografiamobilna

Pokaż więcej komentarzy (5)

Inspirator

w Technologia

10piorunów

Wszyscy się zachwycają Chat GPT itp, a ja jestem szczerze przerażony możliwościami sztucznej inteligencji.

No bo niby człowiek wie, że coś takiego istnieje i w ogóle ale to zawsze pozostawało w sferze sience fiction. A jak tak człowiek się zetknie z tym twarzą w twarz to można się przestraszyć jakie to daje możliwości.

Ogarniacie, że za pomocą tego narzędzia można stosunkowo łatwo kontrolować... Internet?

Farmy trolli toczących ze sobą pozorowane dyskusje na różnych stronach czy w portalach społecznościowych są już na porządku dziennym, każdy się z tym zetknął choćby na wykopie gdzie od wybuchu wojny takie trolle nadzwyczajnie się uaktywniły.

Ale w tym momencie ile jeden troll jest w stanie prowadzić kont jednocześnie? 10? 20? Niech będzie i 100 w różnych miejscach internetu.

A ile będzie w stanie prowadzić mając do dyspozycji sztuczną inteligencję która sama zakłada konta, sama postuje, sama ze sobą toczy sztuczne dyskusje i zna prawie wszystkie języki świata i to na takim poziomie, że przeciętny użytkownik nie rozróżni czy po drugiej stronie siedzi prawdziwy człowiek czy próbuje prowadzić dyskusje ze sztuczną inteligencją?

Fajny internet nam się szykuje. Jak dla mnie to nie jest już kwestia czy tak się stanie tylko kiedy. A może to już jest w tej sposób używane tylko my nie jesteśmy tego świadomi? Były tematy (i ciągle są) na temat których w internecie panowała tylko jedna jedyna słuszna wersja a jak się z nią nie zgadzałeś to byłeś spychany na margines i masowo wyzywany.

Degradacja internetu postępuje. Jak portale społecznościowe zarżnęły internet jaki wszyscy znaliśmy wcześniej tak AI zarżnie internet jaki znamy obecnie a ten z "oazy wolności i miejsca na dyskusje" stanie się kolejną wielką tubą propagandową

#sztucznainteligencja #chatgpt #internet

Kosmonauta1piorunów

@robertx Też mi się tak wyda... eee, to znaczy nie wiem o co ci chodzi, nie mówię po arabsku. W internecie żodyn nie wie że jesteś AI botem ¯\\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

Kosmonauta1piorunów

@robertx albo może być jeszcze gorzej, jesteś AI botem, któremu wydaje się że jest człowiekiem, tak jak w pierwszym Blade Runner

Pokaż więcej komentarzy (17)