Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Bułgarski TET: czwartek - power saving ON

Fenomen

w Podróże

14piorunów

Zgodnie z sugestią @yoowki próbuję art zamiast wpisu.

Wstaję z budzikiem o 7:00. Zawsze jest ta ciekawość, co zobaczę, jak wyjdę z namiotu. Zawsze mam nadzieję, że mniej więcej to samo, co zostawiliśmy wieczorem, plus niebieskie niebo. Znów się udało :slightly_smiling_face:

PXL_20261001_042238683.jpg

Na wschodzie złote chmurki zwiastują świt, ale wciąż wieje zimnem. Dorzucam trochę kory na popiół i wiatr momentalnie rozdmuchuje resztki wczorajszego ogniska. Zanim chłopaki wstaną, mam już zwinięty materac i śpiwór i grzeje wodę oraz siebie przy ognisku. Jak tylko wychodzi słońce, od razu wiatr cichnie i zaczyna się robić przyjemniej.

PXL_20261001_043906989.jpg

Potem tradycyjny poranny rytuał: kawa, śniadanie, pakowanie i przed 10:00 ruszamy.

Jesteśmy praktycznie na trasie, od razu zaczyna się mozolne wdrapywanie po luźnych kamieniach i wystających głazach. Kilkaset metrów nad naszą łąką siedzi jakiś dziadzio. Nogi zwisają mu ze skarpy, obok łażą dwa psy, a on trzyma na kolanach płótno i maluje pejzaż :face_with_raised_eyebrow: Niby hobby jak każde inne, ale ten widok akurat jakby z innej bajki.

Dalej nie jest lekko. Już od rana czuję się jakiś zmęczony. Jadę zachowawczo, bez fantazji i bez chęci do podejmowania ryzyka. Minimum effort, z wczorajszego flow nie zostało nic.

Po kilku kilometrach wspinaczki trafiamy na wspaniały asfalt DK198. Szybkie, długie łuki, przez które po prostu się płynie, a na prostych podziwia górskie krajobrazy. Motocykl sam składa się w zakręty, ciało przygotowuje odpowiednią pozycję bez udziału mózgu, a człowiek przypomina sobie, że jazda może być również łatwa.

Niestety w końcu trzeba odbić na boczną drogę. Zakładam, że są tacy, którym się może podobać. Ja do nich nie należę. Zakręty są, ale trzeba być wariatem, żeby się nimi cieszyć. Dziura albo piach czekają za każdym winklem, a droga jest akurat na tyle szeroka, żeby dwa samochody minęły się na styk.

W ten sposób docieramy do wioski Пирин (Piryn). Miejsce wygląda, jakby najlepsze lata miało już dawno za sobą. Część budynków się rozpada, ale pomiędzy nimi stoją jakieś rzeźby przedstawiające babę i chyba diabła. A może smoka. Trudno powiedzieć.

PXL_20261001_083203649.jpg
PXL_20261001_082927343.jpg

Tutaj wracamy w off, ale droga zmienia charakter. Podłoże jest w miarę równe i twarde, tylko że leży na nim niezliczona ilość luźnych kamieni wszelkich rozmiarów. Kierownica cały czas próbuje żyć własnym życiem, przyczepności może zabraknąć w dowolnym momencie, a na serpentynach z jednej strony to niemal zawsze przepaść. To nie jest trudna jazda w taki sposób jak strome podjazdy czy błoto. Nie ma jednego konkretnego wyzwania, które można pokonać i mieć z głowy. To raczej ciągła, monotonna praca. Cały czas trzeba uważać. Cały czas kontrolować motocykl. Cały czas być skupionym.

I chyba właśnie to męczy mnie dzisiaj najbardziej. Nie sama trudność trasy, tylko to, że nie mogę sobie pozwolić nawet na chwilę rozkojarzenia.

Nie idzie mi dzisiaj. J. męczy się za mną, ale mnie dzielnie pilnuje. Dzięki temu przynajmniej nie straciłem namiotu :slightly_smiling_face:

Po kilkunastu kilometrach tej zabawy trafia się jeszcze kilka wymagających zjazdów, albo raczej zsuwów, potem przejeżdżamy przez tunel wykuty w piaskowcu i docieramy do miejscowości Рожен (Rożen). Przy monastyrze zostawiamy motocykle. Nie przyjechaliśmy jednak podziwiać architektury sakralnej. Zrzucamy kurtki i ruszamy na piechotę. Do przejścia jest może 700 metrów. Najpierw łączka z krowami, potem mostek zrobiony na zasadzie „jakoś to będzie”.

PXL_20261001_103629762.jpg

Chwilę później wychodzimy na wzgórze. I wtedy szczęka opada. Przed nami rozciągają się Rożeńskie (lub Mielnickie) Piramidy.

To wzgórza z piaskowca wyrzeźbione przez czas w setki ostrych, sterczących z ziemi stożków. W wielu miejscach z piaskowca wystają ogromne głazy. Pewnie dlatego ostatni odcinek trasy był tak zawalony kamieniami. Na jednej z piramid tkwi gigantyczny głaz. Ma pewnie kilka ton i wygląda kompletnie nieproporcjonalnie do podstawy, na której stoi. Zastanawiamy się, ile jeszcze wytrzyma, zanim grawitacja upomni się o swoje.

PXL_20261001_101340764.jpg
PXL_20261001_102638363.jpg

Na horyzoncie widać pasmo wzgórz z farmą wiatrową. To już Grecja. Robimy zdjęcia, kręcimy filmy, dzwonimy do bliskich i próbujemy jakoś zachować ten widok na później.

PXL_20261001_101936640.jpg

W końcu zbieramy się na obiad. Niedaleko leży Мелник (Melnik). Być może nazwa brzmi znajomo, bo okolica słynie z produkcji wina. Winnice ciągną się tutaj praktycznie wszędzie. Wybieramy restaurację w bardzo ładnym, turystycznym centrum z nietypową arhitekturą i zamawiamy po daniu. Zanim jedzenie trafia na stół, dołącza do nas K., któremu wcześniej wysłaliśmy lokalizację.

PXL_20261001_111352584.jpg
PXL_20261001_111525474.jpg
PXL_20261001_115247752.jpg

Obiad okazuje się pułapką. Motywacja pikuje, a zamiast planować kolejne kilometry, zastanawiam się, czy nie zdrzemnąć się przed przyjściem rachunku. Najedzeni siedzimy w słońcu i nikomu specjalnie nie chce się ruszać. W końcu zapada decyzja - dzisiaj odpuszczamy trasę i robimy sobie dzień regeneracyjny. Niedaleko znajdują się gorące źródła Рупите (Rupite), więc jedziemy właśnie tam. To zaledwie kilka kilometrów. Na miejscu znajdujemy darmowy kemping, a właściwie pole, na którym stoi kilka kamperów i kręci się parę bezpańskich psów. Na szczęście przyjaznych.

PXL_20261002_043602981.jpg

Szybko rozstawiamy namioty i idziemy na termy. Cena za wejście bardzo uczciwa (za darmo). Źródło ma podobno 75 stopni. Woda wypływa wąskimi kanałami ulepionymi z gliny i trafia do niewielkich baseników, również glinianych, gdzie można się wygrzać. Według miejscowych lecznicza jest zarówno woda, jak i błoto. Siedzimy tam z pół godziny, zanurzeni po szyję jak Shrek w bagnie, po czym wygrzani idziemy kempingować.

PXL_20261002_043240641.jpg
PXL_20261002_043326669.jpg
PXL_20261002_043339471.jpg

W okolicy znajdują się jeszcze ruiny starożytnego miasta Heraclea Sintica, sanktuarium Baby Wangi (Баба Ванга), która przewidziała śmierć Stalina xD, oraz basen z żółwiami. Normalnie pewnie bym to wszystko obejrzał, ale jestem tak zmęczony, że zwyczajnie mi się nie chce. Samo miejsce ma zresztą bardzo bułgarski charakter. Jest jeden toi-toi, do którego wszedłem raz i uznałem, że to doświadczenie nie wymaga kontynuacji. Okoliczne rowy straszą porzuconymi chusteczkami, więc tam również nie ciągnie mnie na zwiedzanie. Obok stoi rozpadający się budynek techniczny, którego przeznaczenia można się już tylko domyślać, a kawałek dalej jakiś niedokończony hotel. Wszystko wygląda trochę tak, jakby ktoś zaczął tu kilka różnych inwestycji, po czym nagle uznał, że wystarczy. Mimo to ludzie przyjeżdżają, kąpią się w gorących źródłach i najwyraźniej nikomu specjalnie to nie przeszkadza.

Jest wcześnie. Liczę, że w końcu uda się porządnie wypocząć i zregenerować przed jutrzejszą drogą. Przed zmierzchem idziemy po opał i rozpalamy małe ognisko. Jeden z lokalnych piesków mnie polubił i mi towarzyszy cały czas, ale jakoś mi dziwnie w tym miejscu, wśród ludzi, budynków i śmieci. Chyba wolę rozbijać się na dziko. A może to tylko zmęczenie? W każdym razie dzisiaj idę spać pierwszy.

W drodze do namiotu zdybałem jeszcze ropuchę z jakąś Bułgarską tarantulą, ale zanim wyciągnąłem aparat zaczęli się rozchodzić jakby nigdy nic. Ciekawe co knuli...

PXL_20261001_180818541.jpg

PXL_20261001_173507304.jpg

Komentarze (2)

GURU1piorunów

@Cinkciarz Świetny art. Fajne opisy, przekazanie emocji towarzyszących Ci podczas wędrówki i trochę niewymuszonego humoru.

Sam osobiście jestem fanem pisania i czytania artykułów na hejto, więc czekam na więcej i zapraszam do czytania moich (° ͜ʖ °)

Gruba ryba2piorunów

Czasem na wyprawach są takie dni, że ni chu chu do przodu nie idzie. To jest po to żeby zwolnić i bardziej cieszyć się tym co nas otacza, nawet jeśli to bułgarski pierdolnik 🙃 a psiaki takie same łajki jak w Zonie.