Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Bułgarski TET: epilog

Fenomen

w Podróże

5piorunów

Sobota - szczęśliwej drogi już czas

Noc miała być zimna. Prognozy straszyły 3 stopniami, więc wszyscy przygotowali się do tego przed snem i chyba nie było tak źle, rano nikt nie narzekał. Sam ubierałem się do śpiwora jak Marek Kamiński na biegunie.

Budzą mnie głosy kolegów, a to oznacza, że będą na mnie czekać. Mimo, że jesteśmy na odludziu, to przy śniadaniu odwiedzają nas dwa pieski. Są młodziutkie, bardzo ciekawskie, ale trochę nieufne, jak chyba wszystkie tutaj. Mimo wszystko podchodzą i dostają od nas trochę wędliny oraz kto co tam jeszcze ma, więc trzymają się nas aż do odjazdu.

PXL_20261003_050547661.jpg
PXL_20261003_053224304.jpg

Kiedy na polance zostają już tylko moje rzeczy, chłopaki stoją i patrzą na mnie znacząco, co wcale nie powoduje, że pakowanie idzie mi szybciej. W końcu plac jest uprzątnięty, wszystko znika w sakwach i odpalamy. Zamiast zawrócić, objeżdżamy pole inną drogą i okazuje się, że zaledwie 50 metrów od naszego noclegu było ujęcie wody pitnej. To jedna z "kapliczek", jak je nazywam w myślach. Widać je w Bułgarii co chwile - w górach na szlaku, w miasteczkach, koło dróg. Zazwyczaj jest to murek z kamienia z rurką pośrodku, czasem jakaś tabliczka z napisami, ozdoby, kwiaty, a czasem nawet fotele i to pod daszkiem. Ciekawe.

Plan na dziś jest prosty - lecimy na kemping w miarę najkrótszą drogą. Na początku autostrada, czyli nuda w opór. Przelatujemy obwodnicą Sofii, gdzie komunistyczne, sypiące się blokowiska mieszają się z nowoczesnymi centrami handlowymi. W ogóle jest tutaj mnóstwo budynków, które wyglądają, jakby od lat przegrywały walkę z grawitacją i przyrodą: zamknięte zakłady, stare sklepy, domy, rozpadające się zabudowania gospodarcze. Co ciekawe, część z nich, mimo fatalnego stanu, wygląda na zamieszkaną.

Zalewamy dzielne rumaki na stacji i uciekamy na krajówki. Póki jesteśmy w górach, jedzie się bardzo przyjemnie. Asfalt jest całkiem niezły, a jedyny problem polega na tym, że samochody pokonują zakręty wolniej od nas

Odwiedzamy przełęcz Petrochan, którą w poniedziałek przejeżdżaliśmy offem z góry w dół, z obowiązkowym przystankiem w Bistro. Teraz lecimy asfaltem razem ze wszystkimi autami. W zbiorniku retencyjnym na dnie pojawiła się już woda, więc chyba zdążyli go przez ten czas pozamiatać.

PXL_20261003_083811726.jpg

Krótka przerwa na rozprostowanie nóg i wycieczkę w krzaki. Zauważam zarośnięte schodki, podchodzę nimi i widzę w głębi jakiś monument z inskrypcją oraz radziecką gwiazdą na szczycie. Dookoła natomiast walają się setki chusteczek higienicznych... Mam wrażenie, że Bułgarzy nie darzą tamtego okresu szczególną estymą.

Droga w dół przełęczy jest bardzo przyzwoita, ale trzeba uważać na ruch. To jedna z bardziej uczęszczanych tras, jakie widzieliśmy podczas całego wyjazdu. Generalnie zauważyłem, że po lokalnych drogach wciąż jeździ mnóstwo Buchanek, Ziłów, Ład Niva i podobnych eksponatów muzealnych. Do tego regularnie trafiają się furmanki ciągnięte przez konie. Ciekaw jestem, czy obecne ceny paliw mają coś wspólnego z tak słabym ruchem na prowincji.

Po przełęczy zatrzymujemy się dopiero w miejscowości Монтана (Montana ). To całkiem spore miasto, a nam zaczyna doskwierać głód. Wybieramy budkę z napisem "Grill", obok sporego skrzyżowania ze światłami, przed blokiem, na którym ciągle widnieje jakiś socjalistyczny napis. Pod daszkiem obok budki siedzą miejscowi. Kiedy słyszą, że "my z Polszy", od razu podają rękę i witają nas słowem "swój!".

Zamawiamy cztery porcje kurczaka z frytkami, więc starsza pani po prostu wyciąga odpowiednie paczki z zamrażarki, waży porcje i wrzuca wszystko na olej. Nikt chyba nie spodziewał się niczego bardziej wyszukanego, więc po chwili zajadamy nuggetsy ze smakiem, popijając ayranem, czyli słonym tureckim jogurtem.

Najedzeni gonimy praktycznie bez postojów na kemping, gdzie czekają nasze auta. Czuć (😉), że każdy marzy już o prysznicu i miękkim fotelu.

Docieramy na miejsce i zbijamy pionę. Każdy jest zadowolony z wyrypy. W sprzęcie pojawiło się kilka strat, ale w ludziach nie, a to chyba najważniejsze.

Pakujemy bagaże, ładujemy motocykle na busa, korzystamy ze zdobyczy cywilizacji w dziedzinie higieny osobistej oraz hydrauliki, robię kawę na drogę i Cytryn rusza.

Przed nami jeszcze ponad 1000 kilometrów, ale najważniejsza droga jest już za nami. Przekraczamy Dunaj mostem granicznym i opuszczam Bułgarię z solidną porcją dobrych wspomnień i poczuciem, że nikt już nie będzie się nudził, jadąc w terenie za Kapitanem Snują :slightly_smiling_face:

PXL_20261003_135557998.jpg
PXL_20261003_144721440.jpg
PXL_20261003_153806164.jpg

Dzięki wszystkim co piorunowali i chciało im się czytać a szczególnie komentować. Strasznie to fajne, że się mogłem podzielić.

Było pytanie o sprzęt - ja powoli nabieram doświadczenia, co ze sobą zabrać, a co się nie przydaje. Kwestia ochrony osobistej kto co lubi, ale buty muszą być porządne enduro, ze wzmacnianymi palcami i najlepiej z zawiasem, nie jakieś turystyczne gumiaki.

Na pewno do przemyślenia:

* mniej żarcia. Miałem puszki, ser i wędlinę w plastrach, do tego gotowe posiłki liofile w zasadzie na cały wyjazd. A codziennie byliśmy w jakimś sklepie i można było się zaopatrzać na bieżąco.

* mniej ciuchów "cywilnych". Niepotrzebna jest druga para spodni ani koszulki. I tak będziesz śmierdzieć dymem.

* zqwykłe buty. Crocsy wystarczą, żeby dać stopom odpocząć od butów adv, albo pójść pod prysznic.

* kempingowy zestaw do gotowania + butla i palnik z decathlona. Lepsze będzie naczynie typu FireMaple, do którego wchodzi od razu palnik i butla.

* trochę za dużo narzędzi. Ale tu z kolei lepiej mieć i nie potrzebować, niż na odwrót. Dobrze się dogadać, kto co zabiera i nie dublować.

* chińskie sakwy narzędziowe na przód - wszystkie paski mi się pourywały. Ale może trzeba było się nie przewracać...

Hity:

* krzesełko wędkarskie. Naprawdę komfort na kempingu, a nie zajmuje dużo.

* materac z pompką. Kupiłem na Ali, dużo lepszy od karimaty samopompującej - mniej miejsca, lżejszy, grubszy, lepsza izolacja.

* kompresor motocyklowy Berkut na zapalniczkę. Używany skutecznie wiele razy.

* miniaturowa pompka z akumulatorem (np. Flextail). Rewela, każdy sępił co wieczór, bo mu się nie chciało dmuchać. A można nią jeszcze rozdmuchać w ogień.

* bluzy termiczne (kompresyjne). Ja kupuję w decathlonie, bo te motocyklowe są 3-4 razy droższe bez powodu. Jedna na 2-3 dni.

* BIelizna merino do spania. Jako pierwsza warstwa, reszta zależy od śpiwora.

* dobre sakwy. Wszyscy mieli polskie Red Koyot, tyle że lepsze się okazują te przerzucane przez siodło i ściągane paskami w dół. Ja miałem wiszące, zdarza się nimi zahaczyć o coś, a do tego stelaż waży swoje. Na plus, że wytrzymały zderzenie z gałęzią, gdzie motocykl obróciło w bok, a sakwa prawie bez szwanku. Wiem, za co zapłaciłem.

* mokre chusteczki dla dzieci. Przydatne absolutnie codziennie. Wyczyścisz wizjer w kasku, ekran motocykla, swoją d⁎⁎ę, zastąpią prysznic i mydło jak trzeba.

* batony proteinowe. Dobra przekąska na krótkim postoju.

Namiot to kwestia dyskusyjna, zawsze jest trade-off. Mój był ciężki, ale cholernie wygodny. Bardzo mi on pasuje i chyba nie zrezygnuję. Inni mieli minimalne, jak trumny, ale to się długo rozkłada i trzeba przypinać śledziami, co nie zawsze jest proste. Nie chciałbym musieć takiego rozkładać w deszczu.

Mam też mieszane uczucia co do camelbagów. Trzeba bardzo dbać o czystość. Ja miałem zawsze butelkę z wodą w plecaczku turystycznym i tyle.

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!