@gwintownik Za to porównanie do „Squid Game” i Stevie’ego Wondera powinna być nagroda. Gorzko, ale idealnie punktuje Pan rzeczywistość na polskich drogach krajowych i miejskich arteria-ściekach bez infrastruktury. Samotna walka o życie na asfalcie z gościem, którego właśnie rzuciła dziewczyna i odreagowuje w swoim 20-letnim BMW, to mało zachęcająca perspektywa.
Jednak ten belgijski system, o którym piszę, powstał dokładnie z tego samego powodu. Tam 20-30 lat temu też było drogowe „Squid Game”. Różnica polega na tym, jak do tego podejść:
Pieniądze budują infrastrukturę: Belgia nie zaczęła od zakazów. Państwo rzuciło te „pieniążki, jakie diva bierze za nockę” pracownikom, co wywołało gigantyczny, masowy popyt na rowery. Kiedy nagle na drogi wyjechały tysiące wyborców na e-bike'ach, miasta NIE MIAŁY WYJŚCIA. Musiały zacząć budować tzw. Fietssnelwegen (rowerowe autostrady) – całkowicie odizolowane od ruchu samochodowego, asfaltowe, oświetlone trasy łączące miasta ze strefami przemysłowymi.
Kwestia masy krytycznej: Dopóki w Polsce rowerzysta na drodze do fabryki jest „egzotycznym intruzem” i pojedynczym celem dla frustratów, dopóty będziemy uciekać do lasu do komarów. Gdyby polski rząd sypnął groszem i nagle rano na drogi dojazdowe wylała się fala 300 rowerzystów z jednego zakładu, kierowcy musieliby drastycznie zmienić nawyki – choćby z obawy o własne zderzaki i zniżki w OC.