Hejto.pl
Motyw strony
Dodaj post

vclGwiazdor

Dołączył/a:

  • 92 wpisów
  • 77 komentarzy
  • 3 obserwujących

Kompan

w Bieganie

6piorunów

Na początek żeby nie było. Lat mam 48 więc hrmax nie jest już jakiś bardzo wysoki. Biegam dość dużo. Za ostatni roku wychodzi mi jakieś 170 km miesięcznie a najkrótszy dystans jaki biegam to 12 km - tytułem wstępu żeby było wiadomo w czym zecz.
Sprawa jest taka - ostatnio tętno po prostu leci mi w kosmos. Robię sobie standardowy jogging w tempie lekko poniżej 6 minut i średnie tętno mam 156 podczas gdy normalne winno to być poniżej 140.
Standardowo pierwszy kilometr czy dwa to mam tętno 120-130. Dzisiaj 145 miałem po minucie biegu.
Normalnie średnie 156 to mam przy tempie poniżej 5 minut....

Kuma ktoś o co może chodzić?
Nie zwiększyłem obciążeń ani dystansów nic tam nowego nie wprowadziłem.
.

Pokaż więcej komentarzy (12)

Osobistość

w Sztafeta

23piorunów

11 310,88 + 21,26 + 2,21 = 11 334,35

9 półmaraton śladami Bronisława Malinowskiego Grudziądz-Rulewo.

To półmaraton bez atestu PZLA, bo regulamin mówi jasno, że start i meta nie mogą być oddalone od siebie o więcej niż 10% długości trasy. Ale półmaraton z pewnością wyjątkowy. Jeśli ktoś z Was nie wie kto to Bronisław Malinowski, to do tego kozaka należy najstarszy rekord Polski w LA oraz kilka nieco młodszych. No i ikona sportowa Grudziądza.

Plan minimum to było 1.45 a plan docelowy to 1.40. spotkaliśmy się w połowie i wyszło 1.42.30 :D pogoda piękna, ale to nie moje preferencje biegowe - 13 stopni na starcie i 17 stopni w czasie dobiegania do mety. No i prażyło mnie słońce na bezchmurnym niebie, na ostatnim podbiegu byłem już w stanie średnio wysmażonym. Trasa płaska do około 17 kilometra. Ostatnie 4km to w zasadzie jeden długi podbieg. Zabrakło mi nieco sił około 20km i trochę przedreptalem, tętno miałem 185 i gotowałem się od środka. Zając na 1.40 spuchł koło 15km i dobiegł gdzieś dalej za mną.

Wyrównałem trochę rachunki, rok temu tę samą trasę przebiegłem w 2.02. ale jakiś niedosyt wciąż pozostał, więc w przyszłym roku też tutaj wystąpię. Atmosfera mega przyjazna jak zwykle, bo to dość specyficzny bieg.

Miejsce: 99 open

W kategorii m20: 10

I jak zwykle, trochę wykresikow do posta dołączam

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastats.pl/sztafeta/

Pokaż więcej komentarzy (6)

Fanatyk

w Hejto

497piorunów

Cześć!

Mamy nadzieję, że zdążyliście już nieco odżyć po świętach! 💪

Chcemy podzielić się z Wami bardzo dobrą informacją. Jesteśmy na etapie kończenia przygotowań do wprowadzenia sporej aktualizacji, nad którą pracujemy od dłuższego czasu. Wsłuchując się w Wasze potrzeby, tym razem przygotowujemy prawdziwy game-changer jeśli chodzi o wyświetlanie i promocję różnych typów wpisów. Chcemy aby nasz wspólny portal zaspokajał potrzeby nawet najbardziej wymagających użytkowników, we wszystkich obszarach - dyskusji, informacji i rozrywki. Dodajecie tak dużo wartościowych wpisów, że pod natłokiem kolejnych giną one zbyt szybko. Spędziliśmy sporo czasu na szukaniu złotego środka i planowaniu odpowiedniego układu, który podoła takiej ilości quality contentu. :hugging_face:

Czujni użytkownicy mogli zauważyć, że pojawiła się dziś drobna aktualizacja przynosząca zmieniony formularz dodawania wpisu. To dopiero początek, zmian będzie więcej a z pewnością bardziej zauważalne 👌 Ponieważ wiemy jak ważne są indywidualne preferencje, nie zamierzamy nic odgórnie narzucać, chcemy aby każdy z Was mógł decydować czy woli poprzednią wersję czy nową.

Chcemy stworzyć coś więcej i wyróżnić się na tle innych, mamy nadzieje, że nasze "2.0" będzie git :upside_down_face: i nas będziecie wspierać jak do tej pory.

* mały spoiler tego nad czym pracujemy w obrazku:face_with_hand_over_mouth:

Hejto :mage: :mage: :mage:

Pokaż więcej komentarzy (110)

Kompan

w Hydepark

21piorunów

Mój post dotyczący tworzenia wpisów na temat pracy na uczelni zyskał całkiem sporo zainteresowania, dlatego postaram się co nieco napisać.

Zacznę od tematu zarobków, na temat których krąży wiele legend. Pokażę jak sprawa ma się naprawdę. Mam nadzieję, że komuś ta wiedza się przyda, na przykład jeśli myśli o doktoracie i pracy na uczelni. Dla pełnej wiarygodności zrobiłem zestawienie swoich zarobków netto na przestrzeni lat. Niestety mój bank nie chce mi pokazać historii sprzed 2015 roku. Pewnie jakoś się da to sprawdzić, ale nie udało mi się znaleźć.

Objaśnienia zacznę od końca, czyli od roku 2021. W latach 2019-2021 już jako doktor habilitowany zarabiałem około 7300 zł netto. Są to wszystkie wpływy z uczelni, z uwzględnieniem wszystkich dodatków, trzynastki, wysługi lat, nagród i nadgodzin (to te dwie górki - styczeń i listopad). Wcześniej, tj. przed habilitacją, jako doktor (adiunkt) w latach 2015-2018 moje średnie wynagrodzenie wynosiło około 4700 zł netto. Wcześniejszych lat nie uwzględniłem na wykresie, bo nie miałem dostępu do danych archiwalnych w banku. Zaraz po doktoracie (czyli jako asystent z doktoratem) zarabiałem trzy tysiące z okładem. Jako asystent bez doktoratu, w latach 2006-2010 zarabiałem dwa tysiące z hakiem :smiley:

Jakie pojawiają się stereotypy na temat zarobków na uczelniach?

1. Pracownicy naukowo-dydaktyczni pracują na 3-4 etatach na różnych uczelniach.

Jeżeli kiedykolwiek tak było, to nie później niż 15 lat temu. Od kilku dobrych lat, ze względu na niż demograficzny, liczba studentów drastycznie spada. Obecnie na różnych kierunkach technicznych, o których mam informacje, liczba studentów to 25-35% tego co było jakieś 7-8 lat temu. Za tym idą braki godzinowe. W moim otoczeniu nie ma nikogo, kto pracowałby dwóch uczelniach, nie mówiąc o trzech czy czterech.

2. Pensja zasadnicza jest niska, ale jest pełno dodatków, trzynastka, grusze itp.

Po części jest to prawda, dlatego też pokazałem łączne kwoty za wszystkie przelewy w ciągu roku. W tym co uwzględniłem były również różnego rodzaju nagrody i dodatkowe zlecenia. Teraz dokładnie nie pamiętam, ale w 2021 moja podstawa wynosiła około 5000 zł, a średnia ze wszystkich wpływów wyszła ponad 7400 zł, więc różnica jest znaczna. Jednak trzeba pamiętać, że te wyliczenia dotyczą pracownika z kilkunastoletnim stażem pracy. U młodszych pracowników, czyli takich do kilku lat po doktoracie, rozbieżność pomiędzy pensją zasadniczą a rzeczywistą jest znacznie mniejsza.

3. Mnóstwo pieniędzy dostaje się za granty.

Parę lat temu były znacznie większe możliwości zarobienia pieniędzy na grancie, o ile się go dostało... A to nie jest wcale proste. Obecnie zarabianie pieniędzy "do kieszeni" na grantach zostało zminimalizowane. Ja na szczęście przez ostatnie lata (2019-2021) realizowałem spory grant, dlatego moje wynagrodzenie było trochę większe. Prawie cała kwota finansowania jest obecnie przeznaczana na materiały, badania, publikacje, tłumaczenia itd. A człowiek zasuwa prawie za darmo i się cieszy, że ma środki, żeby pojechać na konferencję. Inaczej po prostu nie pojedzie.

Jak sytuacja wygląda obecnie?

Pensja dla każdego stanowiska naukowo-dydaktycznego wyliczana jest w oparciu o pensję profesora tytularnego. W 2023 pensje wzrosły o 12,5%. Dla profesora tytularnego oznacza to wzrost z 4700 zł na 5244 zł netto. Z tym że jest to wynagrodzenie minimalne.

Wynagrodzenie zasadnicze asystenta z doktoratem to nie mniej niż 50% pensji profesora, co daje 2800 zł netto. Może ciężko w to uwierzyć, ale znam osoby kilka lat po doktoracie, których średnie zarobki miesięczne wynoszą około 3500 zł netto.

Wniosków nie wyciągam.

#szkolnictwo #edukacja

Pokaż więcej komentarzy (7)

Osobistość

w Podróże

49piorunów

Chwytajcie duży kubek kapiczuny, bo dzisiejszy wpis jest monstrualny. No ale też opisuje zdecydowanie najdłuższy odcinek trekkingu (wraz ze wschodem słońca przy ikonicznych _Torres del Paine_), przedstawia śmiertelne zagrożenia czyhające na wędrowców oraz podpowiada jak sobie z nimi poradziłem, a także wyjaśnia skąd w ogóle wziął się tag #polacorojo . Gotowi?

Budzik zadzwonił 30 minut po północy. Dość szybko go wyłączyłem i energicznie zacząłem się ubierać w przygotowane wcześniej ciuchy. Nie potrzebowałem jakiegoś dużego rozruchu mimo wyjątkowo nieludzkiej pory - tak na dobrą sprawę spałem dość płytko i słyszałem krzątaninę innych ludzi jeszcze przez sen. Początkowo myślałem, że to obozowi imprezowicze, którzy celebrowali do późna ukończenie trekkingu (obok _Campamento Central_ znajduje się jeden z dwóch głównych wjazdów do parku, więc bardzo wielu ludzi właśnie tam kończy swoją przygodę). Okazało się jednak, że to podobne wariaty jak ja, szykujące się na wschód słońca przy _Base de las Torres_ (czyli punkcie widokowym na słynne w wieże _Torres del Paine_). Z tym, że gdy ja dopiero wchodziłem do kuchni w celu ogarnięcia herbaty i szybkiego śniadania, oni już ruszali w drogę. Czyżbym zaczynał za późno? No ale dokładnie taki miałem starannie przygotowany plan na ten zdecydowanie najdłuższy i najbardziej wymagający dzień.

Pierwsze 19 kilometrów tej doby miałem iść na lekko - z campingu w górę pod _Base de las Torres_, pokonując około 950 metrów przewyższenia, i z powrotem po plecak i bagaże. Później czekał mnie 13-kilometrowy marsz po płaskim do kolejnego pola namiotowego _Serón_. Razem 32 km wycenione przez ulotkę parkową na 13 godzin wysiłku.

O 1:25 wychodziłem z campingu. Co najmniej o 10 minut za późno względem pierwotnego planu, ale wiedziałem, że to nadrobię. Byłem solidnie nabuzowany i narzuciłem sobie bardzo szybkie tempo. W górze widziałem miliony gwiazd na absolutnie bezchmurnym niebie - zanosiło się na wspaniały wschód słońca! No ale do niego jeszcze kilka godzin, więc wiedziałem, że pogoda może się sfajdać.

Po jakichś 30 minutach zauważyłem w oddali światła czołówek grupy, którą przed wyjściem mijałem w kuchni. Po niecałej godzinie już ich wyprzedzałem. Miałem naprawdę solidne tempo. Z jednej strony bardzo lubiłem chodzić sam, bo nie musiałem się do nikogo dostosowywać, z drugiej - trochę raźniej byłoby w nocy iść w grupie. No i bezpieczniej. Aha wspominałem, że w parku żyją pumy?

Tak, pumy. Duże drapieżne koty, które mogą być groźne dla ludzi. O których piszą we wszystkich parkowych ulotkach, ze wskazaniami co zrobić, gdyby nagle stanąć oko w oko z pumą:

1. Nie uciekać!
2. Stać wyprostowanym, unosząc ręce do góry i w szerz - żeby optycznie zwiększyć swój rozmiar. Idealnie, jeśli przy okazji można rozłożyć szeroko poły od kurtki - tak abyśmy wydali się pumie naprawdę wielkim sk⁎⁎⁎⁎⁎ynem.
3. Jeśli idzie z nami dziecko, koniecznie wziąć je na ręce, ale bez pochylania głowy i tułowia, bo to może dać pumie sygnał do ataku! Trzeba kucnąć z szeroko rozłożonymi rękoma i podniesioną głową, cały czas patrząc na pumę, chwycić dziecko i wstać.
4. Mówić głośno i możliwie tubalnym głosem.
5. Nade wszystko jednak starać się nie spotkać pumy, czyli nie łazić po nocach, gdy te kociambry polują.

No i tak sobie idę sam, samiuteńki nocą na terenach łownych pum i zastanawiam się, czy jednak nie byłoby rozsądniej podłączyć się do kogoś. Tamta grupka już jednak daleko za mną, więc nie ma sensu czekać - najwyżej złapię kogoś wyżej. Kontynuuję marsz będąc już mocniej wyczulony na wszelkie szmery i raz po raz zatrzymuję się, by po nasłuchiwać.

Nagle słyszę jakiś trzask gałązki, dochodzący z zarośli obok szlaku (a więc na pewno nie od turystów). Myślę sobie - to może być cokolwiek. No ale jeśli puma? Ok, na wszelki wypadek zasygnalizuję jej głosem, że jest tu potężny skurwol, z którym nie warto zadzierać

_DZIEŃ DOBRY! JA W SPRAWIE PUMY!_ - huczę basem - _TEJ, CO MA JAJA Z GUMY!_

XDDDDDDDDDD

Sam nie wiem czemu akurat to przyszło mi na myśl jako pierwsze, ale sam z tego śmiechłem srogo i było mi od razu raźniej 😆 Miałem więc swoje zaklęcie, którego użyłem w drodze na górę jeszcze raz lub 2, gdy tylko ogarniało mnie jakieś zwątpienie.

Na campingu _Chileno_ zrobiłem sobie krótką przerwę. Nie żebym jej bardzo potrzebował, ale miałem tak dobre tempo, że gdybym je utrzymał, dotarłbym na punkt widokowy grubo przed wschodem słońca. Może lepiej trochę odczekać tu, gdzie jest niżej i cieplej. No i może doczepię się do jakiejś grupy idącej w górę. W ciągu 20 minut nikt się jednak nie zjawił. Cały camping był pogrążony we śnie. Ruszyłem więc dalej.

Na ostatnim rozwidleniu szlaków widniał znak ostrzegający, że ostatni odcinek jest bardzo trudny i żeby się zastanowić, czy na pewno chce się kontynuować. Nie miałem co do tego wątpliwości, więc po chwili błądzenia w poszukiwaniu dalszej drogi rozpocząłem podejście. Swoją drogą, nie wiem co tam było na tyle trudnego, by o tym ostrzegać. Ot zwykły szlak, jakich w Tatrach bez liku. Nieco strome podejście, ale bez przesady, jakiś fragment, gdzie trzeba iść po wielkich kamieniach na starym osuwisku - to wszystko. Łatwy szlak. Później nauczyłem się, że te wszelkie oznaczenia i ostrzeżenia są raczej dostosowane pod początkującego piechura, który raczej łazi po płaskim, a każde "_uuuuuu, bardzo trudny szlak_" należy traktować z przymrużeniem oka.

Zaczęło się robić szaro i wtedy dostrzegłem, że jednak powoli zbierają się chmury. Niedobrze, zwłaszcza, że pojawiły się właśnie na wschodzie. Marzenie o ujrzeniu strzelistych pionowych ścian ozłoconych porannym brzaskiem zaczęło się rozpływać. Na tamten moment w ogóle zacząłem się martwić, czy cokolwiek zobaczę - chmury mogły opaść niżej, spowijając absolutnie wszystko. Trudno, co będzie to będzie - mówię sobie.

Po kilkudziesięciu minutach docieram do punktu widokowego. Ikoniczne _Torres del Paine_ toczą nierówną walkę z atakującymi je chmurami. Widzę już, o tym wschodzie słońca mogę raczej zapomnieć. Oby tylko trochę się przewiało, żebym widział te wieże w pełnej krasie.

Na miejscu jest ledwie garstka osób. W oddali widzę fotografów z wielkimi obiektywami, którzy pewnie też marudzą pod nosem, że z fajnych fotek nici. Przechodzę obok dwóch grubo ubranych dziewczyn chroniących się przed podmuchami wiatru za wielkim głazem.

_- Nie jest ci zimno? -_ pytają.

_- Nie, ale zaraz będzie, więc może od razu się ubiorę -_ odpowiadam. Bo faktycznie, przy energicznym podejściu zrobiło mi się tak ciepło, że na punkt widokowy dotarłem w samej koszulce, a nogawki od spodni miałem podciągnięte prawie do kolan, żeby zachować odpowiednią termoregulację. To jednak zdawało egzamin tak długo, jak byłem w ruchu. Stojąc w miejscu dość szybko zaczęło mi się robić chłodno. Nic dziwnego - było może trochę powyżej zera. Ubrałem się odpowiednio i zacząłem rozglądać za jakąś fajną miejscówką do czekania na wschód słońca. Wielki głaz nad samym jeziorem, na który trudno wejść? Idealnie.

Niby jestem już ubrany we wszystkie ciuchy, które wziąłem do plecaka, ale zaczynam odczuwać chłód. Mógłbym połazić trochę, żeby się rozgrzać i zabić czas, ale ja mam jeszcze jednego asa w rękawie. Wyciągam z plecaka moją grubą karimatę oraz puchowy śpiwór, do którego gramolę się po zdjęciu butów. Jest za⁎⁎⁎⁎ście cieplutko i wygodnie, bo głaz jest bardzo równy i prawie płaski. Czuję na sobie zazdrosne spojrzenia zmarzniętych współtowarzyszy świtu, który nie nadejdzie. Zapadam w krótką drzemkę.

Otwieram oczy i patrzę na zegarek - wciąż zostało trochę czasu do wschodu słońca, ale niestety jest pochmurno.

_- Dobry pomysł ze śpiworem_ - słyszę od przechodzącej obok Amerykanki z dużą lustrzanką - _Zrobiłam Ci zdjęcie z oddali, bo fajnie się komponowało z widokiem._

Pokazuje mi fotkę (pic rel) i wymieniamy się kontaktem, żeby mogła mi ją później przesłać. Rozmawiamy jeszcze chwilę o warunkach pogodowych, a potem znowu uderzam w kimę. Budzę się już po teoretycznym wschodzie słońca, ale dalej widoki są mizerne. No ale w śpiworze milutko i mimo wszystko chłonę całą atmosferę miejsca i odczuwam z tego wielką przyjemność.

Pierwsi ludzie zaczynają schodzić. Po chwili w miejscu, w którym siedzieli dostrzegam małego lisa, który sprawdza, czy może pozostawili po sobie jakieś okruszki. Może też powinienem już schodzić, bo jednak wciąż długi trekking przede mną, ale po raz kolejny ulegam mocy śpiwora i zamykam oczy.

W końcu budzę się na dobre. Jest już chyba półtorej godziny po wschodzie słońca, z garstki osób zostałem już tylko ja. Ale po chwili nad jeziorkiem pojawia się para, która chyba dopiero tu dotarła. Zachwyceni robią zdjęcia. No i faktycznie, zrobiło się znacznie ładniej. Wciąż są chmury, ale już nie tak nisko. Jeziorko nabrało ładnych barw. Też robię zdjęcia i zaczynam zwijać swoje improwizowane obozowisko. Ostatni rzut okiem dookoła i zaczynam schodzić.

Trochę żałuję, że nie było idealnie, ale też było pięknie. No i uniknąłem tłumów - chilijski przewodnik nie kłamał, gdy poprzedniego dnia ostrzegał przed tabunami ludzi ruszającymi w górę około 9 rano. Może nie było ich tyle, ile w drodze nad Morskie Oko, ale podobnie.

Na niewielkiej przełęczy mijam grupkę osób wgapioną w telefony. Halo, miało nie być zasięgu w całym parku, sam zresztą sprawdzałem w kilku miejscach! No ale jednak - po wyłączeniu trybu samolotowego i ja widzę przychodzące powiadomienia. Daję znać w domu, że wszystko u mnie ok i idę dalej. Wiem już, że nie dotrę na camping przed teoretycznym limitem czasu na wymeldowanie, ale wierzę, że nikt nie wyrzuci mojego namiotu z zawartością.

W końcu docieram i zwijam obozowisko. W międzyczasie zdążyło się wspaniale wypogodzić - zero chmur na niebie. Trochę żałuję, że między bezchmurną nocą i super słonecznym południem przytrafił się taki trochę dupny poranek, akurat gdy ten raz w życiu byłem w miejscu słynącym z magicznych wschodów słońca.

Grzeję sobie wodę na moim turystycznym mikropalniku - przed ruszeniem w dalszą drogę muszę się posilić. Kilkoro podobnych mi maruderów zbiera się do wyjścia. Myjąc kubek spoglądam na stojące obok palnika absurdalnie wielkie pudełko zapałek, które kupiłem w Puerto Natales - 200 sztuk w jednym opakowaniu. No ale przynajmniej nie zabraknie mi do końca trekkingu. Dostrzegam młodego chłopaka, który na chwilę odstawia kijki trekkingowe opierając je o stół. Jeden z kijków osuwa się, zahaczając o rączkę mojego garnka z wodą. Wrzątek zalewa moje wciąż otwarte pudełko zapałek. K⁎⁎wa mać.

Jestem zły, bo wiem, że nawet jeśli postaram się trochę odratować te zapałki (susząc je w rozgrzanym garnczku), mieszanina siarki i fosforu będzie się później kruszyć przy pocieraniu o draskę. Zakłopotany młodzieniec wraca po chwili z zapalniczką i przeprasza za kłopot. Moje wkurwienie powoli ustępuje zmęczeniu.

No nie chce mi się dalej iść. Jestem dość padnięty. Dla absolutnej większości osób udających się do punktu widokowego _Base de las Torres_ jest to jedyny punkt programu na ten dzień - albo po zejściu wsiadają do autobusu i wyjeżdżają z parku, albo zostają na tym samym campingu na kolejną noc. Ale ja nie mam tego komfortu - rezerwację na tę noc mam kilka godzin marszu dalej. Wciągam plecak na plecy i ruszam. Na wyjściu rezygnuję z uzupełnienia wody w bidonie - nie chce mi się targać dodatkowych 500 gramów - tych parę łyków wystarczy do kolejnego strumienia - jest ich wszak pełno dookoła, a woda jest czysta i zdatna do picia (w odróżnieniu od peruwiańskich szlaków, o czym kiedyś w przyszłości).

Czeka mnie jeszcze 13 km marszu. Niby niedużo, ale mam już 19 km w nogach. Do tego ten cholerny ciężki plecak. I to pieprzone słońce. Pali moją skórę niemiłosiernie, mimo że już jestem posmarowany filtrem 50. Trzeba było posmarować się wczoraj, to bym teraz tak nie cierpiał. Oby większość trasy prowadziła między drzewami.

Niestety tak nie jest. Idę lawirując między wysuszonymi, kolczastymi kraczyskami, a pył unosi się spod moich butów. Widzę, że ten krajobraz nie zmieni się jeszcze przez wiele kilometrów. No i gdzie do c⁎⁎ja są strumienie?! Od godziny nie minąłem nawet wilgotnego skrawka ziemi. Sprawdzam na maps.me, że faktycznie tym razem o wodę będzie trudniej. Dopiero w połowie trasy coś powinno być. Klnę siarczyście i idę dalej.

Mijają długie, bolesne chwile. Powłóczę stopami. Słońce maltretuje moje przedramiona i kark. Buffkę mam na łbie, żeby nie dostać udaru, więc szyję staram się chronić opaską merino. Nie mam jednak co zrobić z rękoma. No ok, mogę włożyć czarny polar, puchówkę, albo przeciwdeszczówkę. Odrzucam jednak te pomysły, bo bym się ugotował - jest naprawdę gorąco. Zamiast tego od czasu do czasu rezygnuję z kijków i wykręcam komicznie ręce, byleby tylko słońce nie padało na najbardziej opalone ich fragmenty. W tym całym otępieniu orientuję się, że jakieś 15 metrów temu przechodziłem po mostku nad źródełkiem. Cofam się i piję łapczywie oraz uzupełniam bidon pod korek.

Idę już żwawiej, bo nie ma co marudzić, tylko trzeba napierdalać. Ku mojemu zdumieniu dostrzegam kątem oka 2 osoby podążające moim śladem. Pierwsi ludzie, których widzę od 2 godzin, bo ten odcinek szlaku należy do tzw. wariantu "O" trekkingu, który wybiera niewielki ułamek turystów (większość robi wariant "W", kończący się w miejscu, z którego ruszyłem). Jednak to, co dziwi mnie najbardziej, to że mnie doganiają. Jak to?! Przecież to ja chodzę najszybciej. Skandal!

Przyspieszam trochę, ale oni ewidentnie mnie doganiają. Młode gnojki! XD W końcu puszczam ich przodem.

- _Pewnie nie byli dziś przy Base de las Torres, tak jak ja_ - usprawiedliwiam się przed samym sobą. Po 30 minutach widzę jak odpoczywają w cieniu. _- Ha! Gównażeria wydarła do przodu i się zmęczyła!_ - triumfuję.

Mimo że sam jestem zmęczony, postanawiam celowo opóźnić swój przystanek o co najmniej pół godziny, żeby wyrobić sobie nad nimi przewagę. W końcu siadam, a po 30 sekundach widzę ich uśmiechnięte miny 😆 W końcu odpuściłem, no bo przecież nie będę wdawał się w jakąś wyimaginowaną pseudorywalizację, o której oni nawet nie wiedzą, prawda? Prawda? 😆

W sumie śmieszne, bo będę ich widział w kolejnych dniach wielokrotnie - zarówno wymijając, jak i będąc wymijanym. Polubiłem tych speedrunnerów, mimo że nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa aż do ostatniego dnia.

W końcu po wielu godzinach i kilku postojach dotarłem na camping. Byłem wykończony. W kolejce pod prysznic zagaja do mnie jakiś młody chłopak, który okazuje się być chilijskim studentem.

_- You are very, very red_ - mówi wskazując na moje spalone ręce i twarz

_- Si, soy Polaco rojo_ - moja odpowiedź wywołuje u niego salwę śmiechu. I tak oto zostałem czerwonym polakiem (dobrze, że nie rzułtym, he he).

Wieczorem poznałem jeszcze dziewczynę i 2 przyjaciół tego studenta, bo zaprosili mnie do swojego stolika. Obok siedział jeszcze Amerykanin, samotny wędrowiec jak i ja, i tak się jakoś tego wieczora skumplowaliśmy przy dwóch litrowych kartonikach czerwonego wina Gato Negro, które kupiłem w bardzo przyzwoitej cenie na campingu. Czy to przez grzeczność czy fakt, że jest to najbardziej budżetowe wino w całym Chile, towarzysze zadowolili się raptem paroma łykami tego trunku, więc 1,5 kartonika wydudliłem sam 😆

Pod naporem krążących w żyłach procentów i zrobionych w pełnym słońcu kilometrów, w końcu moje oczy zaczęły się przymykać. Pożegnałem się z moimi nowymi towarzyszami i udałem na w pełni zasłużone spanko.

#podroze #patagonia #chile #gory #trekking #polacorojo

Pokaż więcej komentarzy (20)

Fanatyk

w Hejto

1430piorunów

Drodzy użytkownicy!

Dziś Hejto obchodzi 2 urodziny. 🎉 Wiele się zdarzyło przez ten czas dla każdego z naszej trójki (:mage::mage::mage:) tworzącej Hejto.

Jesteśmy dumni z portalu, jakim staje się Hejto, tworząc ten "dla żartu" a potem widząc zapotrzebowanie, zaczęliśmy go rozwijać hobbystycznie lecz z uporem i systematycznie - bez względu na to czy wyświetleń mieliśmy kilka tysięcy, czy jak teraz kilkanaście milionów. :open_mouth:

Nie marzyliśmy o tym, że dziś możemy świętować swoje drugie urodziny w tak licznej grupie. Słuchamy Was nieustannie od dwóch lat co nie jest czymś niezwykłym bo Hejto to portal dla Was, tworzony przez Was. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko jest idealnie, ale staramy się by Hejto spełniało większość Waszych oczekiwań. Wierzymy, że z Wami osiągniemy szczyty. :mountain:

Niestety, nie przygotowaliśmy na nasze urodziny nic specjalnego, bo jesteśmy zajęci ciągłą pracą nad rozwojem Hejto. Na jutro planujemy większy pakiet zmian, które wprowadzą nowe funkcjonalności, poprawią zgłaszane przez Was problemy oraz aktywują Deweloper Hejto, o który dość dużo z Was pyta bo chcą tworzyć i korzystać z naszego API. :chart_with_upwards_trend:

Jutro także zostanie puszczona do weryfikacji nasza oficjalna aplikacja na iOS i Android. :calling:

Dziękujemy, również naszym **782 Patronom** oraz każdemu użytkownikowi, że wybraliście Hejto.

Zdrówka wszystkim i nawzajem,

Emil, Krzysztof i Bartosz

#hejto #urodziny

_PS: Dzięki też za życzenia od niektórych użytkowników, przypomnieliście nam, że mamy urodziny :upside_down_face:_

Autorytet2piorunów

@3379338 email musi się zgadzać, bo jest ograniczona liczba miejsc przez google + jeszcze apka jest niegotowa 😉
planują dzisiaj chłopak ją wyslać do weryfikacji i możliwe, że będzie zaakceptowana w ciągu kilku dni już :stuck_out_tongue_winking_eye:

Tytan1piorunów

@hejto Czym chata bogata, hakuna matata… Sto lat! A resztę na wolności XD

Pokaż więcej komentarzy (108)