W takim razie źle Cię zrozumiałem, przepraszam. Odpowiadając na tak zadane pytanie: nie, u mnie nie jest inaczej. Szpital generuje gigantyczne, wielomilionowe długi rok do roku.
W publicznej ochronie zdrowia w Polsce panuje pod tym względem absolutny surrealizm. W normalnym biznesie tak zadłużona firma dawno by upadła, a zarząd odpowiadałby majątkiem. W szpitalach powiatowych i wojewódzkich nikogo to już nie dziwi. Dyrekcja po prostu roluje te długi, bierze kredyty w prywatnych parabankach na spłatę bieżących zobowiązań, a organ założycielski (np. starostwo czy urząd marszałkowski) i tak w nieskończoność te straty pokrywa, bo przecież szpitala nie można ot tak zamknąć.
I to jest właśnie powód, dla którego jestem na zleceniu za minimalną. Szukanie oszczędności na lekarzach pozarezydentach to najprostsza metoda na łatanie dziury budżetowej. Dla dyrektora to „czysty zysk” – ma wykwalifikowanego lekarza, a płaci mu ułamek tego, co musiałby wydać na etat lub rynkowy kontrakt.
Dokładnie tak! I to najlepiej pokazuje, w jakiej abstrakcji żyjemy.
Lekarz stażysta, który jest świeżo po studiach i nie ma jeszcze pełnego Prawa Wykonywania Zawodu (może pracować tylko pod okiem starszego kolegi), ma ustawowo zagwarantowaną pensję zasadniczą (od naboru jesiennego 2025 roku to blisko 7000 zł brutto za etat, co daje ok. 41-43 zł za godzinę na umowie o pracę).
Natomiast ja – posiadając pełne PWZ, wieloletnie doświadczenie i pełny tytuł specjalisty w pierwszej dziedzinie – na drugiej specjalizacji dostaję od szpitala 31,40 zł brutto na śmieciówce.
System wycenia pracę w pełni samodzielnego lekarza specjalisty niżej niż pracę lekarza stażysty, który dopiero uczy się podstaw w szpitalu. Czy ktoś jeszcze uważa, że to normalna sytuacja rynkowa, a nie absolutne wypaczenie?
@Yes_Man Finanse szpitali publicznych w Polsce leżą, a ogromne zadłużenie to dla dyrekcji idealna wymówka, by ciąć koszty na lekarzach bez rezydentur i wciskać im minimalną krajową na zleceniu.
W strukturze szpitali teoretycznie istnieje podział na pion medyczny i finansowy, ale w rzeczywistości o wszystkim decydują tabelki w Excelu zatwierdzane przez Dyrektora Naczelnego (często menedżera z nadania politycznego). Szpitale działają w autorytarnym modelu – ordynatorzy i dyrekcja mają pełną władzę nad młodymi lekarzami. Ponieważ system szkolenia podyplomowego tworzy monopol, młody lekarz nie ma żadnej pozycji negocjacyjnej. Warunki są dyktowane odgórnie na zasadzie „bierzesz to, co dajemy, albo nie zrobisz specjalizacji”. Jakikolwiek sprzeciw wobec decyzji finansowych góry to dla szkolącego się lekarza ogromne ryzyko problemów z zaliczaniem staży.
Masz rację co do samej procedury zgłaszania zapotrzebowania, ale wyciągasz z niej błędne i krzywdzące wnioski, a w kwestii prywatnych placówek mieszasz pojęcia.
1. Kto tworzy wąskie gardło? Wojewódzki konsultant nie wymyśla liczb z sufitu. Wpisuje dokładnie tyle miejsc, ile zgłoszą mu ordynatorzy poszczególnych oddziałów. A ordynator może zgłosić tylko tyle miejsc, na ile pozwala mu liczba lekarzy z II stopniem specjalizacji lub tytułem specjalisty zatrudnionych na pełen etat w danym szpitalu. Przepisy CMKP są bezwzględne: jeden specjalista może być kierownikiem dla maksymalnie 3 (a w niektórych dziedzinach 2) rezydentów/pozarezydentów. Skoro szpitale publiczne tną etaty dla starszych lekarzy i wypychają ich na kontrakty godzinowe, to drastycznie spada liczba potencjalnych kierowników. Wąskie gardło tworzy biurokracja i oszczędności dyrekcji szpitali, a nie „lekarze lekarzom”.
2. Prywatne ośrodki – mieszasz pojęcia. Podajesz przykład Medycyny Rodzinnej w przychodni POZ. Medycyna Rodzinna to akurat specyficzna dziedzina, która z definicji opiera się na przychodniach. Spróbuj jednak zrobić w prywatnej przychodni specjalizację zabiegową (np. chirurgię) albo niszową dziedzinę szpitalną. Nie da się. Prywatny podmiot musiałby spełnić kosmiczne wymagania CMKP: posiadać odpowiednią liczbę łóżek, ostrodyżurować, realizować pełen profil skomplikowanych zabiegów i procedur, które na siebie nie zarabiają, a są w programie specjalizacji. Dla prywatnego biznesu to finansowe samobójstwo. Dlatego ponad 90% specjalizacji w Polsce wciąż musi odbywać się w molochach publicznych.
Młodzi lekarze nie mają tu nic do zmiany – nie my ustalamy budżety szpitali ani wymogi akredytacyjne CMKP.
Samo zwiększanie liczby studentów niczego nie rozwiąże. Prawdziwym problemem jest wąskie gardło po studiach – brak miejsc specjalizacyjnych.
Wyprodukowanie tysięcy absolwentów nie sprawi, że nagle przybędzie chirurgów czy radiologów. Aby lekarz zrobił specjalizację, szpital musi mieć akredytację i starszych lekarzy (kierowników), którzy mają czas go uczyć. Tych miejsc dramatycznie brakuje. Bez reformy szkolenia podyplomowego i ukrócenia patologii płacowych (jak moje 31,40 zł), masowe zwiększanie liczby studentów oznacza tylko jedno: za publiczne pieniądze wykształcimy lekarzy, którzy zaraz po stażu spakują walizki i wyjadą do Niemiec czy Skandynawii.
@100mph Pełna zgoda, każdy zawód z uprawnieniami wymaga praktyki i nikt nie oczekuje milionów na starcie. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i skali:
1. Ja nie jestem na przyuczeniu po studiach. Mam już pełną, niszową specjalizację, lata samodzielnej pracy z pacjentem i ogromną odpowiedzialność za sobą. Wyobraź sobie inżyniera z pełnymi uprawnieniami mostowymi, który chce zrobić drugie uprawnienia (np. kolejowe) i na dzień dobry dostaje propozycję pracy w wykopie za minimalną krajową na śmieciówce, bo system wie, że nie ma innego wyboru.
2. Monopol. Inżynier, jeśli szef w wykopie go oszukuje, może zmienić firmę budowlaną na jedną z tysiąca prywatnych na rynku. Lekarz, aby zrobić specjalizację, musi pracować w publicznym szpitalu z akredytacją. Prywatny sektor nie ma prawa nas szkolić. Szpitale bezczelnie wykorzystują tę pozycję monopolisty.
3. Ustawa. W ochronie zdrowia obowiązuje ustawa o minimalnych zarobkach medyków. Szpital omija ją wprost, wypychając mnie na zlecenie, żeby nie płacić stawki gwarantowanej ustawowo (która i tak nie jest astronomiczna).
Witamy w świecie śmiertelników, ale w tym świecie nawet od „śmiertelnika” wymaga się przestrzegania praw pracowniczych.
*
@100mph Tak, to w tej chwili moja jedyna praca.
Porównanie z elektrykiem jest chwytliwe, ale w medycynie działa to zupełnie inaczej z dwóch powodów:
1. Pełna odpowiedzialność od pierwszego dnia: Niezależnie od tego, czy to moja pierwsza, czy druga specjalizacja, mam pełne Prawo Wykonywania Zawodu (PWZ). Jeśli na dyżurze czy oddziale stan pacjenta nagle się pogorszy, odpowiadam przed prokuratorem i sądem lekarskim jak każdy w pełni wykwalifikowany medyk. System nie traktuje mnie jak „żółtodzioba” w wykopie – biorę na klatę 100% odpowiedzialności za ludzkie życie. Żaden uczeń elektryka na przyuczeniu nie dostaje samodzielnej odpowiedzialności za główne transformatory w mieście.
2. Historia zatrudnienia, czyli baza, która zostaje: Moje wieloletnie doświadczenie z pierwszej specjalizacji nie wyparowało. Potrafię rozmawiać z pacjentem, diagnozować stany nagłe, interpretować wyniki, błyskawicznie reagować w sytuacjach krytycznych i znam od podszewki funkcjonowanie szpitala. Owszem, w nowej dziedzinie uczę się nowych procedur, ale moja ogólna wiedza kliniczna i decyzyjność są na poziomie lekarza z wieloletnim stażem, a nie studenta, który dopiero co odebrał dyplom.
Szpital doskonale o tym wie. Wykorzystuje moje doświadczenie i samodzielność, ale płaci mi stawkę minimalną (31,40 zł/h), zasłaniając się tym, że „dopiero zaczynam” nowy program. To tak, jakby inżynierowi budownictwa z 10-letnim stażem, który robi uprawnienia w nowej gałęzi konstrukcji, płacić stawkę pomocnika budowlanego, mimo że sam nadzoruje cały plac budowy.
* Reakcje są skrajnie różne. Znajomi spoza branży, karmieni nagłówkami, na początku myśleli, że zaraz kupię trzecie mieszkanie. Kiedy mówię im prosto w oczy, że jako lekarz z wieloletnim stażem i jedną specjalizacją zarabiam teraz na godzinę tyle samo co osoba na kasie w markecie (31,40 zł brutto) – zapada grobowa cisza. Nie wierzą, dopóki nie wyjaśnię im, jak szpitale omijają prawo. Rodzina na szczęście widzi moje zmęczenie i bardzo mnie wspiera.
* Ochota jest ogromna i wraca w każdy poniedziałek. Gdybym był tuż po studiach, pewnie już dawno uczyłbym się niemieckiego. Niemcy czy Skandynawia dają na dzień dobry normalny etat, szacunek i świetną pensję bez walki o przetrwanie. Trzyma mnie tu głównie ułożone życie prywatne i bliscy. Jeśli polski system nie pęknie, wyjazd po skończeniu tej specjalizacji będzie bardzo realną opcją.
To policzmy to, zamiast się „odrzucać”.
Standardowy etat (umowa o pracę) to średnio 168 godzin w miesiącu.
Gwarantowane ustawowo 10 595,24 zł brutto podzielone przez 168 godzin daje ok. 63 zł brutto za godzinę* na etacie.
Szpital płaci mi 31,40 zł brutto za godzinę* na zleceniu.
Zarabiam dokładnie połowę tego, co lekarz na etacie za tę samą godzinę pracy na oddziale. Mało tego – na zleceniu muszę odpracować w miesiącu aż 200 godzin (48h tygodniowo), żeby brutto wyszło ledwo 6280 zł.
Gdzie tu widzisz „robienie sensacji na siłę”? To jest czysta matematyka i twarde fakty o połowę niższej stawce za tę samą pracę i odpowiedzialność.
Q1: Organizacyjnie nie, ale finansowo absolutnie tak. Programu specjalizacji w SMK nie da się przeskoczyć, ale mając znajomości, dyrektor zaprzyjaźnionego szpitala od ręki da Ci pełny etat z ustawowym minimum (10 595 zł brutto) zamiast śmieciówki za 31,40 zł. Dostaniesz też lepszy grafik i święty spokój. Samotny pozarezydent bez układów dostaje ochłapy, bo szpital wie, że nie ma pleców, by się postawić.
Q2: Na mojej obecnej śmieciówce? Musiałbym przepracować około 340 godzin w miesiącu (czyli dwa pełne etaty), co bez spania na oddziale jest fizycznie niemożliwe. W normalnych warunkach próg 8k netto przekracza się od razu po przejściu na etat. Ustawa gwarantuje lekarzowi bez specjalizacji na umowie o pracę 10 595 zł brutto (ok. 7,7k netto), a z jednym dyżurem spokojnie przebija się 9-10k netto. Dlatego moja sytuacja jest tak patologiczna.