Hejto.pl
Motyw strony
Dodaj post

WidoInspirator

Dołączył/a:

  • 49 wpisów
  • 538 komentarzy
  • 2 obserwujących

Gruba ryba

w Hydepark

63piorunów

TLDR: Nie mam dobrych wieści, czuje że jestem zepsuta.

47.
Jestem zmęczona, jestem zmęczona sobą. Swoimi rozkinami, lękiem jaki się z tym wiąże. Tego że nie wiele jestem w stanie coś ze sobą zrobić, bo w kółko blokuję mnie nie tylko głowa ale i ciało. Jestem jednym i drugim zawiedziona, żałuję że taka jestem i nienawidzę się. Nawet już nie wiem co mogę zlokalizować przyczyny aby z tym walczyć. Czyje się przegrana na całej lini. Boli mnie to i zabiera chęć do działania ze sobą, tak aby o siebie zadbać, zainwestować, zaangażować się w coś nowego.

Czy jest jeszcze dla mnie nadzieja?

Wiem że nie powinnam tak o sobie myśleć na poziomie racjonalnym, ale w środku czuje coś zupełnie innego. Trujacego i paraliżującego. Gdy mam natarczywe myśli moje serce przyspiesza, ciało sztywnieje, mózg z produkcją lękowych myśli pracuje na najwyższych obrotach. Nie umiem tego zatrzymać. Męczę się i wręcz boli to wszytko. Nie chcę tak żyć.

Przy lekach emocje te nie były tak silne, ale nie czułam nic i bolało mnie to również. Funkcje poznawcze i społeczne spadły do minimum. Nie mówiąc już o skutkach ubocznych, które czułam na ciele. Nie widzę dla siebie dobrego wyjścia z tej sytuacji co dodatkowo obniża poziom motywacji aby o siebie zawalczyć.

Nic mi się nie chce, nawet oddychać. Działam wbrew zmęczeniu. Na tym etapie uważam to za czyn heroiczny. Tak proste rzeczy mnie wykańczają i czuje że więdnę. Ale walczę, nadal walczę, chociaż jestem już tym bardzo zmęczona. Muszę to przetrwać i utrzymać się na powierzchni. Trzymajcie za mnie kciuki.

Pokaż więcej komentarzy (38)

Inspirator

w Hydepark

6piorunów

https://youtu.be/rZkT1dpPk1Y?si=yJ1vmx1YlOj1qO-m

W 1993 r. w ostatnich 8 minutach meczu Janković zdobył punkt, uprzednio jednak faulując rywala. Był to piąty faul, oznaczający wykluczenie z meczu. Wzburzony Janković, widząc to, ruszył w kierunku konstrukcji kosza i w geście złości z impetem uderzył w nią głową. W wyniku zdarzenia doszło do złamania rdzenia kręgosłupa. Janković został sparaliżowany, do końca życia jeździł na wózku inwalidzkim.

#ciekawostki #koszykowka #wypadek #sport

Pokaż więcej komentarzy (10)

Inspirator

w Hydepark

14piorunów

https://youtu.be/Tp3iL72wy4A?si=m5izWuMHIjxQLaVb

Teraz już wiem, dlaczego wchodząc do lasu od razu 'czułam' czy to stary las, czy przemysłowy, a nigdy nie potrafiłam wyjaśnić skąd to wiem :grinning:
W skrócie - przemysłowo sadzone lasy powstają w tym samym okresie, więc wszystkie drzewa są w tym samym wieku, osiągając podobna wysokość, przez co blokują dostęp światła i niższe drzewa, krzewy i ściółka są słabo rozwinięte. Stare drzewostany zawierają drzewa w różnym wieku, martwe, różnorodnych gatunków, przez co ich poszycie jest o wiele bogatsze.
Wołam hejtowego specjalistę od drewna @Airbag żeby potwierdził bądź zaprzeczył :smiley:

#las #ciekawostki

Pokaż więcej komentarzy (12)

Osobistość

w Hydepark

286piorunów

Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki

Dziś będzie będzie o pracownikach, rozkmina o zmianach jakie się dokonały w gastrobiznesie i ogólnie rynku pracy na przestrzeni lat oraz perypetiach z pracownikami jako Janusz biznesu.

Rynek pracy w Polsce 20, 15 czy nawet jeszcze - choć już w mniejszym stopniu - te 10 lat temu, a rynek pracy teraz to są dwa różne światy, oczywiście na niekorzyść czasów minionych. Dziś mam wrażanie, że do prac typu gastro, kurierka, wożenie jedzenia biorą się tylko imigranci, dla których jest to najprostsza do zdobycia robota - a polacy niespecjalnie chcą się w coś takiego pierdzielić. Cóż, znak czasów - trzeba przyznać, że jako kraj awansowaliśmy;) Jest to portal dla starych ludzi, więc pewnie dla większości nie napiszę nic odkrywczego ale pamiętam, jak szukanie sobie wakacyjnej czy tymczasowej roboty w okolicach liceum lub wczesnych studiów wywoływało we mnie najczęściej kryzys własnej wartości. Rekrutacje na tak ambitne stanowiska jak kelner/barman, barista, jakaś pomoc biurowa czy nawet na darmowe praktyki bliżej miały się do szukania pracy w topowych firmach z branży management consultingu niż low tierowych, dorywczych robót, gdzie wymaganiami powinno być posiadanie głowy i dwóch rąk. Wszędzie wymagane było CV (ofc ze zdjęciem), list motywacyjny i rzecz jasna doświadczenie na podobnych stanowisku, najlepiej poparte referencjami xD Do tego dochodziła kilkuetapowa rekrutacja, wybrzydzanie, darmowe dni próbne, płacenie bez umowy na zasadzie 2 złote za godzinę plus to co z napiwków (10% dla ciebie, reszta do podziału) i dorzucanie nowych obowiązków gdy pracy jest za mało, no bo w końcu płacę no to wymagam, nie? Innymi słowy - oczekiwania były wysokie, warunki zatrudnienia słabe (brak umów i bycie na słabszej pozycji w negocjacjach), a jeśli coś się nie podobało - powodzenia, jutro mam 5 nowych na Twoje miejsce.

Pamiętam, jak krótko po maturze obudziły się we mnie geny polaka i kazały wykorzystywać przedłużone wakacje na potyranie w jakiejś niskopłatnej robocie - teraz pewnie taki czas wykorzystałbym na remont w mieszkaniu;) Wraz z kumplem znaleźliśmy (w gazecie xD Internet ofc był, ale neostrada nie zdążyła jeszcze wtedy dobrze wejść pod strzechy) informację, że pobliska francuska knajpa szuka kelnerów. Zadzwoniliśmy, pan po drugiej stronie telefonu kazał nam przyjść na miejsce na rozmowę. Na miejscu czekał na nas rozparty w fotelu WŁAŚCICIEL sączący z kieliszka wino i pytający jakie jest nasze doświadczenie z francuską, podkreślam francuską kuchnią. Doświadczenie to było oczywiście żadne, bo poza ogólnodostępną wiedzą, że francusi mają sery, wina, omlette du fromage oraz jedzą żaby i ślimaki nie mieliśmy o niej bladego pojęcia. Dlatego też z zakłopotaną miną staliśmy (gdybyśmy mieli w rękach czapki, pewnie miętolilibyśmy je z zakłopotaniem) i ze wstydem powiedzieliśmy tylko, że nasza wiedza jest "no, taka bardzo ogólna". Pan pokręcił głową, po czym powiedział że WSZYSCY w jego restauracji muszą mieć DOSKONAŁĄ znajomość zarówno kuchni francuskiej jak i gatunków win, dlatego jeśli po bezpłatnym dwutygodniowym okresie próbnym stwierdzi on, że któryś z nas ROKUJE, wówczas dzielić się będzie przepastną wiedzą z zakresu sommelierstwa - wiedzą którą, jak mówił, może się pochwalić mało kto w Polsce, a może i na świecie. Teraz rzecz jasna nie dałbym się złapać na takie pierdolenie, ale wtedy oczyma wyobraźni widziałem siebie za kilka lat jako eksperta od wina, który niczym Bond siedząc w kasynie po powąchaniu zawartości kieliszka bezbłędnie odgaduje jego rocznik i szczep xD Aha, rzecz jasna o wynagrodzeniu nie było mowy, utrzymywać mielibyśmy się z napiwków, którymi trzeba byłoby się dzielić też z pracownikami kuchni. Mimo tych nędznych warunków byłem zainteresowany, bo była to jedyna oferta, a do tego blisko domu - jednak chyba nie spełniliśmy oczekiwań, bo pan chociaż obiecał, że zadzwoni, to więcej się do nas nie odezwał.

Próbowałem też w kilku innych miejscach odpowiadając na oferty z ogłoszeń typu "AAAAAAAAAA DYNAMICZNYCH MŁODYCH ZMOTYWOWANYCH SZUKAM UCZNIOWIE STUDENCI" bo były to jedyne miejsca, gdzie spełniałem wszystkie warunki xD Byłem młody, zmotywowany i prawie-student. Oferty okazywały się jednak nieco rozczarowujące - na początek trafiłem do firmy, gdzie miałbym sprzedawać perfumy na ulicy; potem do monterów kablówki/akwizytorów, gdzie miałbym chodzić po blokach i mówić emerytom, że trzeba zainstalować nowy dekoder, bo wkrótce zmienią sygnał i telewizor nie będzie działał (przyszedłem na dzień próbny na którym obejrzeliśmy sobie Teksańską masakrę piłą mechaniczną: Początek,a potem uznałem, że lepiej będzie wrócić do domu). Zwieńczeniem mojej wakacyjnej kariery było przepracowanie dwóch dni w czeskiej firmie żywcem wyjętej z Wilka z Wall Street, gdzie miałem telefonicznie poszukiwać jeleni gotowych zaintestować minimum 10k USD w no-name spółki z USA. Z tej pracy szczególnie jedna scena utkwiła mi w głowie: pierwszego dnia, podczas którego mieliśmy szkolenie pan prowadzący pokazywał nam matrycę wypłat. Zakładając że dziennie wykonam 100 telefonów (co to jest 100 telefonów, najlepsi mają po 300 i więcej!) i będę miał 5% zainteresowania (no bo to przecież spółka pewniaczek, +30% zysku w miesiąc, tylko głupi by nie wszedł), moja prowizja wyniesie 2% od klienta, a miesiąc ma 30 dni (najlepsi pracują w weekendy!), wychodziły jakieś szalone, kilkudziesięciotysięczne kwoty. W oczach miałem dolary i nie mogłem doczekać się kolejnego dnia, by zacząć budować swój sukces. Wychodząc z firmy wsiadłem do windy, a wraz ze mną jeden z pracowników wyglądający niczym niskobudżetowy Gordon Gekko. W windzie spojrzał na mnie i zapytał:
- To Twój pierwszy dzień?
Odpowiedziałem twierdząco i zapytałem: Jak tu jest?
Padła odpowiedź: Ja jestem tu od roku, pomału zbliżam się do średnich stawek w firmie. W tymi miesiącu zarobiłem póki co 80 tysięcy. Ale to nawet nie zbliża się do tego, co mają najlepsi.

Miałem oczy jak spodki. Wyszliśmy z budynku, mój współpracownik podał mi rękę na pożegnanie: Do jutra młody. Po czym wsiadł do Corsy C zrobionej w stylu Szybkich i wściekłych - światła Lexus-look; chromowane kołpaki-spinnery i ostro pomarańczowy lakier. Pewnie pod maską był też stożek i magnetyzery. Po którejś próbie auto odpaliło, a ja czekając potem na autobus nie byłem wstanie wyjść z podziwu, jak przedsiębiorczy jest mój wspólpracownik, który zamiast wydawać swoje dziesiątki tysięcy złotych na zbytki chyba wszystko musi inwestować. Następnego dnia w biurze dostałem listę przypadkowych numerów i wziąłem się za dzwonienie. Pierwszy numer to była pomyłka, drugi kwiaciarnia, trzeci należał do pana, który spadł z rowerka parę miesięcy temu i odebrała żona-wdowa. Przy piątym telefonie wstałem i wyszedłem - uznałem, że chyba nie nadaję się do tej pracy i możliwe, że wielka kariera w świecie giełdy i finansów przeszła mi wtedy koło nosa. Potem próbowałem jeszcze kilkukrotnie swoich sił w gównopracach, czasem było lepiej, czasem gorzej - zawsze jednak w oczy rzucała mi się ta różnica: pracownicy (robactwo) i SZEFOSTWO. Dlatego też gdy zaczynałem szukać ludzi do pracy w swojej budzie, miałem już jakieś doświadczenie z pozycji pracownika - wiedziałem też co nie podobało mi się u moich poprzednich pracodawców i czego chce unikać. Moim celem było bycie szefem może nie idealnym, ale co najmniej dobrym, a przynajmniej ludzkim.

Poszukiwania siły roboczej w moim przypadku poszły dwutorowo. Jak rasowy janusz potrzebowałem mieć na miejscu kogoś zaufanego, kto będzie miał na wszystko oko pod moją nieobecność - rolę tę zgodził się pełnić przez pewien czas mój dobry kumpel. Do tego potrzebowałem ekipy 2-3 osób, które zajmowałyby się tym w tygodniu oraz w weekendy, podczas imprez. Ogłoszenie wrzuciłem po prostu tam, gdzie sam bym go szukał - na olx i (wtedy jeszcze działające) gumtree. Co się jednak okazało i co mnie trochę zdziwiło - był rok 2015 i odzew był sporo mniejszy niż to, czego oczekiwałem. Pamiętam, że kilka lat wcześniej na takie ogłoszenia przychodziły dosłownie dziesiątki aplikacji, w tamtym momencie odzew owszem, był - jednak nie taki, jakbym się spodziewał. Również oczekiwania dotyczące kasy pokazywały, że mamy inne czasy. 15 PLN netto za godzinę pracy, które jeszcze 5 lat wcześniej w gastro było fajną stawką teraz było znośne, ale bez szału. Przekrój ludzi był różny, ale przeważały osoby po 18-22 lata. W sumie już na starcie sam stałem się trochę januszem biznesu, bo rekrutacja polegała na rozmowie, scence z trudnym klientem i zrobieniu paru naleśników na próbę xD Z perspektywy czasu jednak wydaje mi się, że te kryteria nie miały sensu, a powinienem bardziej kierować się po prostu tym, jakie kto prezentuje elementarne ogarnięcie oraz jak poważnie podchodzi do samej pracy, gdyż to decyduje, czy ktoś jest solidnym pracownikiem czy nie. Bo przyznam się, że jednym z powodów, dla którego pod koniec nie miałem już entuzjazmu do prowadzenia tego biznesu było właśnie użeranie się z pracownikami i obecnie, po kilku latach odkąd skończyłem swoją foodtruckową przygodę, wydaje mi się, że jest tylko gorzej.

Kolejna część zabrzmi może nieco cynicznie, ale po pewnym namyśle wydaje mi się, że zjawisko janusza biznesu nie bierze się znikąd i po prostu jest wygrywającą strategią w określonych warunkach - a jak to czasem jest z wygrywającymi strategiami, nie muszą być one piękne, mają działać. Zacznę od tego, że systemowym problemem w niskopłatnych zawodach jak gastro jest to, że żadne ambitne czy ogarnięte osoby raczej nie siedzą tam za długo. Jest to pełni zrozumiałe - każdy chciałby zarabiać więcej, prosta praca w obecnych czasach ledwo starcza na życie, do tego możliwości rozwoju i awansu w takich miejscach są ograniczone. Parę miesięcy, może dłuższy epizod dorabiania sobie na studiach, względnie kilka lat w branży ze względu na chęć przedłużenia młodości - ale prędzej czy później większość choć trochę ogarniętych osób będzie chciała poszukać "normalnej" pracy. W efekcie następuje spora rotacja i negatywna selekcja - w dłuższej perspektywie poza nielicznymi wyjątkami zostają albo ci, którzy są zbyt nieogarnięci żeby znaleźć sobie coś innego albo tak leniwi, że i tak mają to gdzieś, ważne żeby wpadło te parę złotych. Tacy ludzie albo wymagają ciągłej uwagi i nadzoru (bo np zapomną że gaz trzeba zakręcić albo umyć ręce po pójściu do toalety) tak, że stają się niczym innym jak narzędziem i przedłużeniem woli właściciela, który musi pilnować każdego drobiazgu - albo mają wszystko gdzieś i zupełnie nie można na nich polegać. Z czasem powoduje to, że nawet jeśli początkowe chęci były dobre - rzeczywistość zaczyna to weryfikować. Nieskromnie powiem, że jeżeli chodzi o mnie, zawsze starałem się robić coś porządnie - może nie do przesady na levelu azjata, ale solidnie na tyle, aby nie było się do czego przyczepić. I nie miało znaczenia, czy miałem zamiatać salę w knajpie na zadupiu czy przygotowywać prezentację przed ważniakami z korpo. Takie podejście jest jednak raczej w mniejszości.

Znajomy od kilku lat prowadzi Żabkę (chyba z najlepszą średnią ocen z googla jaką widziałem dla tych sklepów, 4.7*), raz na jakiś czas go odwiedzam i obserwuję jak stopniowo coraz bardziej stacza się w otchłań rozpaczy. Początkowo był entuzjazm: gdy zaczynał ten biznes zakładał, że początki są trudne, ale liczył, że z czasem będzie łatwiej i lepiej. I faktycznie, pierwsze dwa lata praktycznie każdy dzień spędzał w sklepie, aż w końcu po podłuższym czasie udało mu się skompletować dobrze zgrany zespół kumatych ludzi. Praca nadal wymagała jego uwagi i zaangażowania, miał jednak nadzieję, że jego zaangażowanie zmaleje choć na tyle, że uda mu się w końcu chociaż pojechać na wakacje. W którymś momencie jednak zespół zaczął się rozpadać - ludzie przechodzili do normalnych prac, trzeba było szukać nowych pracowników, o tych z kolei było ciężko. Wciąż jednak chciał być fajnym szefem, którego pracownicy lubią. Opowiadał np. jak zatrudnił do pracy dziewczynę, która oszczędzała kasę na leczenie swojego kota. Zrobiło mu się jej szkoda, więc dał jej 800 złotych premii. Dziewczyna parę dni później okradła go na 1200 złotych i zniknęła. Z czasem było tylko gorzej, dochodziło do sytuacji, gdzie mój znajomy musiał odwoływać plany, anulować rezerwacje - w przeciwnym razie przez niezapowiedziane nieobecności pracowników nie byłoby komu otworzyć sklepu, a sieć wlepiłaby mu kary. Z takimi osobami niespecjalnie jest nawet co zrobić. Duża podaż pracy w niskopłatnych zawodach powoduje, że nikomu specjalnie na takiej pracy nie zależy, a nawet jeśli się go zwolni, to co dalej? Zostaje się z nieobsadzonym wakatem.

Z tego powodu moim zdaniem na chwilę obecną wygrywające strategie są dwie, do tego blisko ze sobą powiązane. Model pierwszy: kontrola właściciela. Pracownik to po prostu narzędzie, niczym jednostka w grze RTS. Ma wykonywać polecenia i się słuchać, dobrze też lewarować na nim swoją pozycję poprzez strach. Te aspekty pracy, które wydają się oczywiste jak np. terminowe wypłaty - powinny stawać się niewiadomą, wywoływać niepewność. Po pewnym czasie taka osoba staje się owinięta wokół palca własciciela geszeftu, będzie coraz bardziej wątpić w siebie - tym lepiej dla nas, bo mniejsza szansa, że zmieni pracę. Minus jest taki, że obecność właściciela jest dalej w jakimś stopniu niezbędna.
Druga strategia to pójście w typowo polski zamordyzm. Tworzymy stanowisko np Starszego Pracownika Foodtrucka, podnosimy mu pensję o 10% i dajemy możliwość pomiatania tymi niżej w hierarchii. Zaskakujące, co potrafi zrobić odrobina władzy. Nie raz widziałem, jak bardzo skrupulatni - nieraz bardziej od samych właścicieli - potrafią być ludzie, którym dano odrobinę kontroli nad innymi. I tak naprawdę często nie potrzeba nawet gratyfikacji finansowej - wystarczy pochwała od czasu do czasu i poczucie, że jest się wyżej w hierarchii dziobania. Wydaje mi się, że w naszych warunkach, póki typowo niskopłatne zawody nie pozwolą normalne utrzymywanie się ze swojej pracy i napływ "normalnych" osób takie tendencje będą się tylko pogłębiać.

Ja jednak w 2015 roku o tych wszystkich rzeczach nie miałem pojęcia xD Optymistycznie przyjąłem sobie po prostu, że ludzie są dorośli, zależy im na pracy oraz mają głowę na karku - więc mogę budować z nimi relacje partnerskie a nie pracownik-szef. Parę lat później byłem już mocno odległy od tej myśli, a gdy któregoś dnia wieczorem załatwiałem zakupy na kolejną imprezę i osoba, która miała się wszystkim zajmować powiedziała, że w sumie zmieniły się jej plany i jutro jej nie będzie - uznałem, że rzucam to w cholerę. No, ale do tego momentu jeszcze trochę wpisów mi zostało;)

Pokaż więcej komentarzy (68)

Osobistość

w Hydepark

115piorunów

Trochę się pochwalę, a trochę ponarzekam.

Po chyba 3+ latach kręcenia się wkoło tematu i wąchania go niczym pies hydrant w końcu się przełamałem i kupiłem 13 letnią klasę premium w cenie nowej octavii. Chyba każdy chłop interesujący się motoryzacją ma gdzieśtam w głowie swoje auto marzeń, mi po głowie zawsze chodził albo IS-F albo C63, bo to takie auta co z zewnątrz nie zwracają uwagi, za to mają ciekawe i bogate wnętrze (pod maską). Problem jest taki, że IS-Fów w jedynym słusznym kolorze niebieskim praktycznie nie ma, z kolei C63 nie słyną z bezawaryjności. Nie ułatwia sprawy fakt, że covid i inflacja wywindowały ceny. Na domiar złego po kilku latach przeglądania ogłoszeń mogę śmiało stwierdzić, że szukanie takiego auta (mowa o C63) w Polsce jest bez sensu. Rynek został opanowany przez januszy, którzy nasłuchali się, że "paaanie, to je ostatni taki mercedes!!!11 takich nie będzie, to je inwestycja, to je kolekcjonerskie, cena będzie tylko ROSŁA!111", naściągali tałatajstwa z USA/Japonii i dowalili 35% marży od siebie. Efektem czego od prawie dwóch lat widzę te same ogłoszenia i auta wystawione za 180, 200, 220, 250 i więcej tysięcy złotych. Żeby jeszcze były to jakieś limitowane edycje albo chociaż fajne wersje, gdzie tam. Ot, zwykłe C63 z relatywnie małym przebiegiem i po detailingu. I jak to w przypadku wielu towarów i artykułów, takie "gołe" C63 w Polsce jest sporo droższe niż analogiczny pojazd u Niemca - nawet licząc niemały koszt akcyzy, który trzeba doliczyć przy imporcie. I mówimy o autach ściąganych, nie z polskim pochodzeniem.

No i chodziłem, krążyłem aż w końcu uznałem - dobra, robię to! I chyba mi się poszczęściło. Znalazłem sobie u Niemca C63 ze wszystkimi bajerami, które chciałem mieć: performance pack, szpera, silnik z niepękającymi śrubami głowicy, 500+ kuni i do tego utrzymany przez nawet nie fana, a fanatyka. Pełna historia serwisowa, wszystko skrupulatnie pilnowane aż do przesady, do tego stopnia że gość wykradł przez znajomego dokumentacje techniczną silnika aby stwierdzić, czy zalecenia z instrukcji pokrywają się z rzeczywistością xD Naprawdę, widząc stan w jakim wszystko utrzymywał jestem skłonny uwierzyć w memy z Niemcami trzymajacymi auta pod kocem.

A jak wygląda wygląda samo zderzenie marzeń z rzeczywistością? Jest szybko. Jest sztywno i sportowo. Hamulce i prowadzenie są super. Ale też z przykrością stwierdzam, że ten samochód mimo wszystko nie ma dla mnie sensu i jestem trochę zawiedziony, bo wszystkim tych bajerów nie ma gdzie użyć. W jeździe miejskiej emocje są zerowe, chyba że kogoś kręci zapierdalanie jak zjeb od świateł do świateł na prostej i skakanie po pasach. Na autostradzie jedyna frajda to wciśnięcie gazu przy wyprzedzaniu gdy znów jakiś pajac siądzie na zderzaku i zacznie mrugać światłami. Aby naprawdę czerpać fun z tego auta potrzebne są kręte drogi, zakręty - albo tor. Niczym przy jeździe rowerem szosowym trzeba zainwestować sporo czasu i poszukać ciekawych tras w okolicy, bo inaczej jest tak sobie. No i kurde teraz już sam nie wiem. Z jednej strony motoryzacyjnie niczym w paście mam już zero potrzeb, zero testosteronu, nie musze z nikim walczyc, bo nie mam o co i koń zwalony. Z drugiej trochę mam taką pustkę, eh.

No, ale samo auto fajne.

#motoryzacja

Pokaż więcej komentarzy (47)

Osobistość

w Hydepark

61piorunów

Wszystko dobre co się dobrze kończy - i dziś mój rozpoczęty ponad 10 miesięcy temu projekt ogarniania harlejków dobiegł końca. Harlejki kupiłem na aukcji w USA, bo chciałem podłubać sobie coś przez zimę - jak widać, finalne terminy trochę się przesunęły:) Zdecydowałem się na USA, bo oferta harlejków dostępnych w Polsce była w tamtym momencie uboga i mało zróżnicowana. Nie kupowałem wcześniej niczego na aukcji w Stanach ani nawet nie ściągałem motocykla zza granicy - nie mówiąc o naprawie powypadkowego - stąd cały proces to było trochę learning by doing:) Miałem wcześniej sporo doświadczeń w dłubaniu przy motorkach - sam serwisuję swoje sprzęty - i mniej więcej znałem markę HD przez sportstera, którego modowałem, a którego sprzedałem w zeszłym roku. Licytowałem kilka sztuk i akurat tak wyszło, że wygrałem dwa. Moimi kryteriami wyboru było szukanie czegoś, co nie będzie 450 kilowym mastodontem, ładnie wyglądało przed kraksą i nie było zanadto rozbite. Z perspektywy czasu i mojego doświadczenia w momencie licytowania mogę powiedzieć, że trafiło się ślepej kurze ziarno - finalnie oba sprzęty bardzo mi podpasowały, zarówno wizualnie jak i jeżeli chodzi o akcesoria w które były doposażone.

Nie jestem fanbojem harlejków, podobają mi się przede wszystkim ze względu na swoją toporność, nieograniczoną naprawialność oraz bogatą ofertę aftermarketu. Polubiłem też styl jazdy, w którym nie trzeba jeździć szybko, żeby mieć z niej frajdę.

Pierwszego skończonego harlejka prezentowałem już we wcześniejszym wpisie:
https://www.hejto.pl/wpis/dzis-nadszedl-wielki-dzien-i-pierwszy-harley-davidson-ktorego-sciagnalem-sobie-z
Powiem tylko, że spodziewałem się sporej klocowatości i ospałości - tymczasem po kilku dniach jazdy muszę powiedzieć, że twarde, akcesoryjne zawieszenie, czterotłoczkowy monoblok Brembo i większa tarcza którą wstawiłem, a także podkręcony silnik powodują że jeździ się naprawdę fajnie - "sportowo" to określenie na wyrost w przypadku bądź co bądź 300 kilowego kloca, niemniej ilość frajdy jaką dostarcza z jazdy jest niesamowita a prowadzenie bardzo mało harlejowe.

Dziś z kolei skończyłem sportstera w wersji seventy-two. Różni się od standardowego dużym kołem z przodu, ściętym błotnikiem, wysoką kierownicą, oponami z białym pasem, ciut odważniejszym malowaniem (u mnie "amber whisky") i paroma innymi detalami. Maleńki zbiornik (7 litrów xD) powoduje, że jest to bulwarówka do bujania się na czilu po mieście. Spodziewałem się ospałego motorka, natomiast silnik 1200 całkiem nieźle ciągnie do przodu a płaska kanapa powoduje, że ma się wrażenie, że zaraz spadnie się z motocykla. Poza tym jest bardzo harlejowo - topornie i prymitywnie. Mimo standardowych wydechów jest też jednak dość głośno - liczyłem, że będzie to motocykl do bujania się po nocy bez poczucia wkurwiania ludzi w promieniu 500 metrów, ale może uda mi się jeszcze jakoś z tym popracować.

Jeżeli chodzi o naprawy, harlejek przyjechał po parkingówce (sądząc po śladach, ktoś wjechał w niego kiedy stał zaparkowany), ucierpiała kierownica, wystające elementy lewej strony motocykla, zbiornik paliwa, półka przedniego zawieszenia (nadłamany ogranicznik) oraz dezintegracji uległ licznik. Kierownica była najmniejszym problemem - po prostu kupiłem nową. Licznik udało się przeszczepić z innego sportstera, w wersji z obrotomierzem. Musiałem tylko zaprojektować i wydrukować w 3d część elementów mocowania licznika, bo cena za nie w ASO była dość wysoka. Elementy porysowane i uszkodzone w wyniku gleby wymieniłem na nowe, półka została pospawana, światła wymienione na europejskie. Z przyzwyczajenia rozebrałem i zregenerowałem też przednie zawieszenie - ludzie rzadko tam zaglądają jeśli lagi nie leją, a są tam zarówno zużywające się tuleje jak i olej; zacisk hamulcowy z przodu, łożysko główki ramy oraz kilka innych rzeczy, wymieniłem też zapobiegawczo uszczelki pokryw popychaczy, bo wyglądały, jakby miały się pocić.

Ostatnim i najtrudniejszym elementem był uszkodzony zbiornik paliwa. Swoje perypetie opisywałem tutaj:
https://www.hejto.pl/wpis/jeste-lakiernikie-projekt-uzdatniania-harlejkow-a-dokladnie-drugiego-z-harlejkow
dość powiedzieć, że wszystko udało mi się ogarnąć samemu i jak na pierwszy raz uważam, że efekt jest całkiem zadowalający. Dziś, po wykonaniu jeszcze paru drobnych poprawek wymieniłem w motocyklu oleje, zamontowałem tablicę i zrobiłem krótki przejazd po okolicy. Jest parę drobiazgów do podregulowania, ale poza tym wszystko jest ok, bzika:)

Jak wyszło to finansowo? Ponownie, koszty rozbijam wg. kategorii:
cena za motocykl na aukcji wyniosła ok. 7800 zł
koszt ściągnęcia motocykla do Polski pod dom, opłaty aukcyjne, prowizja pośrednika, prowizje za przelewy itd ok. 10000 zł
koszt wszystkich napraw, rejestracji i kosztów, które poniosłem od podstawienia motocykla pod dom do odpalenia ok. 7000 zł

Koszt ogółem wyszedł niecałe 25k zł. Ceny sportsterów z podobnych roczników (2013-2016), które zostały ściągnięte z USA a następnie w jakimś stopniu naprawione, kształtują się na poziomie ok. 30-38k. Przy tych założeniach, mój wyszedł ok. 5-10 tys. taniej niż oferta rynku. Wydaje mi się to całkiem spoko osiągnięciem tym, bardziej że naprawiałem również elementy, które niespecjalnie musiałyby wymagać uwagi. Z drugiej strony jednak też starałem się mocno pilnować budżetu, szukać części w okazyjnych cenach, a gdzie się da - naprawiać części uszkodzone.

Co teraz? Planuję trochę nacieszyć się obydwoma sprzętami i zobaczyć, jak mocno się do nich przywiążę. Możliwe, że któregoś będę musiał sprzedać - mam 6 motocykli i garaż, który nie jest z gumy oraz ograniczony czas na jazdę - z drugiej strony, zawsze jest mi żal się rozstawać z rzeczami, w które wsadziłem sporo czasu i energii a które do tego są moim zdaniem po prostu "ładne":)

Czy polecałbym komuś podobną zabawę? To zależy. Jeśli masz mało doświadczenia z motocyklami, nie lubisz dłubać czy kombinować, ale chcesz to zrobić "bo przygoda" - zapomnij, zjedzą cię koszty, a efekt będzie gorszy i droższy niż kupienie motocykla "z rynku". Jeśli masz doświadczenie w dłubaniu przy motocyklach, ale brak obycia z marką HD - tak, zaopatrz się tylko w narzędzia calowe i zdobądź wiedzę na temat problemów i bolączek modelu, którego szukasz - jest tego sporo.

Czy w kolejną zimę znów pobawię się w uzdatnienie czegoś z USA? Możliwe, co prawda w tym momencie trochę czuję, że przedawkowałem motocykle i ogranicza mnie brak miejsca, ale z drugiej strony złapałem sporo nowych umiejętności i doświadczeń i wydaje mi się, że kolejne uzdatnienie zrobiłbym lepiej, taniej i szybciej. Szczególnie cieszy mnie, że nauczyłem się posługiwać pistoletem do lakierowania - to oznacza, że będę mógł samemu, niewielkim kosztem zmienić kolor kolejnego pojazdu jeśli będę miał taki kaprys.

No to tyle, wracam do pisania o foodtrucku, bo dawno nic nie było:)

#motocykle #motoryzacja #chwalesie

Pokaż więcej komentarzy (17)

Osobistość

w Motoryzacja

44piorunów

Co sądzicie o oponach całorocznych ? Kiedyś nawet się nad tym nie zastanawiałem ale biorąc pod uwagę fakt że technika troszkę poszła do przodu to jakość takich opon zapewne jest lepsza.
Wielkość którą potrzebuje to R18 215/45. Trasy które samochód pokonuje to zazwyczaj droga do pracy (5km w jedną stronę ) i okazyjnie jakieś zakupy (max 50km w jedną stronę).Autostrady praktycznie zero.
Ktoś ma dłuższe doświadczenie jak się takowe opony sprawują latem/zimą?
Aktualnie jeżdżę na sezonówkach , zimą r16 , latem r18. Opon nie zmieniam sam także dochodzą dwukrotnie koszty przerzutki ew.wyważenia.

Warto iść w całoroczne 18ki czy jednak jeździć nadal na r16/r18 zima/lato?

Z góry dzięki za opinie.
Pozdrawiam

Osobistość1piorunów

@DanielYT
świetny filmik
Dzięki :)

Gwiazdor1piorunów

Od zawsze używam, spokojnie wystarczają i nie trzeba ani stać w kolejce do wulkanizatora jak spadnie pierwszy śnieg ani zgadywać kiedy skończy się zima. Byle nie brać chińczyków z najniższej półki (choć przy normalnych też ta reguła obowiązuje ;).

Pokaż więcej komentarzy (101)

Lider

w Stoicyzm

34piorunów

Podobny bądź do skały, o którą się ciągle fale rozbijają. A ona stoi, a koło niej usypiają bałwany wody. "O ja nieszczęśliwy, że mnie to spotkało". - Ależ nie tak! Lecz: "O ja szczęśliwy, że chociaż mnie to spotkało, żyję bez smutku, nie gnębi mnie teraźniejszość ani nie boję się przyszłości".

Marek Aureliusz, Rozmyślania
#stoicyzm

Inspirator1piorunów

Idealny mindset, szkoda, że tak ciężki do osiągnięcia.

Osobistość

w Hydepark

37piorunów

Jestę lakiernikię.

Projekt uzdatniania harlejków, a dokładnie drugiego z harlejków jest już na samej koncówce. Tak naprawdę od niemal pół roku jedynym brakującym elementem układanki był uszkodzony zbiornik paliwa, do którego zabierałem się jak pies do jeża. Oczywiście najprostszą i najszybszą opcją byłoby oddanie go komuś z poleceniem "Masz, ogarnij", zapłacenie i po jakimś czasie odebranie gotowego. Niestety, wrodzone cebulactwo, nieposiadanie kontaktu do sprawdzonego specjalisty i wreszcie excelowy plik z założonym budżetem trzymały mnie od tej opcji z daleka. I tak mijały dni, tygodnie - bak leżał, harlejek stał. Aż wreszcie właśnie wspomniana kombinacja cebulctwa, przekonania że nie święci garnki lepią i uprzejmości użytkownika @Man_of_Gx , który użyczył mi miejsca i kompresora i któremu należy się piorun sprawiły, że wykorzystałem kilka wieczorów wbijając levele w umiejętność lakiernictwo. Nieocenione też rzecz jasna okazały się youtubowe filmiki - po raz kolejny jestem zdania, że jednym z największych benefitów obecnych czasów jest to, że dzięki internetom w krótkim czasie i małym kosztem można opanować w przyzwoitym stopniu praktycznie dowolną umiejętność.

Jeśli chodzi o mnie, to na początku tego roku moje umiejętności i wiedza na temat lakierowania czegokolwiek innego niż plastikowe czołgi w skali 1:35 sprowadzała się do pomalowania szprejem zderzaka w swoim gruzie i pacnięcia zaprawki na ślad po kamieniu. Efekty obydwu były liche i nie ma się czym chwalić. Początkowo zakładałem, że harlejkowy zbiornik uda się jakoś wyprostować a na wyprostowaną, gołą blachę dam zaprawkę - wraz z upływem czasu i powolnym przypływem wiedzy okazywało się jednak, że są to płonne nadzieje. Po pierwsze, harlejkowa blacha jest gruba i ciężko się na niej pracuje. Po drugie, lakier który miałem to lakier perłowy i żadna zaprawka nie sprawi, że zacznie wyglądać po niej choć odrobinę akceptowalnie. Kosztorysy nie wyglądały zachęcająco: jeden blacharz krzyknął mi 600 pln za samo prostowanie blach, koszt malowania z kolei kształtował się na poziomie 1200-2000 pln. Budżet, któy przyjąłem sobie na naprawę baku to było 600 złotych - i oczywiście nikt nie dałby mi po łapach gdybym go przekroczył, ale lubię stawiać sobie takie ograniczenia - po pierwsze, pozwalają na pilnowanie budżetu, po drugie prowokują do myślenia i kombinowania.

Nie musiałem być ekspertem, żeby stwierdzić, że pierwszym etapem powinno być ogarnięcie blachy - bo kładzenie grubych warstw szpachli zdecydowanie skreśliłem. Kontakt do blacharza dostałem przypadkowo - gość, z którym pisałem na fb ogarniając inną rzecz do motocykla dał mi kontakt do swojego znajomego. Za 200 pln miałem wyprostowany i wycynowany zbiornik. Blacharsko wyglądało to naprawdę dobrze, minusem było uszkodzenie oryginalnych naklejek, które są niedostępne w sprzedaży. Na szczęście są firmy, które rzeczone naklejki dorabiają po przesłaniu do nich zbiornika. Koszt był spory, bo 150 złotych za dwie sztuki, a same naklejki minimalnie odbiegały kolorem od oryginałów - była to jednak najlepsza z dostępnych opcji. Licząc się z tym, że cały zbiornik trzeba będzie teraz i tak pomalować, oddałem go do piaskowania do firmy, która miała mi też pomalować proszkowo trochę elementów. I tu był zgrzyt, bo typy opierdzieliły proszkowo też sam zbiornik xDD Na szczęście, udało się to odkręcić.

Kolejnym etapem było rozkminienie, jak tu właściwie taki zbiornik pomalować. W Internecie znalazłem fajny i dość przejrzysty opis naprawy harlejkowego zbiornika przeprowadzony przez człowieka specjalizującego się w tym. Artykuł pozwolił mi ułożyć sobie w głowie, jakie etapy powinny nastąpić kolejno po sobie przy naprawie lakierniczej, żeby efekt był zadowalający i trwały. Przy okazji wykorzystałem kontakt do autora artykułu (który prowadzi też sklep lakierniczy) żeby zaopatrzyć się w potrzebną chemię. Jednorazowy koszt był duży, bo 600 pln, ale z całej tej chemii zostało mi jeszcze 1/2 - 2/3 zawartości, więc z odrobiną kreatywnej księgowości do excela wpisałem 250;)

Prawie wszystkie elementy miałem już skompletowane, brakowało dwóch najistotniejszych: miejsca, w którym mógłbym działać i doświadczenia, żeby naprawa była zrobiona i jakoś wyglądała xD W pierwszym, z pomocą przyszedł wspomniany @Man_of_Gx  i przez kilka dni służył kompresorem i znosił moją obecność;) W drugim punkcie, niestety - nauka odbywała się na żywym organizmie i wszystkie niedoróbki musiałem poprawiać na bieżąco. A było tego trochę - epoksyd, podkład poliestrowy, podkład akrylowy - każda warstwa kładła mi się brzydko i po każdej do zabawy wchodził papier ścierny. Myślę, że łącznie jakieś 85% czasu właśnie straciłem na szlifowanie i poprawianie - głównie przez mój brak umiejętności z pracą z pistoletem. Na koniec został do położenia kolor, który też był problematyczny - był to lakier trzywastwowy, czyli na początek idzie zwykły kolor, na to półprzezroczysta baza z ziarenkami metalu, na sam koniec wreszcie lakier bezbarwny. U mnie dochodziły jeszcze naklejki, więc poziom trudności jak na pierwszą naprawę był wysoki. Tu naprawdę pomógł mi youtube oraz użycie ciut lepszego pistoletu do lakierowania. Co prawda z samej bazy nie byłem zadowolony (najpierw ją położyłem, a dopiero później zajrzałem na youtube jak właściwie mam ustawić sobie pistolet i jak malować xD), ale już lakier bezbarwny który robiłem następnego dnia wyszedł dużo lepiej. Oczywiście, znów nie było perfekcyjnie, gdzieniegdzie też powstały mi drobne zacieki - ale nic czego nie dałoby się poprawić papierem ściernym. Na dużej części zbiornika uzyskałem też już idealny efekt lustra, co naprawdę mnie ucieszyło.

No i można powiedzieć, że zbiornik jest gotowy. Jakbym miał to podsumować, końcowy efekt moich prac oceniłbym na 6/10. Z daleka zbiornik wygląda naprawdę dobrze, z bliska widać drobne niedociągnięcia, które dyskwalifikowałyby to u profesjonalisty. Swoją ocenę obniżam po pierwsze przez nieidealne położenie bazy - metaliczne ziarna nie są aż tak wyraźne, jakbym chciał. Dałem też za dużo drugiej warstwy, przez co kolor wyszedł minimalnie zbyt pomarańczowy w stosunku do oruginału. Gdzieniegdzie też powstały mi wtrącenia, których nie udało się usunąć - ale takie już uroki malowania w garażu/na powietrzu. Z poprawek, na pewno będę też pewnie musiał położyć jeszcze jedną-dwie warstwy lakieru bezbarwnego, żeby lepiej przykryć naklejki, które są ciut grube i zbyt wyraźnie wystają. Ale tak ogólnie jestem z siebie zadowolony. Kolor był trudny, ale mając na uwadze moje zerowe doświadczenie i obawę, że porywam się z motyką na słonce efekt końcowy jest przyzwoity. No i najważniejsze, że w całym procesie dużo się nauczyłem i myślę, że kolejną taką naprawę zrobię już dużo szybciej.

W komentarzu ciąg dalszy efektów pracy + fotki przed.

#motoryzacja #diy #motocykle

Inspirator3piorunów

@knoor nie trzeba przypominać co pół roku, powiedział, że zrobi to zrobił! Ładnie wyszło, kolorki żywe, według mnie bardzo zbliżone do oryginału. To już był ostatni etap, można śmigać?

Osobistość2piorunów

@knoor ja tam nic nie wiem ja w Toskanii bezczeszczę kościoły :smiley:

Gx

Pokaż więcej komentarzy (9)

Kosmonauta

w Hydepark

37piorunów

#gastronomia #jedzenie #oswiadczenie
Napiwki to jest coś czego najbardziej nie rozumiem w jakiejkolwiek kulturze. W jakiej innej branży daje się napiwki? Oooo ale mi pan ładnie wymienił olej silnikowy, ma pan dodatkową stówkę! Oooo ale dobrze obcięte włosy nie no 50 złotych ekstra się należy!

Ale w gastro wymaga się żeby za wykonywaną przez kogoś pracę płacić ekstra, tzn. przerzucać koszty januszery na klienta. Zapłaciłeś 40 złotych za średniego burgera z frytkami, we no daj jeszcze dyszkę bo ktoś ci go przyniósł z kuchni do stolika (10 metrów). Zamawiasz na glovo, we no dorzuć 10% do zamówienia dla gościa co ci to dowiezie mimo że dobrowolnie zgodził się na wykonywanie usługi. Jedzenie na mieście i tak jest obecnie mega drogie bo marże poszły w górę ale zapewne obsługa tych pieniędzy nie widzi tylko Janusz, więc dokładaj się do obsługi, mimo że nawet nie wiadomo czy oni te pieniądze zobaczą.

Nigdy nie daję napiwków, i to nie dlatego że się nigdy nie należy, po prostu wydaję swoje ciężko zarobione pieniądze i chciałbym żeby ludzie którzy mnie obsługują zarabiali godziwie zamiast januszerskich sztuczek na wymuszanie dodatkowej kasy.

Inspirator0piorunów

Ja ostatnio napiwek dałam gościowi, co naprawił mi zmywarkę, a przyjechał tego samego dnia co zadzwoniłam, naprawił na następny i wniósł ze mną na 2 piętro. Plus wycenił się tanio, więc i tak zaoszczędziłam.
Natomiast nie daje napiwków kelnerom, chyba że postarają się ekstra, a nie za samo przyniesienie zamówienia. To też taka prywatne skrzywienie, bo pracowałam swego czasu w głównej recepcji hotelu i nieraz się zdarzało, że organizowałam super zaręczyny, stając na głowie żeby zgrać spa, kolacje, idealnie schłodzony szampan do pokoju i dostawę kwiatów. Za to wszystko sowity napiwek zazwyczaj zgarniali kelnerzy, bo się przyjęło, że tak się nagradza lokal. A tak naprawdę byli tylko napędem do tacy. Oczywiście nie muszę wspominać, że się nqpiwkiem nigdy nie dzielili 😆

Koneser0piorunów

Mam u siebie w sklepie dowóz na terenie miasta i zdarza się, że dostanę napiwek :grinning: to zawsze miłe zaskoczenie 😉

Pokaż więcej komentarzy (23)

GURU

w Gotowanie

67piorunów

Najszybszy sos czosnkowy

Do litrowego słoika wrzucacie że 4 ząbki czosnku, 3 łychy majonezu, 2 łychy gęstej śmietany, pół łyżeczki soli, całość blendujecie blenderem ręcznym. Zakręcacie słoik pokrywką i do lodówki na minimum godzinkę. Może postać parę dni.

Zamiast kupować sos że sklepu, można mieć własny pyszny sosik bez konserwantów i generowania zbędnych odpadów.

Można poeksperymentować co jeszcze tam dorzucić żeby podkręcić smak, np. koperek, pieprz, ale taka sama baza też jest wystarczająca.

#gotowanie

Kosmonauta0piorunów

ee no nie wiem. Taki surowy czosnek ostro daje z paszczy. Jednak na początku trochę trzeba go upiec

Inspirator0piorunów

Do tego pół łyżeczki soku z cytryny i musztardy i masz pełnię smaku.

Pokaż więcej komentarzy (33)

Lider

w Marynarz

39piorunów

Zanim dokoncze historie, na ktora nikt nie czeka wrzucam wam filmik z ostatniego kotwiczenia. Dla skali macie czlowieczka z tylu.

Tak napieprzalo, ze moj telefon probowal sie ewakuowac xD

Takich zrzutów oczywiscie bylo duzo wiecej, bo musielismy wywalic 10 szakli lancucha, czyli 275m.
#barteknamorzu #marynarz #statki #pracbaza #ciekawostki

https://streamable.com/7is8xa

Wirtuoz2piorunów

@bartek555 Swoją drogą to ciekawy jestem czemu na hamulcu nie ma zastosowanego mechanizmu zegarowego (hamowanie ogniwo po ogniwie), albo ślimaka, aby puszczać kotwicę wolniej, albo mechanicznych kleszczy, jak na kabestanach. Jest przecież wiele nagrań, że nawet hamulce nie dają rady, a to by ograniczało prędkość zrzutu.

Inspirator1piorunów

Where człowieczek?

Pokaż więcej komentarzy (25)

Fanatyk

w Hydepark

95piorunów

Może to was zdziwi, ale żyję.

Warto wspomnieć, że skakałem z samolotu z około 3 km(skok w tandemie).

Rzecz miała miejsce kilka dni temu, ale dopiero teraz po tym ochłonąłem, więc mogę co nieco o tym napisać.

Wszystko zaczęło się od filmu Marcina Banota, w którym mówił że skakał wielokrotnie z samolotu.
Sprawdziłem i ceny bez kamerowania oscylowały w okolicach 800-1000zł a z kamerowaniem 1100-1300zł

Uznałem że to w miarę akceptowalna cena za taką nietypową przygodę. Byłem trochę do tego przekonany, lecz większość pozytywnych opinii w ostatnim wpisie na hejto przekonała mnie do końca i zarezerwowałem termin(około 2/3 tygodnie czekania).

Tak więc moje przygotowanie do tego, wraz z różnymi poradnikami wyglądało tak:
- lekkie ogarnięcie kondycyjne/fizyczne
- przygotowanie stroju sportowego(zwykły podkoszulek i spodenki po kolana) i odpowiednich butów(zwykłe buty sportowe i trampki)
- spożycie lekkiego posiłku przed skokiem
- wcześniejsze przeczyszczenie jelit by uniknąć incydentu kałowego - w przeciwieństwie do mojego ojca nie potrafię srać kiedy zechcę, więc musiałem sobie to zaplanować i udało się
- pozamykanie niektórych ziemskich spraw i pogodzenie się z możliwą śmiercią - zapewne część z Was pomyśli sobie "o czym do cholery pi⁎⁎⁎⁎li?", wyjaśnię później

Po przybyciu na miejsce okazało się że trafiłem na moment gdy szykowali poprzednią ekipę i co nieco pooglądałem sobie.
Ogólnie byłem dość spokojny, bo przygotowałem się mentalnie na to co może nadejść.

Najpierw było wstępne zapinanie uprzęży - już wtedy lekko była przyciasna
Potem było trenowanie pozycji lotu swobodnego - głowa do góry, ręce na szelkach, nogi złożone pod tyłek - klep klep w plecy i można ręce wyprostować
Głowa cały czas jak najbardziej w górze, by można było oddychać
Później trening lądowania spadochronem - nad tym nie miałem oczywiści kontroli oprócz podniesienia nóg do góry, by nie zaryć nimi o ziemię
Następnie przeszliśmy do samolotu gdzie na sucho testowaliśmy skok, inna uczestniczka zwróciła uwagę że można trafić w belkę samolotu źle wyskakując, ale instruktor zapewniał że on jest właśnie po to by tego nie zrobić.
Na końcu było kolejna weryfikacja uprzęży i kolejne dopasowanie
Instruktorzy wspominali że wcześniej tego dnia mieli incydenty wymiotne(całe szczęście, że niewiele zjadłem wcześniej) i raz czy dwa razy w sezonie że ktoś albo nie skoczył, albo zemdlał w trakcie skoku.

W końcu po nieco ponad godzinie przygotowań weszliśmy do samolotu idąc do niego tak jak to robili czasem w Top Gun.
Było nas z pilotem 5 osób i ja skakałem jako drugi - podczas lotu siedziałem tyłem do kierunku lotu a kobieta raczej przodem i jej technika skoku różniła się od mojej.
Nie wspominałem wcześniej że jeszcze nigdy nie latałem samolotem, więc byłem dodatkowo tym obciążony psychicznie.
Jedyne co mogę powiedzieć o starcie, to że nie było to zbyt przyjemne, bo jakoś nie mogłem przyzwyczaić się do skrętów i turbulencji.
Sam lot trwał chyba z 10 minut, choć nie miałem zegarka i ku mojej uciesze, nie stresowałem się zbytnio i głównie podziwiałem widoki.
A było co podziwiać, bo widać było fajnie porozrzucane domki, góry w oddali(albo pagórki, sam nie wiem) i lasy.
Niestety koło 3 km widok się pogorszył i widać było wszystko jak przez mgłę.
Mimo że przez zdecydowaną większą część lotu byłem oazą spokoju i przykładem poprawnego tętna, to mocne skręty powodowały we mnie wrażenie że jednak się gdzieś rozbijemy.
W między czasie instruktor przypiął się do mnie i potwornie mocno ścisnął wszystkie uprzęże - niestety ale było to konieczne.
Czułem się jak dziecko w takim nosidełku zawieszanym przez niektórych rodziców przed sobą.
Sygnał od pilota że została minuta do skoku i okulary poszły na gały.
Pytanie czy wszystko ok, bo jeszcze można było zrezygnować - ja powiedziałem że ok
Kobieta skacząca przede mną miała jakąś dziwną klęczącą pozycję i skok chyba do tyłu/w bok.
Trochę dziwnie się patrzy na kogoś, kto obok ciebie skacze z 3 km(w zasadzie to w ostatniej chwili się trzeba poddać instruktorowi, bo to on ogarnia początek) a potem jest kolej na ciebie.
Po jej skoku, zaczęliśmy przeczołgiwać tyłki do tyłu by dojść do wyjścia, instruktor dał wtedy nogę na belkę na zewnątrz samolotu, ja tam dałem dwie nogi, chwyciłem się za takie przepaski wystające z uprzęży, głowę przecisnąłem do tyłu na maxa i w tej chwili byłem tylko kukłą, którą instruktor wyrzucił z samolotu.

Sam lot to tragedia, bo wszystko dzieje się potwornie szybko, mimo że byłem na to z grubsza przygotowany.
Jedyne co widzisz to powoli zbliżający się grunt albo horyzont jeśli masz głowę skierowaną w górę.
Lecąc 200 km/h nie za bardzo masz czas na rozmyślanie gdy to ciebie wiatr maltretuje z całą siłą.
Śmierć jest blisko, ale w takich sytuacjach nie ma czasu na rozmyślanie, więc też strach jest ograniczony.
Na początku trzeba trzymać się uprzęży, głowa w górze i nogi na tyłek - tu coś skopałem, bo instruktor mówił że szarpało, ale uwierzcie że nie jest to proste, mimo że powtarzałem to w głowie sobie dziesiątki razy by zapamiętać.
Klep klep w ramię i wyprostowałem ręce. Była kamera więc próbowałem się pouśmiechać czy coś pokazać, ale wypadło to źle(czyli tak jak oczekiwałem, wiec zawodu nie było - nie jestem zbyt kameralnym człowiekiem)
Potem otwarcie spadochronu przez instruktora - nie spodziewałem że to będzie aż takie bolesne, ale czułem bardzo mocno uprząż wbijającą się w uda - jakoś spadochron musiał wyhamować nas.
Sam lot ze spadochronem był o wiele przyjemniejszy, bo sam też krótką chwilę sterowałem i przez większość czasu swobodnie spadaliśmy, ale na początku jakieś kilka ostrych kółek zrobił instruktor aż mi żołądek podskoczył do gardła(i pasy wbiły mi się bardziej).
Ostatnim krokiem było podniesienie nóg i ładne wylądowanie - które mimo mojej poprawnej postury nie zadziałało całkowicie i lekko zarzuciło nas na bok.

Tak jak wspominali, cała przyjemność wraz z przygotowaniem, czekaniem, wzlatywaniem i skokiem trwała około 2 godzin.
Wszystkie naszyjniki, zegarki, pierścionki, komórki, portfele są niedozwolone, więc nie udało mi się samemu nic pstryknąć oprócz tego zdjęcia przed skokiem.
Po wszystkim otrzymałem pamiątkowy dyplom i kilka dni później wideo ze skoku(którego z wiadomych przyczyn nie udostępniam).
Z obrażeń jakich doznałem, to przytarcie od uprzęży w górnej części uda i wysuszone jedno oko, bo okulary nie do końca przylegały, mimo że wyglądało jakby przylegały

Wracając do pogodzenia się ze śmiercią to myślę, że uświadomienie że mogę zginąć i w zasadzie to nic strasznego, pomogło mi wykonać ten skok.
Zapewne większość osób zawierza wszystko doświadczeniu instruktorów i statystyce i nawet nie chcą myśleć że mogą tego nie przeżyć i bronią się przed tym.
Porobiłem wstępne przygotowania na wielu płaszczyznach by mieć oczyszczony umysł i nie skupiać się na głupotach, np. pousuwałem z komputera pewne grubo kontrowersyjne memy które ktoś mógłby znaleźć, uporządkowałem zasoby materialne by łatwiej było je spieniężyć przez rodzinę etc.

Jeśli byście się mnie zapytali czy skoczyłbym jeszcze raz, to odpowiadam prosto i rzeczowo "Być może"
Na pewno nie w tym roku, jestem wypełniony wrażeniami więc będę chciał ochłonąć, ale nie mówię nie kolejnym próbom.
Podbiłem wysoko poprzeczkę głupoty w rodzinie, bo dotychczas najbardziej ekstremalny był chyba skok na bungee, ale być może uda mi się na następny rok szwagra na to namówić.

#skakaniezsamolotu

Fanatyk3piorunów

Świetna relacja, bardzo fajnie się czyta 🙂 przygody trochę zazdroszczę trochę współczuję bo jednak latanie i wysokości mnie trochę stresują 😅

Autorytet0piorunów

@krokietowy ja to bym nigdy się nie odważył. Już sam Twój opis mnie wystraszył :grinning:

Pokaż więcej komentarzy (14)