DDA bez A to DDD.
Nie mogli inaczej? Mogli, mogą i zawsze będą mogli.
Nie potrafili, bo zapewne też mieli ciężkie dzieciństwo, którego nie przepracowali. Teraz nie chcą, bo "jestem stara/stary i się nie zmienię". Przyszłość? Nie wiadomo, zawsze raczej jest promyczek nadziei, tylko potrzebny jest "bodziec", jaki? Silny. Jaki konkretnie? Nie wiadomo, na każdego działa co innego.
@macgajster taplanie taplaniem, też jestem jego przeciwnikiem, tylko lepiej to w głowie poukładać, żeby sobie z ewentualnym powrotem myśli poradzić, bo "tu i teraz" jest inna robota to zrobienia - swoje własne życie.
Dysfunkcja dla mnie jest wygodna, bo mogę w nią wszystko wrzucić, jaka konkretnie jest to dysfunkcja nie ma żadnego znaczenia, bo efekt tej dysfunkcji jest taki sam.
Żeby nie było, sam mam podobną historię. Alkoholowych historii z dzieciństwa pamiętam kilka (nazwijmy to okazjonalnie, przez jakiś okres czasu), za to byłem zapomniany, bo poświęcano się innym osobom. Nawet na to określenia nie ma - uzależnienie od ludzi (może syndrom Mojżesza?). Zaspokajanie ich "potrzeb": na siłę, na wyrost, a w zasadzie to zaspokajanie swojej własnej potrzeby bycia zauważonym i docenionym (oczywiście bez efektu i to się nigdy nie kończy).
@sekate tak, wiem o DDD, ale "dysfunkcja", to takie meh, tylko lekka niedoskonałość. Alkoholizm jest za to czymś grubym. Wolę oddać powagę sytuacji, bo zaburzenia dzieci z obu domów są bardzo podobne i krzywdzące.
Zdaję sobie sprawę, że pokolenie przedwojenne wychowujące pokolenie powojenne, to coś, co wtedy wymagało pomocy psychologicznej lub nawet psychiatrycznej. Tylko wiemy jakie były realia.
Dlatego zamiast oceniać i wściekać się, a przy okazji wypominać i przekazywać informację zwrotną, która teraz już nie ma sensu jeśli nawet trafi, wolę budować dla siebie coś lepszego. Nic mi nie zmieni taplanie się w przeszłości poza dodaniem nerwów, których i tak mam już sporo sam z siebie.
@macgajster taplanie taplaniem, też jestem jego przeciwnikiem, tylko lepiej to w głowie poukładać, żeby sobie z ewentualnym powrotem myśli poradzić, bo "tu i teraz" jest inna robota to zrobienia - swoje własne życie.
Dysfunkcja dla mnie jest wygodna, bo mogę w nią wszystko wrzucić, jaka konkretnie jest to dysfunkcja nie ma żadnego znaczenia, bo efekt tej dysfunkcji jest taki sam.
Żeby nie było, sam mam podobną historię. Alkoholowych historii z dzieciństwa pamiętam kilka (nazwijmy to okazjonalnie, przez jakiś okres czasu), za to byłem zapomniany, bo poświęcano się innym osobom. Nawet na to określenia nie ma - uzależnienie od ludzi (może syndrom Mojżesza?). Zaspokajanie ich "potrzeb": na siłę, na wyrost, a w zasadzie to zaspokajanie swojej własnej potrzeby bycia zauważonym i docenionym (oczywiście bez efektu i to się nigdy nie kończy).