Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Wpis użytkownika Cerber108 w Książki

Osobistość

w Książki

6piorunów

1181 + 1 = 1182

Tytuł: Rozstaje zmierzchu

Autor: Robert Jordan

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788382029185

Liczba stron: 848

Ocena: 3/10

Mam tak, że jeżeli autor cały czas, w koło Macieju, serwuje identyczne badziewie, to jeszcze bardziej schodzę z oceną - to właśnie ten przypadek... Żartuję, tutaj - choć ciężko w to uwierzyć - dzieje się jeszcze mniej, a sceny, które każdy szanujący swojego czytelnika autor rozwiązałby raz dwa, Jordan przekształca w rozdziały - dosłownie.

Przykład? Proszę bardzo. Jeden dzień zleciał mi na czytaniu o całym rytuale kąpieli, mitrężeniu w garderobie, prężeniu wyimaginowanych muskułów wobec oponentek i zabawianiu - bez podtekstów - niepełnoletnich głów domów w salonowych minigierkach. To ostatnie to już w ogóle cyrk na kółkach i nawet nie chce mi się tej kwestii rozwijać.

Kolejny przykład. Gdzieś w połowie książki scenę zapowiedzenia, zwołania i otwarcia posiedzenia komnaty w ekranizacji dałoby się przedstawić w kilkanaście, góra kilkadziesiąt sekund; Robercik w najdrobniejszych szczegółach opisał wygląd każdej Aes Sedai, sposób jej wejścia do pomieszczenia, hipotetyczny pogląd na zapowiedziany temat rozprawy, wzajemne animozje z innymi ugrupowaniami itp. itd. To nie ma najmniejszego sensu.

Również i Mat dołączył do samobiczujących się idiotów dostających spazmów na myśl o zabiciu kobiety, nawet takiej, która swoimi czynami nie tyle może, co po prostu doprowadzi do śmierci setek sprzymierzeńców. Tym samym główni bohaterowie wreszcie stworzyli Trójcę Śniętą Miękkich Pip. Ależ to jest głupie. Gdyby tylko jeden z tych ciemniaków posiadał taką cechę, to byłoby to jeszcze zrozumiałe (choć Rand i tak osiąga pod tym względem nowe szczyty), ale w przypadku występowania u całej trójki wyraźnie mamy do czynienia z czymś wychodzącym głębiej od autora.

Bodaj nigdy nie zmuszałem się aż tak do czytania. "Aukcjoner" jest blisko, ale z innych powodów. On na szczęście był krótki, choć to też wyczyn wkurwić mnie na tak niewielu stronach. Tutaj z kolei na przemian nudzę się i irytuję na przestrzeni tysięcy stron. W tym przypadku - oprócz obiektywnej mierności tekstu - w grę wchodzi moje negatywne nastawienie. Seria musiałaby zaliczyć obrót o 180°, żebym zaczął jakkolwiek dobrze o niej myśleć, a tego się nie spodziewam.

W ogóle całe to doświadczenie jest intelektualnie męczące, bo - jakby nie patrzeć - od kilku miesięcy piszę o tym samym gównie i połowę sił wkładam tylko w to, żeby przy kolejnych wpisach się nie powtarzać. Nie mogę się doczekać powrotu do różnorodności.

Zauważyłem w tym tomie obecność wtrąceń w nawiasach, które w poprzednich częściach nie występowały. Zmianę tłumacza widać również w sposobie określania bohaterów: tak jak zawsze było "Perrin to, Mat tamto", tak teraz ich obecność zaznacza się również nazwiskiem.

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!