
Nie żyje Adam Borejko. Polski podróżnik zmarł w hotelu na Syberii
aerthevistGURU
41piorunówPolak miał zginąć przy próbie sprostania ekstremalnemu wyzwaniu - chciał zimą przejechać rowerem z Jakucka do Ojmiakonu, uznawanego za jedno z najzimniejszych stale zamieszkanych miejsc na Ziemi. Podróż o długości 914 km powinna się zakończyć 18 lutego. Na przełomie stycznia i lutego Polak zmarł w pokoju hotelowym w miejscowości Chandyga - przekazały służby ratunkowe Jakucji we wpisie w mediach społecznościowych.
31 stycznia, zgodnie z planem, Polak dotarł do miejscowości Chandyga, gdzie zameldował się w hotelu. Następnego dnia rano - już z niego nie wyszedł. Po południu 1 lutego personel placówki znalazł jego ciało w hotelowym łóżku. Nie wiadomo, jaka była przyczyna jego śmierci.
Z informacji, jakie Adam Borejko publikował w Instagramie wynika, że podróż przez Syberię zimą była ostatnią częścią wyzwania polegającego na samodzielnym pokonaniu rowerem trzech największych żywiołów Ziemi.
Komentarze (16)
Przykre... Ale to właśnie ryzyko śmierci daje ten przypływ adrenaliny dla którego w ogóle to zrobił
Sam jestem fanem rowerów oraz zimy, jezdżdżę sobie okazjonalnie w mrozach np w wigilię fajnie było pojechać za cmentarz, do lasu, nad rzekę i po mak na makowca, ale na litość boską Syberię na rowerze? W XXI wieku są opony zimowe z kolcami, pojazdy gąsiennicowe, skutery śnieżne, a jak ktoś chce koniecznie niesilnikowo to psie zaprzęgi, narty, raki. Jak jest kilkanaście stopni mrozu to parę sekund bez rękawiczek i ręka wychłodzona, a jak jest kilkadziesiąt +wiatr ludzie nie są w stanie przetrwać bez schronienia, dlatego ostatnio na poligonie w Finlandii rezerwiści mieli odmrożenia przy -34 st.C, dlatego każda odległa podróż nawet z świetnym planem i sprzętem to śmiertelne ryzyko. Właśnie obejrzałem film na faktach jak w latach 1909-1911 Duńczycy udowadniali Amerykanom, że jakiś ląd jest nadal częścią wyspy Grenlandia i dlatego nie mogą im go odebrać, to była wyprawa! Zjadali po kolei psy, walczyli z niedźwiedziami, jak im odwaliło od siedzenia w chacie to popadli w schizofrenię, ale cała wyprawa miała większy sens i ktoś miał ich odebrać z wybrzeża. A tu na rowerze do aktualnie wg wszystkich mainstreamowych mediów największego wroga w sam środek wygwizdowa? Można też powiedzieć wszystkim dobrze przygotowanym "więcej sprzętu niż talentu", ale im mniej sprzętu tym więcej doświadczenia i pokory potrzeba. W takim filmie Lodowa pułapka fajnie lokalsi walczyli z gangusami na zamarźniętym jeziorze, jednak w czasie odwilży.
Przykład anegdotyczny, bo to są zazwyczaj ludzie z kolosalnymi deficytami atencji i kosmicznym niedowartościowaniem, którzy w ten sposób realizują swoje braki.
Jednak jest też kwestia stagnacji gatunku ludzkiego. Poza głębinami oceanów wszystko już zostało wyeksplorowane i brak nowych i sensownych wyzwań. Kiedyś taki koleś prawdopodobnie by odkrywał nowe lądy, a dziś zapierdala rowerkiem po śniegu, bo tylko tyle mu zostało.
Jak ludzkość nie zacznie latać w kosmos to w końcu zgnije z nudy.
Już nawet na Syberię rowerzyści się pchają. Widać nie starcza im wkurwianie kierowców na pozostałych drogach. Mało im! 😡
@artu3131 @mannoroth
Ale sugerujecie, ze lepiej siedziec w piwnicy przed kompem cale zycie?
@musimury najlepiej nie popadać w skrajności 😉
@musimury No tak.Życie dzieli się tylko na dwie skrajności.Jedni wchodzą zimą na Czomolungmę, a drudzy siedzą w bunkrze czekając na koniec świata.
Play stupid games, win stupid prizes 😒
@FriendGatherArena Bohater artykułu też zmarł w łóżku. Tyle, że hotelowym.
@mannoroth zmarł robiąc to co kochał, czy to taka głupia śmierć? Jaką śmierć ty życzyłbyś sobie? Po chorobie w łóżku?
Jak czytam o takich ludziach to zaraz kojarzy mi się ten obrazek.No, ale to ich sprawa i ich życie.
Przynajmniej z przytupem, a nie że poszedł na Babią w majtkach i hipotermi dostał.
Następny zmarzł
juz nigdzie nie zajedzie
@TyGrySSek przypomina się komentarz syna jednego gościa co to wspinał się na ośmiotysięczniki i też "zmarł robiąc to co kocha - chwała bohaterom - o zmarłych dobrze albo wcale". Ładnie to zmienia optykę tego ile to wszystko jest warte i jakimi ludźmi oni byli
Zbiórka zbiórką, Kasa kasą – chuj mi do tego kto, ile i na co daje. Napiszę z innej perspektywy. Jestem synem człowieka, który na niejeden ośmiotysięcznik wchodził – na jeden wszedł i zginął. Chodziłem wtedy do podstawówki. I nie będę pisał o żadnym bohaterstwie mojego ojca. Wystarczająco nasłuchałem się tych wszystkich bredni na ulicy, w szkole, od urzędników, którzy widzieli moje nazwisko i z odmętów pamięci przypomnieli sobie o moim ojcu – chcąc mi sypnąć komplementem – słyszałem tysiące razy jakim to był wielkim bohaterem i jaką potężną miał odwagę. Chuja miał – nie odwagę. Chujem był a nie bohaterem. BOHATEREM była moja matka! Dopóki nas nie było na świecie razem wspinali się tu tu to tam. Obietnica była jedna – przychodzi dziecko na świat – odstępujemy od tego sportu w wymiarze ekstremalnym. I przychodzę na świat. Jest siermiężny PRL. Po co bawić się w kartki i kolejki, po co użerać się z bachorami, na chuj z tym wszystkim. I spierdolił. Mój ojciec był tchórzem ponad tchórze. Zostawił nas z tym wszystkim. Zostawił nas z traumą o której nawet głośno nie można powiedzieć – bo przecież był bohaterem! W imię czego bohaterem? W imię własnych ambicji które były ważniejsze niż dzieci? Na co szedł hajs? Na książki, zeszyty, ubrania, jedzenie? Zwykle pierdolenie – chodziłem w szmatach do szkoły, żarłem mortadele na która matka ledwo zarobiła biegając od jednej roboty do drugiej, z drugiej o trzeciej (i byłem szczęśliwy dzięki miłości matki). A on kartki sprzedawał by mieć na sprzęt. W dupie miał wszystko.
Po co to piszę? Mackiewicz zostawił dzieci. Będą żyły z tym samym piętnem z którym ja i moje rodzeństwo borykaliśmy się tyle lat. I niech to będzie komentarz do jego bohaterstwa. Kocham góry ponad wszystko – ale kocham je mądrze i ta miłość to miłość przekazana dzięki matce. Wspinam się, ale nigdy nie narażę swojego życia w imię czczego bohaterstwa, w zapomnieniu dla rodziny i wartości, które powinny być nadrzędne dla każdego rozsądnego człowieka. Wychować dziecko – to jest bohaterstwo, odpowiedzialność to jest bohaterstwo – a nie wpierdolenie się na 7 tysięcy bez tlenu. Samobójstwo w imię dwóch zdań na wikipedii i jakiejś płaskorzeźby w bliżej nieokreślonej lokalizacji, w imię szyby wkutej w bloku mieszkalnym, w imię nazwy szkoły, której młodzież ma w dupie kim był patron, w imię jakiejś nazwy ulicy i bestialsko pojebanej gloryfikacji.
I teraz walka z mitem – po co wchodzą na ośmiotysięczniki? Po co akurat tam? Dla pokonania własnych słabości, walki z ograniczeniami? To równie dobrze mogli tłuc kilkukrotne iron many! Ściema kurwa. Ja Wam powiem po co mój ojciec to robił. By zaistnieć, by zapisać się na „kartach historii”, z nonszalancji, chujowo rozumianego splendoru, bo zwyczajnie w innych dziedzinach był zerem. Palił, pił – sportowiec. Przecież można wchodzić na o wiele mniejsze góry – nadal niebezpieczne – ale? No właśnie nikt się takim wejściem nie interesuje. Na Mont Blanc wchodzą tabuny Januszów jak po browara w Biedronce. I tam „chwały” nie będzie. No chyba ze wszedłby boso. Mocarz bez tlenu wchodzi na Nanga Parbat i zostawia dzieci – i ja a takie bohaterstwo podziękuję.