@Lubiepatrzec @okim @DexterFromLab
Trochę mnie @okim wywołał do odpowiedzi, a ja mimo wszystko chciałbym zachować pewną bezstronność.
W tym co pisze @okim jest dużo prawdy, ale jakoś odnoszę wrażenie, że działania @DexterFromLab są pozytywne.
Jestem całkowicie pewien, że w żadnym ośrodku rehabilitacji ten pisklak nie miałby tak troskliwej opieki, podsuwania żarcia co 15 minut i tak regularnego sprawdzania stanu zdrowia.
Jeżeli w ośrodku znajduje się kilkaset piskląt, to opieka nad nimi idzie niemal taśmowo. Wiadomo, każdy pisklak zostanie nakarmiony, opiekun spojrzy, posprząta, ale potem biegnie do kolejnych pisklaków i wraca po 2-3 godzinach na kolejne karmienie.
Z drugiej strony, celowo napisałem o "troskliwej opiece", bo troska to nie wszystko i bez doświadczenia trudno się połapać w ewentualnych problemach rozwojowych, chorobach które zostaną wykryte w profesjonalnym ośrodku, ale nie zostaną zauważone przez osobę która zajmuje się tym pierwszy raz.
I nie, przeciętny weterynarz nie pomoże, a może jeszcze bardziej zaszkodzić.
No i OK, z planu @DexterFromLab raczej nic nie wyjdzie, ale tu przechodzimy do tego mechanizmu wdrukowania, który nie do końca jest taki oczywisty.
Specjaliści lubią o tym mówić i ja sam też lubiłem o tym mówić i ogólnie wszyscy o tym mówią i mają rację. Ten argument jest idealny, gdy ludzie zaczynają przynosić do ośrodków podloty wron, srok, kawek, a takich bezsensownie zabieranych ptaków może przychodzić nawet kilkadziesiąt dziennie do każdej z takich placówek. Poza tym, ten argument jest po prostu słuszny i prawdziwy w takich sytuacjach.
Nie wiem jaki jest obecny stan wiedzy naukowej na ten temat, więc po prostu podzielę się własną hipotezą na podstawie moich obserwacji.
No więc hipoteza jest taka, że wpływ procesu wdrukowania w czasie, jest wprost proporcjonalny do inteligencji danego gatunku.
Z moich obserwacji wynikało, że o ile inteligentne ptaki krukowate były dość „lojalne” w stosunku do człowieka przez dość długi czas, to w przypadku np. kosów, kwiczołów, szpaków, również wróbli, takie ptaki dość szybko „dziczały” w wolierze przejściowej.
Tyle. że w przypadku tego wróbla „wolierą przejściową” będzie już dziki świat.
No i co z tego wyjdzie, to w sumie nie wiadomo, ale trzeba pamiętać, że nawet profesjonalne ośrodki nie są w stanie „zdziczeć” takiego ptaka w odpowiednim stopniu. Nie nauczą na przykład bać się kotów, psów i innych drapieżników, bo niby jak?
Co najwyżej są w stanie ograniczyć nieco kontakt z człowiekiem, dzięki czemu wypuszczony na wolność ptak nie usiądzie jakiemuś dziecku na głowie. No i nie usiądzie na chodniku przed stadem ludzi sądząc że nie zostanie zadeptany.
Jak najbardziej jestem zwolennikiem tego, aby takie ptaki trafiały do specjalistycznych ośrodków i tak właśnie trzeba ludziom tłumaczyć. Ale gdzieś z tyłu głowy mam w pamięci kilkunastogodzinne zmiany „na warcie”, wolontariackie przychodzenie w dni której miały być wolne, wieczny pośpiech, bardzo ograniczoną liczbę personelu.
W takich ośrodkach praca jest bardzo zróżnicowana sezonowo. Przez jakieś ¾ roku jest o tyle spokój, że przychodzą ptaki po zderzeniach z szybami, samochodami, zagłodzone, poranione, połamane i trzeba się tym zająć.
Ale jak jest sezon na pisklaki, to jest całkowita apokalipsa, wtedy zmienia się wszystko i wszystko robi się na wyścigi.
I dlatego podchodzę nieco łagodniej do tematu, gdy temat wychowywania jakiegoś pisklaka dotyczy serio zaangażowanej osoby.