Kuba0788Inspirator
89piorunówŁo k⁎⁎wa.... 0_o

Dołączył/a:
Kuba0788Inspirator
89piorunówŁo k⁎⁎wa.... 0_o

peposlavGruba ryba
24piorunówCo można powiedzieć w trakcie seksu, a nie można powiedzieć ~tępej~ dyrektorce szkoły podstawowej?
Kuba0788Inspirator
21piorunów1147 + 1 = 1148
Tytuł: Sapiens. Od zwierząt do bogów.
Autor: Yuval Noah Harari
Kategoria: Popularnonaukowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo literackie
Format: książka papierowa
ISBN: 9788308083697
Liczba stron: 552
Ocena: 7/10
Autor prowadzi nas historię rodzaju ludzkiego starając się zrozumieć dlaczego doszedł do punktu w którym jesteśmy dzisiaj. Po drodze odpowiada na pytania dlaczego ludzie zaczęli zbierać się w większe skupiska, co w tym pomagało, czym charakteryzowały się religie które odniosły największy sukces oraz jak się odróżniały od tych które przepadły w mrokach historii, jakie największe rewolucje miały miejsce w historii oraz jak ewoluowało myślenie człowieka o sprawach najbardziej fundamentalnych.
Tezy które autor stawia są solidnie uargumentowane i w większości mnie do nich przekonał aczkolwiek warto pamiętać, że są to głownie teorie autora do tego uproszczone na potrzeby książki, która w założeniu jest popularnonaukowa.

hatti-vattiOsobistość
26piorunówWczoraj @WujekAlien dodał wpis o szukaniu pracy. Ja na szczescie pracę mam, natomiast od jakiegoś czasu męczy mnie jedno pytanie. Patrząc na tendencje rynku obecnie wiadomym jest, że się wszyscy spowrotem w IT nie pomieścimy.
Od dłuższego czasu mysle nad przebranzowieniem się, ale jestem w takim miejscu życiowym, że jeszcze nie mam staminy na krok w bok. Wiem jednak, ze w korpo i IT nie chce zostać. Od paru miesięcy sprawdzałam parę pomysłów na biznes i albo rynek jest kompletnie przesycony albo kasa się nie zgadza, póki co nie mam solidnego pomysłu na to co robić dalej.
Jak to z wami jest? Liczycie na to, że po 8 miesiącach ogarnięcie robote I problem potrzeby przebranzowienia was nie dopadnie czy myślicie / realizujecie już jakieś dalsze kroki żeby się zabezieczyc?
#praca #korposwiat #biznes #kiciochpyta
Myślicie o przebranzowieniu się z IT?
237 głosów
SzubiDubiDUAutorytet
93piorunówPracuję na wielkim parku logistycznym składającym się z kilku hal w którym mieści się kilkanaście firm. Całe to centrum stoi w szczerym polu i do najbliższego sklepu mam jakieś 3 kilometry.
Dużo gęb do wyżywienia - czyli idealny biznes dla dostawców typu "Pan kanapka" i teraz opowiem wam jak pięknie to można spierdolić xD
Cały teren został zdominowany przez jednego dostawcę. Przywozi kilka skrzynek jedzenia a wyjeżdża z pustymi skrzynkami. Ledwo to mieści do auta. No fajnie? Niby tak, tylko to jego jedzenie jest takie sobie. Takie mocne 5/10 w polotach do 7/10.
A mimo to wszyscy i tak u niego kupujemy (no chyba, że ktoś woli gotować w domu) bo reszta dostawców wypierdala się na tak prostych rzeczach, że szok.
Na potrzeby historii nazwijmy tego dostawcą Kanapka Oryginalny.
Kanapka Oryginalny codziennie jest o tej samej godzinie. Czy słońce, czy śnieg, ja wiem że o 8:05 podjedzie kombiak i wyjadą z niego obiadki.
I pojawia się konkurent, chce walczyć o tytuł samca alfa kanapkowych dostawców. Ma smaczniejsze jedzenie. Ceny takie same jak oryginalny ale bije jakością.
Pierwszy dzień jest o 9:00. Drugi o 9:30. Trzeci o 11:00. Czwarty o 7:30 i nikt nie kupił bo nie zdążyliśmy dojechać do roboty. Piąty 10:30. Szósty o 11:00. Siódmego go nie było. Ósmego dnia był około 12:30 jak już wszyscy zjedli obiad.
Za pół roku znowu jest konkurencja. Ma większe porcje i ciut lepsze ceny. Przyjeżdżał dosyć regularnie. Pierwszy dzień 9. Drugi dzień 9. Trzeci dzień 9. Czwarty dzień godzina 12 i chłopa nie ma. Dzwonię gdzie jest - centrala nie wie. Następnego dnia był ktoś inny i mówi że tamtemu zabrali prawko za jazdę po pijaku. Ale ten inny przyjechał raz i nara.
Za pół roku kolejny kanapka chce zdominować, sam Pan Viking. Jedzenie the best. Ale co z tego jak mu dali elektryczne auto i 3 dni z rzędu przyjechał z rana na 8:30 jak czwartego spadł śnieg i przyjechał po 12 bo mu się auto rozładowało i stał i ładował xD No to zmienił harmonogram tak aby doliczyć sobie ładowanie więc był u nas o 6 rano gdy tylko jedna firma pracowała a potem wracał około 12 jak już każdy skombinował sobie inny obiad.
Teraz też przyjechali jacyś, niby jedzenie też OK ale co z tego jak przyjechali 3 dni i tyle ich widzieli.
A do tego za każdą taką akcją lista chętnych na ich obiadki spadają bo masz dwie opcje:
-o 8 rano kupić jedzenie u sprawdzonego gościa co jest codziennie
-olać pierwszego gościa i modlić się, że ten drugi łaskawie dzisiaj przyjedzie gdzieś między 8 a 12.
Więc każdy widzi nowego dostawcę ale już nikomu nie chce się wychodzić, oglądać co ma w ofercie bo wie, że za tydzień już tu go nie będzie.
Jeszcze do tego każda firma zwija się od razu gdy wpadnie jakiś dzień na minusie. A czy muszę mówić, że oprócz robotników jest też dużo biurw które w piątki pracują z domu? I teraz wpada piąteczek i katering jest na minusie tego dnia i już w poniedziałek już ich nie ma xD
#jedzenie #pracbaza #przemysleniazdupy

DzielnyOsobistość
52piorunówJako że #hejtolineanyway stanęło w miejscu to ja zarzucam.
Co można powiedzieć na rybach ale w kościele nie wypada? Biorę po 200 i słucham państwa.
PanAreczekGwiazdor
107piorunów#pasta #zajebanezfacebooka #sekcjapast
Skończyłem kurs psiego behawiorysty z nudów, bo akurat miałem trzy wolne weekendy, a wszystkie seriale już obejrzane. Myślałem, że będzie śmiesznie: trochę o smyczach, trochę o lęku separacyjnym, ktoś powie „piesek musi mieć granice” i do domu. Tymczasem po dwóch dniach dostałem certyfikat z moim imieniem, złotą łapką w rogu i podpisem kobiety, która przez cały kurs mówiła do owczarka niemieckiego „panie Krzysztofie”.
No to pomyślałem: skoro mam papier, to czemu nie. Założyłem szkołę dla psów.
Nazwę wymyśliłem profesjonalną: Akademia Świadomego Pyska. Logo zrobiłem w Canvie: pies w okularach i slogan „Twój pies wie. Ty jeszcze nie.” Ludzie zaczęli się zapisywać jak szaleni, bo wiadomo, pies w domu szczeka, gryzie kapcie, patrzy dziwnie na teścia - trzeba specjalisty.
Na pierwszych zajęciach przyszło osiem osób z psami. Ja stoję w polarze z haftem „behawiorysta”, ręce za plecami, mina jakbym rozumiał wilki lepiej niż one same. Patrzę na grupę i mówię:
- Zanim zaczniemy, musicie zrozumieć jedno. Pies nie ma problemów behawioralnych. To wy macie problemy ludzkie.
Wszyscy zapisują.
Pomyślałem: oho.
No i się zaczęło.
Jedna pani mówi, że jej maltańczyk nie chce wracać ze spaceru. Ja zamknąłem oczy, pokiwałem głową i powiedziałem:
- On panią testuje. Proszę przez tydzień, kiedy nie będzie chciał iść do domu, położyć się obok niego na chodniku i też odmówić powrotu. Musi zobaczyć, że jest pani częścią stada, a nie administracją budynku.
Pani prawie się wzruszyła.
Drugi facet mówi, że pies ciągle wchodzi mu do łóżka. Ja mówię:
- To nie pies wchodzi do pana łóżka. To pan bezprawnie śpi w legowisku lidera. Od dziś pan śpi na macie przy drzwiach, a pies na materacu. Po trzech nocach sytuacja się ustabilizuje.
Facet pyta, czy żona się zgodzi.
- Żona też jest częścią stada - mówię. - Niech wybierze: kanapa albo korytarz.
Wszyscy kiwają głowami, bo powiedziałem to spokojnym głosem.
Najlepsze było przy panu z labradorem, który jadł wszystko na spacerach. Patyki, chusteczki, raz podobno pół zapiekanki razem z papierem. Facet pyta, jak to zatrzymać.
Ja zrobiłem długą pauzę, taką terapeutyczną, po czym mówię:
- Musi pan odzyskać kontrolę nad zasobami. Kiedy pies coś podniesie, pan też musi coś podnieść. Ale szybciej. Pies ma zobaczyć, że pan jest szybszym zbieraczem.
- Czyli co mam podnosić?
- Cokolwiek. Liść. Kamień. Paragon. Symbolicznie. Proszę warczeć przy tym nisko.
I nagle osiem dorosłych osób stoi na trawniku i ćwiczy podnoszenie liści z warczeniem.
Ja już ledwo wytrzymuję.
Na trzecich zajęciach wprowadziłem moduł „komunikacja międzygatunkowa”. Powiedziałem, że psy poznają świat przez zapach i dotyk, więc jeśli chcemy, żeby pies nam zaufał, musimy przestać się brzydzić jego „naturalnego języka”.
- Proszę dziś w domu powąchać psie łapy - mówię. - Ale nie tak normalnie. Z szacunkiem. Każdą osobno. Przednią lewą najdłużej, bo tam zwykle siedzi konflikt emocjonalny.
Jedna pani zapytała, co jeśli pies zabierze łapę.
- To znaczy, że nie jest gotowy na dialog.
Potem dodałem, że bardziej zaawansowani mogą delikatnie polizać opuszkę, żeby „domknąć rytuał akceptacji”. Myślałem, że wtedy ktoś wstanie i powie: dobra, panie, koniec tej komedii.
Nikt nie wstał.
Jedna pani nawet zapisała: „lizać łapy - bez presji”.
Zrozumiałem wtedy, że mam władzę, której człowiek mieć nie powinien.
Kulminacja przyszła, gdy na zajęcia przyszedł pan z buldogiem francuskim, który gryzł.
Nie jakoś dramatycznie. Nie „rzuca się do tętnicy”. Bardziej: podgryzał gości, łapał za nogawki, robił z łydki test smaku. Pan mówi, że pies gryzie, kiedy ktoś wchodzi do mieszkania.
Ja od razu w tryb specjalisty. Przykucnąłem, spojrzałem buldogowi w oczy, a on prychnął na mnie jak stary autobus.
- To nie jest agresja - powiedziałem tonem człowieka, który właśnie wrócił z trzyletnich badań nad wilkami w Bieszczadach. - To jest nie zaadresowana korespondencja emocjonalna.
Wszyscy zapisują.
- Co mamy robić? - pyta właściciel.
- Kiedy pies gryzie gościa, gość musi oddać mu symboliczny dług.
- Jaki dług?
- Nogawek.
Cisza.
- Proszę przygotować w domu koszyk ze starymi skarpetami. Każdy gość, zanim wejdzie, bierze jedną skarpetę, kładzie ją przed psem i mówi: „przynoszę okup, nie przynoszę chaosu”.
Kobieta z border collie spytała, czy skarpeta ma być uprana.
Zamknąłem oczy, jakbym kontaktował się z psim kolektywem.
- Nie musi.
I oni to zapisali.
Potem dodałem, że jeśli pies mimo wszystko ugryzie, nie wolno krzyczeć, tylko należy spokojnie powiedzieć:
- Dziękuję za informację zwrotną.
Na następnych zajęciach facet powiedział, że pies gryzie mniej, ale teściowa odmówiła składania skarpety przy wejściu i została „bardzo stanowczo oceniona przez buldoga”.
Powiedziałem, że proces działa.
A potem nadszedł moment, który do dziś czasem wraca do mnie w nocy.
Pewien chłop zapytał, że jego pies ma dziwne kupy i czy powinien iść do weterynarza. Normalny człowiek powiedziałby od razu: tak, proszę iść do weterynarza. I ja też wiedziałem, że tak trzeba powiedzieć. Weterynarz. Badanie. Dieta. Pasożyty. Normalna odpowiedź.
Ale wtedy spojrzałem na grupę.
Osiem dorosłych osób. Notesy w dłoniach. Oczy pełne zaufania. Ludzie, którzy już warczeli do liści, spali na wycieraczce i pytali, czy łapę psa lizać zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
I pojawiła się myśl.
Mała, czarna, okropna myśl.
„Powiedz im”.
Poczułem, jak gdzieś w środku otwiera się klapka, a zza niej wychyla się diabeł w polarze behawiorysty.
„Powiedz im, że trzeba spróbować”.
Nie dlatego, że trzeba. Nie dlatego, że to ma sens. Tylko dlatego, że mogłem.
Wiedziałem, że oni to zrobią.
To było najgorsze.
Nie miałem przed sobą sceptyków. Nie miałem przed sobą ludzi, którzy wstaną i powiedzą: panie, puknij się pan w miskę. Miałem przed sobą uczniów Akademii Świadomego Pyska. Ludzi po module „stanie bokiem do psa w celu przeproszenia przestrzeni”. Oni by to zapisali. Oni by poszli do domu. Oni by się kłócili, czy próbkę należy pobrać rano, czy po spacerze.
Facet patrzył na mnie i czekał.
Ja otworzyłem usta.
- W takich przypadkach - zacząłem powoli - kluczowa jest pełna analiza sensoryczna…
Grupa pochyliła się nad notesami.
I wtedy zobaczyłem siebie z boku.
Nie jako trenera. Nie jako żartownisia. Tylko jako człowieka, który stoi na granicy. Po jednej stronie: niewinny trolling, skarpety dla buldoga, oddawanie łóżka jamnikowi. Po drugiej stronie: totalna ciemność. Behawiorystyczna przepaść. Miejsce, z którego nie wraca się już tym samym człowiekiem.
W głowie miałem dwie myśli naraz.
Pierwsza: „Nie rób tego”.
Druga: „Ale wyobraź sobie opinie w Google”.
Przez sekundę naprawdę walczyłem sam ze sobą. Palce mi zadrżały. Certyfikat w ramce na ścianie błysnął złotą łapką, jakby też mnie kusił. Buldog francuski ziewnął, jakby mówił: „dawaj, człowieku, zobaczmy, jak nisko upadniecie”.
Wziąłem oddech.
- …ale - powiedziałem w końcu - absolutnie nie smakiem.
Ktoś przestał pisać.
- Proszę nie próbować psiego stolca - dodałem bardzo wyraźnie. - To nie jest metoda. To nie jest metafora do praktykowania. To jest moment, w którym idzie się do weterynarza.
W sali zrobiło się dziwnie cicho. Jakby byli trochę rozczarowani.
Pani od maltańczyka uniosła rękę.
- Czyli tylko obserwujemy?
- Tylko obserwujemy.
- A zapach?
Zacisnąłem powieki.
- Z bezpiecznej odległości.
Właściciel psa zapisał: „weterynarz, nie próbować, zapach z dystansu”.
I na tym się skończyło.
Przynajmniej wtedy.
Bo prawda jest taka, że ta myśl czasem do mnie wraca. Nie często. Nie codziennie. Ale są takie momenty: jadę tramwajem, mieszam herbatę, stoję w kolejce po bułki i nagle pojawia się w głowie szept:
„Mogłeś im kazać”.
I od razu robi mi się zimno.
Bo wiem, że mogli to zrobić.
Wiem, że wróciliby tydzień później z tabelką w Excelu, kolumnami: kolor, konsystencja, bukiet, refleksje emocjonalne psa.
A ja musiałbym tam stać w polarze z haftem i udawać, że to był element procesu.
Dzisiaj prowadzę drugi poziom kursu: „Człowiek jako smycz energetyczna”.
Na pierwszych zajęciach każę uczestnikom przez piętnaście minut udawać drzwi, żeby pies mógł „przepracować przejścia”.
Mam już zapisy do listopada.
Ale przy temacie stolca zawsze mówię jedno:
- Weterynarz.
Potem robię pauzę.
Bo człowiek musi znać swoje granice.
Nawet behawiorysta.
https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4223712624548778
Dom_PerignonFenomen
20piorunówNie usprawiedliwiam tego co się dziej w Belfaście. No ale jak można w taki sposób prowadzić narrację?
Przecież to tak jakby po ataku odwetowym na Moskwę napisać:
" Spadały drony, płonęły budynki. To efekt rusofobicznej nagonki rozkręconej przez kijowski reżim"
#uk #imigracja #irlandia

Przecież to tak jakby po ataku odwetowym na Moskwę napisać:
No tu już pojechałeś - to nie jest to samo. Porównanie wojny do zamieszek wymierzonych w losowych ludzi (bo chyba to nie były domy, samochody i autobus tego Sudańczyka?).
LovelyPLFenomen
30piorunów#heheszki #jedzenie #takaprawda #pasta #polska
Zajumane z FB, na dole link do źródła.
Każdy z Was na bank to czuje, ale jakoś głupio o tym powiedzieć, natomiast okazuje się, że wszyscy mamy ten sam problem.
Pizza była kiedyś dla biednych, a dziś trzeba brać kredyt, żeby zjeść przypalonego placka z garścią sera i pieczarek.
Kiedyś było to jedzenie dla biedoty.
I to dosłownie. Powstała w Neapolu jako tani placek dla ludzi, których nie było stać na wymyślne jedzenie. Mąka, trochę pomidorów, trochę sera, czasem coś wrzucone z litości przez los i obiad gotowy. To było coś na zasadzie tego, jak Wasza kobieta sprząta lodówkę, bo wszystkiemu kończy się ważność i mówi, że k⁎⁎wa, jutro zapiekanka. A jak zapytasz z czym, to odpowiada…
ZE WSZYSTKIM!
Chodziło o to, żeby się najeść szybko, tanio i bez filozofii.
A dziś?
Dzisiaj wchodzisz do polskiej pizzerii i czujesz się jakbyś wszedł do najdroższego Włoskiego butiku, gdzie projektantem jest gość, którego nazwiska nawet nie potrafisz wymówić.
Patrzysz w menu na ceny i okazuje się, że nigdy nie widziałeś tylu zer obok siebie, no chyba, że oglądałeś kiedyś obrady sejmu.
Zamawiasz pizzę 42 cm.
79 zł.
Okej, a co jest w tej cenie do pizzy?
Nic. Pizza.
Koniec. Nic więcej. Żadnego sosu, oliwy. Jak chcesz sos czosnkowy, to dopłać 5 zł.
Za 80 zł, rozumiesz? Za placka w tej cenie spodziewałbym się oprowadzenia po zapleczu gdzie rodowity Włoch pokazuje Ci jak kręci w powietrzu ciasto, potem przez 5 minut śpiewa Italodisco, a na końcu proponuje Ci wycieczkę do Pizy żebyś zobaczył krzywą wieżę, bo akurat musi pojechać kupić zapas mąki.
I ja rozumiem koszty. Naprawdę. Lokal, prąd, ZUS, pracownicy, składniki, włoskie produkty, prosciutto dojrzewające dłużej niż niektóre małżeństwa. Rozumiem pizzę za 60-70 zł z burratą, pistacjami i szynką, którą masował osobiście Giuseppe spod Neapolu.
Ale k⁎⁎wa… pizza z serem i pieczarkami za 80 zł? To już nie jest jedzenie dla ludzi.
Na to musi być specjalna okazja i ustalenie budżetu w rodzinie.
Przecież pieczarki nie są wydobywane przez nurków na dnie oceanu. To nie są trufle eskortowane przez ochronę BOR-u. To jebane pieczarki. Warzywo tak tanie, że kiedyś było dodatkiem „żeby coś było”.
Najlepsze są jednak te nowoczesne pizzerie, które robią z pizzy doświadczenie duchowe.
Wchodzisz do lokalu. Beton na ścianach. Żarówki zwisają jak po remoncie. Krzesła niewygodne specjalnie, żebyś przypadkiem nie odpoczął za długo po wydaniu 200 zł. W tle techno dla ludzi po ASP.
Kelner przychodzi i mówi, że ich ciasto dojrzewa 72 godziny.
Przecież ja k⁎⁎wa nie mam tyle czasu, chciałem zjeść coś na szybko.
Potem dostajesz pizzę wielkości koła zapasowego do Fiata Punto i słyszysz, że minimalizm składników pozwala wydobyć charakter wypieku.
Minimalizm? Bracie, tam są trzy kawałki sera i samotna pieczarka wyglądająca jak ocalały z katastrofy.
I oczywiście obowiązkowa oliwa.
Ale nie taka normalna. Nie. Teraz oliwa musi być infuzowana, rzemieślnicza i z nutą dymu i cytrusów.
Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, czy będę wyglądał głupio jak zacznę się nią nacierać w lokalu zamiast marnować ją do pizzy?
Kiedyś oliwa stała na stole i każdy lał ile chciał. Dziś dostajesz pipetkę jak w laboratorium.
Proszę bardzo, 14 zł.
14 zł za tłuszcz do chleba. Za chwilę będą podawać ketchup z ochroniarzem.
A dowóz? To jest osobny kabaret i temat na osobny post, ale w skrócie.
Pizza kosztuje 82 zł.
Dowóz 11.99 zł.
Opłata serwisowa 4 zł.
Opakowanie ekologiczne 3 zł.
Aplikacja doliczyła coś jeszcze, bo chyba była smutna.
Finalnie płacisz 109 zł i zastanawiasz się, czy Ty aby na pewno zamówiłeś Włoską Margherita pizzę, czy Włoską Małgośkę na godzinę.
A ty jesz tę pizzę za stówę i próbujesz sobie wmówić, że czuć jakość, że nie żałujesz…
Nie, k⁎⁎wa.
Czuć desperację i ratę za leasing pieca.
I dajcie znać serio.
Ile kosztuje u Was pizza?
Wejdźcie teraz na aplikację, sprawdźcie i napiszcie w komentarzach.
@FriendGatherArena @AdelbertVonBimberstein @rith nie zauważyliście pierwszego zdania, że to nie moja pasta? Bo piszecie, jakby ja był autorem :smiley:
Pasta, jak to pasta - wiadomo, że trochę przesadzona, ale tylko trochę. Ceny pizzy czy nomen omen - pasty czyli po naszemu, makaronu w restauracjach to jakaś totalna odklejka.
Ok, zrobienie pizzy to jednak więcej roboty, piec, trzeba ciasto zrobić, przygotować to wszystko itd. - ceny są popieprzone, ale bardzo naciągając można jakoś próbować ich bronić.
Ale ceny makaronów w knajpach to już jakiś scam - trochę makaronu (najczęściej kupowanego w pobliskim sklepie) z sosem pomidorowym i listkiem bazylii potrafi kosztować więcej niż schaboszczak z ziemniakami i surówką. A jak tam jeszcze jakiś ser jest starty czy inne fanaberie, to warto sprawdzić limit karty przed zamówieniem.
O kawie już pisano wiele razy - i tutaj żadne tłumaczenia do mnie nie przemawiają, skoro taka sama kawa we Włoszech czy Austrii potrafi kostować mniej niż u nas. Ciężko mnie przekonać, że koszty pracownika w Polsce są wyższe niż we Włoszech czy Austrii.
Do tego, w sklepach kawa ziarnista jest tam sporo droższa niż u nas, więc to chyba jakiś cud, że kawa jest tam w knajpie tańsza. A może to nie kawa, tylko jakieś śmieci, a tylko u nas jest PRAWDZIWA kawa i dlatego kosztuje miliony monet?
boogieLider
51piorunówTrochę zdjęć z północy Szkocji.

Ta, jasne, słońce w Szkocji.
@boogie północ od Aberdeen jeszcze chyba. Te klify znajome. Fajnie ale przeprowadzki do Irlandii nie żałuję . Cieplej i więcej kasy pzdr
SpiderGruba ryba
14piorunówHej, pytanie do czytających na dobranoc z #rodzicielstwo. Polecacie jakieś pozycje do poczytania przed snem? Kubusie i Kicie kocie to już na pamieć i ja znam :p.

Magiczne drzewo - cała seria
@Spider polecam spalić kocie kocie
A na wieczór super wchodziło mi m.in. Snów kolorowych, placu budowy i inne z tej serii - rymowane, o pojazdach budowlanych które na końcu książki idą spac. Wizualnie również bardzo dobrze.
WujekAlienLider
33piorunów742 + 1 = 743
Tytuł: Old Shatterhand
Autor: Karol May
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydawnictwo: Siedmioróg
Format: ebook
Liczba stron: 294
Ocena: 7/10
To książka, która działa trochę jak wehikuł czasu. Wracając do Old Shatterhanda, trudno nie mieć wrażenia, że znów jest się młodszym - kiedy czytanie było czymś innym, a wyobraźnia działała inaczej. Przygody na Dzikim Zachodzie wciągały wtedy bez najmniejszego problemu. Historia skupia się na młodym Niemcu, który trafia do Ameryki i stopniowo staje się legendarnym Old Shatterhandem - człowiekiem silnym, sprawiedliwym i niemal niezniszczalnym. Po drodze poznaje Winnetou, z którym łączy go jedna z najbardziej ikonicznych przyjaźni w literaturze przygodowej, mimo wielu róznic.
Największą siłą tej książki jest właśnie jej przygodowy charakter. Pojedynki, pościgi, niebezpieczne wyprawy i starcia z przeciwnikami - wszystko to jest podane w sposób prosty, ale bardzo wciągający. Karl May nie komplikuje fabuły, tylko stawia na tempo i emocje, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z przyjemnością. To klasyczna opowieść o dobru i złu, honorze i przyjaźni. Czyli idealna dla jej grupy docelowej.
Jednocześnie widać, że to literatura z innej epoki. Bohaterowie są mocno idealizowani, konflikty często uproszczone, a świat przedstawiony bywa czarno-biały. Dla współczesnego czytelnika niektóre elementy mogą wydawać się naiwne albo zbyt schematyczne - szczególnie jeśli oczekuje bardziej złożonych postaci i realistycznej psychologii, ale przymykam na to oko, bo jestem 25 lat starszy niż typowy czytelnik tej książki.
Mimo tego Old Shatterhand broni się swoją energią i klimatem. To książka, która przypomina, dlaczego kiedyś tak łatwo było zatracić się w lekturze i po prostu dobrze się bawić. Był to bardzo przyjemny powrót do korzeni czytania - może prosty, ale przez to właśnie tak satysfakcjonujący.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Pierwsza książka jaką pamiętam, że mi się bardzo spodobała.
Mój tata miał wydanie zeszytowe, zeszyty A4 bodajże kupowane w kiosku, które dał do oprawienia i wyszła wielka książka formatu A4. Nosilem ją ze sobą do podstawówki, zajmowała większą część mojego tornistra, czytałem na przerwach i próbowałem na lekcjach pod ławką 😀
Mocno jest brutalna? Pamiętam, że mi też za gówniaka ta seria weszła jak złoto, więc chciałbym teraz przeczytać to dzieciakowi, tylko obawiam się czy to jeszcze nie za wcześnie dla niemalże 7-latka - pamiętam jakieś walki na noże i opisy skalpowania. Młody już ma za sobą wszystkie klasyki Verne'a, dwie części Tomka i kilka części Pana Samochodzika - czy ta seria mocno odstaje drastycznością od tych pozycji?
WujekAlienLider
14piorunów
To przejdź się 2 kilometry dalej w dół wzdłuż Smródki, to dojdziesz do za⁎⁎⁎⁎stej bobrzej tamy.
100mphLider
202piorunówKtoś się spyta jak się żyje na ścianie wschodniej?
Tracisz znajomych jeśli:
- masz wyraźnie większe dochody
- krytykujesz unikania płacenia podatków
- kupiłeś nowy samochód
- krytykujesz PIS/Konfederację/Brauna/Kościół Katolicki
- odmawiasz spożycia alkoholu
- nie słuchasz disco-polo
I tak sie zyje. Poznajesz ludzi, wydaja Ci sie rozsadni, a potem zonk.
#gownowpis #gorzkiezale
Zapomnialem dodac - jestes przedsiebiorca. Wtedy mowia, ze jestes prywaciarzem xD Kumpla tesc kiedys przy rodzinnym obiedzie odpalil swoje madrosci o pierdolonych prywaciarzach. Kumpel sie spytal czy on tez jest pierdolony xD
@100mph O. Moje rodzinne strony. Ponad dwie dekady temu spierdoliłem z Terespola, ale jak odwiedzam od wielkiego dzwonu rodzinne strony to dokładnie tak to wygląda między nimi. Ten z tym już nie gada, bo za Tuskiem. Tamtemu odbiło i nie gada z sąsiadem, bo mu lepiej idzie. Trzech kuzynów się podbudowało na jednym wielkim podwórku (podzielone po babci). Żrą się o byle co, a kiedyś byliśmy jedna paczką.
Moj rodzinny dom stoi pusty i niszczeje. Tam nie ma obecnie perspektyw.
Ale gdyby się kiedyś odblokowały dobre stosunki z Białorusią, to rzut kamieniem jest Brześć. Miasto z kilkuset tysiącami mieszkańców. Wtedy ten dom będzie wart sporo.
DziwenGURU
36piorunów494 + 1 = 495
*
Tytuł: Sensacyjne życie ptaków
Autor: Adam Zbyryt
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Format: audiobook
Długość: 10h
Liczba stron: 320?
Ocena: 7/10
*
Mam problem z tą książką. Z jednej strony daje masę ciekawostek o życiu ptaków i to dużo bardziej zróżnicowanych niż poprzednio, ale… dygresje. Pełno dygresji. Już na starcie autor zaznacza, że to nie jest tytuł wyłącznie o ptakach i faktycznie to czuć.
"Sensacyjne życie ptaków" to coś w rodzaju przeglądu popcornowych tematów z ptasiego świata - od ptaków pijących krew, przez trujące przepiórki, ptasią masturbację, jedzenie odchodów, "kosmetyki", samoleczenie, kończąc na ptasim homoseksualizmie. Jakiś bori mógł zostać pominięty. Z pozoru clickbejt, w praktyce dość naukowa opowieść, choć autor ucieka od tego stwierdzenia. Każde zagadnienie tak, jak w poprzednio recenzowanej przeze mnie książce jest analizowane z wielu perspektyw, a autor nie skacze na hipotezy, jak jurny królik i jasno zaznacza kiedy czegoś nie wiemy.
Gdzie problem? Cóż. Czasem autor leci do ciepłych krajów próbując zarysować pewien koncept, a jak już wraca, to się okazuje, że powiązanie między dygresją, a tematem przewodnim bywa luźne, a w sporadycznych przypadkach, nie ma go w ogóle. Nie jest aż tak tragicznie, jak w "Rzeczy o ptakach" innego autora, ale bywa to lekko dezorientujące. Zwłaszcza w połączeniu z okazjonalnym chaosem. Nie raz musiałem się cofnąć, żeby sprawdzić czy coś przeoczyłem, by odkryć, że nie, po prostu autor musiał zastosować jakiś skrót myślowy i mnie zgubił. Mam też wrażenie, że dużo więcej jest tu prywatnych przemyśleń, czasem za dużo.
Ogólnie uważam, że tym co najmocniej ciągnie ten tytuł w dół, jest brak odpowiedniej korekty, a sama treść jest fajna. Trochę jak dobry schabowy, ale dostajemy go na tekturowym talerzu i mamy kroić plastikowym nożykiem. Adam Zbyryt ma bardzo fajny sposób przekazywania wiedzy o ptakach, ale chyba przydałby się ktoś, kto by przy nim stał z dmuchanym, balonowym kijem bejsbolowym i robił boink za każdym razem jak wlatuje za gruba dygresja. XD
Nadal uważam, że to dobra książka. Po prostu trzeba być gotowym na to, że tego schabowego będziecie jedli łapkami.
*
:bird: To już trzecia książka ornitologiczna jaką zrecenzowałem. Nie wiem czy będę kontynuował, zobaczymy. Inne recenzje znajdziecie tutaj:
:small_orange_diamond: 9/10 - **Czego się boją ptaki?** - Adam Zbyryt
:small_orange_diamond: 5/10 - **Rzecz o ptakach** - Noah Strycker
*

@Dziwen dlatego Zbyryta się znakomicie słucha w poniedziałkowe przedpołudnia w Radiu 357, ale do książki podchodzę z lekkim dystansem 😛
Dziwna tematyka
Kuba0788Inspirator
22piorunów321 + 1 = 322
Tytuł: Detroit. Sekcja zwłok Ameryki.
Autor: Charlie LeDuff
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Format: e-book
ISBN: 9788380490406
Liczba stron: 296
Ocena: 6/10
Użycie wyrażenia "Sekcja zwłok" może być dla niektórych trochę mylące. Mi kojarzy się ono z analizą, skrupulatnym i usystematyzowanym dociekaniem przyczyn i następujących po nim skutków, rozkładaniem wszystkiego na czynniki pierwsze. Zamiast tego dostajemy kilka raczej mniej niż bardziej powiązanych ze sobą historii, anegdot oraz osobistych doświadczeń autora wynikających z bycia rdzennym mieszkańcem Detroit. Owe "okruszki" z rzeczywistości Detroit całkiem nieźle pozwalają zasmakować w realiach tego upadłego miasta (chociaż niektórych może trochę irytować język autora któremu chyba bardzo zależy, żeby pokazać jakim to jest lokalnym "swojakiem"), jednak mimo wszystko sekcją zwłok tego nazwać nie można - co najwyżej szturchaniem trupa kijem. Mimo wszystko czyta się jednak dosyć przyjemnie i stąd stosunkowo wysoka ocena.

@Kuba0788 czytałem kilka lat temu. Podobała mi się, ale faktycznie jest to raczej zbiór historii, które łączy jedno miasto. Nie ma tu głębszej analizy.
@Kuba0788 Ameryka też się sypie, to osobny rozdział.
boriLider
60piorunówDzień dobry!

True, true...
Te dwa zdania się wykluczają.
cebulaZrosoluMistrz
54piorunówTo jak brat mojej prababci, ukradł jej prosiaka i uciekł do Kanady xD
Ale z tego co wiem nie oddał za niego kasy nigdy...

A to świnia
@cebulaZrosolu nie mógł im wysłać kilku samochodów?
LubiepatrzecGURU
48piorunów#pogoda #klimat #zimowypierdalaj
Jakie to szczęście, że mogę żyć w tym wąskim pasku, gdzie dotarła zachodnia cywilizacja (i temperatury) a nie jak jakieś zwierze polarne.

O tak, ściana zachodnia kocham Cię
Taka wyżowa mroźna, słoneczna pogoda to jest czyste złoto - w ogóle nie czuć tych mrozów, a za to wokół jest pięknie i człowiek (a przynajmniej w moim przypadku tak to działa) ma dwa razy więcej energii niż normalnie. Mnie dużo mocniej wypiździ, gdy jest +2, wilgoć w powietrzu i szaruga niż teraz. Niech ta zima trwa....
mannorothLider
121piorunów
dokładnie tak
nie macie pojęcia jak tęsknie za szwendaniem się po mieście i piciem piwek w różnych nieoczywistych miejscach
czy słońce czy deszcz czy pizga czy smaży