Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Kuba0788Inspirator

Dołączył/a:

  • 48 wpisów
  • 131 komentarzy
  • 0 obserwujących

Inspirator

w Książki

21piorunów

1302 + 1 = 1303

Tytuł: Łowca snów

Autor: Stephen King

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Albatros

Format: książka papierowa

ISBN: 9788367512312

Liczba stron: 768

Ocena: 7/10

Tytuł ten był jednym z najdłużej oczekujących na swoją szansę z mojej długiej półki na której znajduje się wyłącznie twórczość Kinga - opis z okładki jakoś mnie nie porwał. Okazało się, że powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce"pasuje tutaj jak ulał bo "Łowca snów"okazał się jedną z lepszych książek tego autora jaką przeczytałem (a zaliczyłem już zdecydowaną większość). Może nie jest to ścisła czołówka, ale plasuje się tuż za nią. Mamy tutaj autentycznych, "krwistych" bohaterów z bogatym tłem historycznym i psychologicznym oraz dużo "siedzenia w ich głowie", całkiem zaskakujące zwroty akcji, ciekawego złola a pomimo tego, że King tak jak lubi meandruje po wspomnieniach i przemyśleniach (w pozytywny sposób) to akcja i tak toczy się wartko i nie przynudza.

Pomimo tego, że to spora cegła (ale w zasadzie wszystkie moje ulubione książki Kinga to cegły) to czyta się szybko i przyjemnie. Z czystym sumieniem polecam.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Kosmonauta

w Hydepark

70piorunów

Mam to nieszczęście, że w pracy zawodowej trafilo mi się, że od zawsze pracuje w różnych branżach tylko przy obsłudze klientów.
Z małymi wyjatkami oczywiście.

Zawsze zgadzałem się i sam szerzyłem gownoopinie, że "kto pracuje z klientami w cyrku się nie śmieje".

I po czterdzoestce osiągnąłem katharsis.
Postanowiłem zmienić nastawienie.

Pewnego dnia przyszedłem do pracy i zdecydowałem wbrew doswiadczeniu i wszelkiej logice, że od tego dnia przychodzę do niej nie dla wyplaty, nie dla opini przełożonych na mój temat, ale wlasnie dla tych zjebanych klientów.

Za cel postawiłem sobie reprezentować "dobre imię " firmy i wykonywać tak obowiązki związane z obsługą, że by klienci wyjeżdżali zadowoleni nawet jak nie uda im sie skorzystać z jakichś względów z naszych usług.

I pierwszy raz w życiu mogę uczciwe powiedzieć, że lubię swoją pracę i przychodzę do niej z przyjemnością.

Wystarczyła zmiana podejścia.

Życzę też tego wszystkim kołchożnikom.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Specjalista

w Dyskusje

39piorunów

Dobra, mam dziecko w pierwszej klasie. Czytałem ostatnio tutaj trochę przemyśleń rodziców i na podstawie własnych obserwacji dorzucam własne.

Kiedyś było łatwiej rodzicom w szkole, bo "rzucali dziecko do szkoły i nie musieli się interesować". W sensie dziecko od razu wpadało w samodzielność prac domowych, przynoszenia rzeczy do szkoły itp.

Ale

Zmieniło się to, że inni rodzice też tak podchodzili, a teraz:

Rodzice są w pełni zaangażowani i trochę co z tego, że dziecko zaczniemy uczyć samodzielności i rzucimy je na głęboką wodę skoro (statystyka z tyłka) rodzice innych 10 dzieci będą ich pilnować na każdym kroku i robić im pracę domową, dopytywać się nauczyciela o każdą interakcję rówieśniczą itd. w sensie dzisiaj dziecko nie rywalizuje tylko z dziećmi, ale też z ich rodzicami.

Tak, ja wiem, że kiedyś to było, ale teraz jest dużo bardziej?

W sensie szkoła zaczęła być wyzwaniem też dla rodziców i póki co jestem w trakcie ustawiania mojego stosunku do tej sytuacji.

Co sądzicie?

Pokaż więcej komentarzy (25)

Inspirator

w Książki

22piorunów

1147 + 1 = 1148

Tytuł: Sapiens. Od zwierząt do bogów.

Autor: Yuval Noah Harari

Kategoria: Popularnonaukowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo literackie

Format: książka papierowa

ISBN: 9788308083697

Liczba stron: 552

Ocena: 7/10

Autor prowadzi nas historię rodzaju ludzkiego starając się zrozumieć dlaczego doszedł do punktu w którym jesteśmy dzisiaj. Po drodze odpowiada na pytania dlaczego ludzie zaczęli zbierać się w większe skupiska, co w tym pomagało, czym charakteryzowały się religie które odniosły największy sukces oraz jak się odróżniały od tych które przepadły w mrokach historii, jakie największe rewolucje miały miejsce w historii oraz jak ewoluowało myślenie człowieka o sprawach najbardziej fundamentalnych.

Tezy które autor stawia są solidnie uargumentowane i w większości mnie do nich przekonał aczkolwiek warto pamiętać, że są to głownie teorie autora do tego uproszczone na potrzeby książki, która w założeniu jest popularnonaukowa.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Hydepark

26piorunów

Wczoraj @WujekAlien dodał wpis o szukaniu pracy. Ja na szczescie pracę mam, natomiast od jakiegoś czasu męczy mnie jedno pytanie. Patrząc na tendencje rynku obecnie wiadomym jest, że się wszyscy spowrotem w IT nie pomieścimy.

Od dłuższego czasu mysle nad przebranzowieniem się, ale jestem w takim miejscu życiowym, że jeszcze nie mam staminy na krok w bok. Wiem jednak, ze w korpo i IT nie chce zostać. Od paru miesięcy sprawdzałam parę pomysłów na biznes i albo rynek jest kompletnie przesycony albo kasa się nie zgadza, póki co nie mam solidnego pomysłu na to co robić dalej.

Jak to z wami jest? Liczycie na to, że po 8 miesiącach ogarnięcie robote I problem potrzeby przebranzowienia was nie dopadnie czy myślicie / realizujecie już jakieś dalsze kroki żeby się zabezieczyc?

Myślicie o przebranzowieniu się z IT?

  • Tak29% (69 głosów)
  • Nie33% (78 głosów)
  • Sprawdzam38% (90 głosów)

237 głosów

Specjalista2piorunów

Bardziej niż utraty pracy boję się w chwili obecnej wypalenia. Być może to tylko odizolowany przypadek (choć wątpię), ale AI zamiast odciążyć mnie z pracy, dodał jej jeszcze więcej. Z każdym kolejnym sprintem dni lecą mi co raz szybciej, a natłok zadań co raz bardziej rośnie.

Gwiazdor0piorunów

@hatti-vatti Myślę że to przedwczesne wnioski. Rynek zatrudnienia IT się zmienił ale nie skurczył, a nawet ostatnio odbija po dołku. Jest mniej ofert dla juniorów ale więcej dla doświadczonych (aż będzie brakować seniorów i znowu będzie zatrudniać się juniorów).

AI jest dobrą pomocą, szczególnie pisząc greenfieldy ale na pewno nie dowodzi tego co w związku z nim obiecywano. Hype opada a rozwój zwolnił, bo przecież gdzieś musi być sufit.

Pokaż więcej komentarzy (35)

Gruba ryba

w Hydepark

93piorunów

Pracuję na wielkim parku logistycznym składającym się z kilku hal w którym mieści się kilkanaście firm. Całe to centrum stoi w szczerym polu i do najbliższego sklepu mam jakieś 3 kilometry.

Dużo gęb do wyżywienia - czyli idealny biznes dla dostawców typu "Pan kanapka" i teraz opowiem wam jak pięknie to można spierdolić xD

Cały teren został zdominowany przez jednego dostawcę. Przywozi kilka skrzynek jedzenia a wyjeżdża z pustymi skrzynkami. Ledwo to mieści do auta. No fajnie? Niby tak, tylko to jego jedzenie jest takie sobie. Takie mocne 5/10 w polotach do 7/10.

A mimo to wszyscy i tak u niego kupujemy (no chyba, że ktoś woli gotować w domu) bo reszta dostawców wypierdala się na tak prostych rzeczach, że szok.

Na potrzeby historii nazwijmy tego dostawcą Kanapka Oryginalny.

Kanapka Oryginalny codziennie jest o tej samej godzinie. Czy słońce, czy śnieg, ja wiem że o 8:05 podjedzie kombiak i wyjadą z niego obiadki.

I pojawia się konkurent, chce walczyć o tytuł samca alfa kanapkowych dostawców. Ma smaczniejsze jedzenie. Ceny takie same jak oryginalny ale bije jakością.
Pierwszy dzień jest o 9:00. Drugi o 9:30. Trzeci o 11:00. Czwarty o 7:30 i nikt nie kupił bo nie zdążyliśmy dojechać do roboty. Piąty 10:30. Szósty o 11:00. Siódmego go nie było. Ósmego dnia był około 12:30 jak już wszyscy zjedli obiad.

Za pół roku znowu jest konkurencja. Ma większe porcje i ciut lepsze ceny. Przyjeżdżał dosyć regularnie. Pierwszy dzień 9. Drugi dzień 9. Trzeci dzień 9. Czwarty dzień godzina 12 i chłopa nie ma. Dzwonię gdzie jest - centrala nie wie. Następnego dnia był ktoś inny i mówi że tamtemu zabrali prawko za jazdę po pijaku. Ale ten inny przyjechał raz i nara.

Za pół roku kolejny kanapka chce zdominować, sam Pan Viking. Jedzenie the best. Ale co z tego jak mu dali elektryczne auto i 3 dni z rzędu przyjechał z rana na 8:30 jak czwartego spadł śnieg i przyjechał po 12 bo mu się auto rozładowało i stał i ładował xD No to zmienił harmonogram tak aby doliczyć sobie ładowanie więc był u nas o 6 rano gdy tylko jedna firma pracowała a potem wracał około 12 jak już każdy skombinował sobie inny obiad.

Teraz też przyjechali jacyś, niby jedzenie też OK ale co z tego jak przyjechali 3 dni i tyle ich widzieli.

A do tego za każdą taką akcją lista chętnych na ich obiadki spadają bo masz dwie opcje:
-o 8 rano kupić jedzenie u sprawdzonego gościa co jest codziennie
-olać pierwszego gościa i modlić się, że ten drugi łaskawie dzisiaj przyjedzie gdzieś między 8 a 12.
Więc każdy widzi nowego dostawcę ale już nikomu nie chce się wychodzić, oglądać co ma w ofercie bo wie, że za tydzień już tu go nie będzie.

Jeszcze do tego każda firma zwija się od razu gdy wpadnie jakiś dzień na minusie. A czy muszę mówić, że oprócz robotników jest też dużo biurw które w piątki pracują z domu? I teraz wpada piąteczek i katering jest na minusie tego dnia i już w poniedziałek już ich nie ma xD

GURU12piorunów

Przy takim zejściu to tam się chyba nawet opłaci podjechać food truckiem i stać te 4 godziny dziennie (8-12:00) z hot dogami, burgerami czy pizzą. Do teka kawa, napoje i lody. Dać opcję budżetową i premium i biznes się kręci.

Inspirator2piorunów

Trochę Cię rozczaruje. Na chwilę obecną nie muszą mocno się starać bo rynek gotowego żarcia ma jeszcze mnóstwo miejsca na rozwój. Robię teraz przy rozbudowie zakładu produkcyjnego jednej z takich firm - w kilka miesięcy po otwarciu pierwszego etapu rozbudowy przerób wzrósł im o 100 % i z planowanej dalszej rozbudowy o kolejne 1000 M2 robi się 5000 M2. Zmiany w projekcie polegające na zwiększeniu rozbudowy wprowadzają co kilka miesięcy - w jednym miejscu już 3 razy fundamenty laliśmy bo się w międzyczasie koncepcja zmieniała, jak ktoś kiedyś to odkopie to będzie miał niezły mindfuck. Z rozmowy z gościem który koordynuje ta rozbudowę wynika że ten rynek w Polsce w porównaniu do zachodu nie osiągnął jeszcze połowy w przeliczeniu na mieszkańca.

Pokaż więcej komentarzy (13)

Osobistość

w Hydepark

52piorunów

Jako że stanęło w miejscu to ja zarzucam.
Co można powiedzieć na rybach ale w kościele nie wypada? Biorę po 200 i słucham państwa.

Pokaż więcej komentarzy (25)

Gwiazdor

w Hydepark

107piorunów

Skończyłem kurs psiego behawiorysty z nudów, bo akurat miałem trzy wolne weekendy, a wszystkie seriale już obejrzane. Myślałem, że będzie śmiesznie: trochę o smyczach, trochę o lęku separacyjnym, ktoś powie „piesek musi mieć granice” i do domu. Tymczasem po dwóch dniach dostałem certyfikat z moim imieniem, złotą łapką w rogu i podpisem kobiety, która przez cały kurs mówiła do owczarka niemieckiego „panie Krzysztofie”.

No to pomyślałem: skoro mam papier, to czemu nie. Założyłem szkołę dla psów.

Nazwę wymyśliłem profesjonalną: Akademia Świadomego Pyska. Logo zrobiłem w Canvie: pies w okularach i slogan „Twój pies wie. Ty jeszcze nie.” Ludzie zaczęli się zapisywać jak szaleni, bo wiadomo, pies w domu szczeka, gryzie kapcie, patrzy dziwnie na teścia - trzeba specjalisty.

Na pierwszych zajęciach przyszło osiem osób z psami. Ja stoję w polarze z haftem „behawiorysta”, ręce za plecami, mina jakbym rozumiał wilki lepiej niż one same. Patrzę na grupę i mówię:

- Zanim zaczniemy, musicie zrozumieć jedno. Pies nie ma problemów behawioralnych. To wy macie problemy ludzkie.

Wszyscy zapisują.

Pomyślałem: oho.

No i się zaczęło.

Jedna pani mówi, że jej maltańczyk nie chce wracać ze spaceru. Ja zamknąłem oczy, pokiwałem głową i powiedziałem:

- On panią testuje. Proszę przez tydzień, kiedy nie będzie chciał iść do domu, położyć się obok niego na chodniku i też odmówić powrotu. Musi zobaczyć, że jest pani częścią stada, a nie administracją budynku.

Pani prawie się wzruszyła.

Drugi facet mówi, że pies ciągle wchodzi mu do łóżka. Ja mówię:

- To nie pies wchodzi do pana łóżka. To pan bezprawnie śpi w legowisku lidera. Od dziś pan śpi na macie przy drzwiach, a pies na materacu. Po trzech nocach sytuacja się ustabilizuje.

Facet pyta, czy żona się zgodzi.

- Żona też jest częścią stada - mówię. - Niech wybierze: kanapa albo korytarz.

Wszyscy kiwają głowami, bo powiedziałem to spokojnym głosem.

Najlepsze było przy panu z labradorem, który jadł wszystko na spacerach. Patyki, chusteczki, raz podobno pół zapiekanki razem z papierem. Facet pyta, jak to zatrzymać.

Ja zrobiłem długą pauzę, taką terapeutyczną, po czym mówię:

- Musi pan odzyskać kontrolę nad zasobami. Kiedy pies coś podniesie, pan też musi coś podnieść. Ale szybciej. Pies ma zobaczyć, że pan jest szybszym zbieraczem.

- Czyli co mam podnosić?

- Cokolwiek. Liść. Kamień. Paragon. Symbolicznie. Proszę warczeć przy tym nisko.

I nagle osiem dorosłych osób stoi na trawniku i ćwiczy podnoszenie liści z warczeniem.

Ja już ledwo wytrzymuję.

Na trzecich zajęciach wprowadziłem moduł „komunikacja międzygatunkowa”. Powiedziałem, że psy poznają świat przez zapach i dotyk, więc jeśli chcemy, żeby pies nam zaufał, musimy przestać się brzydzić jego „naturalnego języka”.

- Proszę dziś w domu powąchać psie łapy - mówię. - Ale nie tak normalnie. Z szacunkiem. Każdą osobno. Przednią lewą najdłużej, bo tam zwykle siedzi konflikt emocjonalny.

Jedna pani zapytała, co jeśli pies zabierze łapę.

- To znaczy, że nie jest gotowy na dialog.

Potem dodałem, że bardziej zaawansowani mogą delikatnie polizać opuszkę, żeby „domknąć rytuał akceptacji”. Myślałem, że wtedy ktoś wstanie i powie: dobra, panie, koniec tej komedii.

Nikt nie wstał.

Jedna pani nawet zapisała: „lizać łapy - bez presji”.

Zrozumiałem wtedy, że mam władzę, której człowiek mieć nie powinien.

Kulminacja przyszła, gdy na zajęcia przyszedł pan z buldogiem francuskim, który gryzł.

Nie jakoś dramatycznie. Nie „rzuca się do tętnicy”. Bardziej: podgryzał gości, łapał za nogawki, robił z łydki test smaku. Pan mówi, że pies gryzie, kiedy ktoś wchodzi do mieszkania.

Ja od razu w tryb specjalisty. Przykucnąłem, spojrzałem buldogowi w oczy, a on prychnął na mnie jak stary autobus.

- To nie jest agresja - powiedziałem tonem człowieka, który właśnie wrócił z trzyletnich badań nad wilkami w Bieszczadach. - To jest nie zaadresowana korespondencja emocjonalna.

Wszyscy zapisują.

- Co mamy robić? - pyta właściciel.

- Kiedy pies gryzie gościa, gość musi oddać mu symboliczny dług.

- Jaki dług?

- Nogawek.

Cisza.

- Proszę przygotować w domu koszyk ze starymi skarpetami. Każdy gość, zanim wejdzie, bierze jedną skarpetę, kładzie ją przed psem i mówi: „przynoszę okup, nie przynoszę chaosu”.

Kobieta z border collie spytała, czy skarpeta ma być uprana.

Zamknąłem oczy, jakbym kontaktował się z psim kolektywem.

- Nie musi.

I oni to zapisali.

Potem dodałem, że jeśli pies mimo wszystko ugryzie, nie wolno krzyczeć, tylko należy spokojnie powiedzieć:

- Dziękuję za informację zwrotną.

Na następnych zajęciach facet powiedział, że pies gryzie mniej, ale teściowa odmówiła składania skarpety przy wejściu i została „bardzo stanowczo oceniona przez buldoga”.

Powiedziałem, że proces działa.

A potem nadszedł moment, który do dziś czasem wraca do mnie w nocy.

Pewien chłop zapytał, że jego pies ma dziwne kupy i czy powinien iść do weterynarza. Normalny człowiek powiedziałby od razu: tak, proszę iść do weterynarza. I ja też wiedziałem, że tak trzeba powiedzieć. Weterynarz. Badanie. Dieta. Pasożyty. Normalna odpowiedź.

Ale wtedy spojrzałem na grupę.

Osiem dorosłych osób. Notesy w dłoniach. Oczy pełne zaufania. Ludzie, którzy już warczeli do liści, spali na wycieraczce i pytali, czy łapę psa lizać zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

I pojawiła się myśl.

Mała, czarna, okropna myśl.

„Powiedz im”.

Poczułem, jak gdzieś w środku otwiera się klapka, a zza niej wychyla się diabeł w polarze behawiorysty.

„Powiedz im, że trzeba spróbować”.

Nie dlatego, że trzeba. Nie dlatego, że to ma sens. Tylko dlatego, że mogłem.

Wiedziałem, że oni to zrobią.

To było najgorsze.

Nie miałem przed sobą sceptyków. Nie miałem przed sobą ludzi, którzy wstaną i powiedzą: panie, puknij się pan w miskę. Miałem przed sobą uczniów Akademii Świadomego Pyska. Ludzi po module „stanie bokiem do psa w celu przeproszenia przestrzeni”. Oni by to zapisali. Oni by poszli do domu. Oni by się kłócili, czy próbkę należy pobrać rano, czy po spacerze.

Facet patrzył na mnie i czekał.

Ja otworzyłem usta.

- W takich przypadkach - zacząłem powoli - kluczowa jest pełna analiza sensoryczna…

Grupa pochyliła się nad notesami.

I wtedy zobaczyłem siebie z boku.

Nie jako trenera. Nie jako żartownisia. Tylko jako człowieka, który stoi na granicy. Po jednej stronie: niewinny trolling, skarpety dla buldoga, oddawanie łóżka jamnikowi. Po drugiej stronie: totalna ciemność. Behawiorystyczna przepaść. Miejsce, z którego nie wraca się już tym samym człowiekiem.

W głowie miałem dwie myśli naraz.

Pierwsza: „Nie rób tego”.

Druga: „Ale wyobraź sobie opinie w Google”.

Przez sekundę naprawdę walczyłem sam ze sobą. Palce mi zadrżały. Certyfikat w ramce na ścianie błysnął złotą łapką, jakby też mnie kusił. Buldog francuski ziewnął, jakby mówił: „dawaj, człowieku, zobaczmy, jak nisko upadniecie”.

Wziąłem oddech.

- …ale - powiedziałem w końcu - absolutnie nie smakiem.

Ktoś przestał pisać.

- Proszę nie próbować psiego stolca - dodałem bardzo wyraźnie. - To nie jest metoda. To nie jest metafora do praktykowania. To jest moment, w którym idzie się do weterynarza.

W sali zrobiło się dziwnie cicho. Jakby byli trochę rozczarowani.

Pani od maltańczyka uniosła rękę.

- Czyli tylko obserwujemy?

- Tylko obserwujemy.

- A zapach?

Zacisnąłem powieki.

- Z bezpiecznej odległości.

Właściciel psa zapisał: „weterynarz, nie próbować, zapach z dystansu”.

I na tym się skończyło.

Przynajmniej wtedy.

Bo prawda jest taka, że ta myśl czasem do mnie wraca. Nie często. Nie codziennie. Ale są takie momenty: jadę tramwajem, mieszam herbatę, stoję w kolejce po bułki i nagle pojawia się w głowie szept:

„Mogłeś im kazać”.

I od razu robi mi się zimno.

Bo wiem, że mogli to zrobić.

Wiem, że wróciliby tydzień później z tabelką w Excelu, kolumnami: kolor, konsystencja, bukiet, refleksje emocjonalne psa.

A ja musiałbym tam stać w polarze z haftem i udawać, że to był element procesu.

Dzisiaj prowadzę drugi poziom kursu: „Człowiek jako smycz energetyczna”.

Na pierwszych zajęciach każę uczestnikom przez piętnaście minut udawać drzwi, żeby pies mógł „przepracować przejścia”.

Mam już zapisy do listopada.

Ale przy temacie stolca zawsze mówię jedno:

- Weterynarz.

Potem robię pauzę.

Bo człowiek musi znać swoje granice.

Nawet behawiorysta.

https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4223712624548778

Twórca0piorunów

Dobra pasta, ale szybko można się zorientować, że to fikcja, bo najpierw jest mowa o trzech wolnych weekendach a za chwilę a dyplomie po dwudniowym kursie.

Pokaż więcej komentarzy (21)

Fenomen

w Hydepark

20piorunów

Nie usprawiedliwiam tego co się dziej w Belfaście. No ale jak można w taki sposób prowadzić narrację?
Przecież to tak jakby po ataku odwetowym na Moskwę napisać:
" Spadały drony, płonęły budynki. To efekt rusofobicznej nagonki rozkręconej przez kijowski reżim"

Autorytet4piorunów

@Dom_Perignon ale co Ci nie pasuje? Bydło atakuje losowe osoby, bo jeden azylant coś odjebał. Przyrównujesz ataki spowodowane agresją całego państwa do losowych ataków na losowych ludzi spowodowanych zbrodnią jednego czlowieka? To tal jakby jakiś rudy coś odwalił i nagle wsadzamy wszystkich rudych do więzień.

Pokaż więcej komentarzy (30)

Fenomen

w Heheszki

30piorunów

Zajumane z FB, na dole link do źródła.

Każdy z Was na bank to czuje, ale jakoś głupio o tym powiedzieć, natomiast okazuje się, że wszyscy mamy ten sam problem.

Pizza była kiedyś dla biednych, a dziś trzeba brać kredyt, żeby zjeść przypalonego placka z garścią sera i pieczarek.

Kiedyś było to jedzenie dla biedoty.

I to dosłownie. Powstała w Neapolu jako tani placek dla ludzi, których nie było stać na wymyślne jedzenie. Mąka, trochę pomidorów, trochę sera, czasem coś wrzucone z litości przez los i obiad gotowy. To było coś na zasadzie tego, jak Wasza kobieta sprząta lodówkę, bo wszystkiemu kończy się ważność i mówi, że k⁎⁎wa, jutro zapiekanka. A jak zapytasz z czym, to odpowiada…

ZE WSZYSTKIM!

Chodziło o to, żeby się najeść szybko, tanio i bez filozofii.

A dziś?

Dzisiaj wchodzisz do polskiej pizzerii i czujesz się jakbyś wszedł do najdroższego Włoskiego butiku, gdzie projektantem jest gość, którego nazwiska nawet nie potrafisz wymówić.

Patrzysz w menu na ceny i okazuje się, że nigdy nie widziałeś tylu zer obok siebie, no chyba, że oglądałeś kiedyś obrady sejmu.

Zamawiasz pizzę 42 cm.

79 zł.

Okej, a co jest w tej cenie do pizzy?

Nic. Pizza.

Koniec. Nic więcej. Żadnego sosu, oliwy. Jak chcesz sos czosnkowy, to dopłać 5 zł.

Za 80 zł, rozumiesz? Za placka w tej cenie spodziewałbym się oprowadzenia po zapleczu gdzie rodowity Włoch pokazuje Ci jak kręci w powietrzu ciasto, potem przez 5 minut śpiewa Italodisco, a na końcu proponuje Ci wycieczkę do Pizy żebyś zobaczył krzywą wieżę, bo akurat musi pojechać kupić zapas mąki.

I ja rozumiem koszty. Naprawdę. Lokal, prąd, ZUS, pracownicy, składniki, włoskie produkty, prosciutto dojrzewające dłużej niż niektóre małżeństwa. Rozumiem pizzę za 60-70 zł z burratą, pistacjami i szynką, którą masował osobiście Giuseppe spod Neapolu.

Ale k⁎⁎wa… pizza z serem i pieczarkami za 80 zł? To już nie jest jedzenie dla ludzi.

Na to musi być specjalna okazja i ustalenie budżetu w rodzinie.

Przecież pieczarki nie są wydobywane przez nurków na dnie oceanu. To nie są trufle eskortowane przez ochronę BOR-u. To jebane pieczarki. Warzywo tak tanie, że kiedyś było dodatkiem „żeby coś było”.

Najlepsze są jednak te nowoczesne pizzerie, które robią z pizzy doświadczenie duchowe.

Wchodzisz do lokalu. Beton na ścianach. Żarówki zwisają jak po remoncie. Krzesła niewygodne specjalnie, żebyś przypadkiem nie odpoczął za długo po wydaniu 200 zł. W tle techno dla ludzi po ASP.

Kelner przychodzi i mówi, że ich ciasto dojrzewa 72 godziny.

Przecież ja k⁎⁎wa nie mam tyle czasu, chciałem zjeść coś na szybko.

Potem dostajesz pizzę wielkości koła zapasowego do Fiata Punto i słyszysz, że minimalizm składników pozwala wydobyć charakter wypieku.

Minimalizm? Bracie, tam są trzy kawałki sera i samotna pieczarka wyglądająca jak ocalały z katastrofy.

I oczywiście obowiązkowa oliwa.

Ale nie taka normalna. Nie. Teraz oliwa musi być infuzowana, rzemieślnicza i z nutą dymu i cytrusów.

Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, czy będę wyglądał głupio jak zacznę się nią nacierać w lokalu zamiast marnować ją do pizzy?

Kiedyś oliwa stała na stole i każdy lał ile chciał. Dziś dostajesz pipetkę jak w laboratorium.

Proszę bardzo, 14 zł.

14 zł za tłuszcz do chleba. Za chwilę będą podawać ketchup z ochroniarzem.

A dowóz? To jest osobny kabaret i temat na osobny post, ale w skrócie.

Pizza kosztuje 82 zł.

Dowóz 11.99 zł.

Opłata serwisowa 4 zł.

Opakowanie ekologiczne 3 zł.

Aplikacja doliczyła coś jeszcze, bo chyba była smutna.

Finalnie płacisz 109 zł i zastanawiasz się, czy Ty aby na pewno zamówiłeś Włoską Margherita pizzę, czy Włoską Małgośkę na godzinę.

A ty jesz tę pizzę za stówę i próbujesz sobie wmówić, że czuć jakość, że nie żałujesz…

Nie, k⁎⁎wa.

Czuć desperację i ratę za leasing pieca.

I dajcie znać serio.

Ile kosztuje u Was pizza?

Wejdźcie teraz na aplikację, sprawdźcie i napiszcie w komentarzach.

Źródło: https://www.facebook.com/SerafinPeziol/posts/pfbid02DLSkT6TiDTNLBzczS3Jg3ohQ5eQ2ZiV7KWbrGmrGNC2eukbnFVUSp5dffCxt3VaGl

Fenomen1piorunów

Pasta, jak to pasta - wiadomo, że trochę przesadzona, ale tylko trochę. Ceny pizzy czy nomen omen - pasty czyli po naszemu, makaronu w restauracjach to jakaś totalna odklejka.

Ok, zrobienie pizzy to jednak więcej roboty, piec, trzeba ciasto zrobić, przygotować to wszystko itd. - ceny są popieprzone, ale bardzo naciągając można jakoś próbować ich bronić.

Ale ceny makaronów w knajpach to już jakiś scam - trochę makaronu (najczęściej kupowanego w pobliskim sklepie) z sosem pomidorowym i listkiem bazylii potrafi kosztować więcej niż schaboszczak z ziemniakami i surówką. A jak tam jeszcze jakiś ser jest starty czy inne fanaberie, to warto sprawdzić limit karty przed zamówieniem.

O kawie już pisano wiele razy - i tutaj żadne tłumaczenia do mnie nie przemawiają, skoro taka sama kawa we Włoszech czy Austrii potrafi kostować mniej niż u nas. Ciężko mnie przekonać, że koszty pracownika w Polsce są wyższe niż we Włoszech czy Austrii.

Do tego, w sklepach kawa ziarnista jest tam sporo droższa niż u nas, więc to chyba jakiś cud, że kawa jest tam w knajpie tańsza. A może to nie kawa, tylko jakieś śmieci, a tylko u nas jest PRAWDZIWA kawa i dlatego kosztuje miliony monet?

Pokaż więcej komentarzy (24)

Gruba ryba

w Rodzicielstwo

14piorunów

Hej, pytanie do czytających na dobranoc z . Polecacie jakieś pozycje do poczytania przed snem? Kubusie i Kicie kocie to już na pamieć i ja znam :p.

Fanatyk0piorunów

@Spider polecam spalić kocie kocie

A na wieczór super wchodziło mi m.in. Snów kolorowych, placu budowy i inne z tej serii - rymowane, o pojazdach budowlanych które na końcu książki idą spac. Wizualnie również bardzo dobrze.

Pokaż więcej komentarzy (26)