@argonauta
> Ja miałem tak, że się też nad tym długo zastanawiałem. Nie wiedziałem czy podołam w wychowaniu i martwiłem się o to czy jest sens robić, skoro świat jest taki spierdolony. Nie lubię też dzieci.
Mnie mocno przeraza to co dzieje sie aktualnie na swiecie. Swiat stal sie malo przewidywalny. W ciagu jednego miesiaca doszlo do roznych tragedii poczawszy od nieudanego puczu, konczac na zamieszkach we Francji. Nie mowiac juz o wojnie za wschodnia granica. Czy chcialbym sprowadzac syna lub corke na taki swiat? Nie wiem. Zyje na tym swiecie juz troche i nie przypominam sobie by jeszcze 10 lat temu dzialo sie tyle glosnych zlych nieprzyjemnych rzeczy.
> Gdy urodził się syn (planowaliśmy go), nie miałem żadnych wątpliwości. Cel w życiu się całkiwicie zmienił. Miłość do dziecka jest silniejsza niż złość, pomimo wszystkoch związanych z tym wad. Bez wątpienia uśmiech dziecka zwróci wszystkie krzywdy, które Ci wyrządzi.
"Nie mialem zadnych watpliwosci", czyli to jest to o czym mowie. W moim zyciu jest wiele watpliwosci. Moze i moje zycie zawodowe i kariera jest stabilna, to pewne inne aspekty zyciowe i roznice miedzy mna a partnerka wprowadzaja mnie w zaklopotanie, chaos, wlaczajac jednoczesnie silny mechanizm obronny przed podejmowaniem powaznych decyzji dot. mojego nieformalnego zwiazku. Nie bez powodu zaczalem chodzic na terapie i o ile widze w sobie niewielka poprawe to uwazam ze potrzeba jeszcze wiecej czasu.
W moim otoczeniu mam tez wiele zlych przykladow jak wyglada zycie po malzenstwie z dziecmi i to mocno rzutuje na moja ocene i checi. Moi bracia sa mocno zalezni od swoich żon, nie maja czasu na swoje zainteresowania, zony sa sklonny z nich szydzić lub szybko znajduja im jakies zajecie byle tylko nie siedzieli bezczynnie, sa osobami ktorzy maja zarabiac kase, ogarniac dom i organizowac urlopy i atrakcje dla dzieci. Brakuje mi w tym wszystkim tej indywidualnosci, samodzielnosci. Nie chcialbym zeby moje zycie tak wygladalo i stalo sie miejscem w ktorym jestem wiezniem - moze to egoistyczne. Inna sytuacja, moj dobry przyjaciel rozwodzi sie z zona po 10 latach malzenstwa. Wpadl z nia gdy mieli 19-20, poswiecil dla nich cala dekade po to by zaczac wszystko od nowa majac 30 lat. Nie ma za soba nawet edukacji, a przeciez tyle w zyciu planowal. Teraz jego zona przeciwstawia corke przeciwko niemu mowiac jej ze to jego wina, sądzą się od pol roku. Gdyby mialo to mnie spotkac to wolalbym juz zostac sam do konca zycia niz przechodzic przez cos takiego.
> Z drugiej strony pomyśl o sobie - na starość, jak dobrze wychowasz, to poda Ci szklankę herbaty, sprawdzi czy wszystko z Tobą dobrze. Jest większa szansa, że nie umrzesz tragiczne w męczarniach, bo ktoś będzie kontrolował czy wszystko u Ciebie ok 😉
Czesto slysze ten argument i troche mnie on wkurza. Moze to wynika z mojej nieswiadomosci ze kiedys bede stary i ta pomoc w jakims stopniu moze okazac sie przydatna, ale ja nie chcialbym zeby moj syn czy corka mieszkal blisko i podawal szklanke wody. Wiem, ze to tylko metafora i bardziej chodzi o mozliwosc zwrocenia sie do kogos bliskiego o pomoc gdy juz sie bedzie mialo 50-60 lat, ale jesli mam byc szczery, wolalbym zeby moje dzieci wyjechaly, rozwijaly sie, korzystaly z zycia. Czulbym sie zle gdyby moje zycie i zachowanie sklanialoby ich do zostania, za jakies ich niepowodzenia obwinialbym glownie siebie.
> Są też oczywiście wady: przede wszystkim długotrwałe niewyspanie i w Twoim przypadku brak pomocy ze strony rodziny może być problemem.
Otoz to. Czesto slysze w kregu moich znajomych jak bliska rodzinia w zasiegu reki okazuje sie bezcenna w wychowaniu dziecka. A to zostawi ktos dziecko u siostry, a to ktos zostawi dziecko u matki. To sa swiadome korzysci ktorych mi brakuje bym mogl wychowac potencjalne dziecko najlepiej jak potrafie.