Hejto.pl
Motyw strony
Dodaj post

SzuwarTwórca

Dołączył/a:

  • 17 wpisów
  • 98 komentarzy
  • 2 obserwujących

Gruba ryba

w Sztafeta

129piorunów

35 324,15 + 2,10 + 21,10 + 2,01 = 35 349,36

No i już po XI Cracovia Półmaratonie 😅

Miało być pięknie… i było pięknie! 😎 Może nie wszystko co chciałem zrealizować wypaliło, ale najważniejszy cel - zrobić życiówkę - już tak :partying_face: I to nie o jakieś grosze, a o ponad dwie minuty - na medalu mam wygrawerowany czas 1:35:09 😎

Oczywiście, że był apetyt na więcej. Spokojnie pewnie mogłem złamać 1:35, ba - ustawiłem się w strefie 1:30 xD ale to było porwanie się z motyką na Słońce. Ale od tego są marzenia, żeby próbować je realizować 😊

Ale od początku: pogoda była perfekcyjna - 10°C, lekki wietrzyk, homeopatyczna mżawka której w zasadzie nie było. Zaparkowałem jak zwykle ok. 2 km od Tauron Areny, daleko poza strefą korków i blokad, założyłem wszystkie gadżety (z różnym, hehe, skutkiem - o tym potem) i potruchtałem pod Arenę. Spotkałem trochę znajomych (nie wszystkich, spóźniłem się na wspólne zdjęcie), poszwendałem się po okolicy, ktoś mnie zaczepił „ale jaja, ma pan papieski numer!” xD Ech, trzeba się przyzwyczaić do tego że jestem „panem” 😉

Poszedłem na linię startu - tłok jak diabli! Co by nie mówić, 16 tysięcy sprzedanych pakietów. Niemal 2 tysiące pakietów się zmarnowało - ech, żeby tak organizator wpadł kiedyś na banalny pomysł umożliwienia zwrotu (do ostatniej chwili ludzie by mogli wykupywać zwrócone pakiety)…

Znalazłem znajomego, który miał już przyczepione baloniki na czas 1:25. Oczywiście to dla mnie arcykosmos, więc tylko się przywitałem i zacząłem się cofać do swojej strefy… i ZONK. Zbyt duży tłok xD No i tym samym utknąłem między strefą 1:25 a 1:30, co gorsza baloniki na 1:30 za którymi chciałem lecieć nie były na początku swojej strefy tylko bardziej pod koniec :upside_down_face: I jak padł sygnał do startu, to chcąc nie chcąc poleciałem z tłumem, średnio kontrolując jak biegnę. Generalnie trzymałem z początku odpowiednie tempo (4:15/km), ale już mijając pierwszy kilometr zorientowałem się, że coś pochrzaniłem z kalibracją czujnika na bucie bo według zegarka było  dopiero 0,97km. Pozostało mi się orientować po znacznikach kilometrów i czasie na zegarku, który też wyświetlał niepełne dane - brakowało kadencji (na końcu okazało się, że założyłem pulsomierz do góry nogami xD). I do czwartego kilometra trzymałem fason, a potem zacząłem tracić kolejne sekundy i już wiedziałem, że mogłem się nie porywać na 1:30 - ale w końcu półmaraton to przede wszystkim święto radości z biegania, więc uśmiech ani na chwilę nie zszedł mi z twarzy 😁 Świetnie mi się biegło, delektowałem się faktem biegu przez Rynek (po raz pierwszy taka ładna trasa), leciałem dalej tak jak potrafiłem. Moje podejrzenia co do słabego tempa potwierdziły się, gdy między 7. a 8. kilometrem dogoniły mnie baloniki 1:30 - trochę się za nimi pociągnąłem, ale po paru kilometrach mi odpadli. Nic to, wiedziałem że zginę dopiero gdy dogonią mnie baloniki na 1:35 - i dalej sobie tuptałem. Koło 10. kilometra wrzuciłem drugi już żel (pierwszy był na 20 minut przed startem), przy okazji ciuteńkę łamiąc swój rekord na dychę (44:06). Potem leciałem jakoś w transie, generalnie kilometry mijały szybciej niż się tego spodziewałem. Dopiero koło 17. kilometra dopadł mnie jakiś kryzys i osłabienie - ale akurat mijałem wolontariuszy z wodą, z której - po raz pierwszy w tym biegu - skorzystałem. Pomogło, od razu odżyłem, przy okazji łyknąwszy ostatni żel.

Potem już było z górki - 19. kilometr, 20., nawrotka, 21 i wpadłem do Areny. Na zegarze było 1:35 z groszami, ale ja nie wiedziałem ile mi dokładnie wyszło. Dopiero u grawera się okazało, jak niewiele brakowało do złamania 1:35. I co? I nic, jest apetyt na więcej! Mam o co walczyć, nie mówiąc o moim świętym Graalu czyli 1:30, który zawsze będę próbował złamać. A co, marzenia trzeba mieć! 😎

Cracovia Półmaraton zaliczyłem po raz jedenasty - i tak jak już wielokrotnie mówiłem: póki będę w stanie choćby przeczłapać go z balkonikiem w regulaminowym czasie, będę startował w tym biegu. Takich jak ja pozostała już zaledwie setka, zobaczymy jak to się będzie za rok.

Kończę już ten przydługawy wpis, dziękuję wszystkim wolontariuszom i kibicom - bez nich nic by nie było! Nic nie dodaje energii przed metą tak, jak zbicie piątki z jakimś uśmiechniętym berbeciem! 😊

Miłego wieczoru! ❤️

#bieganie #sztafeta

Pokaż więcej komentarzy (19)

Gruba ryba

w Hydepark

64piorunów

TV Republika powinna być zdelegalizowana ze względu na szkodliwy wpływ na społeczeństwo i radykalizowanie poglądów obywateli.

Mam teścia pisiora, wcześniej to samo było przy TVP, potem chwila spokoju, ale teraz ze zdwojoną mocą weszła Republika. Siedzi przed telewizorem i wyzywa do ekranu Tuska, bodnarowcow, koalicję 13 grudnia. Opowiada przy każdej okazji przekaz dnia.
Grill rodzinny? Koalicja 13 grudnia wszystko nam zabierze i sprzeda kraj. Wspólny obiad? Zobaczycie jak was teraz okradną, złodzieje siłą przejmują media i łamią prawo.
Ceny paliwa, prądu, w sklepie? Wina Tuska.

Nie ma żadnych szans na jakiekolwiek dyskusje, czy próby nie rozmawiania o polityce. Liczyłem że po wyborach będzie lepiej, a teraz po ponad pół roku jest jeszcze gorzej.

#jebacpis #polityka #tvrepublika

Pokaż więcej komentarzy (18)

Osobistość

w Podróże

135piorunów

Po raz kolejny podczas tej wyprawy mój budzik zadzwonił nieludzko wcześnie, ale tak jak przy poprzednich razach czułem niesamowitą ekscytację, teraz dominowało zmęczenie i jakiś niewytłumaczalny marazm. A przecież tego dnia miałem oglądać Machu Picchu - jedno z dwóch miejsc, poza Patagonią, które koniecznie chciałem odwiedzić podczas mojej podróży do Ameryki Południowej. Skąd więc ten niedobór entuzjazmu? Być może brał się on z braku wiary, że to hiperturystyczne miejsce z pieczołowicie wyznaczonymi ścieżkami zwiedzania, ścisłymi regułami i tabunem ludzi, zapewni mi choć w połowie tak pięknych emocji, jak na przykład trekking po parku Torres del Paine, szlaki w okolicach El Chalten, wspinaczka na Pedra da Gavea, czy choćby dopiero co ukończony Salkantay Trail. Ten wyjazd pozwolił mi zrozumieć, w jakich okolicznościach czuję się naprawdę wolny i szczęśliwy. Wycieczka na Machu Picchu zdawała się nie do końca spełniać te kryteria.

Zwlokłem z łóżka się nieco ospale i hostel opuściłem kwadrans później niż zakładałem. Mój bilet pozwalał mi wejść na teren zaginionego miasta Inków między 6 i 7 rano. Planowałem być pod bramami jako jeden z pierwszych, dlatego musiałem się sprężać. Tak właściwie to nie musiałem, ale chciałem, z niewyjaśnialnych racjonalnie przyczyn - tak już mam, że lubię na szczyty docierać jako pierwszy. Choć nie na wszystkie (he he). Miałem do przejścia jakieś 4 kilometry, w tym 500 metrów podejścia w pionie - idealnie na poranny rozruch. Pod bramy miasta dało się też wygodnie dojechać autobusem kosztującym jakieś 20 dolarów, ale moja dusza Poznaniaka nie zezwalała na takie zbyteczne wydatki, no i przede wszystkim nie przyjechałem w Andy jeździć autobusami - uwielbiam wszelakiego rodzaju łażenie po górach i satysfakcja z dotarcia na jakiś punkt widokowy jest wielokrotnie większa, jeśli towarzyszy temu wysiłek fizyczny.

Okazało się, że już na starcie marszu nieco pomyliłem trasę. Tuż obok hostelu przebiegała linia kolejowa, której kilkaset metrów dalej zaczynała towarzyszyć równolegle droga prowadząca pod same bramy parku (zresztą szedłem tym odcinkiem ledwie dwa dni wcześniej, gdy kierowałem się do Aguas Calientes). Ze względu na panujące wciąż ciemności i fakt, że moja najtańsza czołówka z Decathlonu nie pozwalała się rozeznać w otoczeniu dalszym niż dwa metry, przegapiłem moment, w którym należało zejść z chodnika wiodącego wzdłuż torów w stronę tej drogi właśnie. Chodnik skończył się w miejscu, w którym od drogi oddzielały mnie jakieś chaszcze i stromizna nasypu kolejowego. Żeby nie tracić czasu na cofanie się, ani nie przedzierać przez zarośla, postanowiłem kontynuować marsz wzdłuż torów - pamiętałem, że gdzieś dalej będzie łagodne zejście. O czym jednak nie wiedziałem, najpierw trzeba było przejść wydrążonym w skale wąskim tunelem. U jego wylotu widniała tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie śmierci - faktycznie, gdyby ktoś znajdował się w tunelu akurat gdyby przejeżdżał przez niego pociąg, nie byłoby się gdzie schować - za ciasno. Przystanąłem, wstrzymałem na chwilę oddech i zacząłem nasłuchiwać otoczenia. Jedyne co dobiegało moich uszu, to szum krwi pędzącej napęczniałymi od energicznego marszu żyłami. Z pewnością w odległości nawet kilku kilometrów nie jechał żaden pociąg, mogłem więc bez obaw wejść do tunelu, swoją drogą - niezbyt długiego.

Po pewnym czasie udało mi się dotrzeć do drogi i punktu kontrolnego - zanim dotarło się na górę pod same bramy Machu Picchu, trzeba było jeszcze przejść mostem nad rzeką Urubamba i okazać strażnikowi parku bilet wstępu oraz paszport. Punkt kontrolny właśnie został otwarty i dopiero zaczął przepuszczać czekających pod nim ludzi - przede mną dotarło tu już około 30 osób. Kawałek za mostem zaczynało się strome podejście pod górę wąską ścieżką dla pieszych (nieopodal ścieżki wiła się serpentynami droga dla autobusów). Dość szybko zacząłem wyprzedzać kolejne osoby, choć nie zawsze było to możliwe ze względu na szerokość ścieżki. Nie forsowałem tempa jakoś znacznie, ale szedłem moim typowym, energicznym krokiem bez przystanków. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku minutach sam zostałem wyprzedzony. Takie rzeczy zdarzają mi się wyjątkowo rzadko, więc z uznaniem patrzyłem na plecy niespecjalnie młodego, ale ewidentnie wysportowanego gościa, który połykał kolejne metry bez cienia zadyszki.

Pod bramami parku byłem kilka minut przed otwarciem. Jakimś cudem czekało tu już jakieś 10 osób, wyglądających na względnie wypoczęte - musieli się tu dostać trochę wcześniej. Ja z kolei byłem spocony fest. Miałem ze sobą suchą koszulkę na przebranie (właściwie to miałem cały swój bagaż, z którym szedłem szlakiem Salkantay), ale postanowiłem zmienić ciuchy dopiero po wygaszeniu gwałtowności przebiegających procesów termoregulacji - w przeciwnym razie ta druga koszulka też byłaby po chwili mokra, a mimo wszystko było dość rześko.

Na terenie Machu Picchu nie dało się zgubić - precyzyjnie wytyczone ścieżki, ogrodzone gdzie trzeba barierkami ze sznurków, subtelne, lecz łatwo dostrzegalne drogowskazy i stojący co kilkadziesiąt metrów pracownicy obsługi, wskazujący turystom drogę w zależności od posiadanych przez nich biletów. Góra Wayna Picchu? W prawo. Cytadela? Prosto. I tak dalej.

Po zaledwie kilku minutach docieram do miejsca, skąd rozpościera się widok znany z pocztówek i tysięcy zdjęć Machu Picchu krążących po internecie. Nawet drewniane tabliczki na szerokim trawiastym tarasie sygnalizują, że to właśnie tu warto pstryknąć fotkę. Warunki pogodowe jednak nie zachwycają - jest dosyć szarawo, a charakterystyczna góra znajdująca się w tle inkaskiego miasta i dodająca mu niesamowitego uroku, tym razem częściowo niknie w chmurach. Przymierzam się do zdjęć, ale to co widzę w obiektywie nie powala. Słyszę dość stonowane ochy i achy turystów obok. Chyba też liczyli na coś więcej. Po kilku minutach ruszają za swoimi wynajętymi przewodnikami, zgodnie z dalszym kierunkiem zwiedzania. Ja nie zdecydowałem się na przewodnika - czy to przejaw ignorancji i przeciętnego zainteresowania historią (troszkę się to u mnie zmieniło od czasów pisania matury właśnie z historii), czy też skąpstwo, nie pozwalające na ponoszenie "zbędnych wydatków", czy chęć zwiedzania we własnym tempie i możliwość np. zostania w tym punkcie widokowym przez kolejnych kilka godzin w oczekiwaniu na lepsze warunki pogodowe - wszystkie odpowiedzi są prawidłowe. Nie ukrywam jednak, że ta trzecia opcja miała największą wagę i przyniosła też najwięcej korzyści.

Jednym z powodów kupienia przeze mnie biletu zezwalającego na wstęp o 6 rano była możliwość obejrzenia Machu Picchu w różnych porach dnia, a jak się też finalnie okazało - podziwiania go w pełnej krasie po kilku godzinach słabej widoczności. Wcześniej doczytałem, że nikt z obsługi nie zmusza do przechodzenia dalej - jedyne ograniczenie dotyczące przemieszczania się stanowiło, że nie można się cofać - szlak był jednokierunkowy. I faktycznie, gdy postanowiłem przetestować te zasady w praktyce, po kilku krokach zostałem powstrzymany przez jednego z pracowników.

- W górę nie wolno, tylko w dół!
- A mogę chociaż podejść w tamto miejsce? To tylko 10 metrów stąd.
- Nie, szlak jest jednokierunkowy.

I tak oto wróciłem na trawiasty taras.

Do wieczornego pociągu w stronę Ollantaytambo (skąd ruszałem dalej do hostelu w Cuzco) miałem jeszcze ponad 12 godzin. Teoretycznie mogłem zostać w Machu Picchu prawie do jego zamknięcia, co następowało o 17:00. Szkopuł w tym, że toalety znajdowały się jedynie przy wejściu, musiałem więc spożywać wodę w rozsądnych ilościach, aby moich planów rozkokoszenia się na dłużej w głównym punkcie widokowym nie zrujnowały potrzeby fizjologiczne. Nie, wylanie się na terenie świętego miasta Inków nie wchodziło w rachubę 😉 Przyznam jednak, że i tak odrobinę zakłóciłem powagę tego miejsca, na co spoglądam teraz z lekkim wstydem. Otóż postanowiłem wyjąć z plecaka i powiesić na kamiennym murku moją wilgotną od potu koszulkę, żeby odrobinę przeschła. Zrobiłem to raczej w ustronnym miejscu, żeby się nie rzucało w oczy (ten taras był naprawdę długi i szeroki), ale i tak po kilkunastu minutach dobiegł mnie głos jednego z przewodników, który wskazując na moje ciuchy szukał winowajcy. Pokornie podszedłem i przeprosiłem, unikając jego gromiącego wzroku. Na szczęście żadne reperkusje mnie nie spotkały - po prostu dokańczałem suszenie siedząc na trawie i rozkładając wciąż odrobinę wilgotną koszulkę na kolanach.

Zdarzeń przykuwających uwagę pracowników kompleksu było więcej, choć już na szczęście bez mojego udziału. Najczęściej interweniowali z powodu... robionych zdjęć. Może to budzić zdumienie, ale niektóre zachowania lub pozy były zakazane. Na przykład popularne wśród wszelakiej maści instagramerów podskoki (aby być uchwyconym na zdjęciu w locie) - gdy tylko którykolwiek z pracowników dostrzegał takie zachowanie, już z daleka krzyczał "stop!", energicznie podchodził, tłumaczył, że podskoki są niedopuszczalne i... kazał usuwać zdjęcie. Dokładnie tak - żądał pokazania kilku ostatnich fotografii i nie odchodził dopóki dany gagatek, lub gagatkini, nie wykasowali tych, które łamały regulamin. Na pytania co jest złego w podskokach, odpowiedź brzmiała - bo jest to niebezpieczne dla stabilności gruntu. Tak jak absurdalnie może to brzmieć, coś w tym jest. Te trawiaste tarasy były co prawda wzmocnione kamiennymi murkami, ale wszystko to zostało zbudowane przez Inków setki lat temu i z tego co później doczytałem, osunięcia ziemi w Machu Picchu i okolicach nie były niczym nowym. A że podskoki mimo wszystko generują wyraźnie większe obciążenie dla podłoża niż zwyczajne chodzenie - wszystko składało się nie miarę sensowną całość. Może jedna podskakująca osoba aż takiej krzywdy by nie wyrządziła, ale gdyby to była grupa - sytuacja mogłaby być zupełnie inna. A czemu kazali kasować zdjęcia? Zapewne po to, by nie rozprzestrzeniały się po sieci i nie inspirowały rzesz turystów do podobnych zachowań.

Ograniczeń co do zdjęć było więcej - głośnego sprzeciwu i żądań usuwania fotografii doczekała się np. para, w której mężczyzna unosił swoją partnerkę 20 centymetrów ponad ziemię, dziewczyna pozująca na leżąco, czy facet bez koszulki. W tych wypadkach jako powód interwencji podawana była powaga miejsca - bardzo ważnego w historii i kulturze Peruwiańczyków. Wyglądało zatem na to, że fiaskiem zakończą się moje własne plany posiadania zdjęcia w dość nietypowej pozie, o którego zrobienie proszę ludzi w różnych ciekawych częściach świata. Z pewnością obsługa parku natychmiast by zaprotestowała. Pomyślałem jednak - a co tam, spróbuję ich przechytrzyć. Uważnie obserwowałem pracowników patrolujących teren i gdy tylko droga odwrotu stała otworem - prześlizgnąłem się pod prąd jednokierunkowego szlaku o dwa tarasy wyżej. Tu z racji nieco gorszego widoku i niewielkiej ilości miejsca praktycznie nikt się nie zatrzymywał - nie było więc też czujnych pracowników obsługi. Poczekałem chwilę na pojawienie się dwójki turystów i poprosiłem ich o uwiecznienie mojego absolutnie haniebnego występku 😉 Nie ma to jak próżność. W każdym razie misja zakończyła się sukcesem i tak oto wróciłem niezauważony na główny taras.

Będąc wciąż przy temacie zdjęć - wcale nie tak łatwo o ludzi, którzy pstrykną przyzwoitą fotkę. Prosiłem kilka różnych osób o przysługę i albo ktoś palec wsadził w obiektyw, albo walił foty nie bacząc na to, że właśnie ktoś wlazł w kadr, albo ucinał najważniejsze elementy krajobrazu. No prosisz kogoś - "na tle tej góry" - po czym na zdjęciu widzisz, że szczyt został zdekapitowany i wygląda jak pół d⁎⁎y zza krzaka. Jobla idzie dostać. Mnie jak ktoś prosi o foty, to robię z 10 ujęć, ustawiając ludzi tak jak trzeba i choć fotografem nie jestem, ani żadnego kursu nie kończyłem (zresztą nie mam nawet aparatu poza tym w telefonie), takie zwykłe pamiątkowe zdjęcia wychodzą mi w miarę nieźle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o wszystkich innych turystach. Gdy już więc bardzo mi zależy na posiadaniu dobrej pamiątki ze sobą w roli głównej (a nie zdarza się to aż tak często), pokazuję jak dokładnie ma wyglądać kadr, proszę by dana osoba pomogła mi się ustawić precyzyjnie na tle X czy Y i wtedy szanse na zadowalający efekt są niezerowe.

Po niecałych czterech godzinach mojego koczowania w głównym punkcie widokowym w końcu wyszło trochę słońca. Sielanka nie trwała zbyt długo, ale wystarczająco, by i zrobić kilka zdjęć i po prostu pogapić się przed siebie w spokoju. Gdy już powoli rozmyślałem, czy jest sens dalej siedzieć w tym samym miejscu czy iść dalej, na trawiastym tarasie pojawili się osobliwi goście - lamy. Przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego mogą sobie one hasać jak chcą po całym kompleksie i czy ściągnięto je tam po to, żeby było bardziej klimatycznie dla turystów - tak jak na na Tęczowej Górze, gdzie w kilku miejscach stali lokalsi z lamami i alpakami gotowymi do pozowania do zdjęć za pieniądze. Lamy z Machu Picchu nie były jednak dorobkiewiczami - po prostu były u siebie. Zwierzęta te zostały udomowione jeszcze przed czasami inkaskimi i na terenie Machu Picchu przechadzaly się od zawsze - to ich naturalne środowisko. Najwyraźniej ich wpływ na stan murów i innych elementów zabytku klasy zero oceniono jako w najgorszym wypadku neutralny, skoro wciąż mogą się tam spokojnie przechadzać. Właściwie to wyręczają ludzi w utrzymaniu przystrzyżonej trawy, więc w pewnym sensie pomagają dbać o ten teren.

Wracając do historii - gdy tylko w punkcie widokowym pojawiły się lamy, oczyma wyobraźni widziałem już kadr, w którym lama beztrosko spogląda przed siebie, a w jej tle prezentuje się zaginione miasto Inków. Niestety gdy tylko dwie lamy ustawiły się w idealnym dla mnie miejscu, otoczył je tłum ludzi pragnących zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ich piski i energiczne kroki szybko zniechęciły zwierzęta, które wycofały się na bezpieczny perymetr. Wciąż jednak były blisko, więc istniała bardzo realna szansa, że podejdą raz jeszcze. Licząc, że tak właśnie będzie, postanowiłem pozostać w punkcie widokowym jeszcze przez chwilę. Co prawda siedziałem tam już od czterech godzin, ale co tam - widoki były bardzo przyjemne, a mi się nie spieszyło. Lepsze to niż siedzenie w knajpie w Aguas Calientes w oczekiwaniu na pociąg.

Po jakichś dwóch godzinach lamy powróciły w najbardziej fotogeniczne miejsce. Tym razem na szczęście znajdujący się obok turyści nie byli nachalni, więc zwierzęta mogły się spokojnie rozgościć. Czuły się bardzo swobodnie wśród ludzi, więc nawet gdy ktoś ostrożnie do nich podchodził, aby zrobić sobie selfie, nie protestowały. Dawały się nawet głaskać. Zastanawiałem się, czy obsługa parku nie będzie powstrzymywać ludzi przed zbliżaniem się do zwierząt, ale nic takiego nie miało miejsca. Dopóki ktoś nie przekroczył jakiejś niewidzialnej granicy w zachowaniu, nie interweniowali, a nawet pomagali robić pamiątkowe zdjęcia z lamą. Mi samemu udało się wykonać kilka fajnych fotografii lam na tle gór i samego inkaskiego miasta, cyknąłem też na życzenie zdjęcia paru osobom w otoczeniu tych przemiłych zwierząt, ale zanim ktoś mi się odwzajemnił, lamy ponownie odeszły kilkadziesiąt metrów dalej. Miałem z nimi co prawda jakieś zdjęcia, ale nie byłem z nich w pełni usatysfakcjonowany, bo albo ktoś pchał mi się w kadr, albo poproszona o zrobienie fotografii osoba zupełnie nie zwracała uwagi na kompozycję i tło. Najlepiej wyglądały zrobione przeze mnie selfiaki, ale potencjał był wyraźnie większy. Postanowiłem więc czekać dalej.

Po blisko 8 godzinach mojego siedzenia na tym samym trawiastym tarasie, lamy pojawiły się w punkcie widokowym po raz trzeci. Tym razem nie bawiłem się w żadne konwenanse, tylko od razu poprosiłem osobę wyglądającą na najbardziej ogarniętą o zrobienie takiego, a nie innego zdjęcia. Szczęśliwie ludzi było wtedy akurat dość niewiele, więc nikt mi nie właził w kadr. No i w końcu udało się! Nie żeby to było najlepsze zdjęcie świata, ale było wystarczająco dobre, aby służyć za miłą pamiątkę. Jako że moja misja zakończyła się sukcesem, po odwzajemnieniu przysługi byłem wreszcie gotów ruszać dalej. Było już po godzinie 14. Przejście reszty trasy zwiedzania zajęło mi około godzinę. Nie liczcie tu na jakieś dłuższe opisy - już wystarczająco się napłodziłem jeśli chodzi o tekst w tym wpisie. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś wykazał się wystarczającą determinacją i cierpliwością, żeby dotrwać do tego fragmentu. Poprzestanę na bardzo zdawkowym - "też było bardzo ładnie".

Po godzinie 15:30 wychodziłem z terenu Machu Picchu. Czekała mnie albo jazda drogim autobusem, albo spacer tą samą drogą, którą tam dotarłem. Wybór był banalnie prosty - już się wystarczająco nasiedziałem tego dnia. Schodzenie było szybkie, lekkie i przyjemne (moje kolana pewnie lekko by protestowały czytając te słowa, ale kto by ich tam słuchał). Gdy już dotarłem do Aguas Calientes, wstąpiłem na jakiś nieco lepszy obiad, aby odpowiednio zacelebrować ten dzień, a później powolnym krokiem udałem się na stację kolejową, skąd odjeżdżał mój pociąg do Ollantaytambo.

Na dworcu było mnóstwo ludzi - zarówno turystów, jak i Peruwiańczyków. Szczerze wątpiłem, by wszyscy płacili identyczną stawkę za bilet. Najwyraźniej okoliczni mieszkańcy jechali innym pociągiem, niedostępnym dla obcokrajowców. Ja w każdym razie długo szukałem tańszej opcji powrotu z Aguas Calientes, ale dla gringos takich jak ja dostępne były tylko bilety po 50 dolarów, dające wstęp do "luksusowego, panoramicznego pociągu". Ale cóż mi było po przeszkleniach, skoro było już ciemno - i tak niczego nie dało się po drodze zobaczyć. Luksusowość przejazdu też była wyolbrzymiona - ot standard europejski.

Pociąg dojeżdżał wyłącznie do Ollantaytambo, a stamtąd czekało mnie jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogi do Cuzco. Na szczęście, gdy decydowałem się na bilet na pociąg, nie kombinowałem, tylko kupiłem opcję z opłaconym już transferem do miasta docelowego. Niby wiedziałem, że nieco taniej będzie znaleźć transport na własną rękę, ale już nie chciałem się w to bawić i zapłaciłem za spokój ducha i komfort. Faktycznie, po wyjściu z pociągu podróżnych otoczyła chmara busiarzy i taksówkarzy oferujących swoje usługi za kwotę niższą niż ta, którą już zapłaciłem, ale różnica była relatywnie niewielka. Nie miałem więc czego żałować.

Dzieląc się już ostatnią anegdotą, w pociągu siedziałem obok grupy młodych Anglików. Mieli identyczne bilety z łączonym transferem jak ja, więc konduktorka poinstruowała nas uprzejmie, że zaraz po zatrzymaniu się pociągu mamy wysiąść i podążać za nią w stronę opłaconego autobusu. Pokazała tabliczkę, której mieliśmy szukać nad głowami i spytała czy wszystko jest jasne. Kiwnąłem głową, bo prościej wytłumaczyć się nie dało. Brytyjczycy jednak wyglądali na skonfundowanych, więc jeszcze raz wyłożyła im wszystko jak kawa na ławę. Niby podziękowali za doprecyzowanie, ale miałem jakieś dziwne wrażenie, że nie ogarniali do końca. A przecież konduktorka posługiwała się angielskim, a więc ich ojczystym językiem. Skoro ja wszystko idealnie zrozumiałem, czemu oni mogli mieć z tym problem? W każdym razie w Ollantaytambo pociąg zatrzymał się, wszyscy wysiadają, zaczynam iść za konduktorką trzymającą w górze wyraźnie widoczny znak i słyszę kątem ucha, że jedna z dziewczyn z brytyjskiej grupy sygnalizuje swoim ziomkom, że idzie do sklepu. Nie przejmuje się tym zbytnio, bo myślę że może tylko wodę chce kupić i że jej znajomi trzymają rękę na pulsie, żeby nie zgubić reszty grupy. Dochodzimy do autobusu 200 metrów dalej, konduktorka po kilku minutach zaczyna liczyć ludzi i... oczywiście brakuje Brytyjczyków. Podchodzę, mówię, że wchodzili po drodze do jakiegoś sklepiku i że mogę po nich pobiec. Babka kiwa głową, obiecuje nie ruszać beze mnie, więc biegnę do sklepiku, przy którym ostatnio widziałem niesfornych Anglików. Tam jednak ich nie ma. Sprawdzam obok i jeszcze dalej i jeszcze jeden - nic. Zarzucam poszukiwania, bo nie jestem przecież ich prawnym opiekunem - chcę wrócić do hostelu i się wyspać. Wchodzę do busa, mówię kobiecie, że nigdzie ich nie widzę, a ta decyduje o odjechaniu bez nich na pokładzie.

- Może zdecydowali się wrócić na własną rękę. Albo woleli zostać na noc w Ollantaytambo - kwituje.

Jej decyzja mnie cieszy, bo nie tracimy czasu, tylko ruszamy w stronę Cuzco. W hostelowym łóżku ląduję dopiero chwilę przed północą i zasypiam jak kamień.

#polacorojo #podroze #peru #machupicchu #mojezdjecie

Pokaż więcej komentarzy (31)

Osobistość

w Hydepark

216piorunów

Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki

Dziś będzie będzie o moich przygodach z sanepidem i roli rzeki Wisły w tym wszystkim

W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem o tym, jakie wymogi powinno spełniać gastroauto żeby przejść tzw. odbiór sanepidu. Pisałem też, że szukając pojazdu dla siebie zależało mi na tym, żeby ów odbiór był już zrobiony aby oszczędzić sobie roboty. W swojej dziecięcej naiwności założyłem sobie bowiem, że skoro wymagania wobec aut do gastro są jednolite, niezależnie od prowadzonej działalności - no to przecież po co miałbym wszystkie kwity wyrabiać drugi raz, nie? No nie xD Ale po kolei.

Gdy robiłem oględziny gastroaut (nie obejrzałem ich też swoją drogą zbyt wiele, bo kupiłem trzecie oglądane) za każdym razem pytałem, czy właściciel ma zrobiony odbiór sanepidu. Sanepid kojarzył mi się z organizacją do której przynosiło się próbkę kału na badania chcąc dorobić sobie jako studenciak pracą w knajpie; organizacją, którą straszyli się czasami właściciele przeróżnych gastrobiznesów, wreszcie organizacją zaludnioną przez stare, czepliwe ale i łase na drobne łapówki biurwy - stąd kontaktu z nimi chciałem za wszelką cenę uniknąć. Dlatego też pytanie "Odbiór sanepidu jest?" było istotnym punktem na mojej checkliście, powiedziałbym że na poziomie pytania czy "autko było bite?". Auto, które ostatecznie kupiłem owy odbiór niby miało, tylko jakby to powiedzieć... właściciel zgubił papiery. Swoją drogą za każdym razem mnie zastanawia, jak to jest, że ludzie nie mogą kupić sobie segregatora i wpinek za kilka złotych żeby trzymać te wszystkie, rozmaite papiery w jednym miejscu i potem nie gubić - ale z biegiem lat wydaje mi się, że oczywiste rozwiązania są najtrudniejsze do zaimplementowania. Tak więc kupiłem trochę auto Schroedigera, które jednocześnie odbiór miało i nie miało - a odpowiednikiem otwarcia pudełka byłby telefon do Sanepidu i ustalenie kolejnych kroków, które muszę wykonać. Dodam jeszcze, że nawet nie przyszło mi do głowy, że gość co do papierów mnie po prostu okłamuje tylko po to, żeby szybciej spieniężyć zawadzającą mu ruchomość. Na takie przemyslenie naszło mnie już jednak dopiero kilka dni po kupnie;)

No ale po kolei. Samochód przerejestrowałem na siebie jak w przypadku zwykłego auta, oddałem do wspomnianym parę wpisów wcześniej mechaniurów - i wziąłem się za sanepid. Najpierw postanowiłem sprawę załatwić telefonicznie:

"Sanepid, inspektor sanitarny Bogusław Łopacki, słucham?"
"Dzień dobry, yyy, no bo ja kupiłem auto z odbiorem sanepidu, ale te dokumenty zaginęły i chciałbym zawnioskować o wydanie ich duplikatu oraz zapytać, jak ogólnie mam to zrobić"
"A gdzie był robiony odbiór?"
"Yyyy, no, w Warszawie"
"Ale w którym Sanepidzie? Są dwa"
"Ale jak to dwa?"
"Jeden jest na prawobrzeżną Warszawę, drugi na lewobrzeżną"
"O, to nie wiem"
"No to proszę się dowiedzieć, a w ogóle to takie rzeczy to nie przez telefon, to trzeba przyjechać i złożyć podanie, do widzenia"

Informacja, że oto w Warszawie są dwa Sanepidy, trochę zbiła mnie z tropu. Pół biedy, że byłem w stanie ustalić, w którym (najprawdopodobniej) znajdują się rzeczone dokumenty, bo człowiek sprzedający mi auto mieszkał i zarejestrował go po prawej stronie Wisły. No ale co teraz, skoro ja zarejestruje go i prowadzę działalność po lewej stronie? Po paru godzinach uznałem, że niech martwi się o to sama organizacja, więc do sanepidu zadzwoniłem drugi raz. Tym razem jednak bogatszy o nową wiedzę i doświadczenia, wybrałem prawobrzeżny.

"Dzień dobry, no tak, bo ja kupiłem samochód, który miał u Państwa robiony odbiór i chciałem poprosić o wydanie duplikatu dokumentów, tylko w tym celu chciałem złożyć podanie i teraz się zastanawiam - czy mam składać u Państwa, bo tu są te dokumenty - czy w tym drugim, bo ja mam działalność po drugiej stronie Wisły?"
"Uuuu, no, dobre pytanie, zapytam koleżankę (...) Uuu, wie pan co, bo koleżanka w sumie to nie wie, dziwny przypadek, ale niech pan składa tam gdzie ma pan działalność, tak będzie najlepiej"
"Ok, to dziękuję, do widzenia"

Zadowolony z siebie parę dni później z pięknym, wydrukowanym i podpisanym podaniem pojechałem na ulicę Kochanowskiego w Warszawie. Tam przeżyłem kilka kolejnych etapów zdziwienia xD Pierwszym było to, że punktem składania podań było takie cieć-okienko xD Jak się jednak okazało, urzędujący tam pan ochroniarz był dużo bardziej zorientowany od reszty urzędniczej zgrai. Na moje pytanie, czy z uwagi na proceduralny galimatias dobrze wybrałem miejsce złożenia podania pan podrapał się w głowę, a potem gestem wskazał mi abym poszedł za nim do pokoju na górze. Tam urzędnicy zaczęli się głowić. Jedna Bożenka powie tak, druga Grażynka inaczej. Chaos, który w krótkim czasie zapanował przypominał ten z kreskówki Dwanaście prac Asterixa. Ostatecznie stanęło na tym, że o ile miejsce złożenia podania ich zdaniem się nie zgadza, to już w drodze wyjątku dziś pismo przyjmą - ale samo podanie muszę przepisać na nowo w formie którą mi podyktują. Podobno moje pismo nie spełniało pewnych wymogów formalnych, stąd potrzeba pracowitego - i ręcznego - przepisania na kartce pod czujnym okiem Pani Sanepidowej XD

Dwa tygodnie czekania później dostałem telefon. Okazało się, że sanepidowe dokumenty to nie jest jakiś tam dowód rejestracyjny, że po prostu wpisuje się nowego właściciela i elo. Przez fakt, że mój bus sprzedawał w przeszłości jedną rzecz, a teraz będzie sprzedawał inną cały proces wyrabiania dokumentów będę musiał przejść od zera. Na pytanie, czemu mam ponownie robić odbiór, skoro wymagania są dokładnie takie same w obu przypadkach, a samo auto nic się nie zmieniło od momentu wyrabiania poprzednich papierów uzyskałem odpowiedź - takie są przepisy. Jak to w PL zwykle bywa uznałem, że pewnie chodzi po prostu o proces prowadzony dla samego procesu. Sprawdzenie, pieczątka - i wszystko będzie na legalu. Zanim to jednak nastąpi, musiałem znów pokwapić się z kolejnym podaniem, rzecz jasna osobiście xD

Parę tygodni później znów dostałem telefon. Dzwoniła pani z sanepidu, co ciekawe prawobrzeżnego - z informacją, że termin odbioru został wyznaczony na jutro i mam podjechać. Znów trochę zbiło mnie to z tropu, bo przecież nie składałem podania w prawobrzeżnym sanepidzie xD Pani jednak powiedziała, że procedura jest taka, że tam gdzie auto miało robiony pierwszy odbiór, tam ma mieć robiony zawsze. Trochę było to dziwne, bo wcześniej powiedzieli mi co innego no i trochę strachłem, co by było gdybym auto kupił np w Szczecinie xD ale już nie chciało mi się dyskutować.

Nazajutrz przyjechałem 15 minut przed czasem i czekając na swoją kolej starałem się mieć wygląd możliwie lichy i durnowaty, żeby sanepidowe grażynki poczuły litość i nie próbowały mnie przypadkiem uwalić za jakąś pierdołę xD Sam odbiór poszedł gładko - pani obejrzała samochód, weszła do środka, przejrzała podpisane umowy na odbiór śmieci, na najem miejsca, wynajem toalety dla pracowników i powiedziała że wszystko jest ok. Ja przyjąłem standardową taktykę, jaką obierałem kiedy musiałem podjechać zrobić przegląd techniczny jakiegoś gruza albo załatwić coś w dziekanacie za czasów studenckich. Na wypowiadane uwagi robiłem smutne oczy i przejętą minę i mówiłem, że tak tak, ja nie wiedziałem, ja to ogarnę. Ale tak naprawdę nie było się do czego doczepić. Jedynym elementem, który musiałem uzyskać, a którego nie miałem była dokumentacja HACCAP. Pani powiedziała, żebym dokument taki przygotował i wysłał mailem. Jak się okazało, była to czysta formalność - po wpisaniu w wyszukiwarce "haccap dokumentacja" dostałem całe mnóstwo wyników ze stronami firm, które zajmują się przygotowaniem takowej. Jeden telefon, pani po drugiej stronie poprosiła o krótki opis tego, czym buda będzie handlować i dwie godziny później dostałem 60 stronicowego gotowca, z którym w świetle przepisów powinien zapoznawać się każdy pracownik i który dokumentuje każdy pojedyńczy krok wymagany przed przygotowaniem posiłku dla klienta. Nie przestaje mnie to dziwić - zamiast trzymać się prostych, łatwych do wpojenia reguł - tworzy się grubą księgę, z której nikt nie skorzysta i której jedynym zadaniem jest odhaczenie checkboxa "Haccap" na liście. Cyrk na kółkach, no ale co zrobić. Byłem z siebie bardzo zadowolony, bo oto udało mi się ukończyć kolejny etap na mojej ścieżce i mogłem zacząć już na legalu rozpoczynać sprzedaż. Ruszyłem tak naprawdę dwa dni później, ale o tym napiszę jeszcze w kolejnym poście, bo jak się okazało - nie był to koniec historii z Sanepidem xD

Kilka dni po rozpoczęciu handlu dostałem telefon. Dzwonił lewobrzeżny Sanepid xD
"Dzień dobry, proszę jutro przyjechać samochodem zrobić odbiór"
"Yyyy, ale ja już robiłem odbiór. W zeszłym tygodniu. W tym drugim Sanepidzie"
"COOOO?! Jaki prawem, kto panu tam odbiór zrobił? U NAS MUSI PAN ZROBIĆ! Proszę przyjechać jutro o 7:00, KONIECZNIE! Bez tego nie będzie wydana dokumentacja!"

Wychodziło na to, że nie bardzo miałem jakiś wybór. Z samego rana musiałem pojechać autem na drugi koniec Warszawy (działałem na Mordorze na Domaniewskiej, sanepid był na Bielanach), załatwić formalności, potem auto odstawić z powrotem na Mordor i wreszcie pojechać do centrum do swojej "normalnej" pracy, która startowała o 9. To wszystko w godzinach porannego szczytu i za czasów, gdy Mordor faktycznie był Mordorem - ogromne korki, tysiące samochodów, dziesiątki tysięcy ludzi i wąskie, zapchane uliczki. Kolejny dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale.

Znów planowałem użycia taktyki na biedaka, ale z uwagi na to, że buda zaczęła już działalność uznałem, że może mądrze było jeszcze podjechać do domu i wszystko bardzo dokładnie wyczyścić - ot, dla pewności. Tu mała dygresja. Pisałem jakiś czas temu, że jazda budą przypominała nieco pływanie żaglówką - przy gwałtownych manewrach wszystkie luźne lub źle umocowane przedmioty zaczynały latać po pace. Również z uwagi na to, że podczas przebudowy niespecjalnie brałem to pod uwagę, wszystkie dodane elementy wyposażenia były zabezpieczone w stylu Walaszka - jako tako, na 30%. No i co się dzieje. Jadę z Mordoru budą do domu, miałem dosłownie 8 minut jazdy. W pewnym momencie następuje klasyczny, polski manerw - na trzypasmowej drodze koleś jadący skrajnym, lewym pasem (ja jadę prawym) przypomina sobie, że za 50 metrów musi skręcić w boczną uliczkę. Przebija się przez dwa pasy na prawy jadąc jakieś 80km/h, ląduje 10 metrów przed moją maską i hamuje prawie do zera, bo za 5 metrów ma skręt. Ja w tym momencie odpalam tryb paniki, wciskam hamulec - przy czym buda bardziej spowalnia niż hamuje - i modlę się, by w niego nie uderzyć. Moje modlitwy chyba akurat tego dnia ktoś wysłuchał, bo cudem nie wjechałem w jego tył - natomiast u siebie z tyłu, na pace usłyszałem jakiś hałas i łomot - na ten moment jednak nie przywiązywałem jednak do tego większej uwagi. Parę minut później zaparkowałem auto pod domem i podstanowiłem zajrzeć na tył, żeby ocenić ewentualne straty. No i jest problem - drzwi są czymś zablokowane. Próbuję je przesunąć, a spod progu widzę wypływającą, żółtawą maź. Co się stało? Okazało się, że przy moim gwałtownym hamowaniu nie wytrzymało zabezpieczenie lodówki. Drzwi lodówki otworzyły się i wypadł z niej 18-litrowy, pełny pojemnik z ciastem naleśnikowym - składającym się klasycznie z mąki, mleka, jajek i dużej ilości masła. Pojemnik najpierw spadł z około pół metra, uderzył w stoliki (wiozłem na pace stoliki, przy których siadali klienci, bo nie miałem ich tego dnia akurat czym przypiąć na miejscu), przy uderzeniu pękł. Następnie reszki pojemnika przejechały z końca budy gdzie znajdowała się lodówka, po blatach stolików aż na początek paki - rozrzucając dookoła to co w nich było. Widok był masakryczny. Nie wiem nawet do czego mogłbym to porównać - wyobraźcie sobie, że w małym pokoju wkładacie granat do prawie dwudziestolitrowego pojemnika z ciastem na naleśniki a potem ten granat wybucha. Tak to mniej więcej wyglądało, nigdy wcześniej ani nigdy później (no... prawie xD O tym jeszcze napiszę) nie widziałem czegoś tak masakrycznego. Pierwszy raz od nie wiem kiedy po prostu opadły mi ręce i nie wiedziałem co robić. Po chwili wybuchłem. Przez kolejne minuty darłem mordę jak opętany, przeklinając wszystko co się da, kopiąc co się da, wywracając co się da i całkiem możliwe - ślizgając się i przewracając w żółtawej mazi. Pomogło. Ciśnienie ze mnie uleciało. Co też istotne, po moim wybuchu szału środek wcale nie wygladał tak znowu gorzej niż przed xD wytarłem na ile się dało buty i poszedłem do szoferki podumać. Była godzina 19:00, robiło się ciemno. Miałem 12 godzin żeby doprowadzić wnętrze do jako-takiego stanu i usunąć 18 litrów ciasta naleśnikowego, które było wszędzie.

Na start w ruch poszły ręczniki papierowe, jednak po godzinie i wyczerpaniu wszystkich rolek wyszło, że usunąłem może 20% bałaganu - i to tego najłatwiejszego w sprzątnięciu. Co gorsze, ciasto pomału zaczynało zasychać, co nie wróżyło najlepiej. Potrzebowałem pilnie pomocy - miałem jednak szczęście (w nieszczęściu). Dobry kumpel był akurat w okolicy i zadzwonił z pytaniem co robię - gdy powiedziałem mu o kilkunastu litrach ciasta i sprzątaniu tego zaoferował pomoc. Miałem dodatkową parę rąk i wyglądało to ciut lepiej, wciąż jednak roboty było mnóstwo. Na start pojechaliśmy do hipermarketu, nakupowaliśmy szmat i ręczników papierowych i stojąc na parkingu probowaliśmy jakoś ogarnąć zalegającą breję, szło to jednak bardzo powoli i opornie - po dwóch godzinach pracy udało się co prawda oczyścić niektóre miejsca, ale wciąż wnętrze wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Najgorsza była podłoga zalana na grubość palca masą naleśnikową. Potrzebowaliśmy zmienić podejście.

Po zastanowieniu się uznaliśmy, że nie ma innej opcji i podłogę trzeba po prostu wypłukać wodą. To również jednak nie było proste - ze względu na próg przy drzwiach od tylnej ściany, nalana do środka woda albo zostałaby w środku na stałe albo zaczęła wsiąkać wraz z ciastem w przeróżne szpary i tylko pogorszyłaby sytuację. Udało nam się jednak wymyśleć i na to sposób. Próg zdemontowaliśmy, a auto pojechaliśmy zaparkować na na wałach wiślanych - tak, że tył był dobre pół metra niżej niż przód. Czemu tam? Po pierwsze, było relatywnie blisko. Po drugie, nie przychodziło mi na szybko do głowy inne miejsce, gdzie będę miał podobny spadek terenu. Po trzecie wreszcie, ze względu na późną porę i relatywnie odludną okolicę, wydawało się, że tam będzie najmniejsza szansa, że ktoś zwróci uwagę, że dwóch głąbów wypłukuje jakiś syf przez tylne drzwi zaparkowanego dostawczaka xD O dziwo, pomysł zadziałał. Woda z pomocą mopa dość sprawnie wypłukiwała nazbierane ciasto i jakąś godzinę oraz 15 baniaków wody później wnętrze było ogarnięte. Dochodziła trzecia w nocy, kumpla odstawiłem do domu, a sam wróciłem do swojego. Gdy uporałem się ze wszystkim była już 4 rano, buda była jako-tako ogarnięta, nie było może perfekcyjnie ale i tak dużo lepiej niż to, jak wyglądało to parę godzin wcześniej. Miałem jakieś półtorej godziny snu, żeby potem zerwać się, pojechać do sanepidu i być tam na siódmą rano na kontrolę. Wstałem nieprzytomny, jak po grubej imprezie. Głowa mnie bolała, mózg ledwo kontaktował, oczy się kleiły - ale nie było wyjścia, trzeba było jechać. Całą drogę przeklinałem moment, gdy przyszło mi do głowy kupowanie foodtrucka i modliłem się tylko o to, żeby dopiero co rozpoczęty dzień już się skończył.

Na kontroli były tym razem dwie panie sanepidowe, jedna jakaś stara wyjadaczka i druga młoda, praktykantka. Jako człowiek, który jeden odbiór już w życiu przeszedł szybko oprowadziłem je po aucie: "Proszę bardzo, tu jest szafka na środki czystości, przestrzeń do przebierania się, blaty robocze, zlewy, umowy, księga HACCAP" - chciałem mieć wszystko jak najszybciej za sobą - "Jest ok?". Starsza sanepidówa przyglądała się wszystkiemu: "O, a tu ma pan bojler na wodę. To proszę włączyć ten boiler i zagrzać w nim wodę, zobaczymy czy działa". Na nic zdały się moje tłumaczenia, że wcześniej go nie uruchamiałem i nawet nie wiedziałem, czy działa na 12 volt czy 230V, do czego potrzebowałbym wpiąć się do sieci. Nie wiedziałem nawet, ile potrwa nagrzewanie wody. Sanepidówa była nieubłagana. Dała mi pięć minut na uruchomienie boilera, nieważne jak - w przeciwnym razie obiór będzie niezaliczony. Na myśl o tym, że jeszcze raz będę musiał przechodzić cały ten cyrk, znów pisać podania, znów umawiać się, znów przyjeżdżać i użerać się - chciało mi się rzygać. Stara sanepidówa mówiąc że mam parę minut na ogarnięcie się poszła na górę do swojej kanciapy, zostawiając ze mną młodszą asystenkę. Ja w tym czasie desperacko walczyłem z bojlerem, który na dobrą sprawę nie wiedziałem nawet czy działa. W tym czasie, niczym w grze, wyobraźnia podsuwała mi sugestie na różne opcje dialogowe z młodszą sanepidówą z różnymi wyjściami z sytuacji - blef, łapówka, granie na litość, uwiedzenie jej xD Ale mimo moich prób żadna z opcji nie działa, strach przed przełożoną był silniejszy niż moje smutno-proszące spojrzenie pobitego kota xD Po dziesięciu minutach walki, oglądania bezpieczników, śledzenia kabli i wciskania rozmaitych przycisków dałem za wygraną, nie wiedziałem co zrobić żeby włączyć ten cholerny boiler, nie wiedziałem nawet czy w ogóle działa. W poczuciu porażki, krzywdy, niesprawiedliwości i straconego czasu poszedłem do kanciapy starej sanepidówy.

"No i co, udało się uruchomić boiler?" - zapytała stara. Nie czekając na moją odpowiedź, młodsza zaprzeczyła. Stara tylko pokiwała głową, podpisała się na jakimś papierku - "Proszę pana, w takim razie auto jest niesprawne. Trzeba ten boiler naprawić i ponownie przyjechać zrobić odbiór jak wszystko będzie gotowe. Oczywiście po napisaniu stosownego podania. Póki co natomiast odbioru nie ma i auto nie nadaje się do użytkowania. Nie może prowadzić pan działalności." W poczuciu porażki i pogodzenia się z losem już wyciągałem ręce po papier z niezaliczonym odbiorem, gdy nagle w mojej głowie pojawiła się nowa opcja dialogowa: CHAOS. Pomyślałem, że kliknę i zobaczę co się stanie.

"Wie pani co, no tak, ja wszystko rozumiem, będę musiał coś zrobić z tym boilerem. Tylko wie pani, ja dosłownie parę dni temu byłem w tym drugim sanepidzie i miałem tam robiony odbiór i przeszedłem go pozytywnie. I teraz państwo chcieliście, żebym ja przyjechał do państwa zrobić odbiór po raz drugi - i u państwa go nie przeszedłem. Więc mam teraz dwa dokumenty, jeden pozytywny i drugi negatywny na to samo auto. To w końcu jak jest?"

Nastała kilkusekundowa cisza, po której sanepidowe grażynki w liczbie trzech czy czterech (w kanciapie urzędowała ich większa grupa) rzuciły się do mnie i do dokumentów z poprzedniego obioru, które przezornie zabrałem ze sobą. Z namaszczeniem i skupieniem wertowały papiery pochodzące z drugiego sanepidu. W końcu jedna sanepidówa wzięła do ręki stary, stacjonarny telefon i wybrała numer. "Halo, Bożenka? Był u was pan z samochodem robić odbiór? Numer rejestracyjny taki i taki? Aha. No i ma ten odbiór? Aha. No dzięki, bajo. Proszę pana, pan ma odbiór już zrobiony, po co pan w ogóle do nas przyjechał i marnuje nasz czas? To w ogóle niepotrzebne wszystko było. A działalność może pan prowadzić."

Nie byłem do końca pewny, co się właśnie odjebało, ale nie chciało mi się już nawet dyskutować. W milczeniu, ale i w poczuciu zwycięstwa opuściłem budynek sanepidu. Potem już tylko kurs na Mordor, zostawienie tam samochodu, przesiadka na motocykl, przejazd do biura w deszczu, dotarcie na miejsce kompletnie przemoczonym i siedzenie z laptopem przez kilka godzin w salce konferencyjnej żeby wyschnąć i nie wyglądać jak debil - i dzień był zaliczony. Był to pierwszy i na szczęście ostatni kontakt z sanepidem, jaki miałem przez czas mojej gastrokariery. A księga HACCAP trafiła do szuflady, gdzie leży po dziś dzień i nikt jej więcej nie widział. Koniec.

Tzn. jest to koniec wpisu o sanepidzie, bo kolejne jak będą - mam nadzieję, że z trochę większą częstotliwością niż do tej pory:) W kolejnym wpisie trochę o ludziach, z którymi pracowałem.

Pokaż więcej komentarzy (34)

Gruba ryba

w Ciekawostki

46piorunów

"Skończyło się areczkowanie! 😠" - druga część opowieści o starożytnym egipskim proteście budowniczych grobowców i innych rzemieślników z Deir el-Medina, a także o tym, jak zareagowały na niego władze.

Dla przypomnienia (część 1.), Deir el-Medina była to miejscowość na obszarze Teb Zachodnich zamieszkana przez ludzi od pokoleń zajmujących się budowaniem i ozdabianiem grobowców faraonów, członków rodzin królewskich oraz innych zamożnych osób. W 29. roku panowania Ramzesa III, w wyniku ogólnego kryzysu gospodarczego :chart_with_downwards_trend: , mieszkający tam pracownicy przestali otrzymywać wynagrodzenie (wypłacane głównie w żywności) na czas. W związku z tym rozpoczęli pierwszy odnotowany w historii strajk: zamiast udać się do pracy, opuścili swoją osadę i zaczęli okupować świątynie poświęcone pamięci zmarłych władców oraz ogólnie teren nekropolii tebańskiej, domagając się - od żyjących, rzecz jasna 😉 - wypłacenia zaległych należności.

Ktoś mógłby zapytać - nie mogli sobie wybrać lepszego miejsca na protest? Kogo niby miałby obejść strajk na cmentarzu? :headstone:

A jednak, biorąc pod uwagę ówczesne realia, miało to sens. W poprzednich wpisach napomknęłam trochę o tym, że w wierzeniach staroegipskich dobrobyt i pośmiertne szczęście zmarłych zależało w dużej mierze od żyjących - między innymi od tego, czy zmarłemu regularnie składano ofiary z pożywienia i napojów :beer: :poultry_leg: A to "regularnie" nie oznaczało raz do roku. W przypadku najbogatszych osób, zwłaszcza z rodów królewskich, zwyczajowo składano ofiary zmarłym nawet kilka razy w miesiącu, plus w wybrane dni świąteczne - czym często zajmowali się wynajmowani do tego zadania kapłani. Egipcjanie traktowali kult zmarłych na tyle poważnie, że najbogatsi zawierali umowy ze świątyniami i wykupowali swego rodzaju abonamenty na ofiary dla kolejnych pokoleń zmarłych krewnych.

I nagle mamy sytuację, gdzie wkurzeni robotnicy razem z rodzinami zajmują teren nekropolii - utrudniając lub wręcz uniemożliwiając tam wstęp, nie mówiąc już o przeprowadzaniu rytuałów i składaniu ofiar. Niesłychany afront dla kapłanów i możnych, a także dla zmarłych, a nawet dla samych bogów.

Jednak z punktu widzenia robotników z Deir el-Medina, to nie oni byli tu burzycielami porządku. Z ich perspektywy, porządek został naruszony w momencie, kiedy odmówiono im zapłaty za wykonywaną pracę. Skoro ani ich zwierzchnicy, ani sam faraon nie zadbali o to, żeby coś z tym zrobić - wzięli sprawy w swoje ręce... i w pewnym sensie, wzięli też zmarłych jako zakładników.

Protest mniej pokojowy
W trzecim miesiącu peretu (pora zimowa) protest przestał być już taki zupełnie pokojowy. Kiedy protestujący robotnicy ponownie zajęli jeden z grobowców, wysłano do nich strażników, żeby odprowadzili ich z powrotem do osady - jednak...

_Załoga minęła posterunki wartowników (na terenie nekropolii), usadowili się w grobowcu. Trzej dowódcy straży poszli po nich, by ich wyprowadzić. A robotnik Mose, syn Anakhtego, rzekł: "Jak trwa Amun i jak trwa władca, którego gniew jest większy niż śmierć: jeśli mam dziś zostać stąd wyprowadzony, to położę się spać dopiero po tym, jak przygotuję się do obrabowania tego grobowca. Jeżeli tego nie dotrzymam (przysięgi), to za tę przysięgę, którą złożyłem na imię faraona, mnie ukarzą."_

Sytuacja zaczynała się robić nieprzyjemna. W odpowiedzi na wysłanie straży robotnicy zagrozili, że jeśli strażnicy spróbują wyprowadzić ich siłą, to zaczną rabować lub - jak wspomina jeden z autorów - być może nawet niszczyć grobowce. Wytworzył się impas, bo nikt nie zamierzał ryzykować czegoś podobnego :neutral_face: Strajk trwał dalej, a działania straży ograniczały się do upomnień słownych (_...wydali wielki krzyk przeciwko nim przy bramie osady_) oraz do przekazywania przełożonym, jak wygląda sytuacja.

Wiadomość od wezyra
W czwartym miesiącu peretu nadarzyła się okazja do przedstawienia żądań komuś wyżej postawionemu - w związku z przygotowaniami do obchodów trzydziestolecia panowania faraona, okolicę miał odwiedzić wezyr. Protestujący mieli nadzieję, że dostojnik odwiedzi ich osobiście, ale jak to bywa w takich wypadkach, wezyr (swoją drogą, miał trochę zabawne imię: To) uznał, że lepiej będzie załatwić sprawę na odległość i wysłać strajkującym robotnikom wiadomość :email: przez posłańca:

_Wezyr To udał się na północ po tym, jak przybył, aby zabrać (posągi) południowych bogów na święto Sed (jubileusz panowania faraona). Dowódca straży Nebsemen, syn Pahnesiego, przyszedł i powiedział trzem dowódcom i załodze (protestujących robotników), gdy stali przed bramą Grobu: „Tak mówi wezyr: Czy bez żadnego powodu nie przyszedłem do was? Nie - nie przyszedłem do was dlatego, że nie miałem wam nic do przyniesienia! Co do waszych słów: „Nie zabierajcie nam racji (żywnościowych)!”, czyż jestem wezyrem, którego naznaczono (ostatnio) po to, by odbierać wam cokolwiek? Nie mogę dać wam tego, co winna jest wam dać osoba zajmująca moje stanowisko - tak się składa, że w spichlerzach nic nie ma - ale dam wam to, co udało mi się znaleźć”._

W skrócie: "nie spotkam się z wami, nie mogę spełnić waszych żądań, spichlerz jest pusty - przykra sprawa, ale nie do mnie z pretensjami." Jednak mimo to wezyr nie zostawił protestujących tak zupełnie z niczym, bo załatwił skądś trochę zapasów, żeby załagodzić sytuację. Zarządzono natychmiastowe rozdanie żywności robotnikom w ilości odpowiadającej połowie należnego ludziom wynagrodzenia :moneybag:

Od protestu do protestu
W kolejnych miesiącach powtarzały się sytuacje z częściowymi wypłatami przeplatanymi dalszymi protestami, kiedy cierpliwość ludzi znowu zaczynała się wyczerpywać. Widać było, że władze w ogóle nie były przygotowane na tego rodzaju problemy i nie miały pomysłu na żadne długofalowe rozwiązanie. Zamiast tego doraźnie łagodzono nastroje pracowników, tworząc cykl: przeciąganie terminu wypłaty - protest - wypłata części wynagrodzenia organizowana na bieżąco - tymczasowy spokój:

_Rok 29. (panowania Ramzesa III), pierwszy miesiąc szemu (pora żniw / lato), dzień 13. Załoga minęła posterunki (wartowników), mówiąc: „Jesteśmy głodni”. Usiedli na tyłach świątyni Baenre-meriamuna (faraona Merneptaha). Krzyczeli do burmistrza Teb, gdy przechodził, a on wysłał do nich ogrodnika Meniufera, głównego nadzorcę bydła, aby im powiedział: "Patrzcie, dam wam tych 50 worków emmeru (pszenicy) na prowiant, dopóki faraon nie da wam (należnych wam) racji"._

Mniej więcej na tym kończy się relacja odnotowana na papirusie, jednak z innych źródeł wiadomo, że protesty robotników powtarzały się także później, za panowania kolejnych faraonów. Można sobie wyobrazić, jak kiepska musiała być sytuacja gorzej sytuowanych mieszkańców - skoro wykwalifikowani rzemieślnicy, którym powierzano budowę królewskich grobowców, mieli tak duże problemy z otrzymaniem zapłaty za swoją pracę, że aż musieli się o nią upominać :thinking_face:

Tak czy inaczej, protest z Deir el-Medina przeszedł do historii jako pierwszy strajk robotników, na dodatek - jak wynika ze źródeł - jako strajk bezkrwawy i częściowo skuteczny. Przy okazji można by rzec, że był to protest wyjątkowy, w którym interesy umarłych i kult zmarłych przodków wpleciono w walkę o interesy żyjących.

Ilustracja: położenie Deir el-Medina i świątyń / grobowców, na terenie których odbywały się protesty.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Sztafeta

69piorunów

27 249,50 + 42,65 = 27 292,15

Debiut na dystansie maratonu udany!

45 Maraton Warszawski - 2:59:36 (netto)

Ah przyjaciele, co to był za bieg! Od początku moim jedynym planem było trzymanie się zajączka na 3:00. Taki plan też konsekwentnie utrzymywałem. Do 33 kilometra.

Na 33 kilometrze stwierdziłem, że zagram vabank i przyspieszę. Czułem się bardzo dobrze, nie miałem żadnego bólu. Nie było też oznak nadchodzącej ściany. Przyspieszyłem więc i ze średniego tempa przy króliczku 4:15 rzuciłem się w wir biegania swoją własną metodą - czyli bieganiem bez konkretnych założeń. Byle było jak najszybciej xD

Po 33km weszła mocna nieregularność w tempach na kilometr, jedyną rzeczą którą się kierowałem było to, aby wyprzedzać biegaczy przede mną i nie tracić przy tym impetu. No i sporo udało mi się nadrobić, bo wyprzedziłem kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu biegaczy przez te ostatnie 9km.

Tłum kibiców niósł, dostawałem co chwilę zrywów energii. Byłem aktywniejszy w końcówce biegu niż przez jego większość - interakcje z kibicami były super!

Na ostatniej, 200 metrowej prostej udało się wykrzesać jeszcze z siebie konkretny sprint i wyprzedzić jeszcze kilku biegaczy.

Czy zmieniłbym coś w tym biegu aby pobiec lepiej? NIE. Wszystko moim zdaniem zagrało. Nie spotkałem się ze ścianą. Dbałem o regularne zażywanie żeli SIS (wsunąłem 6) I dbałem o picie wody. Konsekwentnie leciałem przed siebie - spokojnie, biorąc pod uwagę fakt że przez większość czasu leciałem dosłownie na styk. Udawało mi się hamować wewnętrznego wariata w sobie, aby się nie wypalić przed końcem biegu.

Nie wiem czy dałem z siebie 100%. Ostatni tydzień był dla mnie bardzo ciężki - pochorowałem się. Przeziębienie, a do tego paskudna kontuzja pleców. Na wariata w piątek szukałem fizjo, aby mi rozbił napięcie w plecach. Pldcy bolały tak, że dosłownie nie mogłem wstać z łóżka... Do samego końca praktycznie nie byłem pewien czy uda mi się wystartować w tym biegu. Koniec końców się udało!

Dlatego chciałbym podziękować @Trypsyna za wspieranie mnie podczas tego trudnego czasu - i nie tylko. Pomogłaś mi stanąć na nogi abym mógł polecieć po swoje! (między innymi w postaci zafundowanych mi tortur pistoletem do masażu. Moje łydki będą pamiętać to do końca życia xD)

No i dzięki Tobie co raz skuteczniej udaje mi się poskramiać drzemiącego we mnie wariata!

BIEGNĘ DALEJ. DOKĄD? NIE WIEM.

FAJNIE JEST, NO ( ͡° ͜ʖ ͡°)ノ⌐■-■

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastats.pl/sztafeta/

Pokaż więcej komentarzy (35)

GURU

w Ogrodnictwo

80piorunów

Zapraszam do udziału w konkursie na największego tegorocznego wyhodowanego przez siebie pomidora. Zasada jest prosta, masz większego pomidora, wrzucasz jego zdjęcie na wadze z tagiem #pomidoroweigrzyska . Zwycięzca zgarnia chwałę, podziw i respekt.

Na początek ode mnie ten oto pomidorek odmiany nieokreślonej. Są większe od niego na krzakach i jeszcze zielone, ale od czegoś trzeba zacząć.

#pomidory

Pokaż więcej komentarzy (22)

Tytan

w Hydepark

21piorunów

Byłem ostatnio w Alpach na tej slynnej ferracie, ktorej czescią sa tzw schody do nieba, czyli 45 metrowa drabinka zawieszona wysoko nad przepascia. Sporo z was moze kojarzyc to miejsce, bo co jakis czas jest grillowane w internecie. Zmontowalem maly filmik stamtad, zapraszam do obejrzenia jak ktos chce:

https://www.instagram.com/reel/Cu8BCjLNZIk/?utm_source=ig_web_button_share_sheet&igshid=MzRlODBiNWFlZA==

#podroze #alpy #wspinaczka #viaferraty #randycontent

Pokaż więcej komentarzy (4)

Inspirator

w Dyskusje

101piorunów

Dzień dobry, cześć i czołem!

Napiszę krótko, bo to mój pierwszy wpis...

Jestem chłopakiem z działeczek i chciałbym opowiedzieć Wam historię o Rodzinnych Ogródkach Działkowych.

Hoduję warzywa i owoce oraz mały drób.

Co jakiś czas chciałbym wrzucać jakieś małe rolnicze pierdololo lub dopytać o pomoc, ewentualnie zainspirować Was do porzucenia komputera czy smartphona i udanie się na Wasze pobliskie ROD.

#ciekawostinwestycyjne #chlopskadyscyplina

Pokaż więcej komentarzy (34)

GURU

w Bojówka Piekarska

85piorunów

Szukając rozwiązania moich problemów z chlebkiem, natrafiłam na filmik, z informacjami które próżno spotkać we wszystkich przepisach i poradnikach. Filmik ma zaledwie 400 lajków i 13 tys. wyświetleń, ale zawiera bardzo dużo konkretnej i wartościowej wiedzy.

Najważniejsza informacja z tego filmiku to taka, że temperatura otoczenia ma OLBRZYMI wpływ na fermentację. Nie jakiś tam wpływ. Różnica pomiędzy czasem fermentacji przy 21 stopniach a 27 stopniach jest DWUKROTNA. Nie trochę krócej czy trochę dłużej. DWUKROTNA. Jeżeli w przepisie jest czas fermentacji 8-12 godzin, bo taką temperaturę ma w domu osoba pisząca przepis czy poradnik, to w przypadku temperatury 26 i bliżej 27 czas fermentacji będzie wynosić 4-6 godzin.

Druga informacja, to w sumie oczywiste ale nie zawsze się o tym pomyśli, to taka, że fermentacja nie zatrzymuje się w momencie wsadzenia koszyka z chlebem do lodówki. Ona trwa jeszcze przez jakiś czas, zanim ciasto się nie schłodzi do temperatury 4 stopni, przy której całkowicie ustaje. I teraz, jeżeli ciasto było fermentowane w 21 stopniach, to ciasto w lodówce ochłodzi się szybciej, niż jeżeli było w 26 stopniach - a więc fermentacja w lodówce trwa dużo dłużej, nawet jeszcze 1-1,5 godziny. Zatem, jeżeli do lodówki wsadza się dobrze sfermentowane ciasto, to w lodówce zanim się schłodzi, przefermentuje za bardzo i siada, gubiąc uporządkowaną strukturę glutenu. To właśnie dokładnie działo się u mnie. Bochenek po leżakowaniu w lodówce był opadnięty.

Można to porównać do jazdy samochodem, który ma swoją masę i bezwładność i nie zatrzyma się w wyznaczonym miejscu, namalowanym na drodze prostokącie po wciśnięciu hamulca, tylko jest jeszcze droga hamowania, którą trzeba uwzględnić. Im bardziej rozpędzony samochód, tym droga hamowania dłuższa, więc trzeba dużo wcześniej wcisnąć hamulec. Tak samo ciasto, jeżeli jest rozbuchana w 26 stopniach fermentacja, trzeba koszyk zwinąć odpowiednio wcześniej do lodówki. I tak samo trzeba mieć wtedy duży refleks. Wg pana z filmiku, przy 27 stopniach margines błędu, kiedy trzeba włożyć ciasto do lodówki - tak żeby było już dobrze sfermentowane, nie za mało, nie za dużo ale w sam raz - wynosi 30 minut, gdzie przy 21 stopniach jest to godzina i wiecej.

Trzecia informacja to taka, że nie ma czegoś takiego jak wyrastanie w lodówce, jeżeli jest w niej standardowe 4-6 stopni. Przy tej temperaturze fermentacja praktycznie ustaje. Tak więc nawet i dwie doby w lodówce nie pomogą, jeżeli wsadzony jest tam za mało sfermentowany bochenek. W lodówce bochenek wyrasta tylko do momentu, dopóki się nie schłodzi z temperatury otoczenia. Potem co najwyżej nabiera smaku i obsycha skórka, dzięki czemu jest bardziej chrupiąca, lepsza do nakrojenia i pęknięcia.

#365chlebowgazelki

https://www.youtube.com/watch?v=HTKrdSOUJWs&t=3211s

Pokaż więcej komentarzy (19)

Fanatyk

w Hejto

336piorunów

Cześć!

Mamy nadzieje, że jakoś znieśliście poniedziałek( ͡° ͜ʖ ͡°) a my na #nocnazmiana wprowadzamy dość dużą aktualizację, która pokrywa część rzeczy z naszej roadmapy na ten rok, a w niej:

System moderacji

Od dziś funkcjonuje nowy system moderacji a na jej czele stanie 5 nowych moderatorów - oczywiście jawnych :smiley: są nimi nasi użytkownicy, którzy są z nami dłuższy czas @Huxley @bojowonastawionaowca @Oczk @Rafi @Hexslav zgłosili się do nas z chęcią pomocy i po rozmowach dołączyli do naszej ekipy. Moderatorzy mają błękitne nicki - możecie również do nich się zgłaszać jeśli potrzebujecie pomocy.:hugging_face: :handshake:

Od teraz funkcjonują zasady moderacji **dostępne tutaj** są to rozbudowane powody zgłoszeń, które każdy użytkownik ma możliwość zgłaszać. Nie każde zgłoszenie kończy się banem - często upominamy ostrzeżeniem o łamaniu zasad/regulaminu i obserwujemy. Wierzymy, że wspólnie z pomocą naszych nowych moderatorów poprawi się jakość treści na Hejto. 👌

Wątkowanie komentarzy

Dodaliśmy długo wyczekiwane wątkowanie komentarzy, od teraz odpowiadając na komentarz tworzą się nowe wątki, które ułatwiają nawigację. Poprawiliśmy również widoczność i wygląd komentarzy.:slightly_smiling_face:

Nowy wygląd i zmiany

* Poprawiony wygląd trybu ciemnego oraz jasnego wraz z łatwą zmianą.
Poprawiliśmy spójność wyglądu Hejto przygotowując się do wspomnianej we wcześniejszych wpisach zmiany strony głównej* w niedalekiej przyszłości. :dash:
* Poprawiliśmy nawigację na portalu (widoczne breadcrumbs, kolory kategorii oraz jasna informacja jaką kategorię aktualnie przeglądamy).
* Nowe menu z łatwiejszym dostępem do określonych kategorii i społeczności
* Nowe podstrony kontaktu, społeczności, wspierających itd.
* Lepiej widoczne sortowanie
* Poprawiony wygląd podstron artykułów / znalezisk / wpisów

Nagroda za zgłaszanie błędów

Poprawiliśmy część zgłaszanych przez Was błędów na Discord oraz na e-mail. W ramach podziękowania na inicjatywę wprowadziliśmy odznakę specjalną dla osób, które na bieżąco pomagają w wykrywaniu i zgłaszaniu błędów na Hejto.:bug:

Oficjalna aplikacja Hejto Android & iOS

Spodziewajcie się dobrych informacji już w tym tygodniu.:face_with_cowboy_hat:

Trzymajcie sie!

Hejto

Pokaż więcej komentarzy (130)

Tytan

w Książki za darmo!

266piorunów

Halo, proszę o uwagę! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Część z Was może mnie kojarzyć, inni zapewne widzą mój nick po raz pierwszy. Nie przedłużając - urządzam drugie #rozdajo książek na #hejto!

Dopóki bialkov nie zepsuł wypoka do końca, to obdarowałem już 5 osób książkami o łącznej wartości ~1500PLN (dane z d⁎⁎y, było tego chyba więcej XD) i teraz po migracji to samo mam zamiar czynić tutaj.

_(jedno losowanie już za nami, szczegóły w Społeczności "Książki za darmo!")_

Zasady zabawy:

Zostawiasz pioruna oraz obowiązkowo komentarz. Tak, to wszystko. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Co jest do wygrania:

Spośród osób "plusujących" ten wpis wylosuję jedną (na razie w sposób losowy, jak będzie dostępny jakiś skrypt, to przeniesiemy się na niego - jeżeli już jest i go nie znam, poproszę o wiadomość na priv!), której opłacę zamówienie na #ksiazki do kwoty 150PLN. Wybór księgarni internetowej, sposób wysyłki (najlepiej paczkomat dla bezpieczeństwa) itp. jest po stronie osoby wybranej przez system, ja tylko funduję i sprawiam uśmiech.

Losowanie odbędzie się w środę 22.03.23 o godzinie 18:00. Powodzenia!

#zadarmo #czytajzhejto

Gruba ryba1piorunów

@metuasz

Podziwiam inicjatywę. :smiley: Proszę, nie bierz mnie pod uwagę podczas losowania. Dałem pioruna dla zasięgu, bo i tak mam zbyt dużo książek w kolejce do przeczytania. :')

Pokaż więcej komentarzy (136)

Fanatyk

w Tęczowi chłopcy

2piorunów

Niedługo mam zamiar odebrać wszystkie swoje rzeczy od mojego byłego.

Drugi dzień z rzędu noc nieprzespana.

#ehhhhhhhhhhhhhhhhhh #gejto #teczowepaski #zwiazki

Kompan0piorunów

O co poszło?

Gruba ryba1piorunów

@Acrivec faceci tacy są. Btw, na kogo narzekacie w zwiazkach? Bo faceci hetero na baby, a baby na facetow.

Pokaż więcej komentarzy (3)