Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

YourUncleOsobistość

Dołączył/a:

  • 5 wpisów
  • 98 komentarzy
  • 2 obserwujących

Osobistość

w Hydepark

55piorunów

Po motywacji od @sireplama wrzucam.

Poprzedni post z tego uniwersum, a w nim link do pierwszego - https://www.hejto.pl/wpis/kilka-absurdow-z-mojego-dawnego-zatrudnienia-pierwszy-post-z-tego-uniwersum-gt

Dla nie mających chęci lub czasu czytać poprzednich wpisów w skrócie - około 20 lat temu pracowałem w Komendzie Stołecznej Policji jako pracownik cywilny m.in. jako kierowca i miałem więcej niż kilka ciekawych przeżyć szczególnie z perspektywy człowieka pierwszy raz pracującego w społeczności służby mundurowej.

Dziś o konwoju.

Mieliśmy w wydziale (kiedyś Nieruchomości teraz Administracyjny) trzy pojazdy cywilne do jazdy. Dwa stare polonezy i jeden w miarę nowy Peugeot 307. Polonezy na zmianę były w wiecznej naprawie, a drugi był poniekąd zawsze sprawny, ale miał swoje humory i lepiej żeby "młody" nimi nie jeżdził. 3 kierowców, 2 emerytowanych byłych policjantów i ja świeżak około 26 lat. Dostałem więc Peugeot'a, co oznaczało, że 80% roboty dla kierowców robiłem ja. Nie żalę się, czy robię z siebie pracoholika, tylko po prostu, taki był nakład pracy i mi to pasowało, bo po prostu wykonywałem pracę, nie nudziłem się, nie musiałem siedzieć po pokojach, a starzy sobie mogli siedzieć w swojej kanciapie - gdzie w sposób wymowny dali mi do zrozumienia, że lepiej jakbym tam nie przebywał - luz, pewnie mogii w spokoju palić i ewentualnie pić nie przejmując się, że nowy strzeli z ucha.

Wszystkie te 3 wydziałowe auta miały "koguty", czyli sygnał świetlny na magnes, a w środku dodatkowe radio z prostą konsolą do sterowania sygnałami dźwiękowymi i świetlnymi.
Ja miałem uprawnienia do prowadzenia pojazdów policji, ale nie jako pojazdów uprzywilejowanych co mi wielokrotnie wbijano do głowy, ale do czasu.

Jednego pięknego dnia , gdy wydawało się, że to jeden z tych bezjezdnych dni przed godziną 14 wpada do mnie do pokoju jeden ze starych - miałem przypisany pokój z 1 panią urzędniczką - i do mnie żebym się zbierał, bo za 15 minut mamy jechać w konwoju na otwarcie jednej z komend, komisariatów, czy innego posterunku. Naczelnik może z nami pojedzie, ale na pewno będzie potrzebował wrócić.

Podprowdziłem samochód na "koronę" (placyk przed pałacem mostowskich gdzie jest siedziba KSP i była wieczna walka, kto i kiedy może tam parkować) wykłócając się ze strażnikiem, że tak jadę w konwoju i proszę mnie do niego dopuścić, rzuciłem nazwiskiem mojego naczelnika i najważniejsze jego stopniem i strażnik mnie przepuścił. Ustawiłem się na końcu poustawianych samochodów i tam wsiadł do środka drugi kierowca. Mówi do mnie, że Naczelnik jedzie z komendantem vanem, a ja mam się trzymać jako przedostatni w konwoju. Od razu bierze i wyciąga spod siedzenia "koguta" montuje po swojej stronie na dachu.

Ja w panice, że k⁎⁎wa jaki konwój, że nie mam uprawnień na jazdę na sygnałach, że gdzie jedziemy i czemu k⁎⁎wa jebiesz alkoholem. Zwerbalizowałem tylko część z tych pytań, a kolega mnie uspokoił, że on obsługuje "aparaturę", a ja mam się trzymać samochodu przede mną, ale nie za blisko, żebym w d⁎⁎ę mu nie wjechał.

Konwój składał się z klikunastu samochodów, większość to były oznakowane radiowozy, jeden oznakowany van i klika cywilnych pojazdów jak nasz, ale wszystkie z sygnalizacją świetlną. Później dowiedziałem się z plotek, że panowie Naczelnicy sobie razem gdzieś spędzali miło czas i tylko sam komendant stołeczny miał być na tym otwarciu, ale na spontanie stwierdzono, że ileś tam jeszcze dodatkowych osób ma się pojawić. Jak mi tłumaczył inny kolego później, jak by to było po ludzku zorganizowane to w konwoju po prostu byłby autokar ze dwa lub trzy radiowozy i wszystko. A tak pojazdów było bliżej dwudziestu.

No i ruszyliśmy, dobrze, że był kolega kierowca, który ze spokojem mi mówił jak mam jechać jak omijać i dodatkowo sterował sygnalizacją głównie dźwiękową (jeżdząc prawie miesiąc tym samochodzem nawet nie wiedziałem, że ma taką jebitną syrenę i dodatkowe światła niebieskie w grillu, z przodu przedniej szyby i z tyłu za tylnymi zagłówkami). I tak jechaliśmy sobie na sygnałach przez pół Warszawy ignorując wszystkie znaki, sygnalizacje świętlne i mnóstwo wkurzonych kierowców, aż dojechaliśmy do nowej komendy powiatowej w jednym z podwarszawskich powiatów.

Z samej jazdy dużo nie pamiętam, bo byłem tak skoncentrowany jakbym kierował pojazdem jadącym wyznaczonym ściężką przez pole minowe. Zwieracze mi świergotały, bo trzeba Wam wiedzieć drodzy Hejtowicze i Hejtowiczki, że w przypadku kolizji z winy mojej to ja indywidualnie ponoszę koszty naprawy pojazdu, który prowadziłem, a ubezpieczenie obejmuje tylko potencjalną ofiarę. I nie, nie można było wykupić sobie AC dla spokojności ducha, bo to by k⁎⁎wa było zbyt logiczne i proste. Pamiętam też, że na niektórych skrzyżowaniach, któryś z początkowych radiowozów zagradzał skrzyżowanie z lewej strony, czekał aż przejedzie konwój i albo jechał na końcu przez jakiś czas, albo wyprzedzał nas od razu, żeby wrócić gdzieś na początek. Ogólnie było widać, że wiekszość kierowców w konwoju wiedziała co robić.

Po około pół godzinie i dojechaniu na miejsce, dostałem lekką pochwałę od kolegi kierowcy "całkiem nieżle młody jak na pierwszy konwój", poczekaliśmy z półtorej godziny w samochodzie i dowiedzieliśmy, że naczelnik wraca z kimś innym, a ja mogę jednego z pracowników podrzucić do KSP. Kolegę kierowcę podrzuciłem po drodze gdzie tam chciał, pracownika do KSP, a ja odstawiłem samochód na parking przy Karolkowej i wróciłem zbiorkomem do domu.

Otrzymałem 2 godziny nadgodzin, co oznaczało, że następnego dnia mogłem sobie te godziny odebrać i być na 10 zamiast na 8. Przy minimalnej krajowej premia w postaci 2 godzin snu była warta więcej, niż ekwiwalent gotówkowy :grinning:

A w kolejnej opowieści o tym jak to drogówka ze strachu przede mną uciekła.


Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Hydepark

49piorunów

Kilka absurdów z mojego dawnego zatrudnienia.

Pierwszy post z tego uniwersum -> https://www.hejto.pl/wpis/ludzie-wypisuja-tu-rozne-mniej-lub-bardziej-ciekawe-historyjki-pracowe-to-i-ja-s

Moje zatrudnienie w KSP (Komendzie Stołecznej Policji) rozpocząłem jako kierowca i to na zastępstwo. Czyli byłem zatrudniony dopóki pracownik, którego zastępowałem nie wróci. Praca była w Wydziale Nieruchomości (obecnie to się chyba nazywa Wydział Administracyjno-Gospodarczy).

Potrzebowali mieć trzech kierowców do dwóch samochodów służbowych, które obsługiwały cały Wydział. Zadania to był głównie transport ludzi (pracowników WN), rzadziej dokumentów do placówek wszelakich w obrębie miasta stołecznego i tzw. obwarzanka, czyli wszystkich powiatów sąsiadujących z Warszawą (np. Łomianki, Legionowo, Piastów, Zielonka itd.).

Pierwszym absurdem z jakim się spotkałem, to okazało się, że muszę zdać specjalny test, żeby móc prowadzić pojazdy policji. No i ten specjalny test to się okazał normalnym i aktualnym testem na prawo jazdy jaki wtedy obowiązywał, tyle, że najpierw zdawało się teorięw siedzibie Wydziału Ruchu Drogowego KSP, a potem egzamin praktyczny na polonezie w okolicach tejże siedziby. Już wtedy polonezy przestawały być super popularne w Policji, bo był to już drugi, czy trzeci rok z rzędu jak Policja była powoli upgradowana o masowo kupowane pojazdy KIA. Jednak logika była taka, że jak z polonezem sobie poradzisz, to poradzisz sobie ze wszystkimi innym pojazdami w posiadaniu tejże służby.

No i niby miałem ciśnienie, żeby ten egzamin zdać, ale się okazało, że mam na to cały miesiąc, bo i tak jak zdam, to nie mogę jeździć pojazdami policji, bo nie jestem ubezpieczony. Za ubezpiecznie mam zapłacić ja, ale opłacić to można było tylko i wyłącznie ściągając kwotę ubezpieczenia z pensji. A pierwszą pensję otrzymać miałem po miesiącu pracy. Czysta logika.

Do egzaminu podszedłem w drugim tygodniu, bo musiałem sobie przypomnieć przede wszystkim teorię (prawko miałem "aż" 5 lat). Egzamin był w siedzibie drogówki na Karolkowej. Większość zdających to byli funkcjonariusze policji, ale też było kilku cywilów. I tutaj też zacząłem poznawać prozę życia i jak co niektórzy próbowali walczyć z systemem. Przysiadł się do mnie jakiś pan sympatyczny, a że była wtedy mała czasowa obsuwa, bo egzaminator miał się spóźnić, to zaczęliśmy sobie gadać. I od razu po usłyszeniu pytania "I co zamierzasz zdać?" mnie trochę zamurowało, no bo jak to tak, mogę sobie nie zdać? Przecież to wbrew rozkazom ... wróć ... wbrew poleceniom służbowym.

No i mnie kolega oświecił. Pracował jako technik - też cywil - i nie chcieli mu dać podwyżki, to stwierdził, że on swoim przełożonym ułatwiać życia nie będzie, bo jak oni nie chcą mu dać paru zlotych więcej, to on może egzamin wewnętrzny oblać i nie będzie już mógł sam jeździć do wszelkich wypadków i zdarzeń, i ktoś będzie musiał go tam transportować, albo będzie zmuszony jeździć komunikacją miejską. I następnym razem jak trzeba będzie zabezpieczyć ślady przy jakimś "skwarku" albo "zgniłku" to wszyscy będą musieli się uzbroić w cierpliwość. A jemu płacą i tak za godzin tyle samo bez względu na to, czy on je będzie spędzać w podróży, czy zabezpieczając miejsce zdarzenia.

Ponoć była to wtedy częsta metoda negocjacyjna, głównie mundurowych, bo takie egzaminy wewnętrzne były obowiązkowe, żeby mieć "wkładkę", czyli zaświadczenie o możliwości prowadzenia pojazdów policji. A "wkładka" w tamtym czasie była ważna przez dwa lata. I nagle jak Ci funkcjonariusz nie mógł prowadzić radiowozu, to sytuacja mogła się komplikować dla przełożonych przy wyznaczaniu choćby załóg patrolowych.

Egzamin udało mi się zdać za pierwszym podejściem choć zestresowany byłem potwornie. Był to także jeden jedyny raz w życiu, kiedy miałem okazję pojeździć polonezem, czyli perłą polskiej motoryzacji i do tego odpowiednio zużytym, bo znaczenie "samochód służbowy lepszy niż rajdowy" do pojazdów policyjnych odnosi się chyba bardziej.

Autorytet25piorunów

Znam gościa, co lata temu w wojsku robił prawko na ciężarowe i wpadło mu kilka kategorii, ale chłop nigdy samochodem nie jeździł, więc dostał prawko bez osobówki :upside_down_face: Jak wyjechał do UK i postanowił zmienić na brytyjskie, to uwierzyć nie chcieli, stwierdzili, że błąd i mu osobówki dopisali. Później wrócił do PL, zmienił na polskie i ma teraz również i tu na osobówki.

Gruba ryba17piorunów

@michalnaszlaku jakoś w latach '70 była w Polsce luka, która pozwalała zrobić kat. C itp. bez B. Jeden kierowca mi gadał, że właśnie tak ma i niejednokrotnie na kontroli niebiescy, czy ITD truli mu dupę, że nie ma ważnych uprawnień :smiley: Hitem jest to, że on tej B nigdy nie zrobił, prywatnie jeździł motocyklem i jakimś małym Iveco, co w papierach miało DMC pow. 3,5t. Dobre cyrki są też z obcokrajowcami, w niektórych państwach kat. B, ma np. inny limit osób niż w EU. Zdarza się, że któryś przybysz podchodzi z respektem do naszego prawa i po pół roku chce wymienić PJ na polskie. A tu klops, bo zdaniem urzędu nie ma na co wymienić 😂

Pokaż więcej komentarzy (4)

Osobistość

w Hydepark

110piorunów

Ludzie wypisują tu różne mniej lub bardziej ciekawe historyjki pracowe to i ja spróbuję.

Rózne rzeczy człowiek w życiu czynił, ale najwięcej "ciekawych" historii przydarzyło mi się w podczas krótkiej półrocznej kariery kierowcy/urzędnika w KSP (Komendzie Stołecznej Policji), potocznie zwanej "fabryką" albo "Pałacem".

Było to mniej więcej w czasach jak wychodził pierwszy sezon Vegowego Pitbulla (czyli już ponad 20 lat temu).

Po bolesnym i mało sympatycznym okresie bezrobocia byłem zdesperowany i bez wybrzydzania rzuciłem się do pierwszej pracy jaką udało mi się dorwać "po znajomości". Była to praca za najniższą krajową na stanowisku kierowcy "psa cywila" w Pałacu Mostowskich.

O samej pracy może napiszę kiedy indziej, ale jedno z ciekawszych i dość abstrakcyjnych wydarzeń zdarzyło mi się w związku z tzw. okazaniem.

Mniej więcej w tamtym okresie policja czasami miałą problem z załatwianiem osób postronnych do okazań. Weszła jakaś nowelizacja ustawy, że w okazaniach oprócz oczywiście osoby podejrzanej zabrania się używania policjantów (pięknie taką sytuację pokazano w "U Pana Boga za piecem" - https://www.youtube.com/watch?v=LCe6I6BPZf8&t=2911s).

I tu rozwiązania stosowane przez kryminalnych były ponoć zazwyczaj dwa. Szło się na Plac Bankowy, który był nieopodal i się łapało pieszych co na czerwonym się przemieszczali i się stawiało ultimatum, albo mandat, albo poświęcasz nam godzinkę albo i mniej i pomagasz jako tłum w okazaniu.

Sposób drugi - preferowany - to należało zadzwonić do znajomych pracowników cywilnych w fabryce i zaprosić na okazanie (pracowników cywilnych w tej instytucji jest całkiem sporo, szczególnie w pionach administracyjnych). I pracownicy byli zadowoleni, bo za każde okazanie dostawało się 10 zł - a 20 zł kosztował obiad w stołówce - i było się "usprawiedliwionym", że znikałeś na godzinę albo dwie pomagać kryminalnym albo innym "terrorom".

I któregoś dnia, gdzie już wiedziałem, że żadnych jazd nie będzie, wszedł do pokoju kolega cywil z innego pokoju i pyta się, czy nie chcę iść na okazanie. Poinformował o możliwych bogactwach finansowych, które miały wynosić 20 albo 40 zł (miały być albo 2 albo 4 okazania). Wiadomo, że perspektywa darmowego obiadu albo i dwóch oraz zwykła ludzka ciekawość przekonały mnie raczej szybko. Dostałem zgodę przełożonego i niecałą godzinę później wyruszyłem z kolegą robić za tło dla podejrzanego.

U kryminalnych jeden z sympatycznych Panów śledczych nas wpuścił, przedstawił się ksywą, przeeskortował pod właściwy pokój i po krótce wyjaśnił planowany scenariusz oraz odpowiedział na kilka moich nerwowych pytań.

Po paru minutach wrócił w towarzystwie podejrzanego, który jeszcze skuty wyglądał jakby chciał nas wszystkich zabić wzrokiem. A wyglądał jak bandzior. Ogolony na łyso, mocno przy kości, ale z masą mieśniową nie ustępjącą tłuszczowej, tak pod czterdziechę. Na pierwszy rzut oka widać, że winny 😉

Weszliśmy do pokoju okazań, który był malutki - parę metrów kwadratowych z czego jedna ściana to lustro weneckie - i tutaj kolega bandzior został rozpięty, Pan policjant rozdał nam numerki (dostałem jedynkę, pan bandzior dwójkę, a kolega cywil trójkę) i chwilę musieliśmy poczekać, aż świadek dotrze do pokoju po drugiej stronie lustra. W międzyczasie kryminalny coś tam nas zagadywał i gadał tylko do nas. Ja rzucałem jakieś głupie teksty, bo to moja standardowa reakcja na stres. Kolega bandzior stał z boku, niby nas nie słuchał, ale zdecydowanie złapał lepszy humor, bo wpatrywał się we mnie i uśmiech miał podejrzanie szeroki.

W końcu ktoś do nas zapukał, Pan policjant poprosił nas o zachowanie powagi, ustawił nas w rządku i poprosił o równe trzymanie numerków i wykonywanie poleceń. No i się zaczęło. "Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić." I nagle słyszę polecenie - "numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy" - a ja polecenia wykonuję, ale zaczyna do mnie docierać absurd sytuacji, że w moim pierwszym okazaniu, świadek MI się chce bliżej przyjrzeć. Gonitwa myśli, "o Boże, o k⁎⁎wa, mają mnie, na co mi to było, obiadu mi się k⁎⁎wa darmowego zachciało" i po paru sekundach zacząłem parskać śmiechem. Kazali mi się jeszcze przespacerować parę kroków, coś tam jeszcze było słychać, że po drugiej stronie lustra jakiś lekki harmider i koniec.

Po minucie albo dwóch wchodzi drugi Pan z kryminalnych i do mnie, - "i coś się tak k⁎⁎wa szczerzył, świadek się mało nie zesrała ze strachu jak zacząłeś wietrzyć zęby. Musiałem powiedzieć, że Wam dowcip kolega opowiedział, ehh ...".

To ja zdenerwowany odowiadam, że przepraszam, ale nie podejrzewałem, że wygram już przy moim pierwszym okazaniu. Poczekaliśmy parę minut, kolega cywil i Panowie kryminalni się trochę ze mnie ponabijali, potem drugi z Panów kryminalnych wyszedł i za chwilę rozpoczęło się drugie okazanie. Tym razem wszystko przebiegło "poprawnie", czyli wygrał Pan bandzior. Następnie poczekaliśmy, aż drugi świadek wyjdzie i jeden z Panów kryminalnych zabrał podjerzanego, gdziekolwiek go tam mieli przetrzymywać.

Drugi wydał nam kwity za oba okazania, odprowadził do wyjścia, po drodze odpowiadając na moje nerwowe pytania, o to kiedy mnie wyślą do więzienia itp.

Od razu poszliśmy do kasy, pobraliśmy te ciężko zarobione dwie dychy i załapaliśmy się jeszcze na obiad na stołówce. Nie wiem dlaczego, ale De Volaille smakował tego dnia jakoś gorzej. No i podczas posiłku zrozumiałem dlaczego Pan bandzior się tak uśmiechał, jak staliśmy przed lustrem. Bo kurka wodna jak się tak zastanowić, to właściwie ja wyglądałem cholernie podobnie do niego. Kilka szczegółów jak to, że byłem od niego pare centymetrów, niższy, trochę szczuplejszy (nie znaczy broń Boże, że chudy), ale i mniej przypakowany. On był łysy, ja zgolony na zero, no i tak z dziesięć lat różnicy też miał nade mną przewagi, ale poza tym to prawie jak starszy i młodszy brat.

Koniec końców nie miałem z tego powodu, żadnych innych nieprzyjemności, świadek został po prostu wyeliminowany jako niewiarygodny, a i sądy, a tym bardziej więzienia się o mnie nie również na całe szczeście nie upomniały.

Byłem jeszcze tylko raz na innych okazaniach i tam były, aż cztery sztuki pod rząd, ale całe szczęście niczego więcej nie wygrałem.

I na koniec zaznaczam stanowczo i kategorycznie wobec społeczności hejtowniczek i hejtowników, że nieprawdą jest jakobym w w latach 2003-2004 wymuszał haracze w podwarszawskiej Zielonce.

Mistrz7piorunów

@YourUncle świetne, dzięki że się podzieliłeś :D Czym zajmują się tam zwykle cywile?

Osobistość6piorunów

@bojowonastawionaowca

Chyba standardowo, kadry, informatyka co utrzymuje infrastrukturę, prawie cały wydział nieruchomości (inspektorzy budowlani, mieszkaniówka, zamówienia publiczne) archiwum, sekretariaty, trochę kierowców żeby to wszystko wozić, bo KSP obsługuje wszystkie budynki policji w Warszawie jak i w otaczających powiatach (tzw. obwarzanek). Wszystko co może robić cywil to z punktu widzenia choćby kosztów to lepiej żeby to robił cywil, policjant będzie w 90% przypadkach droższy. Ale naczelnikami wydziałów zawsze byli tylko mundurowi.

GURU3piorunów

Nezwykla historia! Groźny kryminalista i głowa Zielonkawej Mafii, świadom że policja jest na jego tropie, zatrudnił się jako kierowca w tejże policji by uczestniczyć w prezentacjach przestępców świadkom i wyeliminować ich z rozpraw, bez rozlewu krwi, jako niewiarygodnych i wskazujących pracowników policji jako przestępców! Ten człowiek do dzisiaj nie spotkał się z konsekwencjami swoich czynów! Co więcej - kpi z wymiaru sprawiedliwości chwaląc się swoimi osiągnięciami na internecie!

Pokaż więcej komentarzy (7)

Osobistość

w Hydepark

21piorunów

Najwspanialszy plan genialnego stratega Śródziemia, czyli mój ulubiony mem z Władcy Pierścieni.
Dodam, że całość trwa prawie dwie i pół minuty.
Znalazłem wersję jutubową z jakąś marną muzyką - https://www.youtube.com/watch?v=-EWfllJ6kNw

Pokaż więcej komentarzy (2)