Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Wpis użytkownika radek-piotr-krasny w Hydepark

Fanatyk

w Hydepark

12piorunów

Adolf Tołkaczow (1979): największa strata radarowych sekretów ZSRR

Adolf Gieorgijewicz Tołkaczow urodził się 6 stycznia 1927 roku w Aktiubińsku, dwa lata później rodzina przeniosła się do Moskwy i tam spędził resztę życia. Po ukończeniu Politechniki Charkowskiej w 1954 roku trafił do Instytutu Naukowo-Badawczego Radiobudowy, znanego później pod nazwą Fazotron. Była to placówka, w której projektowano radary i systemy naprowadzania dla radzieckiego lotnictwa bojowego, a więc jedno z najlepiej strzeżonych miejsc w kraju. Tołkaczow opisywał siebie jako wiodącego konstruktora systemów i pracował w dużym pokoju razem z 24 innymi inżynierami. Zarabiał 250 rubli miesięcznie plus 40 procent dodatku za dostęp do tajemnic, czyli około 350 rubli, przy średniej krajowej sięgającej wtedy 120 rubli. Mieszkał z żoną i synem na dziewiątym piętrze bloku oddalonego o niespełna 400 metrów od ambasady Stanów Zjednoczonych, co później okazało się okolicznością nie bez znaczenia. Do partii nigdy nie wstąpił. Z zewnątrz nie miał żadnego powodu, by ryzykować życie.

Jego motywy były złożone i sam starał się je wyjaśnić w listach do Amerykanów. Żona, Natalia z domu Kuzmina, rocznik 1935, pracowała w tym samym instytucie jako specjalistka od anten. Jej matkę rozstrzelano w 1938 roku, ojciec spędził wiele lat w łagrze, wyszedł na wolność w 1955 i wkrótce potem zmarł. Tołkaczow wielokrotnie powtarzał oficerom prowadzącym, że los teściów był głównym powodem jego decyzji. Raz zasugerował, że rodzina żony miała korzenie żydowskie, co w realiach późnego stalinizmu mogło tłumaczyć represje. Pisał, że znaczną rolę odegrali Sołżenicyn i Sacharow, choć znał ich wyłącznie z lektury. Myślał najpierw o pisaniu i rozsyłaniu ulotek, ale porzucił ten pomysł jako bezużyteczny, a kontakt ze środowiskami dysydenckimi uznał za samobójczy przy swoim poświadczeniu bezpieczeństwa. Stwierdził wprost, że przy najmniejszym podejrzeniu zostałby odizolowany albo zlikwidowany. Do pieniędzy podchodził w sposób, który zaskakiwał jego rozmówców. Napisał, że wynagrodzenie jest dla niego nie tyle zarobkiem, ile miarą tego, jak wysoko Amerykanie oceniają wagę jego pracy. Najbardziej zdumiewający jest początek tej współpracy, bo przez rok z górą CIA po prostu go odtrącała. W styczniu 1977 roku podszedł na stacji benzynowej dla dyplomatów do samochodu szefa moskiewskiej placówki Agencji, zapytał po angielsku, czy ma do czynienia z Amerykaninem, położył na siedzeniu złożoną kartkę i odszedł. W liście prosił o poufną rozmowę i dołączył szkice dwóch miejsc spotkania wraz z opisem sygnału, którym Amerykanie mieli wskazać wybrany wariant. Centrala odmówiła odpowiedzi. Moskwa uchodziła za teren skrajnie niebezpieczny, a KGB regularnie podstawiało fałszywych ochotników, żeby zdemaskować oficerów wywiadu i wywołać skandal dyplomatyczny. Tołkaczow wracał: 3 lutego 1977, dwa tygodnie później, w maju, kiedy zdesperowany załomotał w szybę samochodu i został zignorowany. W grudniu 1977 wręczył list przypadkowemu Amerykaninowi na targu i po raz pierwszy dołączył 2 strony konkretnych danych o wyposażeniu elektronicznym radzieckiego samolotu. To przełamało opór nowego szefa placówki, Gardnera Hathawaya, choć centrala nadal zwlekała. 16 lutego 1978 roku inżynier zaproponował rozwiązanie, które rozbroiło nieufność Amerykanów: w liście podał swój numer telefonu bez dwóch ostatnich cyfr i zapowiedział, że o określonej porze stanie w kolejce na wskazanym przystanku, trzymając dwa kawałki sklejki z brakującymi cyframi. Żona Hathawaya przejechała obok o umówionym czasie i odczytała liczby. 1 marca Tołkaczow przekazał 11 stron notatek i wreszcie ujawnił nazwisko, adres oraz miejsce pracy, dodając, że jeśli i tym razem nie dostanie odpowiedzi, rezygnuje. 5 marca 1978 roku oficer CIA John Guilsher zadzwonił do niego z budki telefonicznej przy Teatrze Bolszoj. W sierpniu przekazano mu martwą skrzynkę ukrytą w brudnej rękawicy roboczej, z instrukcją atramentu sympatycznego i jednorazowym kluczem szyfrowym. Trzy listy, które wysłał, nosiły ślady otwierania przez cenzurę, ale ukrytego tekstu nikt nie wykrył.

Pierwsze osobiste spotkanie odbyło się 1 stycznia 1979 roku, bo Amerykanie świadomie wykorzystali noworoczne rozprężenie radzieckich służb. W czterdziestominutowej rozmowie, prowadzonej podczas spaceru w siarczystym mrozie, Tołkaczow przekazał 91 stron rękopiśmiennych notatek: wzory, schematy, rysunki obrazów oscyloskopowych, parametry uzbrojenia i cytaty z dokumentów służbowych, starannie wykreślone na arkuszach papieru milimetrowego. Guilsher zapamiętał, że agent był całkowicie spokojny i prawdopodobnie jako jeden z nielicznych mieszkańców Moskwy tego dnia zupełnie trzeźwy. Materiał rozesłano wąskiej grupie odbiorców wojskowych i cywilnych. Już w marcu wysoki rangą przedstawiciel wojska pisał do dyrektora CIA, że kompletna dokumentacja systemów, które nie weszły jeszcze do służby, ma wartość niemożliwą do wyceny. Na seminarium w maju 1979 roku analitycy ocenili, że dostarczone dane oszczędzają im do 5 lat prac badawczo-rozwojowych. Prowadzenie takiego źródła wymagało nadzwyczajnego rzemiosła. Oficerowie godzinami krążyli po mieście, żeby upewnić się, że nie mają za sobą obserwacji, i budowali nudne, powtarzalne rutyny, licząc na to, że KGB przerzuci ludzi do ciekawszych zadań. Przed spotkaniem Guilsher przebierał się w samochodzie za robotnika, wkładał rosyjską czapkę i znoszone ubranie, żuł czosnek i skrapiał się wódką, po czym jechał na miejsce komunikacją miejską. Gdy obserwacja była zbyt szczelna, sięgano po urządzenie zwane jack in the box: oficer wyskakiwał z wolno jadącego auta na zakręcie, a w jego miejsce na siedzeniu rozkładała się kukła imitująca sylwetkę pasażera. Sam Tołkaczow narzucił Amerykanom własne reguły. W kwietniu 1979 roku odrzucił martwe skrzynki, argumentując, że skoro oficer i tak musi zgubić obserwację, to spotkanie twarzą w twarz jest równie bezpieczne, a znacznie bardziej wydajne, i dodał, że boi się, by porzucona paczka nie trafiła w niepowołane ręce. Od tej pory dominowały spotkania osobiste, a od października 1980 roku także rozmowy w jego własnych Żygulach zaparkowanych przy ulicy. Próbowano jeszcze łączności awaryjnej: nadajnika krótkiego zasięgu wielkości dwóch paczek papierosów, który długo nie chciał działać, oraz odbiornika radiowego z demodulatorem do odbioru szyfrowanych audycji. Ten drugi system upadł z powodów zupełnie prozaicznych — w dwupokojowym mieszkaniu inżynier nie miał gdzie słuchać nocnych transmisji, a rano nowe przepisy nie pozwalały mu opuszczać instytutu.

Osobnym problemem była technika fotografowania. Miniaturowy aparat wielkości pudełka zapałek, przekazany w lutym 1979 roku, wymagał lepszego światła, niż panowało w biurze, klikał zbyt głośno, trudno było utrzymać go nieruchomo, a żeby uzyskać właściwą odległość, Tołkaczow musiał układać stos książek. Poprosił więc o zwykły aparat małoobrazkowy i w czerwcu 1979 roku dostał Pentaxa ME wraz z zaciskiem mocowanym do oparcia krzesła. Efekt był natychmiastowy: podczas gdy kilkanaście filmów z miniaturowego aparatu okazało się nieczytelnych, na spotkaniach w październiku i grudniu przekazał ponad 150 rolek doskonałej jakości, naświetlonych w domu w porze obiadowej, kiedy żona była w pracy, a syn w szkole. Dokumenty wynosił z instytutu pod grubym płaszczem, przez co zimą jego wydajność rosła, a latem spadała. W grudniu 1979 roku zaostrzono przepisy: pobranie dokumentów z biblioteki wymagało zostawienia przepustki, co odcięło mu drogę do domu. Przez kilka miesięcy fotografował więc w męskiej toalecie instytutu miniaturowymi aparatami, a gdy w lutym 1980 roku przepisy złagodzono, wrócił do zdjęć w mieszkaniu i w czerwcu przekazał niemal 200 rolek — najwięcej w całej operacji. Później nastąpiły kolejne zaostrzenia i kolejne obejścia. CIA podrobiła mu przepustkę, a on podmienił kartę wypożyczeń dokumentów na czystą, żeby w razie śledztwa nie było śladu, ile materiałów przechodziło przez jego ręce. W styczniu 1985 roku tłumaczył, że fotografuje w toalecie sąsiedniego budynku, bo ma tam większe okno i mniejszy ruch, i że cała operacja zajmuje mu 20 do 25 minut.

Wartość tego, co przekazywał, wykraczała daleko poza szpiegostwo przemysłowe. Chodziło o pełną dokumentację radarów pokładowych i systemów kierowania uzbrojeniem najnowszej generacji myśliwców, o parametry systemów przeciwlotniczych oraz o zasady wykrywania celów lecących na tle ziemi, czyli najpilniej strzeżoną tajemnicę radzieckiej obrony powietrznej. Amerykanie przestali zgadywać. Znali częstotliwości, odporność radarów na zakłócenia, martwe strefy i plany modernizacji na dekadę naprzód. W grudniu 1979 roku Departament Obrony informował dyrektora CIA, że lotnictwo całkowicie zmieniło kierunek prac nad wielomilionowym pakietem elektroniki dla jednego z najnowszych myśliwców. Wewnętrzna ocena Agencji z marca 1980 roku stwierdzała, że nigdy wcześniej nie uzyskano takiego poziomu szczegółowości na temat nowych systemów rakietowych, i to całe lata przed ich rozmieszczeniem. We wrześniu 1980 roku pisano, że wpływ tych materiałów na skuteczność amerykańskiego uzbrojenia jest nieograniczony. Specjalista sił powietrznych, który analizował dorobek agenta, ocenił oszczędności na około 2 miliardy dolarów, a była to ocena sprzed przekazania kolejnych 179 rolek filmu. Zespół powołany do przerabiania jego materiałów pracował nad nimi jeszcze około 1990 roku, 5 lat po aresztowaniu. Paradoks jego sytuacji polegał na tym, że był bogaty wyłącznie na papierze. Po długich targach ustalono w maju 1980 roku, że za rok 1979 otrzyma roczne wynagrodzenie równe pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych, a za każdy następny rok jeszcze wyższe. Pieniądze trafiały na rachunek powierniczy oprocentowany na 8,75 procent i do końca 1983 roku przekroczyły milion dolarów, a łącznie mówi się o około 2 milionach. Sięgnąć po nie mógł dopiero po ewentualnej ewakuacji na Zachód. Wypłacano mu natomiast odsetki w rublach, po sto kilkadziesiąt tysięcy na spotkanie, przy czym on sam domagał się przeliczania po kursie czarnorynkowym, bo tylko ten uważał za prawdziwy. Amerykanie bali się, że takie sumy zwrócą uwagę organów bezpieczeństwa, więc część należności wypłacano w przedwojennej rosyjskiej biżuterii ze złota, którą można było wytłumaczyć spadkiem po matce. Poza tym prosił o drobiazgi: lekarstwa na nadciśnienie, zapalenie otrzewnej i chore zęby, zagraniczne żyletki, bo golenie radzieckimi nazywał czynnością nieprzyjemną, a przede wszystkim o rzeczy dla syna. Oleg, urodzony w 1966 roku, przeszedł ze szkoły artystycznej do instytutu architektury, więc ojciec zamawiał dla niego rapidografy, tusze kreślarskie, gumki, zachodnie albumy o architekturze, kasety z muzyką rockową, słuchawki i walkmana. Prosił też o książki dla siebie, między innymi o Biblię po rosyjsku, wspomnienia Goldy Meir i tom Sołżenicyna. Rozważał przekazywanie części swojego wynagrodzenia rodzinom represjonowanych dysydentów, ale nie znaleziono sposobu, by zrobić to bezpiecznie. Gdy CIA zaproponowała mu ewakuację razem z rodziną, odmówił przyjęcia planu. Tłumaczył, że żona nie zniosłaby rozstania z Moskwą, a syn nie wyobraża sobie życia bez przyjaciół, i napisał krótko, że nie potrafi myśleć o ucieczce, skoro nigdy nie zostawiłby rodziny.

Wiosną 1983 roku o mało nie stracił nerwów. W kwietniu w jego wydziale ruszyło pilne śledztwo dotyczące przecieku informacji o systemie rozpoznawania celów, a ponieważ miesiąc wcześniej przekazał Amerykanom właśnie te dane, uznał, że trop musi prowadzić do niego. Wziął dzień wolny, pojechał na daczę i spalił wszystko: urządzenie łączności, Pentaxa, instrukcje do skrytek i sygnałów, książki oraz pieniądze. Nadpalone metalowe resztki wyrzucał przez okno samochodu w drodze powrotnej do Moskwy. Przez kolejne dni nosił pod językiem kapsułkę z cyjankiem za każdym razem, gdy wzywano go do gabinetu przełożonego. O truciznę zabiegał od kwietnia 1979 roku, pisząc, że nie zamierza prowadzić rozmów z organami KGB, a w liście do dyrektora Agencji wyjaśniał, że rzeczy, które da się ukryć przed rodziną, nigdy nie ukryją się przed kontrwywiadem. Centrala odmawiała przez lata, aż wreszcie ustąpiła i przekazała mu cyjanek ukryty w obudowie pióra. Najbardziej gorzkie w całej tej panice jest to, że przeciek w ogóle nie nastąpił — informacje z marca nie opuściły jeszcze CIA. Rok później sam przyznał, że przesadził, i poprosił o nowy Pentax. Amerykanie odmówili, uznając wynoszenie dokumentów za zbyt niebezpieczne. Od jesieni 1983 roku operacja zaczęła się sypać. Pięć kolejnych prób spotkania zakończyło się niepowodzeniem, raz z powodu kłopotów agenta, raz dlatego, że żaden oficer nie zdołał zgubić obserwacji. Ostatnie normalne spotkanie odbyło się w styczniu 1985 roku. Tołkaczow oddał wtedy 3 zużyte miniaturowe aparaty i 16 stron notatek, dostał 5 nowych aparatów, sto tysięcy rubli i książki dla syna, a po wywołaniu filmów okazało się, że zdjęcia są nieczytelne z powodu pochmurnego dnia. Przepadły materiały, które sam opisał jako bardzo ważne dokumenty o myśliwcach frontowych lat dziewięćdziesiątych. W marcu wystawił sygnał gotowości do spotkania, otwierając inny lufcik niż zwykle, gorzej widoczny z ulicy, i nie przyszedł. Nie wiadomo, czy próbował w ten sposób ostrzec Amerykanów.

Zgubiła go zdrada w instytucji, której ufał. Edward Lee Howard, oficer CIA szykowany latem 1983 roku na placówkę w Moskwie, został wtajemniczony w sprawę Tołkaczowa, a następnie, po nieudanym badaniu wariografem i przyznaniu się do nadużyć, zwolniony w kwietniu 1983 roku. Zaczął pić, wydzwaniał do dawnych kolegów, a we wrześniu 1984 i w kwietniu 1985 roku spotkał się z KGB w Wiedniu. To on wskazał agenta. Aldrich Ames, analityk Agencji, przekazał Rosjanom listę kilkunastu źródeł dopiero 13 czerwca 1985 roku, a więc już po zatrzymaniu inżyniera, choć mógł wspomnieć o nim wcześniej, w kwietniu. Jego rola była zatem uzupełniająca, a nie rozstrzygająca. Tołkaczowa zatrzymano 9 czerwca 1985 roku, w drodze powrotnej z podmoskiewskiej daczy; według relacji akcję przeprowadzili funkcjonariusze grupy Alfa pod dowództwem Władimira Zajcewa, którzy natychmiast unieruchomili mu ręce i sprawdzili jamę ustną, by nie zdążył użyć trucizny. Kapsułki i tak przy sobie nie miał. 13 czerwca na miejsce umówionego spotkania przyszedł oficer prowadzący Paul Stombaugh i został obezwładniony przez kilkunastu funkcjonariuszy w mundurach maskujących, ukrytych w krzakach. Zawieziono go na Łubiankę, gdzie przed kamerą otwierano kolejno zawartość przygotowanej dla agenta paczki: 5 miniaturowych aparatów, 20 francuskich i 20 niemieckich piór kreślarskich dla Olega, 2 książki o architekturze, lekarstwa, atrapę książki z 250 stronami wycinków z zachodniej prasy oraz kopertę z rublami. Zatrzymanego wypuszczono po niespełna trzech godzinach, a w kolejnym tygodniu wydalono go z kraju. TASS ogłosił jego wydalenie już 14 czerwca, natomiast nazwisko Tołkaczowa podano do publicznej wiadomości dopiero 20 września 1985 roku, przy okazji ucieczki Howarda do Związku Radzieckiego. Proces przed Kolegium Wojskowym Sądu Najwyższego ZSRR zakończył się tak, jak musiał. Tołkaczow przyznał się do winy i prosił o łaskę, której nie otrzymał. Wyrok śmierci przez rozstrzelanie wykonano 24 września 1986 roku. Dzień później szef KGB Wiktor Czebrikow referował sprawę Biuru Politycznemu z Michaiłem Gorbaczowem, potwierdzając, że przeciwnik wszedł w posiadanie najważniejszych tajemnic wojskowo-technicznych kraju. Losy rodziny opisywane są rozbieżnie. Odtajnione opracowanie CIA z 2003 roku stwierdza, że nic nie wskazuje, by żona lub syn zostali uwięzieni, i podkreśla, że inżynier konsekwentnie trzymał ich w nieświadomości właśnie po to, żeby przeżyli jego dekonspirację. Późniejsze publikacje podają, że Natalia została skazana na 3 lata pozbawienia wolności za pomocnictwo w zdradzie. Zgodne są natomiast co do syna: Oleg Tołkaczow został cenionym rosyjskim architektem.

Ocena skutków tej sprawy bywa przesadzona i warto zachować tu ostrożność. Chętnie powtarza się, że to właśnie materiały Tołkaczowa przesądziły o rozgromieniu iraqiej obrony przeciwlotniczej w 1991 roku, podczas operacji Pustynna Burza. Iracki system rzeczywiście opierał się na sprzęcie radzieckim, a amerykańska wiedza o jego radarach pochodziła w niemałej części z Moskwy, jednak bezpośredniego związku przyczynowego nikt nie udokumentował, a koalicja straciła wtedy kilkadziesiąt samolotów. Nie wszyscy badacze przyjmują też całą tę historię bez zastrzeżeń — Benjamin Fischer, dawny główny historyk CIA, zwracał uwagę, że przy sześciu czy siedmiu próbach nawiązania kontaktu KGB powinno było wychwycić inżyniera znacznie wcześniej. Pewne pozostaje to, co wynika z dokumentów obu stron. Przez ponad 6 lat pracownik jednego z najpilniej strzeżonych instytutów w Związku Radzieckim, występujący w aktach Agencji pod kryptonimami CKSPHERE i GTVANQUISH, oddał Amerykanom techniczny rdzeń radzieckiego lotnictwa bojowego, a robił to z aparatem w dłoni, w toalecie własnego zakładu pracy.

Źródła:

http://arxiv.org/pdf/2411.09815.pdf

https://apps.dtic.mil/sti/citations/ADA525682

https://dn790007.ca.archive.org/.../The%20Billion...

https://irp.fas.org/congress/1991_cr/h911127-spy.htm

https://spyscape.com/.../edward-lee-howard-the-twisted...

https://www.cia.gov/.../cia-rdp86-00513r001756110002-8

https://www.cia.gov/.../aa0cfeac95.../Studies-52-2-Jun08.pdf

https://www.cia.gov/.../Review-Spycraft-Secret-History.pdf

https://www.cia.gov/.../static/The-Billion-Dollar-Spy.pdf

https://www.cia.gov/.../Tolkachev-Successor-Penkovsky.pdf

https://www.smithsonianmag.com/.../still-unexplained.../

https://www.tandfonline.com/.../02684527.2023.2269512...

https://www.tandfonline.com/.../08850607.2021.1874191...

https://zenodo.org/record/898714/files/article.pdf

źródło: " strefa milczenia" fb com/permalink.php?story_fbid=pfbid0pC71ohocDy1uy3Sb7ppMNGCKBAeQSm28pPpXWLgCh2TKb49ds91ABsZPmbhhucAyl&id=61586323103233

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!