Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#zimnawojna

Fanatyk

w Hydepark

19piorunów

Adolf Tołkaczow (1979): największa strata radarowych sekretów ZSRR

Adolf Gieorgijewicz Tołkaczow urodził się 6 stycznia 1927 roku w Aktiubińsku, dwa lata później rodzina przeniosła się do Moskwy i tam spędził resztę życia. Po ukończeniu Politechniki Charkowskiej w 1954 roku trafił do Instytutu Naukowo-Badawczego Radiobudowy, znanego później pod nazwą Fazotron. Była to placówka, w której projektowano radary i systemy naprowadzania dla radzieckiego lotnictwa bojowego, a więc jedno z najlepiej strzeżonych miejsc w kraju. Tołkaczow opisywał siebie jako wiodącego konstruktora systemów i pracował w dużym pokoju razem z 24 innymi inżynierami. Zarabiał 250 rubli miesięcznie plus 40 procent dodatku za dostęp do tajemnic, czyli około 350 rubli, przy średniej krajowej sięgającej wtedy 120 rubli. Mieszkał z żoną i synem na dziewiątym piętrze bloku oddalonego o niespełna 400 metrów od ambasady Stanów Zjednoczonych, co później okazało się okolicznością nie bez znaczenia. Do partii nigdy nie wstąpił. Z zewnątrz nie miał żadnego powodu, by ryzykować życie.

Jego motywy były złożone i sam starał się je wyjaśnić w listach do Amerykanów. Żona, Natalia z domu Kuzmina, rocznik 1935, pracowała w tym samym instytucie jako specjalistka od anten. Jej matkę rozstrzelano w 1938 roku, ojciec spędził wiele lat w łagrze, wyszedł na wolność w 1955 i wkrótce potem zmarł. Tołkaczow wielokrotnie powtarzał oficerom prowadzącym, że los teściów był głównym powodem jego decyzji. Raz zasugerował, że rodzina żony miała korzenie żydowskie, co w realiach późnego stalinizmu mogło tłumaczyć represje. Pisał, że znaczną rolę odegrali Sołżenicyn i Sacharow, choć znał ich wyłącznie z lektury. Myślał najpierw o pisaniu i rozsyłaniu ulotek, ale porzucił ten pomysł jako bezużyteczny, a kontakt ze środowiskami dysydenckimi uznał za samobójczy przy swoim poświadczeniu bezpieczeństwa. Stwierdził wprost, że przy najmniejszym podejrzeniu zostałby odizolowany albo zlikwidowany. Do pieniędzy podchodził w sposób, który zaskakiwał jego rozmówców. Napisał, że wynagrodzenie jest dla niego nie tyle zarobkiem, ile miarą tego, jak wysoko Amerykanie oceniają wagę jego pracy. Najbardziej zdumiewający jest początek tej współpracy, bo przez rok z górą CIA po prostu go odtrącała. W styczniu 1977 roku podszedł na stacji benzynowej dla dyplomatów do samochodu szefa moskiewskiej placówki Agencji, zapytał po angielsku, czy ma do czynienia z Amerykaninem, położył na siedzeniu złożoną kartkę i odszedł. W liście prosił o poufną rozmowę i dołączył szkice dwóch miejsc spotkania wraz z opisem sygnału, którym Amerykanie mieli wskazać wybrany wariant. Centrala odmówiła odpowiedzi. Moskwa uchodziła za teren skrajnie niebezpieczny, a KGB regularnie podstawiało fałszywych ochotników, żeby zdemaskować oficerów wywiadu i wywołać skandal dyplomatyczny. Tołkaczow wracał: 3 lutego 1977, dwa tygodnie później, w maju, kiedy zdesperowany załomotał w szybę samochodu i został zignorowany. W grudniu 1977 wręczył list przypadkowemu Amerykaninowi na targu i po raz pierwszy dołączył 2 strony konkretnych danych o wyposażeniu elektronicznym radzieckiego samolotu. To przełamało opór nowego szefa placówki, Gardnera Hathawaya, choć centrala nadal zwlekała. 16 lutego 1978 roku inżynier zaproponował rozwiązanie, które rozbroiło nieufność Amerykanów: w liście podał swój numer telefonu bez dwóch ostatnich cyfr i zapowiedział, że o określonej porze stanie w kolejce na wskazanym przystanku, trzymając dwa kawałki sklejki z brakującymi cyframi. Żona Hathawaya przejechała obok o umówionym czasie i odczytała liczby. 1 marca Tołkaczow przekazał 11 stron notatek i wreszcie ujawnił nazwisko, adres oraz miejsce pracy, dodając, że jeśli i tym razem nie dostanie odpowiedzi, rezygnuje. 5 marca 1978 roku oficer CIA John Guilsher zadzwonił do niego z budki telefonicznej przy Teatrze Bolszoj. W sierpniu przekazano mu martwą skrzynkę ukrytą w brudnej rękawicy roboczej, z instrukcją atramentu sympatycznego i jednorazowym kluczem szyfrowym. Trzy listy, które wysłał, nosiły ślady otwierania przez cenzurę, ale ukrytego tekstu nikt nie wykrył.

Pierwsze osobiste spotkanie odbyło się 1 stycznia 1979 roku, bo Amerykanie świadomie wykorzystali noworoczne rozprężenie radzieckich służb. W czterdziestominutowej rozmowie, prowadzonej podczas spaceru w siarczystym mrozie, Tołkaczow przekazał 91 stron rękopiśmiennych notatek: wzory, schematy, rysunki obrazów oscyloskopowych, parametry uzbrojenia i cytaty z dokumentów służbowych, starannie wykreślone na arkuszach papieru milimetrowego. Guilsher zapamiętał, że agent był całkowicie spokojny i prawdopodobnie jako jeden z nielicznych mieszkańców Moskwy tego dnia zupełnie trzeźwy. Materiał rozesłano wąskiej grupie odbiorców wojskowych i cywilnych. Już w marcu wysoki rangą przedstawiciel wojska pisał do dyrektora CIA, że kompletna dokumentacja systemów, które nie weszły jeszcze do służby, ma wartość niemożliwą do wyceny. Na seminarium w maju 1979 roku analitycy ocenili, że dostarczone dane oszczędzają im do 5 lat prac badawczo-rozwojowych. Prowadzenie takiego źródła wymagało nadzwyczajnego rzemiosła. Oficerowie godzinami krążyli po mieście, żeby upewnić się, że nie mają za sobą obserwacji, i budowali nudne, powtarzalne rutyny, licząc na to, że KGB przerzuci ludzi do ciekawszych zadań. Przed spotkaniem Guilsher przebierał się w samochodzie za robotnika, wkładał rosyjską czapkę i znoszone ubranie, żuł czosnek i skrapiał się wódką, po czym jechał na miejsce komunikacją miejską. Gdy obserwacja była zbyt szczelna, sięgano po urządzenie zwane jack in the box: oficer wyskakiwał z wolno jadącego auta na zakręcie, a w jego miejsce na siedzeniu rozkładała się kukła imitująca sylwetkę pasażera. Sam Tołkaczow narzucił Amerykanom własne reguły. W kwietniu 1979 roku odrzucił martwe skrzynki, argumentując, że skoro oficer i tak musi zgubić obserwację, to spotkanie twarzą w twarz jest równie bezpieczne, a znacznie bardziej wydajne, i dodał, że boi się, by porzucona paczka nie trafiła w niepowołane ręce. Od tej pory dominowały spotkania osobiste, a od października 1980 roku także rozmowy w jego własnych Żygulach zaparkowanych przy ulicy. Próbowano jeszcze łączności awaryjnej: nadajnika krótkiego zasięgu wielkości dwóch paczek papierosów, który długo nie chciał działać, oraz odbiornika radiowego z demodulatorem do odbioru szyfrowanych audycji. Ten drugi system upadł z powodów zupełnie prozaicznych — w dwupokojowym mieszkaniu inżynier nie miał gdzie słuchać nocnych transmisji, a rano nowe przepisy nie pozwalały mu opuszczać instytutu.

Osobnym problemem była technika fotografowania. Miniaturowy aparat wielkości pudełka zapałek, przekazany w lutym 1979 roku, wymagał lepszego światła, niż panowało w biurze, klikał zbyt głośno, trudno było utrzymać go nieruchomo, a żeby uzyskać właściwą odległość, Tołkaczow musiał układać stos książek. Poprosił więc o zwykły aparat małoobrazkowy i w czerwcu 1979 roku dostał Pentaxa ME wraz z zaciskiem mocowanym do oparcia krzesła. Efekt był natychmiastowy: podczas gdy kilkanaście filmów z miniaturowego aparatu okazało się nieczytelnych, na spotkaniach w październiku i grudniu przekazał ponad 150 rolek doskonałej jakości, naświetlonych w domu w porze obiadowej, kiedy żona była w pracy, a syn w szkole. Dokumenty wynosił z instytutu pod grubym płaszczem, przez co zimą jego wydajność rosła, a latem spadała. W grudniu 1979 roku zaostrzono przepisy: pobranie dokumentów z biblioteki wymagało zostawienia przepustki, co odcięło mu drogę do domu. Przez kilka miesięcy fotografował więc w męskiej toalecie instytutu miniaturowymi aparatami, a gdy w lutym 1980 roku przepisy złagodzono, wrócił do zdjęć w mieszkaniu i w czerwcu przekazał niemal 200 rolek — najwięcej w całej operacji. Później nastąpiły kolejne zaostrzenia i kolejne obejścia. CIA podrobiła mu przepustkę, a on podmienił kartę wypożyczeń dokumentów na czystą, żeby w razie śledztwa nie było śladu, ile materiałów przechodziło przez jego ręce. W styczniu 1985 roku tłumaczył, że fotografuje w toalecie sąsiedniego budynku, bo ma tam większe okno i mniejszy ruch, i że cała operacja zajmuje mu 20 do 25 minut.

Wartość tego, co przekazywał, wykraczała daleko poza szpiegostwo przemysłowe. Chodziło o pełną dokumentację radarów pokładowych i systemów kierowania uzbrojeniem najnowszej generacji myśliwców, o parametry systemów przeciwlotniczych oraz o zasady wykrywania celów lecących na tle ziemi, czyli najpilniej strzeżoną tajemnicę radzieckiej obrony powietrznej. Amerykanie przestali zgadywać. Znali częstotliwości, odporność radarów na zakłócenia, martwe strefy i plany modernizacji na dekadę naprzód. W grudniu 1979 roku Departament Obrony informował dyrektora CIA, że lotnictwo całkowicie zmieniło kierunek prac nad wielomilionowym pakietem elektroniki dla jednego z najnowszych myśliwców. Wewnętrzna ocena Agencji z marca 1980 roku stwierdzała, że nigdy wcześniej nie uzyskano takiego poziomu szczegółowości na temat nowych systemów rakietowych, i to całe lata przed ich rozmieszczeniem. We wrześniu 1980 roku pisano, że wpływ tych materiałów na skuteczność amerykańskiego uzbrojenia jest nieograniczony. Specjalista sił powietrznych, który analizował dorobek agenta, ocenił oszczędności na około 2 miliardy dolarów, a była to ocena sprzed przekazania kolejnych 179 rolek filmu. Zespół powołany do przerabiania jego materiałów pracował nad nimi jeszcze około 1990 roku, 5 lat po aresztowaniu. Paradoks jego sytuacji polegał na tym, że był bogaty wyłącznie na papierze. Po długich targach ustalono w maju 1980 roku, że za rok 1979 otrzyma roczne wynagrodzenie równe pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych, a za każdy następny rok jeszcze wyższe. Pieniądze trafiały na rachunek powierniczy oprocentowany na 8,75 procent i do końca 1983 roku przekroczyły milion dolarów, a łącznie mówi się o około 2 milionach. Sięgnąć po nie mógł dopiero po ewentualnej ewakuacji na Zachód. Wypłacano mu natomiast odsetki w rublach, po sto kilkadziesiąt tysięcy na spotkanie, przy czym on sam domagał się przeliczania po kursie czarnorynkowym, bo tylko ten uważał za prawdziwy. Amerykanie bali się, że takie sumy zwrócą uwagę organów bezpieczeństwa, więc część należności wypłacano w przedwojennej rosyjskiej biżuterii ze złota, którą można było wytłumaczyć spadkiem po matce. Poza tym prosił o drobiazgi: lekarstwa na nadciśnienie, zapalenie otrzewnej i chore zęby, zagraniczne żyletki, bo golenie radzieckimi nazywał czynnością nieprzyjemną, a przede wszystkim o rzeczy dla syna. Oleg, urodzony w 1966 roku, przeszedł ze szkoły artystycznej do instytutu architektury, więc ojciec zamawiał dla niego rapidografy, tusze kreślarskie, gumki, zachodnie albumy o architekturze, kasety z muzyką rockową, słuchawki i walkmana. Prosił też o książki dla siebie, między innymi o Biblię po rosyjsku, wspomnienia Goldy Meir i tom Sołżenicyna. Rozważał przekazywanie części swojego wynagrodzenia rodzinom represjonowanych dysydentów, ale nie znaleziono sposobu, by zrobić to bezpiecznie. Gdy CIA zaproponowała mu ewakuację razem z rodziną, odmówił przyjęcia planu. Tłumaczył, że żona nie zniosłaby rozstania z Moskwą, a syn nie wyobraża sobie życia bez przyjaciół, i napisał krótko, że nie potrafi myśleć o ucieczce, skoro nigdy nie zostawiłby rodziny.

Wiosną 1983 roku o mało nie stracił nerwów. W kwietniu w jego wydziale ruszyło pilne śledztwo dotyczące przecieku informacji o systemie rozpoznawania celów, a ponieważ miesiąc wcześniej przekazał Amerykanom właśnie te dane, uznał, że trop musi prowadzić do niego. Wziął dzień wolny, pojechał na daczę i spalił wszystko: urządzenie łączności, Pentaxa, instrukcje do skrytek i sygnałów, książki oraz pieniądze. Nadpalone metalowe resztki wyrzucał przez okno samochodu w drodze powrotnej do Moskwy. Przez kolejne dni nosił pod językiem kapsułkę z cyjankiem za każdym razem, gdy wzywano go do gabinetu przełożonego. O truciznę zabiegał od kwietnia 1979 roku, pisząc, że nie zamierza prowadzić rozmów z organami KGB, a w liście do dyrektora Agencji wyjaśniał, że rzeczy, które da się ukryć przed rodziną, nigdy nie ukryją się przed kontrwywiadem. Centrala odmawiała przez lata, aż wreszcie ustąpiła i przekazała mu cyjanek ukryty w obudowie pióra. Najbardziej gorzkie w całej tej panice jest to, że przeciek w ogóle nie nastąpił — informacje z marca nie opuściły jeszcze CIA. Rok później sam przyznał, że przesadził, i poprosił o nowy Pentax. Amerykanie odmówili, uznając wynoszenie dokumentów za zbyt niebezpieczne. Od jesieni 1983 roku operacja zaczęła się sypać. Pięć kolejnych prób spotkania zakończyło się niepowodzeniem, raz z powodu kłopotów agenta, raz dlatego, że żaden oficer nie zdołał zgubić obserwacji. Ostatnie normalne spotkanie odbyło się w styczniu 1985 roku. Tołkaczow oddał wtedy 3 zużyte miniaturowe aparaty i 16 stron notatek, dostał 5 nowych aparatów, sto tysięcy rubli i książki dla syna, a po wywołaniu filmów okazało się, że zdjęcia są nieczytelne z powodu pochmurnego dnia. Przepadły materiały, które sam opisał jako bardzo ważne dokumenty o myśliwcach frontowych lat dziewięćdziesiątych. W marcu wystawił sygnał gotowości do spotkania, otwierając inny lufcik niż zwykle, gorzej widoczny z ulicy, i nie przyszedł. Nie wiadomo, czy próbował w ten sposób ostrzec Amerykanów.

Zgubiła go zdrada w instytucji, której ufał. Edward Lee Howard, oficer CIA szykowany latem 1983 roku na placówkę w Moskwie, został wtajemniczony w sprawę Tołkaczowa, a następnie, po nieudanym badaniu wariografem i przyznaniu się do nadużyć, zwolniony w kwietniu 1983 roku. Zaczął pić, wydzwaniał do dawnych kolegów, a we wrześniu 1984 i w kwietniu 1985 roku spotkał się z KGB w Wiedniu. To on wskazał agenta. Aldrich Ames, analityk Agencji, przekazał Rosjanom listę kilkunastu źródeł dopiero 13 czerwca 1985 roku, a więc już po zatrzymaniu inżyniera, choć mógł wspomnieć o nim wcześniej, w kwietniu. Jego rola była zatem uzupełniająca, a nie rozstrzygająca. Tołkaczowa zatrzymano 9 czerwca 1985 roku, w drodze powrotnej z podmoskiewskiej daczy; według relacji akcję przeprowadzili funkcjonariusze grupy Alfa pod dowództwem Władimira Zajcewa, którzy natychmiast unieruchomili mu ręce i sprawdzili jamę ustną, by nie zdążył użyć trucizny. Kapsułki i tak przy sobie nie miał. 13 czerwca na miejsce umówionego spotkania przyszedł oficer prowadzący Paul Stombaugh i został obezwładniony przez kilkunastu funkcjonariuszy w mundurach maskujących, ukrytych w krzakach. Zawieziono go na Łubiankę, gdzie przed kamerą otwierano kolejno zawartość przygotowanej dla agenta paczki: 5 miniaturowych aparatów, 20 francuskich i 20 niemieckich piór kreślarskich dla Olega, 2 książki o architekturze, lekarstwa, atrapę książki z 250 stronami wycinków z zachodniej prasy oraz kopertę z rublami. Zatrzymanego wypuszczono po niespełna trzech godzinach, a w kolejnym tygodniu wydalono go z kraju. TASS ogłosił jego wydalenie już 14 czerwca, natomiast nazwisko Tołkaczowa podano do publicznej wiadomości dopiero 20 września 1985 roku, przy okazji ucieczki Howarda do Związku Radzieckiego. Proces przed Kolegium Wojskowym Sądu Najwyższego ZSRR zakończył się tak, jak musiał. Tołkaczow przyznał się do winy i prosił o łaskę, której nie otrzymał. Wyrok śmierci przez rozstrzelanie wykonano 24 września 1986 roku. Dzień później szef KGB Wiktor Czebrikow referował sprawę Biuru Politycznemu z Michaiłem Gorbaczowem, potwierdzając, że przeciwnik wszedł w posiadanie najważniejszych tajemnic wojskowo-technicznych kraju. Losy rodziny opisywane są rozbieżnie. Odtajnione opracowanie CIA z 2003 roku stwierdza, że nic nie wskazuje, by żona lub syn zostali uwięzieni, i podkreśla, że inżynier konsekwentnie trzymał ich w nieświadomości właśnie po to, żeby przeżyli jego dekonspirację. Późniejsze publikacje podają, że Natalia została skazana na 3 lata pozbawienia wolności za pomocnictwo w zdradzie. Zgodne są natomiast co do syna: Oleg Tołkaczow został cenionym rosyjskim architektem.

Ocena skutków tej sprawy bywa przesadzona i warto zachować tu ostrożność. Chętnie powtarza się, że to właśnie materiały Tołkaczowa przesądziły o rozgromieniu iraqiej obrony przeciwlotniczej w 1991 roku, podczas operacji Pustynna Burza. Iracki system rzeczywiście opierał się na sprzęcie radzieckim, a amerykańska wiedza o jego radarach pochodziła w niemałej części z Moskwy, jednak bezpośredniego związku przyczynowego nikt nie udokumentował, a koalicja straciła wtedy kilkadziesiąt samolotów. Nie wszyscy badacze przyjmują też całą tę historię bez zastrzeżeń — Benjamin Fischer, dawny główny historyk CIA, zwracał uwagę, że przy sześciu czy siedmiu próbach nawiązania kontaktu KGB powinno było wychwycić inżyniera znacznie wcześniej. Pewne pozostaje to, co wynika z dokumentów obu stron. Przez ponad 6 lat pracownik jednego z najpilniej strzeżonych instytutów w Związku Radzieckim, występujący w aktach Agencji pod kryptonimami CKSPHERE i GTVANQUISH, oddał Amerykanom techniczny rdzeń radzieckiego lotnictwa bojowego, a robił to z aparatem w dłoni, w toalecie własnego zakładu pracy.

Źródła:

http://arxiv.org/pdf/2411.09815.pdf

https://apps.dtic.mil/sti/citations/ADA525682

https://dn790007.ca.archive.org/.../The%20Billion...

https://irp.fas.org/congress/1991_cr/h911127-spy.htm

https://spyscape.com/.../edward-lee-howard-the-twisted...

https://www.cia.gov/.../cia-rdp86-00513r001756110002-8

https://www.cia.gov/.../aa0cfeac95.../Studies-52-2-Jun08.pdf

https://www.cia.gov/.../Review-Spycraft-Secret-History.pdf

https://www.cia.gov/.../static/The-Billion-Dollar-Spy.pdf

https://www.cia.gov/.../Tolkachev-Successor-Penkovsky.pdf

https://www.smithsonianmag.com/.../still-unexplained.../

https://www.tandfonline.com/.../02684527.2023.2269512...

https://www.tandfonline.com/.../08850607.2021.1874191...

https://zenodo.org/record/898714/files/article.pdf

źródło: " strefa milczenia" fb com/permalink.php?story_fbid=pfbid0pC71ohocDy1uy3Sb7ppMNGCKBAeQSm28pPpXWLgCh2TKb49ds91ABsZPmbhhucAyl&id=61586323103233

Fanatyk

w Hydepark

33piorunów



Palomares (1966): cztery bomby wodorowe, które spadły na pola pomidorów

Architektura zimnej wojny opierała się na doktrynie wzajemnego gwarantowanego zniszczenia, która wymuszała na mocarstwach utrzymywanie nieustannej gotowości do natychmiastowego uderzenia. Z tej właśnie logiki zrodziła się amerykańska operacja Chrome Dome, prowadzona od 1961 roku na gigantyczną skalę, w ramach której bombowce B-52 z bronią termojądrową na pokładzie krążyły wokół granic Związku Radzieckiego. Trasa południowa wiodła ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych przez Atlantyk, wokół Półwyspu Apenińskiego i z powrotem do domu, z dwoma tankowaniami w powietrzu nad Hiszpanią. Manewr ten był tyleż rutynowy, co skrajnie niebezpieczny, wymagał absolutnej precyzji od zmęczonych załóg operujących na ogromnych wysokościach.

W nocy z 16 na 17 stycznia 1966 roku bombowiec B-52G o znaku wywoławczym Tea 16 wystartował z bazy Seymour Johnson w Karolinie Północnej. Niósł 4 bomby wodorowe typu B28 (wariant FI Mod 2 Y1) o mocy około 1,1 megatony każda, czyli mniej więcej 70 razy potężniejsze od ładunku zrzuconego na Hiroszimę. Na drodze powrotnej, nad południowym wybrzeżem Hiszpanii, czekała na maszynę latająca cysterna KC-135, która wystartowała z hiszpańskiej bazy Morón. Około wpół do jedenastej rano, na wysokości ponad 9400 metrów nad andaluzyjską wioską rolniczą Palomares, bombowiec zbliżył się do cysterny ze zbyt dużą prędkością. Końcówka przewodu tankującego uderzyła w kadłub B-52, rozrywając jego konstrukcję. W ułamku sekundy wyciekające paliwo lotnicze uległo zapłonowi, zamieniając obie maszyny w gigantyczną kulę ognia. Cysterna eksplodowała, a jej cała 4-osobowa załoga zginęła na miejscu. Bombowiec rozpadł się w powietrzu, runął na pola i zabudowania wioski; z 7 członków jego załogi zginęło 3, a 4 zdołało się katapultować, lądując w morzu i na lądzie, gdzie ratowali ich okoliczni mieszkańcy i rybacy.

Na ziemi nie zginął nikt, choć płonące szczątki i paliwo zasypały pola oraz ulice. Najgroźniejsze było jednak to, że w momencie rozpadu kadłuba puściły mocowania luku bombowego i 4 bomby wodorowe rozpoczęły swobodny spadek ku ziemi. Losy czterech ładunków potoczyły się zupełnie różnie. Pierwsza bomba opadła stosunkowo łagodnie, ponieważ jej system spadochronowy zadziałał bez zarzutu; znaleziono ją niemal w idealnym stanie. Prawdziwy dramat rozegrał się w przypadku dwóch kolejnych. Ich spadochrony zawiodły, przez co maszyny uderzyły w ziemię z prędkością przekraczającą 300 kilometrów na godzinę. Gdy broń termojądrowa uderza w przeszkodę z taką siłą, systemy bezpieczeństwa zapobiegają wybuchowi nuklearnemu, bo do reakcji łańcuchowej otaczający rdzeń ładunek konwencjonalny musiałby zdetonować absolutnie symetrycznie, implodując pluton. W Palomares ten warunek nie został spełniony, ale uderzenie spowodowało detonację konwencjonalnego materiału wybuchowego.

Siła eksplozji wyrwała w ziemi kratery, rozerwała obudowy bomb i rozrzuciła po okolicy kilkadziesiąt kilogramów zniszczonych mechanizmów. Najgorsze było jednak to, że wybuch zamienił około 3 kilogramów plutonu-239 w radioaktywny pył, który wiatr rozniósł na obszarze około 226 hektarów (mniej więcej 2 kilometry kwadratowe) upraw pomidorów. Pluton ten emituje promieniowanie alfa, które nie przenika przez skórę, lecz po dostaniu się do płuc staje się trwałym, wewnętrznym źródłem niszczącego komórki promieniowania, pozostając groźnym przez tysiące lat.

Czwarta bomba przez długi czas stanowiła całkowitą zagadkę. Nie spadła na ląd, a wojskowe zespoły poszukiwawcze, dysponujące w pierwszych dniach bardzo niedokładnymi mapami tego regionu, nie wiedziały, gdzie zacząć. Wtedy w historii pojawił się kluczowy świadek: Francisco Simó Orts, lokalny rybak, który widział spadochron i opadający na nim ciężki cylindryczny obiekt wpadający do Morza Śródziemnego. Od tej pory mówiono o nim „Paco el de la bomba". Jego precyzyjne wskazanie miejsca upadku okazało się bezcenne.

Na miejsce ściągnięto doktora Johna Cravena, który wykorzystał nowatorską wówczas metodę opartą na twierdzeniu Bayesa. Polegała ona na podzieleniu mapy dna morskiego na siatkę kwadratów i przypisaniu każdemu z nich prawdopodobieństwa znalezienia zguby, które aktualizowano po każdym nieudanym zanurzeniu. Dzięki zeznaniom rybaka i rygorystycznej matematyce poszukiwania zyskały wektor, a stawką było nie tylko odzyskanie tajnej technologii, ale też uniknięcie gigantycznej kompromitacji dyplomatycznej w samym środku zimnej wojny.

Operacja wydobycia trwała niemal 3 miesiące i była technologicznym wyzwaniem na niespotykaną skalę. Ruszyła flotylla ponad 30 okrętów oraz kilka eksperymentalnych pojazdów głębinowych, w tym załogowe batyskafy Alvin i Aluminaut. Morze u wybrzeży Palomares jest zdradliwe, dno szybko opada, tworząc strome podwodne kaniony. 15 marca Alvin odnalazł zgubę na głębokości 777 metrów, na stromym, niemal 70-stopniowym zboczu. Radość była przedwczesna, bo podczas próby podniesienia pękła główna lina nośna, a bomba zsunęła się w głębiny i znikła na kolejne tygodnie. Ostatecznie namierzono ją ponownie 2 kwietnia, na głębokości około 869 metrów. Wykorzystano wówczas bezzałogowy pojazd sterowany przewodem, który szczęśliwym trafem zaplątał się w linki spadochronu, co pozwoliło 7 kwietnia bezpiecznie wyciągnąć ładunek na pokład okrętu ratowniczego USS Petrel. Aby uciąć propagandowe spekulacje bloku wschodniego, dowództwo podjęło bezprecedensową decyzję o pozwoleniu prasie na sfotografowanie mokrego, poobijanego kadłuba odzyskanej broni jądrowej — był to pierwszy raz, gdy amerykańską broń nuklearną pokazano publicznie.

Na lądzie działania miały charakter pospieszny i chaotyczny. Pod kryptonimem Moist Mop wojsko amerykańskie wysłało do Hiszpanii około 1600 żołnierzy, którzy przez kilka miesięcy ręcznie, często bez specjalistycznych masek i kombinezonów, zdrapywali wierzchnią warstwę skażonej ziemi. Około 1400 ton radioaktywnego gruntu zapakowano do blisko 6000 stalowych beczek i odesłano statkami do zakładu Savannah River w Karolinie Południowej. W tym samym czasie trwał ponury spektakl polityczny. Reżim generała Franco nakazał ścisłą cenzurę, zatajając przed obywatelami powagę sytuacji, by ratować zyski z turystyki. Doszło wręcz do kuriozalnej akcji propagandowej, podczas której hiszpański minister informacji i turystyki Manuel Fraga oraz amerykański ambasador Angier Biddle Duke, w otoczeniu kamer, odbyli pokazową kąpiel w lodowatych wodach Morza Śródziemnego, próbując dowieść światu, że skażenie jest wyłącznie wymysłem komunistycznej propagandy. Był to gest na pokaz, bo pluton osadził się przede wszystkim w glebie, a nie w wodzie. Mieszkańcom nie przekazano żadnych rzetelnych informacji medycznych, a dostęp do skażonych stref strzegło wojsko. Kaskada błędów i nonszalancji, jaka uwidoczniła się nad andaluzyjską wioską, doprowadziła do poważnych pęknięć w strukturach dowodzenia amerykańskiego lotnictwa. Choć operacji Chrome Dome nie wstrzymano natychmiast, jej los był przypieczętowany.

Gwoździem do trumny całego programu stała się katastrofa na Grenlandii w 1968 roku, gdy w pobliżu bazy Thule rozbił się kolejny bombowiec z bronią jądrową w podobnych okolicznościach. Generałowie odpowiedzialni za doktrynę ciągłych lotów z uzbrojeniem zostali zmuszeni do zmiany strategii, przenosząc ciężar odstraszania na bezpieczniejsze okręty podwodne i silosy lądowe. Równie wysoką cenę zapłacili żołnierze pracujący przy dekontaminacji. Przez całe dekady Waszyngton odrzucał ich wnioski o pomoc medyczną, twierdząc, że dawki promieniowania były zbyt małe, by wywołać raka. Batalia prawna weteranów znalazła epilog dopiero w 2022 roku, gdy ustawa PACT Act objęła ich domniemaniem związku służbowego dla chorób popromiennych, otwierając drogę do leczenia i świadczeń.

Źródło: fb com /permalink.php?story_fbid=pfbid02hd8KU7zN3vLV5HAtJm7TwPQn58B44bhoAkuo5MoGucKM1LykerTL7Ax8Taobyi7gl&id=61586323103233

GURU0piorunów

O curwa, ale kyrk.

Pokaż więcej komentarzy (5)

GURU

w Historia

23piorunów

PRL chciało pozyskać bombę atomową w tajemnicy przed ZSRR. Historia, o której mało się mówi

Przez kilkadziesiąt lat zimnej wojny na terytorium Polski składowano nawet 300 radzieckich głowic jądrowych. Ich celem miały być miasta NATO, a polscy piloci trenowali zrzucanie bomb atomowych. Niewiele brakowało, a sami zaczęlibyśmy produkować własną broń masowego rażenia. Połowa lat 60. Zimna

Fanatyk

w Hydepark

38piorunów



WYSŁANY 80 LAT TEMU "LONG TELEGRAM" KENNANA AKTUALNY DO DZISIAJ

Administracja amerykańska już od 1944 r. próbowała w sposób głębszy wyjaśnić postępowanie Sowietów. Najlepszej odpowiedzi udzielił George F. Kennan, szanowany urzędnik służby dyplomatycznej, delegowany do amerykańskiej ambasady w Moskwie. Równo 80 lat temu, 22 lutego 1946 roku, Kennan odpowiedział na najnowsze z długiej serii zapytań Departamentu Stanu, przesyłając pospiesznie zredagowany, liczący osiem tysięcy słów telegram. Już wtedy nazwano go Long Telegram. Tekst zrobił ogromne wrażenie w administracji prezydenta. Nikt nawet nie 'zauważył', że przy ówczesnej przepustowości łącz, tekst 'szedł' wiele godzin.

Kennan stwierdził, że nieprzejednana postawa Moskwy nie jest skutkiem jedynie działań USA i Wielkiej Brytanii, ale wynika z uwarunkowań stalinowskiego reżimu i działania pojednawcze Zachodu w przyszłości nie mogą tego zmienić. Przywódcy sowieccy muszą traktować świat zachodni jak wroga, ponieważ istnienie kapitalistycznego świata będzie stanowić usprawiedliwienie dyktatury, którą się napawają, okrucieństw, od których nie chcą się powstrzymać i poświęceń, których wymagają.

Kennan stwierdzał, że w mentalności sowieckiej uległość, pokora, partnerstwo, są oznakami słabości. Uznawał, że ustępstwa nie zostaną odwzajemnione, a wiara w to, że uległość doprowadzi do kompromisu z ZSRR jest naiwna, gdyż zasadnicza strategia Związku Radzieckiego się nie zmieni, dopóki nie poniesie on tak wielu porażek, że padnie na kolana. Zauważał, że przywódcy sowieccy nie chcą dostrzec, że ich postępowanie nie służy interesom ludzi sowieckich.

Jednocześnie Kennan wskazywał strategię dla USA - jej przejawem nie miała być wojna, ale długofalowe i cierpliwe, lecz zarazem twarde i czujne powstrzymanie ekspansjonistycznych tendencji ZSRR. Powstrzymanie stało się celem działania administracji USA, a Long Telegram podstawą strategii do końca zimnej wojny. Aktualny pozostaje zresztą i dzisiaj.


Wpis z profilu FB: ZimnaWojna19461991

Fanatyk

w Hydepark

10piorunów

https://youtu.be/_c1u4KrSgfU?is=_zO20THIt0-gm3KB

Pokaż więcej komentarzy (3)

GURU

w Historia

24piorunów

ZSRR zestrzelił samolot pasażerski. Zginęło 269 osób

1 września 1983 roku miała miejsce katastrofa samolotu pasażerskiego koreańskiej linii lotniczej Korean Air. Przerażający wypadek, w którym zginęło 269 osób, miał miejsce na powietrznym terytorium ZSRR. Samolot pasażerski Boeing 747 zboczył z kursu, czym od razu zaniepokoił się ZSRR – do nich bowiem

Fanatyk

w Hydepark

32piorunów

ZDERZENIE RADZIECKIEGO OKRĘTU PODWODNEGO "K-53" Z MASOWCEM "BRACTWO"

41 lat temu miało miejsce zderzenie radzieckiego okrętu podwodnego K-53 z masowcem „Bractwo”.

18 września 1984 roku, o godzinie 23.33 czasu lokalnego, radziecki myśliwski okręt podwodny o napędzie atomowym projektu 671 został poważnie uszkodzony w kolizji z radzieckim statkiem handlowym "Bractwo" przy próbie skrytego przejścia przez Cieśnię Gibraltarską.

Wszystko wskazuje na to, że K-53 płynął w płytkim zanurzeniu w „cieniu hałasu” masowca opuszczającego Morze Śródziemne bez porozumienia z kapitanem jednostki handlowej. Cieśninę charakteryzują naprzemienne warstwy zimnej i ciepłej wody, które sprawiają, że powstają w niej nagłe gradienty termiczne. To prawdopodobne za ich sprawą okręt podwodny w niekontrolowany sposób wyskoczył w górę jak korek na spotkanie ze śrubami statku handlowego, pod którym chciał się ukryć. Zderzenie z wirującymi śrubami przecięło podwójny kadłub w część dziobowej K-53, odsłaniając przedziały sonaru i wyrzutni torpedowych.

Okręt podwodny najpierw skierował się na naprawę awaryjną do portu Hammament w Tunezji, by następnie wyruszyć do swojego portu macierzystego na Półwyspie Kolskim.

Statek "Bractwo" został ewakuowany z załogi i osadzony na płyciźnie za pomocą wezwanego na pomoc holownika. Wykryto w nim dziurę o powierzchni 100 m2. Remont uznano za nieopłacalny i w kolejnym roku jednostkę pocięto na złom. Szczęśliwie tym razem obyło się bez ofiar.

za profilem fb: Zimna Wojna

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fanatyk

w Dyskusje

15piorunów

Dziś wstawiam zdjęcie człowieka wraz z historią o bohaterstwie. Wyjątkowo wklejam link do tekstu o dzisiejszym bohaterze tagu ze strony histmag.
Stanisław Pietrow

https://histmag.org/Stanislaw-Pietrow-podpulkownik-ZSRR-ktory-ocalil-swiat-26993

Fanatyk5piorunów

Stąd właśnie jest problem z pomyłka być moze także w dronach. Bo Rosja to kraj pomyłka i pomyłkę to oni mają wpisane w powstanie. Wszystko u nich działa tak chujowo że pomyłka to wręcz stan dzialania

Fanatyk

w Hydepark

39piorunów

Pokaż więcej komentarzy (8)

GURU

w Historia

14piorunów

65 lat temu doszło do katastrofy samolotu przewożącego dwie bomby atomowe

15 października 1959 r. nad Kentucky doszło do katastrofy lotniczej, w której uczestniczyła maszyna przewożąca ładunek atomowy. W latach 1950-68 było ok. 25 kolizji i katastrof z udziałem samolotów transportujących broń masowego rażenia - powiedział PAP historyk lotnictwa prof. Andrzej Olejko.

GURU

w Historia

14piorunów

29 lutego 1964 roku został ogłoszony Plan Gomułki » Historykon.pl

Tego dnia 1964 roku został ogłoszony Plan Gomułki – Projekt Zatrzymania Zimnowojennego Wyścigu Zbrojeń W historii Polski i bloku wschodniego, Plan Gomułki był bardzo ważną inicjatywą mającą na celu zahamowanie zimnowojennego wyścigu zbrojeń oraz poprawę relacji międzynarodowych w latach 60. XX

Fanatyk

w Hydepark

40piorunów

Ciekawe ile jeszcze bedzie stało

Pokaż więcej komentarzy (11)

Fanatyk

w Hydepark

6piorunów

myślałem że kolejny 20minutowy odcinek o tym samym w temacie MIGa 15

https://www.youtube.com/watch?v=htzs-PSLnBM



GURU2piorunów

@radek-piotr-krasny merytorycznie świetnie ale nie wytrzymałem maniery wymowy autora.
Czyta dosłownie jak automat, albo jakby każde zdanie było z dwóch osobnych nagrań.

Tytan2piorunów

@entropy_ Każdy jutuber jak zaczyna, to ma taką manierę. Potem się wyrabiają. Później obniżają poziom kanału. Na koniec robią filmiki o hejcie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Już wolę słuchać głosu robota.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fenomen

w Hydepark

55piorunów

Zbigniew Brzeziński o Kaczyńskim! Prorocze słowa doradcy Cartera i Reagana!

Zbigniew Brzeziński w dawnym wywiadzie prze swoją śmiercią, trafnie opisuje Kaczyńskiego! #bekazpisu #jebacpis #kaczynski #zbigniewbrzezinski #brzezinski #bekazkomunizmu #zimnawojna #polityka #usa #ameryka