DalianOsobistość
0piorunówPoszliśmy z żoną, dziećmi i psem na spacer, na górę parkową w moim mieście. Oni zostali na placu zabaw a ja z Bandytą ruszyliśmy dalej, podziwiać jesienne uroki w lesie.
Oddaliśmy się już spory kawałek, nie widziałem nikogo z pobliżu, to puściłem tego berysa, luzem bez smyczy. Gonił szczęśliwy, każde drzewo podlewał a mi nie wiem co strzeliło do łba i mówię do niego:
- Bandit, a gdzie są dzieci?
Pies momentalnie przystanął, zadarł uszy do góry i dawaj w długą w stronę placu zabaw. Na szczęście zawołałem go, przystanął zapiąłem go na smycz, ale dalej ciągnie w stronę placu zabaw.
No to wracamy. Docieramy do tzw. ronda, przed pałacem zabaw (takie miejsce, gdzie można zdecydować, która ścieżką chce się iść) a ten berys wyje jak do księżyca. Ludzie patrzą na mnie, jakbym mu jakąś krzywdę robił, ja głupkowato się uśmiecham, tłumaczę, że on dzieci woła, a jednocześnie grzebię za telefonem (co nie jest proste, jak się ten dzikus rwał na plac), by zadzwonić do żony, żeby przyszli do niego, bo mnie tam ludzie zaraz zlinczują.
Na szczęście żona usłyszała jego wycie, wyszła z placu a ten od razu do niej pobiegł, tak szybko, że ludzi, którzy spacerowali by powywracał.










