Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bapitankombaczyta

Fenomen

w Hydepark

25piorunów

1195 + 1 = 1196

Tytuł: Lalka

Autor: Bolesław Prus

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Format: papierowa

Liczba stron: 1377

Ocena: 7/10

Nadrobisz zaległości podczas urlopu, mówili. No i dziesięć dni poszło na jedną powieść.

Fabułę każdy zna, jak ktoś śledzi wiadomości ze świata filmu to domyśli się, że poszła powtórka przed zbliżającymi się dwoma ekranizacjami. Przeczytany przeze mnie egzemplarz to dwutomowe wydanie z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, wraz ze szczegółowym opracowaniem naukowym i przypisami Józefa Bachórza.

Powieść klasyka, historia do dzisiaj się broni, choć sam skróciłbym powieść o cały wątek paryski (nieudany) i znacząco ograniczyłbym uwagi Rzeckiego o Stawskiej. Książkę jednak czytało się bardzo wolno, właśnie ze sprawą licznych przypisów (mających wartość dodatnią, ale momentalnie rozpraszających), ale też przez natrętne i niekontrolowane przeze mnie wracanie do serialu, gdzie czytane fragmenty sobie wizualizowałem. Wyjątki stanowiły wspomniane uwagi Rzeckiego, bo tam przypominał się jeden z naczelnych trolli na Wykopie Krzysztof Dzong Un i jego obrzydliwe komentarze wokół Marii Andrzejczyk.

Zdecydowanie powinienem się leczyć. Tak jak i 3/4 bohaterów powieści ¯\\( ͡° ͜ʖ ͡°)

Prywatny licznik: 37/50

Fenomen

w Hydepark

17piorunów

1185 + 1 = 1186

Tytuł: Iliada

Autor: Homer

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: MG

Format: papierowa

ISBN: 9788382413397

Liczba stron: 432

Ocena: 7/10

Głupio mi przyznać, że faktyczna fabuła „Iliady” była mi wyjątkowo obca, ponieważ błędnie zakładałem zarówno czas trwania akcji (ostatnie kilkadziesiąt dni, a nie dziesięć lat), motyw z koniem trojańskim (sam koń jest wspomniany w „Odysei”, a jego dokładny opis przedstawił dopiero Wergiliusz w „Eneidzie”. I wreszcie głównym bohaterem poematu jest Achilles (nie Odyseusz), a jego czyny stanowią właściwie główny wątek w utworze. Cóż, chciałoby się napisać, że byłem głupszy od przeciętnego maturzysty, ale jak patrzę w przeszłość to mitologia grecka skończyła się w szkole podstawowej na wykuwaniu imion bogów i czytaniu tych ugrzecznionych mitów Parandowskiego. Głupio tak żyć z tym, że przez tyle lat było się chamem nieznającym kultury. Ogólnie miałem te same wrażenia co przy czytaniu „Odysei”, o której była poprzednia notka.

Mój egzemplarz „Iliady” to przekład Franciszka Ksawerego Dmochowskiego z przełomu XVIII i XIX wieku, wydany przez wydawnictwo MG. Czuć było w lekturze ten archaiczny język, przekład ten czytało się ciężej niż „Odyseję” Siemieńskiego. O moim niesmaku poziomem wydawnictwa i złości, że dałem się naciąć kupując te dwa tłumaczenia nie będę się rozpisywać, swoje uwagi podałem (w już tutaj przytaczanej) w notce o „Odysei”. Nie mogę jednak przejść obojętnie o jednym detalu, który dotyczy wyłącznie tego wydania „Iliady”. To był mądry pomysł, by na całą kartkę o wielkości mniej więcej formatu A5 dać ilustrację o wymiarach 3 na 5 cm. Może i sztucznie zwiększono liczbę stron, ale jakość ilustracji jest więcej niż zła.

Polecam przeczytanie „Iliady”, ale nie bądźcie mną i zwróćcie uwagę na przekład. Im nowszy i z przypisami tym lepiej. Zakładam, że nawet wydanie GREG-a (znienawidzonego wydawnictwa przez wszystkie znane mi polonistki) będzie lepsze od tego, czym uraczyło nas MG…

Prywatny licznik: 36/50

Fenomen

w Hydepark

19piorunów

1172 + 1 = 1173

Tytuł: Odyseja

Autor: Homer

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: MG

Format: papierowa

ISBN: 9788382413403

Liczba stron: 504

Ocena: 8/10

Trochę głupio znać „Odyseję” wyłącznie z ostatniej ekranizacji Nolana i bryków ze szkoły podstawowej, przez co wypadałoby przeczytać tę klasykę. Nie będę streszczać historii, no bo kurczę, każdy w szkole słyszał o Odyseuszu, wojnie trojańskiej, Polifemie, syrenach itd.

Czy historia robi wrażenie? Robi pomimo tego, że z grubsza znałem fabułę. Jak byliście w kinie na „Odysei” to polecam podczas lektury porównywać, co się zmieniło lub zostało usunięte z oryginału. Od razu rozwiązuje się problem z przewidywalnością fabuły.

Czytana przeze mnie „Odyseja” była w przekładzie Lucjana Siemieńskiego z 1873 roku. Przy lekturze musiałem przywyknąć do trzynastozgłoskowych wersów, ale szybko się wgryzłem, bo tłumacz zachował tempo i formę. Z drugiej strony widzę, że przekład ten ustępuje wiernością oryginałowi od późniejszych tłumaczeń, przez co większą przyjemność z lektury będzie miał wielbiciel literatury niż historyk szukający dosłowności i wierności w stosunku do oryginału. Nie przeszkadza mi to w jakimś dużym stopniu, miałem świadomość co czytam, choć troszkę mam wrażenie, że dałem się naciąć wydawnictwu, który na szybko wydało przekłady „Odysei” i „Iliady” w domenie publicznej, chcąc zarobić na popularności eposu.

Ciekaw jestem jak wypadło tłumaczenie Anny Maciejewskiej, które ukazało się w ubiegłym miesiącu. W nowej wersji Maciejewska postawiła sobie za cel jak najbliższe zachowanie możliwie bliskiej relacji między oryginałem a przekładem oraz przełożenie Homera na współczesną polszczyznę.

Polecam, ale nie popełniajcie mojego błędu i kupując własny egzemplarz wybierzcie chociażby wersję Maciejewskiej, gdzie do tłumaczenia dodano całkiem sporo dodatków, ułatwiających lekturę. Jak pisałem, nie znam jej wersji, ale opinie o jej przekładzie są dobre, albo zachęcające. Wydanie 50 zł na XIX-wieczny przekład z domeny publicznej i bezczelne pisanie na stronach tytułów, że prawa autorskie są zastrzeżone jest moim zdaniem nieuczciwą taktyką. Głupol byłem, że kupowałem w ciemno. Mimo to zachęcam do przeczytania tej luźniejszej i nieco archaicznej „Odysei” od Siemieńskiego, która broni się formą. Tylko przeczytajcie w wersji online, jest dostępna od ręki.

Prywatny licznik: 35/50

Fenomen

w Hydepark

17piorunów

1167 + 1 = 1168

Tytuł: Kurier wolności. Jan Nowak-Jeziorański

Autor: Jarosław Kurski

Kategoria: biografia

Wydawnictwo: Agora

Format: papierowa

ISBN: 9788326828553

Liczba stron: 447

Ocena: 7/10

Zaczyna się urlop to i można zacząć systematyczne nadrabianie książek.

Zakładam, że postać Nowaka-Jeziorańskiego jest powszechnie znana i nie muszę pisać, o kim jest ten biogram. I nie chciałbym, by ktoś wyprowadził mnie z błędu, bo są pewne granice ignorancji.

Kurski zapewniał, że książka ma przede wszystkim popularyzować życie i dokonania Jeziorańskiego. To zadanie zostało spełnione. Kurski nie napisał na szczęście mdłej laurki, zwrócił uwagę chociażby na trudny bohater Jeziorańskiego. Tam gdzie trzeba skrytykować poważnie to krytyka jest kierowana, tam gdzie wadę można potraktować z przymrużeniem oka to wprowadzana jest anegdota. Jednocześnie autor nie ukrywa, że znał się z Jeziorańskim, broni go na łamach książki tam, gdzie był niesłusznie atakowany (a w naszym nieszczęsnym polskim piekiełku o atak nie trudno), szanował go, do prac nad książką usiadł jeszcze za jego życia Jeziorańskiego, by tylko zdążyć podpytać o jak najwięcej szczegółów. Szacunek nie przechodzi jednak w bałwochwalstwo, Kurski parokrotnie przypomina, że odzyskanie niepodległości to zasługa wielu innych Polaków, gdzie pomogli Jeziorańskiemu. To się ceni. Zresztą bohater książki też był na tym polu uczciwy i był pod wrażeniem m.in. nieznanych nam szeregowych pracowników na kolei, portach itd., który wspierali go podczas misji kurierskich, co tylko dobrze świadczy także o Jeziorańskim.

Przeglądając opinie na lubimyczytac.pl jeden z internautów zasugerował, że nie jest to biografia, a zbiór esejów o Jeziorańskim. Coś w tym może być. Nie mamy tutaj rozdziałów ułożonych według chronologii, a tematów.

Jest jeden rozdział, który moim zdaniem nie pasuje do całości, w którym to Jeziorański robi za tło. Jest cały rozdział o relacjach Jeziorańskiego z Michnikiem, gdzie naczelny Wyborczej staje się bohaterem pierwszego planu. No niekoniecznie powinna być taka forma. Ale cóż, wszystko zostaje w Agorze. No i dla porządku muszę odnotować, że trochę zbyt dużo miejsca poświęcono naszej polskiej emigracji w USA. Tu chyba jednak nie dało by się wiele skrócić, aby zrozumieć działalność Jeziorańskiego w USA i jego lobbowanie na rzecz akceptacji Polski w NATO, no środowisko to jest tak specyficzne, że wyjaśnianie wszelkich konfliktów pomiędzy Jeziorańskim a działaczami polonijnymi wymaga szerszego kontekstu.

Pierwsze wydanie ukazało się w 2005 roku. Ja czytałem wydanie II z 2019 roku, które w zasadzie jest reprintem pierwszego (a przynajmniej nie zaznaczono poprawek i uzupełnień względem wydania pierwszego). Wydanie II zapewne ukazało się w związku z premierą „Kuriera” Pasikowskiego.

Prywatny licznik: 34/50

Fenomen

w Hydepark

21piorunów

1166 + 1 = 1167

Tytuł: 50 faktów z historii medycyny

Autor: Gill Paul

Kategoria: popularnonaukowa

Wydwwnictwo: Almapress

Format: papierowa

ISBN: 9788370206871

Liczba stron: 224

Ocena: 3/10

No, miałem napisać zupełnie coś innego i wystawić ocenę 6/10. Może zacznę od pierwotnej wersji tej recenzji:

Dziś wyjątkowo krótka notka, bo nie ma o czym pisać. Jest to po prostu sprawnie napisana książka popularnonaukowa dla takich laików medycznych jak ja. Poszczególne odkrycie lub wynalazek jest opisywany na kilku stronach. Układ rozdziałów jest chronologiczny, zaczynamy od trepanacji czaszek w neolicie, kończymy na Eboli. Sprawdza się w sam raz jak chce się poczytać coś lekkiego w poczekalni u lekarza czy w pociągu, jak chce się na szybko odświeżyć wiedzę o historii medycyny lub by przybliżyć ten temat nastoletniemu dziecku, który kończy właśnie szkołę podstawową.

No to teraz ważna aktualizacja, ale najpierw zacytuję opinię niejakiej Sofii z lubimyczytac.pl, która miała historię medycyny na studiach:

Niestety, książka zawiera momentami tak rażące błędy, że czytanie jej nie jest przyjemne. Określenie "woreczek" zamiast "pęcherzyk" to klasyk pomyłek za które wylatywało się z zajęć z anatomii. Pisane że HIV przez 20 lat jest może być uśpiony zanim da objawy świadczy o absolutnym braku pojęcia autora o przebiegu zakażenia tym wirusem. Nikt mi nie wmówi że 20 lat nic się nie dzieje i BAM! Człowiek nagle ma AIDS. Pisanie o 4 zarodźcach malarii gdy od kilku lat wiadomo ze jest ich 5. Na koniec moje ulubione zdanie: "Dzisiaj jedynymi śmiertelnie groźnymi chorobami, przeciwko którym nie istnieje szczepionka, są HIV i malaria." Ech... jakieś 2-3 lata temu zasypywano mnie informacjami o przełomowej szczepionce na malarię, która oficjalnie trafiła do Afryki niecały rok temu.... na HIV są teraz tak dobre leki że jedyną różnicą pomiędzy zdrowym a zakażonym człowiekiem jest łykanie przez tego drugiego raz dziennie jednej tabletki... a co do tych "jedynych śmiertelnych chorób bez szczepień", no cóż, myślę że Ebola, Zika, denga i cała masa innych przyjemniaczków z tropików mają na ten temat odmienne zdanie ;)

No i całą przyjemność z lektury szlag trafił, bo napakowałem sobie do głowy ciekawostki, które trzeba będzie weryfikować, bo autor paplał trzy po trzy, a polski wydawca zdecydował się takie bzdury przetłumaczyć i wydać. Ale strzeliłem gafę, biorąc się za lekturę w ciemno.

Szkoda, bo czytało się dobrze.

Prywatny licznik: 33/50

Fenomen

w Hydepark

27piorunów

1155 + 1 = 1156

Tytuł: Tomek Beksiński. Portret prawdziwy.

Autor: Wiesław Weiss

Kategoria: biografia

Wydawnictwo: Vesper

Format: papierowa

ISBN: 9788377312438

Liczba stron: 736

Ocena: 2/10

Głupio mi się przyznać do tego, że książkę kupiłem dziesięć lat temu i dotychczas nie zdołałem przeczytać jej porządnie w całości. Raz przeczytałem jakiś jeden rozdział, innym razem zabrałem się za początek, ale różne okoliczności sprawiały, że kończyłem na dwusetnej stronie, w rocznicę śmierci Beksińskiego czytałem ostatnie rozdziały, zapowiadające tragedię. Gdzieś w maju lub w czerwcu podczas maratonów z Bondami wyjąłem jeszcze raz tę książkę, by zajrzeć do rozdziałów opowiadających o pracach nad tłumaczeniem filmów. Wtedy się zawziąłem i obiecałem sobie, że książkę w końcu przeczytam. No... zacząłem w ubiegłym w niedzielę, skończyłem dzisiaj.

Coś, co miało być fascynującą lekturą i książką obnażającą nieprawdy u Grzebałkowskiej i spółki okazało się być zdradą, której ofiarą jest bohater książki. Po lekturze jestem niesamowicie wkurwiony i zniesmaczony.

Wiesław Weiss nie ukrywał, że zabrał się za książkę, bo chciał pokazać prawdziwy obraz Tomasza Beksińskiego, bo go uraził obraz Beksińskiego z reportażu Grzebałkowskiej oraz filmu Ostatnia rodzina. Książka liczy sobie ponad 700 stron (670 z pominięciem źródeł i bibliografii na końcu). Jak wyszło to demaskowanie? Do reportażu Grzebałkowskiej odniósł się... kilka razy. (Nie liczyłem, ale po kilkuset stronach, jak już pojawiło się jej nazwisko to byłem zaskoczony. Wracając pamięcią udało mi się przypomnieć o trzech odwołaniach do jej reportażu, co jest bardzo słabym wynikiem). W książce nie ma indeksu, co stanowi nie tylko utrapienie dla czytelników, chcących na szybko znaleźć informacje o wybranych osobach. Zapewne indeksu nie ma z powodów finansowych, ale indeks stanowiłby jednoznaczny dowód, że Weiss po prostu okłamał czytelników, pisząc, że rozprawi się z tymi wszystkimi mitami, które były w poprzedniej książce, filmie-reportażu czy w filmie z Ogrodnikiem.

Jakby książka nie była reklamowana podtytułem „Prawdziwa historia” to nie czepiałbym się aż tak, że Weiss zdecydował się napisać książkę wspomnieniową, która ma być laurką na cześć przyjaciela. Nie lubię laurek, ale nie marnowałbym czasu na wypożyczenie takiej książki.

Weiss bardzo po łebkach potraktował relację dorosłego Tomasza z jego rodzicami, gdzie pisał, że w sumie wszystko było dobrze, tylko Zofia była zdecydowanie zbyt opiekuńcza, Zdzisław w mniejszym stopniu też, a Tomasz po prostu miał chwilowe awantury, po których następnego dnia przepraszał. Wszystko zostało spłycone. Grzebałkowska sporo miejsca poświęciła na trudny charakter Tomasza Beksińskiego i jego ekscentryczne zachowania. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale na dobrą sprawę - po co autorka miałaby celowo wprowadzać czytelników w błąd? W pamięci zapadła mi historia (nie cytuję dokładnie, reportaż ten czytałem kilka lat temu), w której ktoś odwiedza Beksińskich, w mieszkaniu jest Tomasz i tak się chamsko odzywa do matki, że gość wprost mu powiedział, że ma się hamować, bo zasługuje na dostanie w pysk. Weiss słowem się nie odniósł do tej historii. Weiss za pił do innej historii (nie pamiętam, czy z filmu z Ogrodnikiem czy do książki), że w dniu śmierci babci Tomasz miał wypalić, że „zostało ich troje, jak Genesis”. Przypomiam sobie o tym fragmencie dlatego, że w części właściciej książki babcia (babcie? Z filmu pamiętam, że były obie) pojawia się tylko w okresie sanockim i jej relacje z Tomaszem po przeprowadzce w zasadzie nie zostały poruszone.

Zresztą, Weiss nie miał jaj, by napisać we wstępie, jak nazywają się nielubiane przez niego filmy i książka. Pisanie o „Słynnym Reportażu”, „Słynnej Książce” i „Słynnym Filmie”, gdzie oskarża się autorów tych dzieł o „plugawe treściki” itp. jest po prostu żałosnym unikiem, w którym ucieka się od oskarżeń o zniesławienie.

Po takim doborze materiałów książka przestaje być wiarygodna. Nie wiem, dlaczego Weiss ponad 80% książki poświęcił wyłącznie na historie, jakim to Tomasz był wspaniałym przyjacielem i pracownikiem, którego jedyną wadą była zbytnia ufność wobec ludzi, którzy lubili go wykorzystywać. Pisząc nie wiem mam na myśli dylemat, czy jego dawny znajomy po prostu wypierał z siebie jakieś wydarzenia lub cynicznie sporządził nowy obraz Tomasza, na którym można było sporo zarobić.

Cały okres Weissa jest przesłodzony, przyjaciele właściwie tylko dobrze mówią o zmarłym, a jak krytykują, to jego nadmierne spożywanie Coca-coli i dań kuchni azjatyckiej, bo niezdrowa dieta rzutuje na samopoczucie, co mogło sprowadzić do katastrofy. Takie to wniosku. Jak ktoś bezpośrednio źle pisze o Tomaszu to wyłącznie z racji zawiści (redakcja Rock'n'Roll, Hołdys) lub po prostu zmyśla i nie wie, o czym mówił (Knapik). Interesujące jest to, że w tej książce bardzo mało jest wypowiedzi Piotra Dmochowskiego, który popularyzował obrazy Zdzisława Beksińskiego i znał się z rodziną. Jeśli te wypowiedzi się pojawiają, to wyłącznie w formie cytatów z poprzednich reportaży czy surowych taśm archiwalnych. Nie ma ani jednej nowej wypowiedzi, specjalnie na potrzeby książki. Nawet w książce nie pojawia się sugestia, że były próby nawiązania kontaktu. Bardzo źle to świadczy o kryteriach doboru świadków.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że do tej wielkiej manipulacji dochodzi coś, co moim zdaniem stanowi jawne sku⁎⁎⁎⁎⁎⁎stwo, po którym Weiss powinien zostać personą non grata w środowisku muzycznym. W książce pełno jest „cytatów” z listów Tomasza Beksińskiego. Zwłaszcza z listów do jego partnerek. Właściwie połowa książki to relacje miłosne, tłumaczenie się poprzednich dziewczyn ze swoich decyzji, a także tłumaczenia przyjaciół, jak to partnerki Tomasza nie pasowały do niego. Słowo „cytaty” specjalnie napisałem w cudzysłowie, ponieważ owe cytaty to właściwie prawie całe listy, z drobnymi ustępami w treści. Macham już ręką na problem czy taki zabieg to już nie naruszenie praw autorskich, ale do k⁎⁎wy jasnej – list, zwłaszcza miłosny, to rzecz bardzo delikatna, poruszająca bardzo osobiste relacje pomiędzy nadawcą a adresatem. Nawet jeśli Weiss dostał zgodę od wielu poprzednich dziewczyn Beksińskiego to z szacunku do samego Beksińskiego powinien zachować treść tych listów dla siebie i uniemożliwić ich wydanie w jakiejkolwiek formie, przynajmniej na czas, gdy... nie wiem, żyją wszyscy ludzie, z którymi znał się Tomasz i gdzie nowe pokolenia mogłyby na chłodno zbadać te listy? W książce jest trochę listów, których adresatką jest partnerka Beksińskiego, która kilka lat po nim popełniła samobójstwo. Nieznane są powody jej śmierci, nie będę bawić się w analizę, bo nie jestem osobą mają do tego jakiekolwiek prawo. Zmierzam do tego, że jeden z osobistych listów, zajmujących ponad osiem stron książki (!) jest datowany na 5 listopada 1999 (niecałe dwa miesiące przed śmiercią) i mógł stanowić jakiś punkt, po którym Beksiński zdecydował się popełnić samobójstwo. Weiss nie miał moralnego prawa publikować listów o tak delikatnej treści, nie mając zgody Beksińskiego. Napluł swojego przyjacielowi do urny i zarobił na tym pieniądze. Nawet jeśli robił wszystko w dobrej wierze.

Mając „Beksińskich. Portret podwójny” Grzebałkowskiej i „Tomka Beksińskiego. Portret prawdziwy” Weissa polecę poprzedni reportaż. Nie wiem, czy Grzebałkowska zniekształciła obraz Beksińskich, nie mam na to żadnych dowodów, ale jako osoba z zewnątrz jest po prostu wiarygodniejsza.

Szkoda, że ten strasznie skrzywiony obraz został podbity przez laurkowy biogram Beksińskiego na Wikipedii (opisany w zasadzie wyłącznie na książce Weissa, przy całkowitym pominięciu "Beksińskich" Grzebałkowskiej!), który będzie przez lata stanowić punkt odniesienia dla wielu osób, którzy po raz pierwszy zainteresują się jego życiem. Smuci mnie również, że na to oszustwo nabrało się setki osób, którzy na lubimyczytac chwalą tytuł i piszą, że dopiero Weiss zrobił dobrą robotę. Absolutnie nie zależy mi, żeby teraz pisać, jaki to z Tomasza Beksińskiego choleryk, egocentryk itd., bo nie chodzi teraz o wyciąganie brudów i walenie w człowieka dla samego walenia. Nie lubię po prostu, jak nieszczere hagiografię skutecznie zakrywają bardziej skomplikowany obraz, który może być niewygodny, skomplikowany, ale uczciwszy.

Ja nie dołączam do tej błazenady chwalącej tę książkę, brzydzę się hagiografiami opakowanymi w prawdę, pustymi frazesami o odkłamywaniu historii, gdzie to odkłamywanie to wyłącznie zamiecenie pod dywan niewygodnych spraw poruszanych w poprzednich dziełach i cynicznym wyciąganiu sekretów. Co mi po tych wszystkich ciekawostkach muzycznych i filmowych, jak książka jest tak toksyczna?

Prywatny licznik: 32/50

(nie zostanę zjedzony za tag, poświęcony de facto wyłącznie ojcu Zdzisławowi?)

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fenomen

w Hydepark

22piorunów

1141 + 1 = 1142

Tytuł: Oni

Autor: Terea Torańska

Kategoria: historia, wojna

Wydawnictwo: Świat Książki

Format: papierowa

ISBN: 8371294735

Liczba stron: 720

Ocena: 5/10

Książka jest zbiorem wywiadów z komunistycznymi dygnitarzami okresu PRL, który sprawowali władzę w latach 40. i 50. XX wieku. Wikipedia podaje, że „Oni” przetłumaczono na kilkanaście języków, a w niektórych uniwersytetach znajduje się wśród lektur dla studentów nauk społecznych i politycznych. No niech będzie, chociaż źródła w artykule są słabe.

Kompletnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Największy problem? Na każdym kroku czuć, że rozmówcy „Oni” majtczakują.

Torańska w uzupełnieniu do książki sama przyznała, że po latach nie napisałaby książki w ten sposób. Wszyscy rozmówcy usprawiedliwiają swoje decyzje, obrażają się, jak Torańska nie zgadza się z czymś, w przypadku Julii Mincowej byłem zażenowany jej wyjątkowo niskim poziom inteligencji i jestem pełen podziwu dla cierpliwości Torańskiej. Wszelkie relacje o początkach kariery komunistów, doświadczeniach z II wojny światowej i życiu prywatnym rzecz jasna należy odebrać z wyjątkową rezerwą. Część historii mogła być z premedytacją przeinaczona podczas wywiadu, inne po prostu spłowiały po kilkudziesięciu latach. Z drugiej strony Torańska zbyt słabo wierciła dziurę w brzuchu, zdecydowanie poświęcając zbyt dużo czasu na wspomnienia o partyzantce, trudach wojennych, prywacie, relacjach z innymi komunistami, a nie na samych czynach.

Skalę sensacji, jaką ta książka wywołała w drugim obiegu uważam za wyolbrzymioną. Rozumiem, że mógł zaskoczyć sam fakt, że wybrani komuniści zgodzili się na taką rozmowę, ale z samych rozmów niewiele wynika: tu jeden wyraża swoje zdanie o innych, tu wypiera się udziału w jakiś zbrodniach, tu usprawiedliwia się swoją uległość wobec ZSRR itd. Nic specjalnego. To że komuniści są cyniczni, ulegli i ubodzy intelektualnie? Szok, zwłaszcza dla ponad 30 milionów Polaków, którzy wiedzieli o tym od dawna. Dobór rozmówców? No pogrzebiemy po śmietniku historii tych, którzy zdążyli się skompromitować, damy im ostatnią szansę i posłuchamy, co mają do powiedzenia.

No ale książka stanowiła sporą sensację i jak ktoś interesuje się historią powojenną to powinien przeczytać tę książkę. Nie dlatego, że treść tych wywiadów jest interesująca, tylko dlatego, że Torańska pokazuje palcem setki dowodów na kłamstwa i manipulacje ludzi, który po wojnie budowali totalitarny kraj. Na studiach historycznych pojedyncze fragmenty (zwłaszcza z Bermanem) należy obowiązkowo omawiać, by pokazać mechanizm władzy i mentalność komunistów. Nie mniej czytanie przez ponad pięćset stron, jak komuniści wybielają się ze swoich czynów po prostu nuży. Do tego stopnia, że książkę czytałem przez trzy miesiące, podczas gdy międzyczasie przeczytałem kilkanaście innych tytułów, znacznie ciekawszych lub potrzebniejszych.

Prywatny licznik: 31/50

Fenomen3piorunów

Uzupełnienie do recenzji: ma tę świadomość, że Torańska wykazała się sporą odwagą, bo jednak rozmowy przeprowadzono w latach 80., gdy Polska była wpółtotalitarnym krajem i takie rozmowy mogły być odebrane bardzo źle. Tego absolutnie nie odbieram i jestem pełen szacunku za odwagę. Tylko niestety nie dostrzegam w tym zadaniu sensu. Wydaje się być, że książka z góry była skazana na pisanie pod tezę 😒

Fenomen

w Hydepark

18piorunów

1113 + 1 = 1114

Tytuł: W hołdzie Katalonii

Autor: George Orwell

Kategoria: wojenna

Wydawnictwo: Atext

Format: papierowa

ISBN: 8385156003

Liczba stron: 231

Ocena: 6/10

Książka ta to zbiór wspomnień, tudzież reportaż, Orwella, który walczył w hiszpańskiej wojnie domowej. O konflikcie pisał z punktu widzenia lewicowego działacza w oddziałach POUM (Robotniczej Partii Zjednoczenia Marksistowskiego), który spostrzega, że za wojenno-rewolucyjną retoryką kryje się rywalizacja ugrupowań, które walczą z faszystami. „W hołdzie Katalonii” stanowi cezurę, po której Orwell zaczął rozprawiać się z totalitaryzmami.

Nie jest to oczywiście „Rok 1984” czy „Folwark zwierzęcy”, te dwa utwory to zupełnie inna kategoria literatury. „W hołdzie Katalonii” to książka w miarę ciekawa, chociaż a) przedstawione w niej wioski to w zasadzie zalążki tego, co później Orwell rozwinął we wspomnianych utworach b) ukazane absurdy wojny były mi mniej lub bardziej znane w nieco innych formach i w innych powieściach lub opracowaniach historycznych c) książka momentami była dość sucha. Być może ostatnie zastrzeżenie to „zasługa” tłumacza. Posiadany przeze mnie egzemplarz książki pochodzi z 1990, wydawca na tylnej okładce chwali się, że to pierwsze oficjalne wydanie w Polsce. Podejrzewam, że wydawca niespecjalnie zadbał o jakość, chcąc jak najszybciej wydać wcześniej zakazaną książkę.

Prywatny licznik: 30/50

Fenomen

w Hydepark

33piorunów

1091 + 1 = 1092

Tytuł: Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie

Autor: Piotr Zychowicz

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Alfa

Format: Rebis

ISBN: 9788380626133

Liczba stron: 512

Ocena: 1/10

Poniższa recenzja będzie jednocześnie zawierać moje prywatne poglądy na temat powstania i innych tematów pokrewnych, do których odwoływał się Zychowicz. Same poglądy Zychowicza nie mają wpływu na tak niską ocenę książki, powody wystawienia jedynki znajdują się na samym końcu. Będzie dużo, wobec czego gdyby coś wydawało się niejasne, proszę o sygnał.

W trwającej właśnie mojej serii lektur poświęconych powstaniu warszawskiemu nie mogłem ominąć „Obłędu ’44” Zychowicza. Wypożyczając tę książkę z biblioteki doskonale zdawałem sobie sprawę, na co się pisze. Wiedziałem, że Zychowicz ma bardzo krytyczne stanowisko wobec Powstaniu Warszawskiemu. Też jestem świadomy stylu, w jakim prowadzi dyskusję. Wiem, czemu Zychowicz ma tak złe zdanie o powstaniu, ale czy jego zaangażowanie brzmi wiarygodnie?

To będzie spoiler, ale chyba umowny: spora część rodziny Zychowicza przeżyła powstanie, to wydarzenie jawiło im się jako koszmar i nie dziwi mnie, że Piotr Zychowicz wyniósł taki pogląd z domu. Problem jednak polega na tym, że przez lwią część książki Zychowicz po prostu atakuje wszystkich: Bora-Komorowskiego, Chruściela, Okulickiego, Armię Krajową jako całość, Polskę i nas Polaków. Wiem, że człowiek w nerwach potrafi napisać, że "Polacy to najgłupszy naród Europy", ale wyjątkowo głupim lub podłym wydaje mi się opluwać wszystkich na chłodno, podpisywać się tym swoim imieniem i nazwiskiem i zarabiać niemałe pieniądze (30 tys. sprzedanych egzemplarzy „Obłędu ’44” w pierwszych tygodniach!). Zychowicz miewa rację pisząc, że Polacy są impulsywni i zbytnio ufają obcym mocarstwom, ale ręce mi opadają jak zasugerował, że w historii Polski najlepszym okresem było panowanie Jaggielonów i ogólnie gdy nie Litwini to nasza historia potoczyłaby się jeszcze gorzej. Walenie jednak po Polsce i Polakach na każdej stronie jest po prostu męczące i obraźliwe. Autor czasem napisze o bohaterskiej postawie samych szeregowych powstańców, Sosnkowskim, Grocie-Roweckim ceniąc jego przenikliwość i ostrożność (z tym drugim się nie zgadzam, bo Rowecki jako lider Polskiego Państwa Podziemnego wykazywał się dość lekkomyślnym stosunkiem do swojego bezpieczeństwa, ułatwiając kilku zdrajcom wydanie go Niemcom) czy też innej postaci z naszej historii, ale to nie brzmi wiarygodnie, to wygląda jak łatka, przykrywająca niechęć do własnego kraju.

Sam uważam powstanie za przegrane militarne, ale (wbrew opinii Zychowicza) szok, jakim okazała się cena powstania, był na tyle duży, że w następnych latach „Solidarność” mająca w pamięci koszt wojny była świadoma, że jak pozwoli sobie na wiele to sprowadzi do Polski czołgi radzieckie, które powtórzą hekatombę. Zychowicz odrzuca ten pogląd sugerując, że 1980 nie ma nic wspólnego z 1944 i jeszcze rozwija ten pogląd o dygresję, że w ogóle komunizm upadł wyłącznie za sprawą Reagana, który narzucił agresywne tempo zbrojeń z ZSRR. No dzisiaj po faktach każdy jest mądry, ale w 1980 sam miałbym w głowie, że Rosjanie nie będą się patyczkować i skoro zaatakowali Afganistan to i nas zaatakują, mogąc zrobić z każdego miasta drugą Warszawę. Czy można było uniknąć powstania? Do dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, obawiam się, że to i tak by wybuchło, choćby była to samowola powstańców.

Zychowicz obficie dyktuje, po jakiej stronie Polska powinna opowiedzieć się podczas wojny. Nie podzielam jego poglądów co do relacji z Niemcami. Nie znam treści jego poprzedniej książki, tj. „Paktu Ribbentrop-Mołotow”, ale domyślam się, że w „Obłędzie” się powtarza. Generalnie Zychowicz uważa, że sojusz z Niemcami sprawiłby, że Polska nie zostałaby tak zniszczona, nie doszłoby do zniszczenia Warszawy (dygresja: zdaniem Zychowicza bardzo ładnego, czego też nie podzielam, gdyż miasto było ładne tylko na zdjęciach. Prawdziwa Warszawa to nędza społeczna), czy też nie doszłoby do mordów na Wołyniu (sic! Zychowicz kompletnie nie rozumie relacji polsko-ukraińskich, które doprowadziły do tego nieszczęścia). Cóż, przed wojną Niemcy widzieli w nas wroga, może co najwyżej szanowali Piłsudskiego, ale po jego śmierci od razu ujawnili swoje stanowisko co do nas. Podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow i wspólne zaatakowanie ZSRR mogło by nic nie dać. Skoro III Rzesza potrafiła zerwać pakt z ZSRR to co by jej szkodziło po opanowaniu Białorusi zaatakowanie Polski z dwóch stron, zwłaszcza gdybyśmy byli wykrwawieni po walach na Białorusi i Ukrainie? I czy Ukraińcy omamieni propagandą sowiecką i obietnicą niepodległej Ukrainy nie doprowadziliby do mordów na Wołyniu wcześniej?

Tyle alternatywna historia, skoro Zychowicz ją stosuje to i ja się pobawię. Ale nadmierna wiara w Niemców po prostu boli, zwłaszcza że jako Pomorzanin doskonale pamiętam, że kilka tygodni po wybuchu wojny w zbrodni pomorskiej Niemcy zamordowali ponad 50 tys. Polaków, w większości przedstawicieli klas wyższych i elit intelektualnych. W następnych miesiącach na Pomorzu terror był niewyobrażalny, Niemcy śmiało stosowali odpowiedzialność zbiorową, gdzie za „działalność przestępczą” cała rodzina była wysyłana do obozu koncentracyjnego. A teraz paradoks. Sny Zychowicza o Polakach walczących z Niemcami bardzo się ziściły właśnie na Pomorzu. Jak Niemcy zmuszali Polaków do wcielania się do Wehrmachtu. Kto mógł to uciekał i jako dezerter zasilał Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, „wnosząc w posag” broń zdobyczną. Ale nie wszyscy mieli to szczęście i część Polaków zginęła jako żołnierze Wehrmachtu pod Monte Cassino czy Stalingradem. Na Pomorzu Sowieci uchodzili za dzikusów, ale zdecydowanie byli mniejszym złem, gdyż nie stosowali takiego terroru jak Niemcy. Tyle, jeśli chodzi o natarczywe pisanie przez Zychowicza, że ZSRR to zło wcielone, a chwała należy się Narodowym Siłom Zbrojnym, bo pod koniec wojny zawarły taktyczny sojusz z Niemcami.

Nie będę negować poglądów Zychowicza na temat dowódców AK, bo ich decyzje podczas powstania nie były dobre. Tylko no tak jak pisałem, dzisiaj po czasie wszyscy są mądrzy i nie czuję się na tyle pewny, by kogokolwiek atakować personalnie i za konkretne czyny. Powiem więcej, pisząc "ich decyzje podczas powstania" to w rzeczywistości "podzielam ogólny pogląd historyków, którym w tej sprawie ufam i wierzę, że ich poglądy mają oparcie w faktach". Ale gdybym poświęcił cały rok na studiowanie całej dostępnej literatury i podjęcie jednoznacznej dyskusji, to hamowałbym język, pisząc ostrożniej.

Ocenę jednak zacząłbym od opisania nastrojów społecznych. Bo o tych Zychowicz nigdzie nie wspomina. Atakując wszystkich właściwie nigdzie nie poruszył tego temu, nie uwzględnił go w ocenie. Brak ten dyskwalifikuje książkę. W tym miejscu esej historyczny staje się pamfletem.

Styl, jakim jest napisana ta książka, jednoznaczne oceny, pomijanie wielu czynników, mających wpływ na powstanie czy historię Polski podczas wojny w ogóle skreślają tę książkę. Do tego dorzucam całkowity brak przypisów. Jest bibliografia, ale przy tak kontrowersyjnych poglądach wydaje mi się konieczne jasne zasygnalizowanie, skąd autor czerpał wiedzę. Bez przypisów uważny czytelnik może oskarżać Zychowicza o celowe manipulacje, byle tylko teza się zgadzała. Nie interesuje mnie, że esej nie wymaga przypisów, jeśli oskarżamy kogoś o coś najgorszego to oczekuję jednoznacznych dowodów.

Zychowicz żerując na sensacjach nie jest historykiem tylko populistą i demagogiem, dokonujących znacznych szkód w polityce historycznej. Niech ma swoje poglądy, tylko niech nauczy się je głosić na spokojnie, z jednoznacznymi dowodami i w szerszym zakresie. Niestety krytyka ze strony historyków nie przyczyniła się do zmiany stanowiska Zychowicza. Temu nadal dobrze jest być Stanowskim badań historycznych. Szkoda tylko, że na ten cynizm nabiera się tysiące Polaków, gotowych kupić jego najnowszą książkę. Ja tymczasem poczekam, aż ukaże się inna książka o podobnej tematyce, ale napisana na chłodno.

Prywatny licznik: 29/50

GURU11piorunów

Moim ulubionym epizodem tego świetnie zaplanowanego powstania jest akcja, jak oddział na samym starcie bez podjęcia walk uznał, że nie ma sił na jakiekolwiek działania zaczepne, po czym zacząć odwrót do Lasów Chojnowskich, a podczas ewakuacji został zdziesiątkowany w podwarszawskiej wsi gdzie sam wpadł na niemiecki garnizon.

PW rozpoczęła decyzja dowódców. Nie nastroje społeczne. Decyzja była absurdalna, opierająca się na życzeniowym myśleniu. Oczywiście nie czyni to tez Zychowicza mądrzejszymi.

Inspirator7piorunów

@BapitanKomba

że w następnych latach „Solidarność” mająca w pamięci koszt wojny była świadoma, że jak pozwoli sobie na wiele to sprowadzi do Polski czołgi radzieckie

Myślę że przeceniasz wpływ jaki miało to na „Solidarność”, raczej bardziej wpłynęła na to Praska Wiosna i operacja Dunaj z '68.

Generalnie Zychowicz uważa, że sojusz z Niemcami sprawiłby, że Polska nie zostałaby tak zniszczona, nie doszłoby do zniszczenia Warszawy

Jest tutaj ziarno prawdy - tak na chłodno patrząc to w tym scenariuszu Polska miała największe szanse na przetrwanie i ugranie czegoś, ale raczej wymagałoby to akceptacji dużych ustępstw (pogodzenia się np. z utratą pomorza) oraz wyczucia politycznego. Obydwu rzeczy nie widzę patrząc na międzywojenną elitę polityczną. Nie mówiąc już o tym że tak nie na chłodno to nie byłby kraj który chciałbym widzieć jako swoją ojczyznę.

Cóż, przed wojną Niemcy widzieli w nas wroga, może co najwyżej szanowali Piłsudskiego, ale po jego śmierci od razu ujawnili swoje stanowisko co do nas. Podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow i wspólne zaatakowanie ZSRR mogło by nic nie dać. Skoro III Rzesza potrafiła zerwać pakt z ZSRR to co by jej szkodziło po opanowaniu Białorusi zaatakowanie Polski z dwóch stron

Zauważ że w przypadku gdy zakładamy sojusz z III Rzeszą, jest to scenariusz w którym wykorzystujemy to do "dopakowania" armii jako front przeciw ZSRR. W takim wypadku Niemcy raczej przenieśliby ciężar na front zachodni i kolonie, a Polska miałaby czas na ogarnięcie się militarnie na tyle żeby nie byłoby to tak łatwe. A zakładając wczesny wpierdol dla ZSRR i silniejszą polską armię to możliwości geopolityczne są całkiem niezłe.

Fenomen0piorunów

@poprostumort 1) No, nie pomyślałem o praskiej wiośnie, chociaż zdarzało mi się w innych miejscach czytać zestawienia 1944 z 1980, więc zostaję przy swoim zdaniu, przy zaznaczeniu, że wpływ na wydarzenia mógł mieć 1968 czy też 1956 (Budapeszt). 2+3) Zostaję przy swoim zdaniu, sojusz z Niemcami nie przyczyniłby się do poprawy naszej sytuacji. Równie dobrze Beck mógłby oddać Gdańsk i zgodzić się na autostradę, po czym Niemcy mogliby zerwać wszystkie umowy i mając już wybudowaną drogę i miasto zażądać czegoś więcej lub po prostu nas zaatakować. Oczywiście też mogłoby być tak, że Polska dostałaby szansę dozbroić się, miałaby przez chwilę spokój na zachodzie, ale skoro Niemcy zaatakowali ZSRR, swojego sojusznika, to czemu nie mieliby zrobić tego samego z Polską? I tak i tak doszłoby do wojny. Analizowanie, co byśmy stracili, mija się z celem.

Pokaż więcej komentarzy (23)

Fenomen

w Hydepark

18piorunów

1081 + 1 = 1082

Tytuł: Dni walczącej Stolicy

Autor: Władysław Bartoszewski

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Alfa

Format: książka papierowa

ISBN: 8370012833

Liczba stron: 376

Ocena: 7/10

Dni walczącej Stolicy to zapis sześćdziesięciu siedmiu audycji dokumentalnych poświęconych Warszawie powstańczej. Z tego co przeczytałem audycje te emitowano w Radiu Wolna Europa w 1984 roku (i być może w Polskim Radiu w 1981, ale informację mam z lubimyczytac.pl, gdzie chyba mamy przeklejony opis wydawcy). Sama książka po raz pierwszy ukazała się w 1984 roku w Londynie oraz w Warszawie, w drugim obiegu, pierwsze polskie oficjalne wydanie ukazało się w 1989 roku z okazji 45-lecia wybuchu powstania (tę miałem w dłoniach), kolejne w latach 2004 i 2008.

Książka zawiera bardzo dużo treści, a w swojej formie powinna być traktowana jako kronika, do której można wracać w miarę potrzeby. Nie ma co jej czytać od początku do końca, ilość informacji jest tak duża, że łatwo może przytłoczyć czytelnika. Sama treść jest różnie zabarwiona, nie ma tutaj suchej relacji tylko wyraźne przeżycia Bartoszewskiego, który walczył w powstaniu.

Czy pozycja obowiązkowa dla każdego interesującego się powstaniem warszawskim? Zdecydowanie tak. Czy pozycja warta przeczytania od deski do deski? No... chyba jednak nie, "Dni walczącej Stolicy" to raczej kronika-podręcznik, stanowiący dobry punkt zaczepienia do dalszych badań i lektur.

Prywatny licznik: 28/50

Fenomen

w Hydepark

21piorunów

1060 + 1 = 1061

Tytuł: Tajemnicza rana. Mit czołgu-pułapki w powstaniu warszawskim

Autor: Łukasz Mieszkowski

Kategoria: historia, reportaż

Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.

Format: książka papierowa

ISBN: 9788328009974

Liczba stron: 223

Ocena: 8/10

13 sierpnia 1944 roku przy ul. Jana Kilińskiego na warszawskiej Starówce doszło do wybuchu zdobycznego czołgu. W maszynie została ukryta bomba. Niemcy w swoim perfidnym planie pragnęli zrobić krzywdę powstańcom, z którymi nie dawali sobie rady w walkach ulicznych. W eksplozji zginęło ponad 500 osób, żołnierzy i cywili, którzy świętowali zdobycie czołgu.

Tak brzmi mit. A teraz recenzja książka, stanowiąca jednocześnie dekonstrukcję całej opowieści:

Podjęte przez Łukasza Mieszkowskiego zadanie było trudne, mając na uwadze, że (przy pewnym uproszczeniu) zgodne z prawdą była tylko: data, miejsce eksplozji oraz samo istnienie bomby. Wszystko inne, łącznie z samą maszyną czy też pogodą (!) nie miało miejsca lub zostało znacznie zniekształcone. Źródeł, pozwalających jak najwierniej odtworzyć przebieg wydarzeń, było mało, zaś same wspomnienia świadków w jakiś stopniu uległy zniekształceniu. Wreszcie na kształt mitu nakłada się tradycja, żywa do dzisiaj.

Książka jest dobrze napisana, autor po przedstawieniu samej historii konsekwentnie obala poszczególne elementy mitu, wreszcie dokonuje nowej rekonstrukcji, by zaraz potem… podjąć się kolejnej analizy, tutaj odbioru katastrofy wśród współczesnych, gdzie mit musi zderzyć się z rzeczywistością. Ostatni rozdział to taki dodatek dla miłośników militariów, poświęcony historii Borgwardów, które prawie zawsze były niewypałami. „Prawie”, bo ten jeden raz maszyna dokonała znacznych szkód. Cały tytuł zaliczam do reportażu, choć w sumie bardzo blisko jest jej do pełnoprawnej monografii naukowej.

To jak z tym „czołgiem” było? Czołgiem okazał się być transporter ładunków wybuchowych Borgward (nie wiem, czy „transporter” to prawidłowa nazwa tej maszyny; Wikipedia nazywa go „nosicielem”, choć ta sama zdaniem autora książki termin ten razi niezręcznością), liczba ofiar wynosiła ok. 300 (do ok. 500 podbiła propaganda komunistyczna), winę zaś w różnym stopniu ponoszą i Niemcy i Polacy. Zapewne większość z was domyśla się, jakie błędy popełnili powstańcy, ale wniosek końcowy może zachowam dla siebie lub przedstawię w zaspoilerowanym komentarzu, by nie zdradzać wszystkiego i nie psuć lektury tym, którzy chcieliby przeczytać reportaż.

Normalnie byłaby ocena 7/10, ale doceniam wszelkie próby dekompozycji mitów historycznych, przez co ocenę podnoszę o jeden punkt.

Prywatny licznik: 27/50

Fenomen

w Hydepark

16piorunów

1044 + 1 = 1045

Tytuł: Bitwa o prawdę. Historia zmagań o pamięć powstania warszawskiego 1944–1989

Autor: Jacek Zygmunt Sawicki

Kategoria: historia, naukowa

Wydawnictwo: DiG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788371813665

Liczba stron: 230

Ocena: 8/10

Krótko, bo tytuł książki zdradza zawartość. „Bitwa o prawdę” stanowi studium o pamięci i zmaganiach społeczeństwa z komunistami o pamięć o powstaniu warszawskim. Opis książki na tylnej okładce wskazuje, że autor jako pierwszy poruszył ten temat. Wierzę na słowo, że jest to faktycznie pierwsze całościowe opracowanie naukowe na ten temat.

Książka jest monografią naukową, ale napisaną sprawnym językiem. Rzecz jasna w tego typu publikacjach pełno będzie szczegółów, ale sam temat książki nie wydaje mi się specjalistyczny, wobec czego mogę polecić ten tytuł wszystkim, interesującym się historią współczesną.

Prywatny licznik: 26/50

Fenomen

w Hydepark

17piorunów

1040 + 1 = 1041

Tytuł: Zwyczajni '44. Ludność cywilna w powstaniu warszawskim

Autor: Agnieszka Cubała

Kategoria: historia, reportaż

Wydawnictwo: Wielka Litera

Format: książka papierowa

ISBN: 9788383601182

Liczba stron: 318

Ocena: 5/10

Książka stanowi zbiór relacji kilkunastu osób, którzy podczas powstania warszawskiego pozostali w stolicy, nie biorąc jednak bezpośredniego udziału w powstaniu. Do książki dołączono również wprowadzenie, przybliżające ogólną sytuację ludności cywilnej podczas powstania, jak i również rozmowę z dr. Pawłem Ukielskim (zastępcą dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego), który w rozmowie z autorką wyjaśnia, dlaczego udział ludności cywilnej przez lat nie był przedmiotem badań historyków.

Mam problem z tą książką. Z jednej strony sprawnie się ją czyta, zawiera wiele ciekawych informacji, ale z drugiej biorąc książkę w ciemno spodziewałem się raczej ogólnego popularnonaukowego opracowania, a nie zbioru sylwetek osób, którzy przeżyli powstanie. Formę książki mogę zaakceptować, ale nie mogę przejść obojętnie nad doborem postaci, gdyż zdecydowana większość historii poświęcona jest elicie intelektualnej ówczesnej Polski lub tym, którzy dołączyli do tej elity po wojnie. Miłosz, Hłasko, Tatarkiewicz, Andrycz, Waldorff, Lipiński, Mancewiczówna... W porządku, relacje są interesujące, ale przy takim doborze osób książka powinna mieć inny tytuł i skupiać się wyłącznie na tych znanych Polakach, którzy spisali swoje wspomnienia z powstania. Przedstawiciele pozostałych warstw społecznych zostali opisani bardzo marginalnie. Albo idziemy w jedną stronę i poświęcamy uwagę tylko intelektualistom i sportowcom, albo bilansujemy książkę i o wiele większą wagę poświęcamy relacjom przedstawicieli innych grup społecznych. W dodatku część historii przypomina noty biograficzne, gdzie powstanie warszawskie jest wyłącznie epizodem.

Autorka książki nie ukrywa, że emocjonalnie podchodzi do tematu. We wstępie do każdego rozdziału wyjaśnia, dlaczego opisuje tę właśnie postać i jaki z nią ma związek. Zakładam, że część osób pewnie byłaby zdegustowana, że autorka zbyt dużo uwagi poświęca sobie samej. Mnie te wstępy aż tak nie raziły, choć gdybym to ja był autorem książki, to w pełni usunąłbym się w cień.

Pomimo emocjonalnego podejścia autorka konsekwentnie pisze o „powstaniu warszawskim”, a nie „Powstaniu Warszawskim”, co traktuje jako zdecydowany plus. Jestem pełen podziwu i szacunku do powstańców, ale emocji nie przelewam na ortografię i wbrew panującej ipenizacji wszystkie nazwy wydarzeń historycznych konsekwentnie piszę małą litera i chwalę tych historyków, którzy również zwracają uwagę na ortografię.

Cóż, szkoda, bo temat ważny i interesujący.

Prywatny licznik: 25/50

Fenomen

w Hydepark

26piorunów

1031 + 1 = 1032

Tytuł: Limes inferior

Autor: Janusz A. Zajdel

Kategoria: fantastyczno-naukowa

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: książka papierowa

Liczba stron: 274

Ocena: 7/10

Trochę dziwnie się streszcza powieść Zajdla wiedząc, że jest on top pisarzem i każdy śledzący tego typu akcje czytelnicze na pewno zna chociaż z recenzji fabuły jego powieści, ale dla zasady to streszczenie będzie. Akcja powieści jest osadzona w Argolandzie. Głównym bohaterm jest Sneer, lifter, czyli osobą, którą za stosowną opłatą pomaga innym w przejściu testów na inteligencję, co pozwala im na awans społeczny. Sneer dostrzega, że obowiązujący system klasyfikacji nie ogranicza się do skali zero-sześć, a ci najzdolniejsi tworzą kolejne klasy.

Książka to w zasadzie satyra z Polski późnogierkowskiej, tylko osadzonej w świecie fantastyczno-naukowym. Przeczytałem, doceniam pomysł, chociaż styl Zajdla nie do końca przemawia do mnie i raczej nie wrócę. Ale nie żałuję lektury.

No dobrze, faktem jest, że książkę wypożyczyłem z biblioteki, bo tydzień temu widziałem fragment powieści w przychodni lekarskiej, który pasuje do czasów nam współczesnych:

– Która klasa? Co dolega?

– Szósta. Mam ostre bóle głowy i

– Pije pan?

– Nie.

– Pali.

– Tak.

– Dużo?

– Dwadzieścia dziennie.

– Za dużo. Jak pan przestanie palić, proszę się zgłosić. Pięć punktów. Następny.

()

W ciągu kilki minut za drzwiami nie było już nikogo.

Prywatny licznik: 24/50

Fenomen

w Hydepark

19piorunów

1012 + 1 = 1013

Tytuł: Samolubny gen

Autor: Richard Dawkins

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Prószynski i S-ka

Format: książka papierowa

Liczba stron: 493

Ocena: 8/10

Autora nie muszę przedstawiać, książka wydaje mi się również jest znana większości znać. Popularnonaukowe opracowanie dotyczące zagadnienia ewolucji. Książka doczekała się kilku wznowień, moje wydanie to tłumaczenie wersji z 2006 roku, polskie tłumaczenie ukazało się w 2024. Widziałem, że Prószynski i S-ka wcześniej wydał tę książkę, ale nie sprawdzałem, z jakiego roku to wydanie.

„Samolubny gen” to termin wyrażający hipotezę przyjmującej jednostkę doboru naturalnego jako gen. Sam przymiotnik „samolubny” wzbudził nieco zamieszania, stanowi wyłącznie metaforyczne opisanie sposobu działania. Właśnie na łamach tej książki Dawkins wprowadził do naszego słownika pojęcie memu, jednostki informacji kulturowej, przypominającego gen, stanowiący jednostkę ewolucji biologicznej.

Książka jest dobre napisania, Dawkins ma talent popularyzatorski. Lepiej się czytało „Samolubny gen” niż „Boga urojonego”, który chyba został napisany wyłącznie dla prowokacji.

który choć był bardzo bliski mojemu poczuciu humoru i zachwycał mnie erudycją, to jednak celowo wzbudzał kontrowersje, a Dawkins wychodził na zarozumiałego dupka nierozumiejącego specyfiki religii pod kątem społecznym. Zdecydowanie bardziej wolę go jako w miarę stonowanego ewolucjonistę w „Samolubnym genie”.

Nie będę ukrywać, że jako laik w świecie nauki wiele rzeczy mogło mi umknąć po lekturze, ale mam najnowsze polskie wydanie na własność, więc w wolnych chwilach będę mógł sobie wracać do książki i odświeżać wiedzę.

Prywatny licznik: 23/50

Gruba ryba1piorunów

@BapitanKomba Z trgo Co Wiem książka już jest naukowo nieaktualna.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fenomen

w Hydepark

17piorunów

976 + 1 = 977

Tytuł: Ewangelia Filipa

Autor: Jean-Yves Leloup (główny autor), Ewa Mickiewicz (przekład)

Kategoria: religijne

Wydawnictwo: Purana

Format: książka papierowa

Liczba stron: 167

Ocena: 3/10

W ubiegłym tygodniu, jadąc do Szczecina, znalazłem na półeczce z bookcrossingiem "Ewangelię Filipa". Nic nadzwyczajnego, wiem, że na tej półce od lat adwentyści, katolicy i świadkowie Jehowy rywalizują ze sobą w dostarczaniu książek religijnych. O apokryfach troszkę czytałem, wiedziałem, czym są one, jak należy je rozumieć itd., ale jakoś nie miałem okazji przeczytać żadnego takiego utworu. No to pożyczyłem sobie książkę, planując po jej lekturze odnieść ją na półkę na dworcu.

Autorem opracowania jest Jean-Yves Leloup, francuski duchowny... prawosławny. Ciekawe połączenie. Za przekład książki odpowiada zaś niejaka Ewa Mickiewicz. Książkę poprzedza wstęp, który z grubsza przybliża historię apokryfu. Część właściwą stanowi treść ewangelii w języku koptyjskim (lewa strona) i jego polski przekład po prawej.

Nie potrafię potwierdzić, czy pani Mickiewicz tłumaczyła z francuskiego czy tekst Ewangelii tłumaczyła bezpośrednio z koptyjskiego. Podejrzewam, że jest to przekład przekładu francuskiego, ale nie mam jednak na to dowodów. Przetłumaczona Ewangelia nie ma stylu biblijnego, sam tekst jest bardzo suchy i przypomina słabo zredagowany katechizm (czym istocie była owa Ewangelia). Razi brak przypisów do problematycznych fragmentów, które wyjaśniłyby co trudniejsze, dwuznaczne rzeczy.

Jeśli ktoś interesujące się apokryfami lub historią Biblii to raczej powinien kojarzyć Ewangelię Filipa, która jest równie znanym apokryfem jak Ewangelia Judasza, Ewangelia Tomasza czy Księga Henocha. Ewangelia Filipa zasłynęła opisem relacji między Jezusem a Marią Magdaleną. No, jest tam wpleciony taki wątek, ale sam fragment był tak suchy, że w zasadzie go przeczytałem bez zainteresowania.

Wydawcą książki jest niejaka Purana, oferująca głównie książki o zdrowiu i rozwoju osobistym. Obecność w ich wydawnictwie książki o tematyce religijnej odbieram wyłącznie jako słabą próbę zarobienia na sensacji, gdzie można głosić "prawdę wielką" o Ewangelii opisującej romans Jezusa.

Jakość wydania jest dość słaba i w zasadzie nie polecam tego konkretnie przekładu. Gdyby książka była grubsza, rzuciłbym ją w kąt zapominając, że na wypożyczonym egzemplarzu ktoś napisał "7. Nie kradnij.", "7a. Zostaw, niech czytają inni!", "Własność SB" i wreszcie "Sowa z Grudziądza tu był!". Na okładce jest również nabazgrane "Naznaczona boskością". Nie ukrywam, podpisy wzbudzają we mnie większe zainteresowanie - czyja to książka, jak ona krąży, kto ma jakie przemyślenia. Dopiszę się do tego łańcuszka, niech coś po mnie zostanie.

Prywatny licznik: 22/50

Fenomen

w Hydepark

22piorunów

872 + 1 = 873

Tytuł: Cosmopolis

Autor: Ella Hyciek

Kategoria: poezja

Wydawnictwo: Nauczycielki Klub Literacki Biblioteka NKL nr 127

Format: książka papierowa

Liczba stron: 233

Ocena: 1/10 + status Rezydenta Wojewódzkiego Szpitala Zdrowia Psychicznego im. dr. Józefa Bednarza w Świeciu

Nie wiem jak to się stało, że książka ta trafiła w moje ręce. Jeśli pamięć mnie nie myli, tytuł ten podrzuciła mi koleżanka z pracy, który robiła porządki w bibliotece i chciała oddać ten tytuł do bookcrossingu. Dała mi plik książek do przeglądu, ja z ciekawości wyłuskałem sobie ten tytuł, bo zainteresowały mnie wplecione pomiędzy wiersze w języku polskim ich tłumaczenia po angielsku, niemiecku, francusku, włosku, hiszpańsku, rosyjsku, japońsku, esperanto, słowacku, słoweńsku i litewsku. Tak. Wiedziałem doskonale, że to może być coś potężnego, skarb, którego nie znajdziesz wypatrując go z góry, lecąc na wielkim paździerzolocie. Takie rzeczy trzeba odkopać. A że to, co miało być fragmentem starożytnej amfory okazuje się być fragmentem rury PCV nie odbiera radości z poszukiwań.

Zbiór wierszy "Cosmopolis" (z podtytułęm Książka dla Europy 2016) napisała Ella Hyciek, poetka i malarka żyjąca w Niemczech i we Francji, ale zawsze z tęsknotą wracająca do Torunia. Nie znam się na malarstwie, ale wydaje mi się, że jest pionierką jakiegoś nieznanego mi z nazwy kierunku, łączącego kolaże z grażynacore'm. Od 1991 coś pisze, recenzowana tu książka została wydana w 2009 roku. "Cosmopolis" miało promować Toruń, ubiegający się wówczas o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Aby zwiększyć zasięg, wybrane wiersze przetłumaczono na różne języki. Nie wyszło, Toruń przegrał z Wrocławiem. Został jednak zbiór wierszy wychwalających Toruń. I marszałka województwa kujawsko-pomorskiego Całbeckiego, ale o nim za chwilę.

Liczba pochwał skierowanych w stronę Torunia jest przeciw proporcjonalna do liczby kropek i rymów. Tych pierwszych jest jak na lekarstwo, te drugie po raz pierwszy pojawiają się na 104. stronie. No ale wiersz biały rządzi się swoimi prawami. Hyciek również ma swoje prawa, uznaje, że liczba sylab, akcenty, układ i inne technikalia to zawracanie głowy, trzeba pisać po swojemu i samemu zrobić przewrót, jakiego Toruń nie widział od czasu wydania "O obrotach". Ważny w wierszu jest przekaz, to on decyduje o sukcesie utworu!!!

Sprawdzam po cytatach. Nową linię zaznaczam ukośnikami, na końcu podaję numer strony oraz dodatkowe uwagi:

* Światła nad UNESCO AREA / jak garść diamentów / Toruńska Starówka cud Polski / pomiędzy szaleństwem a geniuszem / w świat otwartych granic / na randkę idzie z Bydgoszczą (str. 18, taka niby wielbicielka Torunia, a zaśmieca Perłę Pomorza gwarą warszawską. Starówka jest u Wiecha, Toruń ma Stare Miasto)

* Jestem / W czerwonej sukience / Nad Wisłą / Przy Mostowej Bramie / Ptasi świergot / Głosi metropolię Byd-Tor (str. 47)

* Bydgoskie City Center wkrótce wybudują / już się Całbecki z Dombrowiczem i Figasem całują / pomoże Euroland, Platforma, EUK, / menedżery i sponsory / jak wygasną miast ambicyjne spory (str. 104)

* gród Kopernika hucznie celebruje / Międzynarodowy Rok Astronomii / pomnik planetoidy 12999 Toruń / przy fontannie Cosmopolis / muzyka Krzesimira Dębskiego Cosmopolis / Elly Hyciek książka poetycko-malarska Cosmopolis (str. 106)

* Więc piękny Toruń miasto wspaniałe / stworzyło muzeum bardzo okazałe / w 12 legendach wszystko opisane / przez Ella von Hyciek też zilustrowane (str. 187)

* Czasy się zmieniają, / ale pan zawsze jest w komisjach (str… a nie, przepraszam, to akurat moja twórczość i próba napisania jakiegoś wiersza o Całbeckim)

Tak jest, wiersze te idealnie oddają duch grodu Kopernika. Ten wielki astronom ustawił orbity planet we właściwym miejscu. Pani Hyciek zaś sprawiła, że moje oczy wyszły z orbit.

Nie jest mi znana historia tej książki, ale autorka na pierwszej stronie podziękowała Całbeckiemu za wsparcie oraz umieściła skan dyplomu, który potwierdza przyznanie Hyciek stypendium o wartości 4 tys. złotych. Jeśli województwo kujawsko-pomorskie odpowiada za druk książki to mogli dołożyć tę parę stów więcej na konsultanta, bo czytanie o z "Filadelfia Bulwar" (tj. Bulwarze Filadelfijskim, takim deptaku nad Wisłą, który miał swoje pięć minut, gdy znaleziono na nim łabędzia-zero podczas epidemii ptasiej grypy w 2006) boli, a człowiek czuje się jak ten łabędź.

Książkę zdobią rysunki Starego Miasta (no, są, rysunki jak rysunki) i kolaże (na co najmniej czterech jest marszałek Całbecki. No, może pięciu, bo na 148 str. jest osiołek-pręgierz).

Z wiersza "w strony świata": Turysto weź Toruń pod rękę / do twarzy Ci w jego kolorach. "Bydgoszcz" jest rodzaju żeńskiego. Jestem hetero, wobec czego z nią pójdę na randkę.

Prywatny licznik: 21/50

Pokaż więcej komentarzy (4)

Fenomen

w Hydepark

17piorunów

865 + 1 = 866

Tytuł: Bitwa o Polskę

Autor: Jan Maria Jackowski

Kategoria: polityka

Wydawnictwo: Ad Astra

Format: książka papierowa

ISBN: 69457778

Liczba stron: 189

Ocena: 2/10 + status Rezydenta Wojewódzkiego Szpitala Zdrowia Psychicznego im. dr. Józefa Bednarza w Świeciu

Ktoś znajomy podrzucił mi tę książkę, mówiąc, że sprawi mi wiele radości, bo rzekomo lubię kuriozalne ciekawostki, wywołujące pusty rechot. W zasadzie tak właśnie jest i lubię od czasu do czasu przeczytać jakiś odmóżdżacz. Nic nie sprawia większej przyjemności niż papierowe odpowiedniki "Klątwy Doliny Węży", "Serca gór" lub innego "Gierka". Niestety, "Bitwa o Polskę" Jana Marii Jackowskiego to odpowiednik polskiego kina historycznego, w której to Polak wiecznie użala się nad sobą i smęci, że czuje się wyobcowany przez Niemców.

Ciężko mi napisać parę zabawnych zdań o książce, w której autor na dzień dobry pieprzy, że I Sekretarzem [w 1970] KC PZPR został Edward Gierek, który obiecał, że siły przeciwko narodowi nie użyje i słowa tego dotrzymał do końca swoich rządów w 1980 r.. Pozdrawiam z tego miejsca Autor tego kuriozum nie był jednak komunistą z krwi i kości, a... opozycjonistą z lat 80., który w latach 90. był jednym z założyciel Stowarzyszenia Rodzina Polska, ściśle związanego z Radiem Maryja. Kaczyński nie był pierwszy, pierdoląc coś o komunistycznym patriocie, zapominając, jak się Gierek płaszczył przed Breżniewem oraz co wygadywał o robotnikach w 1976.

Cała książka jest symulatorem typowego przedstawiciela głównej Wykopu, który wszędzie widzi niemiecki spisek. Łatwo jednak odróżnić Jackowskiego od Wykopka, gdyż ten pierwszy deklinuje co akapit Balcerowicza, z drugi Tuska. Interesujące u Jackowskiego jest zastępowanie nawiasów ukośnikami (np. Ten były pułkownik MON [Ryszard Kukliński], przez innych nazywany zdrajcą i agentem CIA /Jerzy Urban, Wiesław Górnicki/, przez drugich bohaterem i wielkim patriotą /Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak-Jeziorański/ funkcjonował w sferze najdelikatniejszych problemów bezpieczeństwa i obronności państwa (…)). I tak do 187 strony. Wiem, że Polska w 1993 roku była bardzo biedna i dopiero wychodziła z dna. Nie sądziłem jednak, że była taka bieda, że ludzi nie było stać nawet na nawiasy.

Książka składa się z trzech części, noszących tytuły: Ukąszenie Hegla (to jest historia polityczna Polski lat 1945-1992), anatomia soc-demoliberalizmu (???) i pole bitwy (czyli wizja autora, w jakim kierunku ma iść Polska. W ogóle widzę, że nadużywam pisania w nawiasach. Oj od dobrobytu mi się w tyłku przewraca, stać mnie na nawiasy, a nawet na litery z dowolnego alfabetu!). Nie pytajcie mnie, o co chodzi w anatomii soc-demoliberalizmu, tam są rozdziały zatytułowane "Era Wodnika", "Oblicze Lewiatana" czy też "Soft ideology". Są tam jakieś losowe fakty o religii, o filozofii, o historii, ale całość przybiera kształt bezkształtnej brei. O co chodzi z tym Heglem, też nie wiem. Francis Fukuyama w "Końcu historii" też pisał sporo o filozofii i wtedy też guzik zrozumiałem, traktując cały ten wywód jako paplaninę. Nie pamiętam jednak, czy Fukuyama odnosił się właśnie do Hegla, a stąd Jackowski nawiązywał do Fukuyamy. Problem absolutnie nie jest fakt, że Jackowski ma zupełnie inne poglądy od moich. Problemem jest poziom argumentacji i bardzo płytkie traktowanie problemów, gdzie za wszystko odpowiada zagranica i komuniści nadali z polecenia Moskwy, a ratunkiem będzie powrót do wiary katolickiej i polityka zgodna z encyklikami Jana Pawła II.

Daje tę jedną marną gwiazdkę tylko dlatego, że są tam jakieś pojedyncze informacje o Polsce z przełomu lat 80. i 90., które mogą zainteresować historyków. Przeczytałem tę książkę licząc na kolejne skandaliczne fragmenty, jak ten z Radomiem. Ot miałbym po prostu pewność, że coś z tej książki wyniosę i będę mógł bezkarnie atakować gościa, który do 2023 roku kręcił się w polityce z list PiS. No ale to typowa prawicowa książka, z prawicowym punktem widzenia, gdzie autor ma ból d⁎⁎y, gdy np. premier wyrzuca na zbity pysk ministra zdrowia za homofobię oraz gdy widzi, że fabryka jest sprzedawana Niemcowi, bo ten jako jedyny ma kapitał na plan naprawczy zakładu. Muszę jednak za jedną rzecz podziękować Jackowskiemu, choć nie będzie to miało związku z jego książką. Co by nie mówić, głosował za powołaniem komisji ds. Pegasusa i opieprzył koleżeństwo z partii za kpiny, żarty i porównania do konsoli zwracając uwagę, że sprawa jest poważna i musi być transparentnie wyjaśniona.

Aby jeszcze bardziej was pocieszyć, napiszę, że niebawem będzie kolejna recenzja wysokooktanej głupoty, którą spisano i wydano w paździerzolocie. Tym razem jednak zamiast szpitala psychiatrycznego był chirurg plastyczny, który usunął mi mordę wykrzywioną po pustym rechocie. Chyba muszę pomyśleć nad założeniem kolejnego autorskiego tagu, gdzie będę recenzować najgorsze książki.

Prywatny licznik: 20/50

Fenomen

w Hydepark

16piorunów

841 + 1 = 842

Tytuł: Mieczysław F. Rakowski, Biografia polityczna

Autor: Michał Przeperski

Kategoria: naukowa, historyczna, biogram

Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej

Format: książka papierowa

ISBN: 9788382292213

Liczba stron: 448

Ocena: 7/10

Biografia naukowa poświęcona ostatniemu I sekretarzowi KC PZPR, premierowi, współtwórcy "Polityki". Rakowski to ciekawa postać, głównie za sprawą beznadziejnego lawirowania w systemie komunistycznym, gdzie chciało się być liberalnym w systemie, który miał za zadanie kontrolować każdy aspekt życia i w którym jedyna droga awansu wiodła przez ciągłe umizgiwanie się władzy komunistycznej i ściąganiu w dół każdego niezależnie myślącego, stanowiącego zagrożenie. Przeperski zdecydował się przedstawić Rakowskiego jako człowieka sukcesu, który zbudował swoją karierę, korzystając z możliwości, jakie dawał komunizm.

Z racji tego, że mówimy tutaj o biografii naukowej, dość ciężko mi polecić każdemu tę książkę, bo ta jest po prostu trudna i sucha w treści. Nie jest to zarzut, książki naukowe tak po prostu piszemy. Źródeł było tak dużo, że autor momentami chyba sam nie wiedział, na czym należy się skupić, na co należy położyć większy akcent i gdzie należy wyznaczyć granice, by treść pozostała spójna. Najważniejszy dla Rakowskiego okres życia, przypadający na lata 80., został napisany chaotycznie, autora przerosła skala źródeł, relacji i informacji.

Nie wiem czy ktoś z was miał okazję czytać "Dzienniki" Rakowskiego, ale Przeperski mając wgląd do oryginałów w książce pozdrawia zwolenników Rakowskiego machającym_papieżem.jpg. Autor wykonał dobrą robotę, weryfikując relacje Rakowskiego, zarówno ze wcześniejszymi wersjami notatek jak i z relacjami innych świadków. Po weryfikacji wyszedł Rakowski "liberał", który mając do wyboru postawienie na swoim a zaufanie Gomułce, Gierkowi czy Jaruzelskiemu stawiał prawie zawsze na to drugie.

Jako historyk z wykształcenia jestem zadowolony z lektury, ale wiem, że większość z was na pewno wolałaby książkę napisaną żywszym językiem, gdzie autor odważniej polemizuje z bohaterem książki. Też lubię takie książki, ale mając przed sobą biogram naukowy oczekuje, że przeczytam właśnie taki biogram.

(No dobrze, gdybym był autorem tegoż biogramu to pewnie waliłbym śmielej w Rakowskiego za oportunizm i jednocześnie chwalił za krytykę megalomańskich żądań Solidarności, przy których PRL po dziesięciu latach Gierka byłaby krajem naprawdę dobrze zarządzanym)

Ciekawostka. Rakowski jako premier wycofywał wiele przepisów regulujących gospodarkę. Ale deregulując gospodarkę nie sprawdzał, czy dany przepis nie odnosi się do innego lub też czy nowe, prostsze prawo, nie jest sprzeczne z jakimś innym. Wychodził z tego taki bałagan, że po kilku miesiącach urzędowania połowa regulacji wróciła, bo na bieżąco odkrywano sprzeczności w przepisach i trzeba było coś z tym zrobić. Cóż, Mentzen nie byłby pierwszy ze swoimi stoma ustawami.

Prywatny licznik: 19/50

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fenomen

w Hydepark

20piorunów

836 + 1 = 837

Tytuł: Okupowanej Warszawy dzień powszedni

Autor: Tomasz Szarota

Kategoria: naukowa, historyczna

Wydawnictwo: Czytelnik

Format: papierowa

Liczba stron: 654

Ocena: 7/10

W zasadzie tytuł zdradza (ale częściowo!) tematykę książki. "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" to synteza naukowa przedstawiająca życie codzienne mieszkańców podczas II wojny światowej. Książka dzieli się na następujące rozdziały: strukturę ludności i jej problemy, warunki bytowe warszawiaków, życie kulturalne, życie codzienne Niemców, nastroje i postawy wobec wojny i wroga. Praca ta obejmuje jednak okres od września 1939 do lipca 1944, próżno tu więc szukać informacji o powstaniu warszawskim czy też robinsonach warszawskich.

Dość ciężko ocenia mi się książkę, ponieważ wydanie, które miałem w dłoni, pochodzi z 1988 roku. Tuż przed końcem czytania książki dowiedziałem się, że książka doczekała się reedycji w 2011 roku, gdzie m.in. poruszono reakcje warszawiaków na wiadomość o zbrodni w Katyniu. Egzemplarz z 1988 ma propagandowe naleciałości, ale w zasadzie tylko ostatnia część "nastrojów i postaw" jest pełnoprawną propagandą, którą trzeba pominąć lub przeczytać z wyraźną rezerwą. W pozostałej części tekstu wstawki propagandowe (w tym o Gwardii Ludowej/Armii Ludowej czy też Polskiej Partii Robotniczej) są nieliczne i wydają się być "dla zasady, by cenzor puścił". Opisy działalności Armii Krajowej są w zasadzie rzeczowe i neutralne. Jak na czasy, w których ta książka powstała, wyszło dobrze. Faktem jest jednak, że łatwiej wybrnąć z "kontrowersyjnych tematów", jak pisze się o życiu codziennym, gdzie trzeba skupić się na cenach żywności czy też czytelnictwie. Sporą część książki zajmują cytaty z relacji świadków, co przybliża tekst czytelnikowi, który może być znudzony encyklopedycznymi opisami poszczególnych aspektów życia mieszkańców stolicy.

Nie bez przyczyny "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" uchodzi w Polsce za kanon literatury dotyczącej II wojny światowej. Opisy są rzeczowe, a wszystkie informacje podane w odpowiedniej kolejności. Napisałbym, że również nie ma się odczucia, że autor pominął lub zbagatelizował jakąś kwestię, ale to zapewne mógłbym spokojnie napisać o ostatnim wydaniu. Ogólnie polecam książkę każdemu, ale w ciemno ostatnie wydanie z 2011.

Prywatny licznik: 18/50