Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#cuzco

Osobistość

w Podróże

82piorunów

Trekking na Inti Punku na wysokości prawie 4000 metrów przygotował mnie już nieco na zmierzenie się z wyższą o ponad kilometr Tęczową Górą, ale stwierdziłem, że spędzę jeszcze jeden dzień w Cuzco, by organizm miał nieco więcej czasu na aklimatyzację. Z drugiej strony chciałem coś jeszcze zwiedzić, więc po krótkim rozeznaniu się w temacie postanowiłem wyskoczyć na kilka godzin poza miasto i zobaczyć Salineras de Maras, czyli kompleks setek salin, których historia sięga czasów inkaskich.

Jeśli zastanawiacie się, czym są saliny, spieszę z odpowiedzią, że są to niewielkie sztuczne oczka wodne o prostokątnym kształcie, służące do pozyskiwania soli. Działa to tak, że wysokozmineralizowana słona woda, bijąca ze znajdującego się tam naturalnego źródła, jest rozprowadzana po takich właśnie oczkach wodnych, rozsianych po uformowanych przez człowieka ziemnych tarasach, po czym odparowuje wystawiona na działanie promieni słonecznych, zostawiając w ciągu kilku dni warstwę soli. Proces jest powtarzany przez około miesiąc i gdy już zbierze się wystarczająco gruba warstwa, sól jest starannie zbierana z podłoża.

Żeby tam dotrzeć, wsiadłem do autobusu jadącego do miejscowości o uroczej nazwie Urubamba, tam znalazłem _colectivo_ jadące w stronę znanego mi już Ollantaytambo, zaznaczając kierowcy, że będę wysiadał już po kilku minutach we wsi Mocopata. Tak, wiem, szczegóły te są wam potrzebne jak rybie rower. W każdym razie po niedługim czasie wysiadłem z colectivo płacąc zawrotną kwotę bodajże 2 soli i używając aplikacji Maps.me skierowałem się na początek szlaku pieszego. Właściwie ciężko to chyba nazwać szlakiem - ot ścieżka umożliwiająca dotarcie pieszo do tejże atrakcji turystycznej, do której znakomita większość turystów podjeżdżała samochodami i busikami od drugiej strony. Ja jednak samochodu nie miałem, a przepłacać za zorganizowaną wycieczkę ani taksówkę nie zamierzałem. Zwłaszcza że trasa była do przejścia w godzinę w jedną stronę.

Słońce w zenicie na bezchmurnym niebie przygrzewało solidnie, więc mimo umiarkowanej temperatury powietrza na tej wysokości, szło się nieźle spocić podczas marszu. W końcu dotarłem do celu.

Czy saliny zrobiły na mnie wrażenie? Raczej średnie , ale moje oczekiwania względem tego miejsca i tak były niskie. To co mnie pozytywnie zaskoczyło, to że wejście na główny punkt widokowy, znajdujący się poniekąd na zamkniętym terenie, było darmowe - zbliżając się do tego miejsca i widząc z oddali grupy turystów chodzące zgodnie z oznakowaniem wskazującym kierunek zwiedzania, byłem przekonany że w budce na wejściu pobierają opłaty. Tak jednak nie było. Podobne zdziwienie wyrazili inni piesi turyści, którzy akurat pojawili się przy "kasach", które kasami nie były.

Na miejscu spędziłem raptem kilkanaście minut, obserwując krzątającycych się po tarasach pracowników odpowiedzialnych za proces pozyskiwania soli. W końcu ruszyłem w drogę powrotną.

Tak jak przed południem znalezienie _colectivo_ z Urubamby nie było trudne, tak z powrotem musiałem liczyć na to, że akurat coś będzie jechać i raczy się zatrzymać. Nie było bowiem mowy o jakichkolwiek rozkładach jazdy. Starałem się więc po prostu łapać przejeżdżające obok busy, jednocześnie idąc w kierunku Urubamby. Po kwadransie w końcu udało mi się złapać okazję i dojechałem do miasteczka. Jako, że do odjazdu autobusu do Cuzco miałem jeszcze godzinę, wstąpiłem do miejscowej knajpki dla lokalsów na coś do jedzenia. Moja obecność spotkała się z zainteresowaniem i dużą życzliwością grupy miejscowych, którzy głośno rozmawiając przy stole, dopijali domowej roboty napój dziwnego koloru, na który i ja się skusiłem, choć koniec końców rozczarowałem miałkością smaku. Jedzenie też niezbyt mi podeszło, ale przynajmniej uzupełniłem kalorie, opędzając się od much i oglądając siermiężny teledysk do jeszcze siermiężniejszej, swojskiej muzyki, którą określiłbym jako wypadkową zmieszania bawarskich piosenek i disco polo, tyle że w peruwiańskiej odsłonie.

I to tyle na dziś. Coraz ciężej znaleźć mi czas na pisanie, ale mam nadzieję, że na kolejny odcinek nie będziecie musieli czekać miesiąc. Choć akurat do opisania może być sporo, więc kto wie.

   

Osobistość3piorunów

@Sniffer o widzisz, Ty tu kolejny wpis, a my już zdążyliśmy wrócić spowrotem do Polski z naszej wycieczki do Peru :smiley: Tak jak pisałeś, w tych bardziej turystycznych miejscach nie bylo problemu z komunikacją, bo raczej większość osób potrafi tam wydukać kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Gorzej w bardziej odludnych miejscach, bo tam trzeba uruchamiać swoje umiejetnosci mima. W kazdym razie wyjazd uznajemy za udany. Wprawdzie nie podrozujemy w tTwoim trekkingowym stylu, bo zwyczajnie nie mielismy na to czasu, ale odwiedzilismy chyba wiekszosc punktow typu 'must see', czyli Lima (miasto max na dwa dni), Museo Larco, Cuzco, Sacsayhuaman, tęczowa góra, Maccu Picchu, ana koniec Iquitos i 4dniowa wyprawa do dżungli amazońskiej, która była dla nas chyba najlepszym doświadczeniem z całej tej wyprawy. Peru jako miejsce na wycieczkę jest całkiem ok, ale jako kraj i społeczeństwo ma jeszcze daleką i wyboistą drogę przed sobą, bo targa tymi ludźmi mnóstwo sprzecznych emocji. A na zdjęciu pajączek, co wyszedł sobie nocą z norki.

Autorytet0piorunów

Rozwiniesz?
>@gedzior84 społeczeństwo ma jeszcze daleką i wyboistą drogę przed sobą, bo targa tymi ludźmi mnóstwo sprzecznych emocji.

Osobistość1piorunów

@gedzior84 gratuluję wyprawy i super, że się podobało! Zazdroszczę zwłaszcza Amazonii

Osobistość1piorunów

@madhouze W sumie to taki naród podobny do nas jeśli chodzi o postrzeganie samych siebie. Z jednej strony dumni ze swojego pochodzenia, historii i bogactw, a z drugiej jednak zakompleksieni przez swoją peruwiańskość i trochę pogubieni we własnej tożsamości. Jest spore rozwarstwienie społeczne i sporo biedoty, która idzie zupełnie innym nurtem niż ta bogatsza część. Rozmawialiśmy z kilkoma peruwiańczykami, którzy potwierdzali, że ciężko im się odnaleźć, ale mają nadzieję, że solidną pracą uda im się dożyć lepszych czasów. Trzymam za nich kciuki, bo ogólnie rzecz biorąc bardzo fajni ludzie :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (15)

Osobistość

w Podróże

99piorunów

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Tak mi się przynajmniej wydaje, gdy rozpoczynam go pisać. Zdaję sobie sprawę, że już kiedyś pisałem, że będzie krótko, po czym wyszło kilka stron maszynopisu (choć oczywiście nie piszę na maszynie, jak łatwo się domyśleć), ale tym razem chyba mam więcej do pokazania niż opowiedzenia.

Będąc w Cuzco koniecznie chciałem udać się między innymi na Tęczową Górę Vinicunca. Rzecz w tym, że miała ona 5000 metrów wysokości - musiałem się więc dobrze zaklimatyzować przed podjęciem tego wyzwania. Samo Cuzco już było na wysokości 3300 m., ale warto było sprawdzić, jak mój nieco osłabiony organizm reaguje na wysiłek nieco wyżej.

Po krótkiej rozmowie z właścicielem hostelu, którego podpytałem o ciekawe jednodniowe trekkingi, wybór padł na Inti Punku, czyli "bramę słońca". 9 km trasy w jedną stronę, gdzie startowało się z poziomu 2850 m., a kończyło na blisko 4000 m., wydawało się dobrą opcją na aklimatyzację. Jako alternatywę miałem jeszcze trekking pod jakiś wodospad w tej samej okolicy, ale znajdował się on na niższej wysokości, zresztą nie spodziewałem się szału po wodospadach w tej części Peru. Mieszkająca w hostelu Angielka, która odwiedziła ten wodospad dzień wcześniej, potwierdziła moje przypuszczenia - spoko, ale bez szału. Przy okazji rozmowy byłem świadkiem jak właściciel hostelu wręczał Angielce tajemnicze zawiniątko w sreberku - ot, najwyraźniej był w stanie załatwić wszystko 😉

W celu rozpoczęcia trekkingu musiałem udać się do Ollantaytambo - niewielkiego miasteczka leżącego 60 km. od Cuzco. Miasteczko to jest historyczną osadą Inków znajdującą się w sercu Świętej Doliny, tam też znajduje się stacja kolejowa pociągu, którym jedzie się do Machu Picchu. Dotarcie do Ollantaytambo nie było specjalnie skomplikowane - wystarczyło udać się na dworzec autobusowy w Cuzco i wsiąść do colectivo (tym razem był to normalny autokar). Po wydaniu kilkudziesięciu soli i spędzeniu półtorej godziny w trasie, wysiadłem na dworcu docelowym.

Miasteczko to jest naprawdę bardzo niewielkie, dlatego na start szlaku dało się dotrzeć pieszo. Problem w tym, że moja mapa trochę mnie zwiodła i chciała prowadzić częściowo wzdłuż torów kolejowych do Machu Picchu. Na dworcu kolejowym zostałem zatrzymany przez tamtejszych pracowników, którzy polecili mi cofnąć się o kilometr, przejść przez most i tam wejść na szlak. Chcąc nie chcąc, musiałem ich posłuchać.

Początek szlaku nie należał do jakichś wybitnie ciekawych. Dopiero wychodząc nieco wyżej, można było nacieszyć oko widokami. Myślałem, że połknę te 9 km. drogi błyskawicznie, tymczasem wysokość i moja choroba robiły swoje. Co do mnie niepodobne, zrobiłem na trasie chyba z 5 przerw na odpoczynek. Było dość rześko, ale jednocześnie słońce przyjemnie ogrzewało.

Byłem jedynym turystą na tym szlaku tego dnia. Gdyby nie grupa lokalnych pracowników, którzy z kilofami kopali jakiś dziwny rów, nie spotkałbym żywej duszy. W sumie odpowiadała mi ta samotność i mimo bycia zupełnie obcym w tym kraju, nie czułem się niekomfortowo idąc samemu.

Po blisko 4 godzinach marszu (o połowę dłuższego niż zakładałem) dotarłem do celu - kilkusetletniego fragmentu ściany zbudowanej przez Inków na szczycie niewielkiego wzniesienia, z czymś w rodzaju otworu drzwiowego, stanowiącego tytułową "bramę słońca". Nie zagłębiałem się za bardzo w historię tego miejsca, wystarczało mi to, że widoki były zacne. Można było stąd podziwiać między innymi wysoki na blisko 5700 metrów, ośnieżony szczyt Huacayhuilque.

W punkcie widokowym spędziłem około godziny. Później musiałem już żwawo wracać, aby zdążyć do Ollantaytambo przed zachodem słońca. Co prawda miałem ze sobą czołówkę, ale wolałem nie zostawać na szlaku po zmroku, no i musiałem się jeszcze dostać z powrotem do Cuzco. Droga w dół zajęła mi 2 godziny, a więc szczęśliwie znacznie szybciej niż wchodzenie (co może i nie jest dziwne, ale trochę obawiałem się czy jednak wysokość i choroba nie odetną mi prądu).

W Ollantaytambo zjadłem jeszcze jakiś posiłek w knajpie, obserwując to historyczne miasteczko z zaciekawieniem - miało w sobie coś fajnego, co sprawiało, że nawet gdybym nie załapał się na żaden powrotny busik do Cuzco, nie martwiłbym się tym zbytnio - sprawdziłem, że można znaleźć tam nocleg praktycznie bez problemu. Koniec końców jednak transport też udało się znaleźć, choć tym razem zamiast dużym autokarem jechałem wraz z kilkoma innymi osobami niewielkim vanem/taksówką, za prawie taką samą kwotę jak ta płacona o poranku.

W Cuzco byłem późnym wieczorem i po wzięciu prysznica w zimnej łazience poszedłem od razu spać.

   

Gruba ryba3piorunów

Podziwiam i zazdroszczę, widoki zapierają dech :grinning:

Osobistość5piorunów

@Sniffer świetnie się Ciebie czyta. Powiedz mi - dogadywales sie z lokalnymi w ich natywnym jezyku, czy po prostu machałeś rękami? :grinning:

Osobistość0piorunów

@gedzior84 w hostelach i knajpach nie było raczej problemu z angielskim. W knajpach zresztą wystarczały podstawowe zwroty po hiszpańsku, żeby coś zamówić i zapłacić. To samo w pozostałych miejscach - znajomość kilku słów często wystarczała, a tam gdzie musiałem spytać o coś bardziej skomplikowanego, używałem tłumacza google

Pokaż więcej komentarzy (20)

Osobistość

w Podróże

126piorunów

W Cuzco wylądowałem po 20, a więc już po zmroku. Za transport do odległego od lotniska o 5 km historycznego centrum, gdzie miałem swój hostel, taksówkarze wołali po 50 soles (nie wiem czemu używam angielskiej odmiany, może dlatego że "soli" brzmi dziwnie), czyli prawie 60 złotych. Sporo, znając stawki z Limy. Uber pokazywał 20 soli (niech będzie po polsku), a jego tańszy odpowiednik nieco ponad 10. Problem w tym, że żaden z nich nie chciał zaakceptować kursu.

Wyszedłem poza teren lotniska, myśląc że może to pomoże, ale dalej nic. Poszedłem kilkaset metrów dalej od bramy lotniska i wciąż d⁎⁎a - mimo widocznych kierowców w aplikacji, żaden się nie kwapił, by podjechać. Może mają jakąś niepisaną zasadę stworzoną przez mafię taksówką. W każdym razie nie zamierzałem dać się oskubać.

5 km to nie aż tak dużo, nawet z dużym plecakiem - przecież na trekkingu w Torres del Paine w Chile robiłem od kilkunastu do 30 kilometrów dziennie. Odrzucałem jednak możliwość spaceru, bo co innego chodzić za dnia w parku narodowym, a co innego iść przez obce miasto po zmroku w kraju, który nie uchodzi za najbezpieczniejszy.

Była jeszcze jedna opcja dostania się do centrum, za pomocą _colectivos_ - lokalnych busików kursujących we wszystkich możliwych kierunkach, bardzo popularnych wśród miejscowej ludności. Gdy tak czekałem, aż któryś Uber zaakceptuje mój przejazd, widziałem ich kilkanaście. Tylko do którego wsiąść, żeby nie pojechać w złym kierunku? I czy wpuszczą mnie z wielkim plecakiem na plecach? Na oba pytania poznałem odpowiedź już po chwili, gdy zauważyłem babkę z wielkimi torbami tarabaniącą się do busika z tabliczką Plaza Mayor. Długo się nie zastanawiając podążylem jej śladem, upewniając się jeszcze u kierowcy, że faktycznie jedzie tam dokąd chciałem.

Udało mi się zająć miejsce siedzące i tak sobie jechałem z plecakiem na kolanach, obserwowany przez niektórych wpółpodróżnych, i tupałem nóżką do rytmu bardzo głośnej muzyki opuszczonej z radia kierowcy. Po kilku minutach konduktorka (babka ubrana jak wszyscy inni) zaczęła chodzić po pasażerach i zbierać opłaty za przejazd. Półtorej sola, proszę państwa. 3% tego, co zapłaciłbym za taksówkę.

Od głównego placu do hostelu miałem kilkaset metrów prowadzących pod górę. Na końcu było jeszcze kilkadziesiąt schodów, które przyznam - bardzo mnie zmęczyły. Początkowo pomyślałem, że to przez moją chorobę i zawalone zatoki. Jednocześnie przypomniałem sobie, że przecież Cuzco znajduje się na poziomie 3300 metrów, a ja dopiero co przyleciałem tutaj po spędzeniu ostatnich 2 tygodni na poziomie morza. Miałem prawo walczyć o każdy oddech wchodząc obładowany po schodach
Zresztą rozejrzawszy się dookoła widziałem lokalsów idących bardzo powoli i robiących krótkie przerwy we wchodzeniu, a przecież oni byli w pełni zaklimatyzowani. Pozwolę więc sobie tutaj zawołać @FoxtrotLima , który pod ostatnim wpisem kolegi @michalnaszlaku powątpiewał, że zdrowy człowiek może mieć jakiekolwiek trudności z odpowiednim natlenieniem wchodząc pod górę na wysokości ponad 3000 m.n.p.m.

Właściciel mojego hostelu okazał się ultra wyluzowanym ziomkiem z tatuażami pokrywającymi znaczną część jego ciała. Jako, że sam spędził sumarycznie ponad 5 lat w podróży odwiedzając prawie 100 krajów, mówił świetnie po angielsku i był bardzo przyjacielski. Spytał, czy nie chcę iść z nim i jego przyjaciółmi do baru do centrum, na który to pomysł przystałem mimo zmęczenia.

Będąc najpierw w jednym a później drugim barze rzucił mi się w oczy kosmopolityzm tego miasta. Lokalna kapela grająca piosenki Red Hot Chilli Peppers w irlandzkim pubie, później muzyka elektroniczna w klubie z wystrojem, będącym mieszaniną stylu hippisowskiego i inkaskiego. Ogólnie klubów, restauracji i pubów jest w Cuzco od cholery, tak samo jak barwnych ludzi cieszacych się tym międzynarodowym, artystycznym, wolnościowym klimatem tam panującym.

Gdy już wracaliśmy do hostelu, kierownik całego przybytku nieco zgłodniał, więc zatrzymaliśmy się przy stoisku starszej kobieciny, która handlowała domowym jedzeniem na rogu głównego placu miasta. Za niewielkie pieniądze można było zjeść kurczaka z ryżem podawanego w plastikowych pojemnikach do przechowywania jedzenia. Starowinka zapewniała również swoje metalowe sztućce, oczywiście do zwrotu. Tak więc po co komu Mc Donald's lub kebab, skoro można zjeść pożywne, domowe jedzonko wracając z imprezy 😉

Następnego dnia obudziłem się chwilę przed wschodem słońca. W pokoju było zimno - podejrzewam, że trochę ponad 10 stopni. Nic dziwnego, skoro pokoje nie miały żadnego ogrzewania (podejrzewam, że dotyczy to większości miejsc w Cuzco lub Peru ogólnie), a za utrzymanie ciepła podczas snu odpowiedzialna była bardzo gruba kołdra (która zresztą wywiązywała się ze swojego zadania w sposób znakomity). Pójście pod prysznic, czy w ogóle wygrzebanie się z łóżka przy takich temperaturach do przyjemnych nie należało.

Aaaa, wspominałem już o kwestii zakazu spłukiwania papieru toaletowego w kiblu? Właściwie to w większości miejsc Ameryki Południowej w toalecie zawsze jest specjalny kosz na wyrzucanie zużytego papieru toaletowego, ale zwłaszcza w Peru rzuciły mi się w oczy znaki zakazujące wrzucania czegokolwiek do toalety. Powodem są dość cienkie rury kanalizacyjne, które łatwo się zapychają. Efektem tego niestety nawet po niezbyt łaskawej dwójce należy wyrzucić zużyty papier do kosza. Z pozytywów - kosze są bardzo często wymieniane i mają pokrywę chroniącą przed rozprzestrzenianiem się nieprzyjemnych zapachów. Choć zasadniczo jak dla mnie wciąż jest to oblecha i bardzo ciężko było mi się pogodzić z tymi wymaganiami. No ale nie chciałem zapchać kibla 🤷

W ramach naprawdę niewielkiej opłaty za nocleg miałem zapewnione skromne lokalne śniadanie, które zjadłem z widokiem na miasto i góry. Położenie hostelu na wzgórzu miało więc swoje plusy. Wschodzące coraz wyżej słońce w końcu ogrzewało, więc po jakimś czasie można było zdjąć kurtkę.

Tego dnia czekałem na wizytę lekarską. Moje zapalenie zatok ewidentnie wymagało konkretniejszego leczenia, więc dzień wcześniej skontaktowałem się z ubezpieczycielem (w moim przypadku TU Europa), który zorganizował mi "domową wizytę". Najwyraźniej lekarz do końca nie znał tych rejonów, bo nie był w stanie trafić - dzwonił w międzyczasie podpytując gdzie dokładnie znajduje się ten hostel i wskazana przeze mnie ulica. Po pewnym czasie zauważyłem w oddali kogoś, kto mógł być tym lekarzem, bo miał specyficzną torbę w ręce i rozglądał się jakby nie wiedział dokąd iść. Widząc, że skręcił w złą uliczkę, postanowiłem zbiec do niego po schodach tych 100 metrów, bo w przeciwnym razie mógłbym się go nie doczekać.

Miałem rację - to był mój lekarz. Wyraźnie zdyszany podziękował, że do niego zszedłem, a jak mu zaoferowałem, że zamiast leźć kolejne kilkadziesiąt stopni po schodach w górę do hostelu może mnie zbadać na ulicy, w ogóle był wniebowzięty. Po krótkim wywiadzie i zbadaniu przepisał mi leki, dał zalecenia i się pożegnaliśmy.

Drugim punktem na ten dzień na mojej liście było ogarnięcie prania. Chciałem je zrobić jeszcze w Rio, ale ceny jaką zaśpiewali w pralni nie byłem w stanie zaakceptować. W Cuzco natomiast usługi prania były dostępne prawie na każdym rogu, w przystępnej cenie (kilka złotych za kilogram) i z szybkim czasem realizacji (następnego dnia odbierało się czyste i poskładane rzeczy).

Gdy już oddałem rzeczy do prania, udałem się na główny plac miasta, by obejrzeć go w świetle dziennym. W oczy rzuciły mi się tęczowe flagi powiewające z wielu budynków, w tym z głównego masztu na placu. Początkowo zdziwiłem się aż taką manifestacją poparcia dla LGBT, ale po kilku chwilach i dojrzeniu charakterystycznego inkaskiego emblematu pośrodku flagi dotarło do mnie, że znaczenie tych barw jest chyba jednak inne. No i faktycznie - tęczowa flaga to oficjalne barwy miasta od 1979 roku.

Przechadzając się po głównym placu ze trzy razy zaczepiali mnie pucybuci z ofertą przywrócenia moim butom blasku. Faktycznie, moje materiałowe casualowe półbuty były miejscami przybrudzone, miejscami wyblaknięte i rozdarte na cholewce. Jednak wciąż były to zaledwie szmaciane buty warte może sto kilkadziesiąt złotych, więc cóż niby miał tam pucybut zdziałać. Gdy jednak jeden z nich mijał mnie po raz kolejny, a wyglądał na bardzo ubogiego człowieka, proszącego o zaledwie kilka soli za swe usługi, pomyślałem że dam mu zarobić, mimo małego sensu tej usługi (nawet gdyby po kilku godzinach buty znów nie były całe w miejscowym pyle, to i tak nosiłem się z wyrzuceniem ich w każdej chwili). Gdy raz jeszcze zapytałem go o cenę, stwierdził, że zrobi to za darmo. Oczywiście zamierzałem go nagrodzić.

Pucybut kazał mi się rozgościć na ławce i zaczął wyciągać ze swojej starej skrzynki rozmaite przybory. Miał tam między wiele tubek z różnymi barwnikami - wtedy zrozumiałem, że to nie będzie tylko czyszczenie butów z pyłu, ale nanoszenie koloru zgodnego z oryginałem. Byłem pod wrażeniem. Gdy spojrzał na moją rozdartą cholewkę, spytał czy ma ją jakoś naprawić. Stwierdziłem - czemu nie, jeśli chce zszyć materiał nitką, może to faktycznie uchroni buty przed wyrzuceniem przez jakiś czas. Pucybut kazał chwilę poczekać i po kilku minutach wrócił z... super glue w ręce. Gdy zrozumiałem, że on faktycznie planuje skleić rozerwany materiał klejem, powstrzymałem go, bo buty bankowo by się rozdarły po niedługim czasie, po co więc jeszcze upieprzać je klejem.

Cała usługa trwała z dwadzieścia kilka minut, nie mogłem odmówić facetowi zaangażowania i już chciałem wcisnąć mu do ręki 20 soli, gdy ten wypalił, że w sumie to się napracował i że to będzie 60 soli. Jego definicja "za darmo" trochę się więc zmieniła. Wkurzyłem się nieco, przyznam szczerze i powiedziałem, że mogę mu dać maksymalnie 25, bo za 60 kupię sobie nowe buty. Trochę się skrzywił, ale ostatecznie słowa nie powiedział i przyjął tyle, ile mu dałem.

Tyle jeśli chodzi o Cuzco. Może coś mi się jeszcze przypomni. Tymczasem przymierzałem się do odwiedzenia Tęczowej Góry Vinicunca i później Machu Picchu. Zanim jednak miałem rzucić się na większe atrakcje, potrzebowałem się nieco lepiej zaklimatyzować. W tym miał mi pomóc jednodniowy trekking na Inti Punku. Ale o tym w następnym wpisie.

  

Fenomen6piorunów

@Sniffer j⁎⁎ac taksówkarskie k⁎⁎wy, zawsze cieszy podwójnie jak nie dasz się ojebać

Twórca3piorunów

Dobrze się czyta, będę śledził tag. Dawaj dużo fot natury!

Pokaż więcej komentarzy (22)