@pokeminatour Jakiś czas temu trochę się interesowałem tematem Korei Północnej i czytałem różne relacje uciekinierów. Najciekawsze były oczywiście opowieści zwykłych obywateli z prowincjonalnych miasteczek i wsi (a nie uprzywilejowanych mieszkańców Pjongjangu ani też więźniów karnych obozów), którym nadarzyła się okazja ucieczki, zwykle przez rzekę do Chin. Zdaję sobie sprawę, że niektóre opowieści były podkoloryzowane, ale pojawiało się w nich wiele elementów wspólnych - i to na nich opieram swój osąd. Mianowicie, uważam że życie w KRLD i tak jest lepsze, w sensie posiadania materialnego, zdrowia i bezpieczeństwa, niż w większości krajów Afryki Subsaharyjskiej. Tzn. jest źle, ale jednak nie kompletne dno. W opowieściach przewijają się dwa główne tematy. Po pierwsze, wszechobecna korupcja: każdą najmniejszą duperelę załatwia się za sutą łapówkę. Zarówno dostęp do energii elektrycznej w określonych godzinach (który teoretycznie - ale tylko teoretycznie - każdemu przysługuje), jak i np. przynależność dziecka do szkolnego chóru. Druga rzecz to monotonia w żywieniu. Nie głód, który zdarza się od czasu do czasu i był większym problemem 20 lat temu, ale właśnie monotonia. Dzień w dzień to samo do jedzenia: ryż i jakieś warzywa (w zimie w postaci kimchi), oczywiście w niezbyt dużych ilościach (tzn. na ogół nie głodowych, ale napchać się tym nie da). Mięso „rzucają” raz w roku, bodajże z okazji urodzin Kim Ir Sena („Dzień Słońca”, najważniejsze święto narodowe). Pozytywem (chyba?) jest natomiast dobra organizacja pracy i życia społecznego: każdy doskonale wie, co, kiedy i jak ma robić, chociaż od niektórych obowiązków da się wywinąć za łapówki. Nie jestem w stanie tego oczywiście sprawdzić, ale po przeczytaniu większej liczby opowieści taki obraz się wyłania.