@jonas
> Do tego w jednym gimnazjum miałeś z jednej strony fizyczne i mentalne dzieci, nadal bawiące się klockami i przeglądające komiksy z Batmanem albo filmy z jakimiś śpiewającymi księżniczkami, a z drugiej prawie-dorosłych wągrów, którzy wchodzili w buntowniczy okres hormonalnej burzy i naporu,
Przepraszam, ale to brzmi jak wypisz wymaluj opis obecnej szkoły podstawowej, w której siedmioletnie dzieci zaczynają naukę, a skończą ją mając lat 15
> Ale to jest środowisko znane, nauczyciele też oswojeni,
No i właśnie w tym okazuje się tkwi problem. Jeżeli kogoś na starcie nie polubili nauczyciele, to czeka go osiem lat męczenia się. Jeśli do tego nie polubili go rówieśnicy - to będzie to tragedia.
> a przy odrobinie sprawnej organizacji dajesz klasy 1-3 na jedno piętro, 4-6 na drugie, a 7-8 na trzecie i masz różne grupy rozdzielone bez potrzeby instalowania zasieków z drutów kolczastych i zatrudniania Specnazu do pilnowania porządku.
Nie rozumiem, w tej sprawnej organizacji zakłada się, że w szkołach nie będzie schodów?
> o tyle, że powodowały tęgie zamieszanie w takim okresie życia dzieciaka, kiedy jest mu owo zamieszanie najmniej potrzebne
Przy założeniu, że wszystko jest super w szkole podstawowej - tak, pełna zgoda, takie zamieszanie nie byłoby potrzebne. Problem jest jednak taki: po pierwsze, szkoły podstawowe, zwłaszcza na obszarach wiejskich, nie mogły przyciągnąć dobrych nauczycieli, więc gimnazjum było szansą dla uczniów, którzy nie mieli szczęścia do nauczycieli, aby te szanse wyrównać (bo siłą rzeczy było ich mniej i były w większych ośrodkach rozlokowane). Po drugie, jeżeli ktoś nie miał szczęścia do rówieśników, to to "brukowanie piekła" było dla niego ratunkiem.
Poza tym, w obecnym systemie też się wyrywa dzieci w burzliwym wieku ze szkoły podstawowej, którą znają od ośmiu lat, aby kontynuowały edukację w liceum/technikum/szkole zawodowej. Znowu trzeba było zaczynać walkę o hierarchię w stadzie rówieśników.