Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bulgaria

Fenomen

w Hydepark

14piorunów

Środa - Snuja powraca

Noc mija przy dźwiękach wspólnego chrapania. Wstajemy niespiesznie. Mamy w pakiecie śniadanie, więc zbieramy się do hotelowej restauracji. Sympatyczna kelnerka - ta sama co wieczorem (oni tu śpią, czy jak?) - przynosi menu śniadaniowe, ale wszystko podane cyrylicą. Używamy tłumacza Google, ale co to jest na przykład kaszkawał albo jajka Pokemona??? Ostatecznie wszyscy biorą jajecznicę z szynką, serem i grzankami. Na szczęście kawa z automatu jest no limit.

Przy śniadaniu K. mówi, że podjął decyzję i musi się zregenerować - dostał w kość i nabawił się kontuzji. Tu jest idealne miejsce, żeby odpocząć dzień dłużej, a do nas ma dołączyć pojutrze. Ogarniamy bajzel w pokoju, wszystko po kolei znika w sakwach, aż nie zostaje nic.

Wychodzimy, zapinamy wszystkie paski, krótkie "powodzenia" i ruszamy.

Przelatujemy przez miasteczko (na okolicznych plakatach Giro d'Italia - naprawdę jechali tędy?) i skręcamy w stronę pól. Ja jadę na końcu, bo z nas trzech jestem najwolniejszy. Nie chcę ich spowalniać, bo wiem, jakie to męczące jechać za kimś wolniejszym. Chłopaki odskakują swoim tempem, a potem w jakimś miejscu na mnie czekają. Doganiam ich, chcemy ruszyć dalej, ale Kove P. coś nie chce odpalić - rozrusznik ani drgnie. Najpierw pchamy, odpala, ale zaraz gaśnie. Zmęczeni pchaniem zapinamy go do drugiego motocykla na hol. Znów odpala i gaśnie. Za chwilę jednak rozrusznik zaczyna gadać jak powinien, a piec startuje. Voodoo jakieś.

W międzyczasie podjeżdża dwóch starszych panów na czerwonych Africa Twin. Chyba też będą robić ten kawałek TET, który my robimy dziś - to byliby pierwsi motocykliści, których spotykamy. Przedwczoraj był jeszcze tylko jeden pieszy turysta na szlaku, a poza tym nikt!

No dobra, to w góry!

Jedziemy lasem. Widać, że w nocy padało (akurat jak spaliśmy w hotelu 😁), coraz częściej pojawiają się strumyki, kałuże i błoto, a nawet dwie konkretne rzeczki, które musimy przejechać. Zastanawiam się, co będzie dalej, ale jakoś to idzie. Jadę swoim tempem, czyli na końcu, jak prawdziwy Kapitan Snuja :slightly_smiling_face:

Na konkretnej już wysokości wpadamy na wąziutki asfalt, a za chwilę jacyś mundurowi otwierają nam szlaban bez pytania, chyba nie wyglądamy jak sabotażyści. Jeszcze kilkaset metrów i widzimy ogromne jezioro, a w zasadzie zalew - Belmeken. Został utworzony dla największej bułgarskiej hydroelektrowni i wygląda nierealnie tu, między szczytami, na wysokości prawie 2000 m n.p.m. Znajdujemy miejsce niedaleko brzegu i robimy popas. Konserwy, liofile, przekąski i cisza. Można tu siedzieć bez końca i patrzeć na otaczające szczyty, po których wędrują cienie rzucane przez rzadkie chmurki w jesiennym, ale bardzo ciepłym słonku. Powietrze na tej wysokości jest za to dość zimne - nie chciałbym tu być przy gorszej pogodzie.

Kończymy popas, wsiadamy na kozy i ruszamy. Mijamy dziwne, jakby niedokończone bloki z cegły, których część jest prowizorycznie zaadaptowana i zamieszkana :face_with_raised_eyebrow: Niepokojąco to wygląda na tej wysokości i w tym miejscu. Nie pierwszy i nie ostatni raz będę się dziwił, jak tu ludzie żyją.

Jedziemy w dół. Droga jest prosta i przewidywalna, można ją przejechać samochodem (jeśli go nie lubisz), ale trzeba się mieć na baczności, bo leży na niej dużo luźnych kamieni, a z jednej strony ciągnie się strome zbocze w dół. Co jakiś czas drogę przecinają wiszące w poprzek ogromne pnie drzew, zazwyczaj da się pod nimi przejechać, a te które były za nisko zostały już pocięte. Ciekawe czy te drzewa spadają np. tylko np. przy wichurze czy zupełnie losowo :upside_down_face: Przed sobą widzę ogromny masyw ze skalnymi filarami - aż muszę stanąć i zrobić fotkę. Tradycyjnie już dzisiaj jadę sam z tyłu.

Mijam tablicę z napisem "Park Narodowy Rila", więc podjeżdżam poczytać. Otóż jest tu m.in. zakaz poruszania się quadów i skuterów śnieżnych, a motocykle... mogą parkować tylko w oznaczonych miejscach 😆 Tak w ogóle w Bułgarii legalne jest poruszanie się motocyklem po wszystkich oznakowanych szlakach, a w parkach po wybranych drogach, takich jak ta nasza. Gdzieniegdzie mijam jakieś zabudowania dla turystów, ale nikogo nie ma - może już po sezonie?

Doganiam chłopaków akurat pod tymi skałami wystającymi ze zbocza nad nami. Po raz kolejny mam kilka chwil na zachwycanie się widokami, jakie ten kraj ma do zaoferowania.

Niedługo potem zaczyna się asfalt, którym zjeżdżamy do cywilizacji. Na stacji zalewamy osiołki, bo plan na dzisiaj przewiduje spanie w dziczy z dala od cywilizacji. No to ruszamy znów w górę - chłopaki przodem, a Snuja stara się nadążyć.

Ale zaczyna się dziać coś, czego się nie spodziewałem. Coś kliknęło, przeskoczyło w mózgu: jakaś zapadka, jakieś nowe połączenie. Otóż żre! Trasa jak bajka, wszystko działa jak powinno: zjazdy, podjazdy, piaski, kałuże. Lecę jak nigdy, zapinam wyższe biegi, przeskakuję nad koleinami i robię zakręty "po bandzie". Kiedy jadę w zakręcie "na przeciwwagę", coraz spokojniej reaguję na uślizg koła, a nawet zaczynam go używać. Nie wiem, czy to trasa mi tak siadła, czy jednak czegoś się nauczyłem, ale ubaw mam niesamowity! Kiedy doganiam tych dwóch bandytów, puszczają mnie przodem i przez jakiś czas Snuja prowadzi, a reszta (ponoć) się nawet nie nudzi :grinning: Leśna droga, którą jedziemy, dostarcza mi dużo zabawy i emocji, są rozjazdy (jak w NFS :grinning:) i czasem wylosuję ten z największą kałużą, co chwila szybkie decyzje czy zwolnić, czy skakać przez muldy, a czasem wpadam na pełnej... w jakiś zeskok czy inną niespodziankę - ale cały czas panuję nad tym co się dzieje. W ten sposób mija jakieś 55 km, zmęczeni, ale zadowoleni, docieramy do naszego miejsca noclegowego wcześniej, niż planowaliśmy. Dzisiaj ani razu nie podnosiłem maszyny z gleby! Decyzja: jedziemy dalej, do miasta na zakupy, a potem się zobaczy.

Wyjeżdżamy z parku i znajdujemy się na jednej z gór zachodnich Rodopów, które całym pasmem otaczają ogromną dolinę rzeki Mesta (Места), która płynie stąd do Grecji (granica jest jakieś 15 km od nas). Jest to gigantyczna równina, na której wszystkie miasteczka widać jak na dłoni, a po przeciwnej stronie słońce razi w oczy zza samych wierzchołków gór.

My natomiast patrzymy na najbliższe miasteczko, które wygląda jak nic, co do tej pory widziałem - Kowaczewitsa (Ковачевица). Domki posiane na zboczu góry, zbudowane z drewna i kamienia, wyglądają jak starówka jakiegoś starego grodu, z wąską kamienną uliczką, wzdłuż której ludzie siedzą w grupach i spędzają ze sobą czas. Widzę nawet babuleńkę w tradycyjnym stroju - niesamowity klimat. Później czytam, że ze względu na ten wygląd nakręcono tu wiele bułgarskich filmów - wygooglajcie sobie. Robimy zakupy w sklepie i odjeżdżamy pozdrawiani przez grupę mężczyzn rozmawiających przed wejściem.

Udajemy się przez nizinę na zachodnią stronę. Kawałek drogi krajowej (zdążyłem się już odzwyczaić od aut na mojej drodze :slightly_smiling_face:) i ładujemy się znów pod górę, z dala od ludzi. Po zaledwie kilku minutach znajdujemy łąkę z cudownym widokiem na góry, z których przyjechaliśmy, oraz na miasta w dolinie, a pod drzewami leżą sterty suchych gałęzi. No lepiej się nie da, więc rozbijamy namioty i robimy kolację.

Zmierzch zastaje nas przy ognisku. Patrzymy, jak zapalają się światła w dolinie. Rozświetla się też jakieś sanktuarium wysoko na górze nad nami, podczas gdy żółty księżyc wyłania łysy łeb zza gór. To będzie piękna noc.

Gruba ryba1piorunów

@Cinkciarz ale wiesz, że możesz zrobic artykuł zamiast wpisu i wtedy na⁎⁎⁎ać tam mnooostwo zdjęć pomiędzy tekstem. Przyjemnie się czyta, super wyprawa ale ciągle czzuję zdjęciowy niedosyt!!! Wincyj zdjęć kurła!! :grinning:

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fenomen

w Hydepark

37piorunów

Wtorek - Dzień Kolejarza

Budzi mnie pisk jakiegoś jastrzębia. Nie spałem za dobrze, bo zeszło powietrze z mojego materaca. Ciekawe, czy dziura, czy tylko korek był niedociśnięty - no cóż, okaże się niedługo. Sprawdzam godzinę: 7:45, czyli zaspałem, będą na mnie czekać. Niebo dziś pochmurne, tylko czasem przemyka plama światła na okolicznych zboczach. Sprawdzam prognozę: dziś w końcu może nas pokropić, ale nie ma co się martwić na zapas.

Poranek standardowy: ogarnięcie majdanu, śniadanie w kółku na trawie, kawka. J. odkrywa, że spał w namiocie z jakimś wielkim karaluchem, który teraz zachowuje się agresywnie - macha odwłokiem i coś nim wydziela, ale w nocy chyba też grzecznie spał :slightly_smiling_face:

Przy porannej toalecie sprawdzam paluch... Oho, paznokieć chyba zejdzie, będzie lipa włożyć buty. No ale trzeba działać, bo dostaję O-P-R, że oni już w zbrojach, a ja wciąż w wigwamie. Żeby mnie zmotywować, odjeżdżają z polanki i ubieram się sam, w ciszy. Doganiam ich w miasteczku, wywalamy śmieci do kosza i opuszczamy malownicze skały.

Cała okolica to płaskie góry poprzecinane dolinami z wioskami. Największa dolina to ta od rzeki Искър (Iskyr) - właśnie ta z najbardziej okazałymi widokami. Odbijamy od niej, jedziemy jakieś 3 km, ale J. znów ma kapcia. To wczorajsze pęknięcie się poszerza, dopychamy dwa sznurki, a podczas pompowania zatrzymujemy przejeżdżającą terenówkę i pytamy o wulkanizatora. Tutaj łatwiej dogadać się po "słowiańsku", bo angielskiego prawie nikt nie zna. Co ciekawe, kierowca ma bluzę z barwami i godłem Rosji. No cóż... Zgodnie ze wskazówkami wracamy na główną drogę i po chwili znajdujemy zakład, przy którym stoi mnóstwo aut w różnym stanie rozkładu oraz sterty opon. Niestety nie dogadujemy się z majstrem, bo nie ma ani łatek, ani dętki. :man-facepalming: Pada decyzja: ściągamy koło i wkładamy zaklejoną dętkę od P. Trochę czasu na tym schodzi, ruszamy dopiero koło 12:00. Tyle dobrego, że niebo się przejaśnia i słońce dogrzewa, co od razu podnosi morale.

Jedziemy. Drzewa przyciągają wzrok jesiennymi kolorami, a krajówka szybko zamienia się w wioskową drogę. W asfalcie przybywa dziur, aż w końcu całkowicie zastępują one twardą nawierzchnię. Czas przełączyć tryb motocykla na offroad. Po wczorajszych glebach zgubiłem gdzieś ten przycisk, więc teraz muszę dźgać palcem w dziurę - nie przełącza się łatwo, ale to akurat jedna z mniejszych szkód 😁 Zauważyłem ciekawą zależność: im częściej maszyna leży, tym szybciej zużywają się różne części :grinning:

Zaczynamy dzisiejszy offroad. Rozkład jazdy dobrze znany: najpierw kiepski podjazd (który dzisiaj tak kurzy, że jak jedziesz za kimś, to widoczność spada do 3 metrów). Potem las (w miarę OK) i czasem bardzo kiepskie serpentyny pod górę, gdzie tylna opona tańczy jak szalona. Nowością jest błoto. Jeden basenik był naprawdę konkretny i wymagał skupienia, żeby nie zanurkować w błotnym spa. Cieszę się, że nie ma tego więcej - trasy są w większości bardzo suche. A ten kurz i rozjeżdżony teren to dopiero wstęp do dzisiejszego Dnia Kolejarza... ale o tym za chwilę.

Trasa prowadzi na fantastyczny podjazd tylko po to, żeby na szczycie zawrócić i z niego zjechać. Ale w końcu jesteśmy tu dla funu, nie? Podczas zjazdu niektórym ledwo udaje się uniknąć przejechania różowiutkiego prosiaka, bo stada świń grasują po drodze bez nadzoru. Zaraz po nich na drogę wbiegają spłoszone konie, również bezpańskie, co powoduje, że niektórzy muszą wyciągać się z krzaków. Co tu się...?

Po kilku kilometrach szczęśliwie trafiamy do miasta Botevgrad, gdzie wciągamy kebaba w cieście. Chyba z powodu zmęczenia smakuje równie pysznie jak ten jedzony o 3 nad ranem 😉

Z miasteczka wracamy w góry, ale prowadzący P. coś pomylił w nawigacji i wpadamy na budowę drogi - brak pasów, maszyny pracują, a asfalt jest jeszcze ciepły. Decydujemy się jechać dalej, dzięki czemu podziwiamy od spodu majestatyczne estakady jakiejś autostrady, wiszące 80 metrów nad nami. W końcu tym dziwnym objazdem trafiamy z powrotem na TET.

Niestety, tutaj czekają na nas rozjeżdżone, twarde koleiny. Działają dokładnie jak szyny - wpadasz w taką kołami i jesteś uziemiony. Czasem mają kilka, a czasem ponad 50 cm głębokości.

Problemów z takimi szynami jest kilka. Jeśli stracisz równowagę (a im wolniej jedziesz, tym łatwiej o to), koła i tak zostaną w koleinie, co kończy się wywrotką. Jeśli głębokość przekroczy kilkadziesiąt centymetrów, zbocze może chwycić ci nogę, peg (podnóżek) albo sakwę - i znowu leżysz. A kiedy chcesz z niej rozpaczliwie wyjechać i przesuniesz środek ciężkości, koła i tak nie drgną z miejsca, co również skutkuje glebą. Generalnie najlepiej jechać środkiem, ale czasem środek sam się kończy koleiną, albo zsuniesz się w bok i znów jedziesz w koleinie jak po szynach. A to grozi... wiadomo.

Na szczęście szyny nie trwają wiecznie. Wypadamy na wyżynę: jest szeroko, koleiny robią się płytkie albo znikają całkowicie. Przestrzeń woła - zupełnie jak w tej piosence - i tu zaczyna się zabawa! Prędkość rośnie, pełna kontrola nad maszyną, power slide'y, a niektórzy nie mogą się powstrzymać, żeby nie pójść na tylne koło :smiley:

Dojeżdżamy do szczytu, który nieznacznie góruje nad okolicą, ale roztacza się z niego majestatyczny widok. Bułgarzy dobrze o tym wiedzieli, bo wstawili tam pośrodku niczego bujaną ławeczkę z napisem "Литаково❤️" (Litakovo - wioska, do której należy ten teren). Trzeba wykorzystać widoczek, więc robimy wspólną fotę, udowadniając, że czterech dużych chłopów bez problemu się tam zmieści, niekoniecznie siedząc 😁 Przed odjazdem jeszcze robię po okolicy rundkę J. Kovadłem. Oj, kusi ta moc...

Lecimy dalej. Zjazd w dół i wracają szyny. Ech, łatwo nie będzie, chociaż czasem koleiny przeplatają się z jazdą po bezkresnych polach z walającymi się łętami po kukurydzy, gdzie znów można poszaleć. Czasem po prostu jedziemy beztrosko obok siebie przez pole, zostawiając za sobą wielką chmurę kurzu. Ale co jakiś czas znów wracają te cholerne szyny...

Stopniowo teren się zmienia, koleiny ustępują miejsca piaskowi. Jeździ się po nim bardzo przyjemnie: lekko zarzuca, trakcja na 80%, można poćwiczyć pracę gazem i tylnym heblem przy skrętach, żeby wyjść z wirażu jak na rolkach z Insta 😉 Czasem jednak piasek znika i znów wracają szyny, a z nimi gleby...

Powoli zmierzamy do cywilizacji. To tu, to tam kawałek asfaltu pojawia się między kamieniami, za chwilę kilka minut całkiem przyzwoitego asfaltu donikąd, aż docieramy do krajówki. Zajeżdżamy na stację paliw (dowolną, byle nie Lukoil 😉), zalewamy rumaki, ale babka przy kasie - mimo niezłego angielskiego - wszystko myli i nikt nie płaci tyle, ile powinien. Nic to, wiemy, że za 20 minut będziemy u celu, a na to wszyscy czekają.

Zajeżdżamy do miejscowości Долна баня (Dolna Bania), znanej z gorących źródeł. Chyba się domyślacie, co było dalej. Szybkie zakupy i meldujemy się w hotelu ze SPA! Prawdziwe łóżka, gorący prysznic, restauracja i gorące baseny!!! Wszystko jest tak nierealne, że cieszy pięć razy bardziej niż zwykle. Kolacja przepyszna (prawdziwe fryty robione na miejscu!), kieliszek rakiji, a potem wskakujemy do zewnętrznego basenu, który po zmroku jest pięknie podświetlony. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem uczucia, gdy po wskoczeniu do wody otula mnie błogie ciepło, aż nie chce się wypływać na powierzchnię. Do tego na zimnym powietrzu woda mocno paruje, stwarzając niesamowity klimat. Udaje nam się jeszcze zamówić po piwie, więc zanurzeni po szyję dyskutujemy o zawiłościach polityki międzynarodowej i rozwiązujemy problemy świata, konkludując kto za tym wszystkim stoi... 😉

Dzisiejszy nocleg to prawdziwa odnowa biologiczna. Wracamy do pokoju dość późno, trzeba się coś przespać przed śniadaniem.

Tytan4piorunów

Napisałbyś któregoś razu co było w twoim wyposażeniu istotne, czego zazdrościłeś kolegom i co byś zabrał ze sobą a co okazało się zbędne (chyba że apteczka, ale i tak ją zawsze zabieram jako talizman)

Pokaż więcej komentarzy (8)

Mistrz

w Wiadomości Świat

74piorunów

Atak dronów u wybrzeży Bułgarii. Trafiono dwa statki, jeden z nich zatonął

Drony uderzyły dwa statki towarowe w pobliżu bułgarskiego wybrzeża - poinformowały lokalne władze. Jedna z jednostek doznała poważnych uszkodzeń i zatonęła, na drugiej wybuchł pożar. Na morzu trwa akcja ratunkowa - ewakuowano załogę jednego ze statków.\ \ Informacje o ataku dronów

Fenomen

w Hydepark

70piorunów

Vox populi - vox dei, będzie pełna relacja z TET Bułgaria. Dopóki wpis będzie dostawał chociaż jeden piorun, będę wrzucał kolejny, więc zapraszam do czarnolistowania :)

Preludium

W czwartek przyjeżdża busem P. - wtedy się poznajemy, to nasz organizator i przewodnik. Zaplanował przejazdy, zarezerwował co trzeba. Zabiera mój motocykl na pakę. Oprócz mojego będą jeszcze 3 inne, z tego tylko moja CFMoto 450, a reszta Kove 800.

Piątek to pakowanie. Ciężko mi ogarnąć wszystko: sakiewki z narzędziami, sakwy ze sprzętem na camping i jedzeniem, drybag na ciuchy, śpiwór i materac, plus namiot. Sporo tego. Nie mam jeszcze doświadczenia z takimi wyjazdami - zawsze pod namiot jeździłem autem i nie było tego problemu.

Sobota o 3 rano zaczynamy road trip. Przyjeżdżają do mnie J. - którego poznałem w tym roku i jeździłem z nim na krótsze tripy offroadowe w PL - oraz K. - znajomy naszego organizatora. Ja mam C5 w kombi, więc przeładowują cały swój szpej do niego i ruszamy.

P. wyjechał wcześniej niż my, jedzie sam, więc jak mu się chce, to śpi w busie. Świt zastaje nas na Węgrzech, w Rumunii doganiamy busa i zjadamy razem lunch. Odtąd jedziemy razem na camping Starite Borove. Granicę przekraczamy w Calafat - mostem nad Dunajem (it's uuuuge). Pierwszy raz stoję na bułgarskiej ziemi. Szybkie zakupy w Kauflandzie i pół godziny później zaczynamy rozpakowywać maszyny i stawiać obóz.

Wieczorem siadamy do stołu w kempingowej kuchni, żeby przepłukać gardła i omówić ważkie sprawy wymagające omówienia 😉 Towarzyszy nam miejscowy piesek, kotka i pajęczyca z jakąś setką młodych na plecach (Hans...). Na koniec ostatni ciepły prysznic na jakiś czas i do spania...


Niedziela

Umówiliśmy się na 9:00, więc mój budzik dzwoni o 7:00. Nad ranem było jakieś 6 stopni - w środku nocy zakładałem softshell, mimo że miałem na sobie bieliznę z merino, to będzie nauczka na przyszłość. Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale wiem, że trzeba, bo pakowanie trochę mi zajmie. Zaczynam od zrobienia kawy i pochłaniam serek wiejski z wczorajszą bułą. Po śniadaniu wracam i widzę, że chłopaki już wstali. Każdy ogarnia się, jak umie: opróżniamy auta, ładujemy sakwy. Ja i K. wyglądamy jak cygański tabor, a J. i P. - jako ci bardziej doświadczeni - stawiają na czysty minimalizm. No, zobaczymy!

Ruszamy po 9:00, prawie planowo. Pierwsze 40 km to asfalt. W końcu na horyzoncie pojawia się pasmo górskie, a po chwili zajeżdżamy do miasteczka Белоградчик (Bełogradczik) dolać wachy. Ruszamy dalej, przelatujemy przez ryneczek, na którym - o dziwo - kręci się karuzela z konikami. Jeszcze dwa zakręty i szok! Mieścina leży tuż obok ogromnych skalnych ostańców. Klimat trochę jak w Karkonoszach, widoki wspaniałe, na parkingach kręci się trochę turystów, ale my tylko się rozglądamy i zjeżdżamy winklami w dół. Kawałek dalej, obok Боровица (Borovitsa) ciągnie się cała ściana takich skalnych „mnichów” wzdłuż drogi. Niezbyt wysokie, ale robią spektakularne wrażenie! Jedziemy dalej, zakręty się wiją, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy!

W końcu odbijamy z asfaltu. Na dzień dobry doganiamy jakieś konie, które luzem kłusują ścieżką do góry. Czy tu są dzikie konie? A jeżeli czyjeś, to dlaczego biegają bez opieki po lesie? W końcu odbijają na bok, mijamy je i natychmiast zaczyna się grubo. Droga jest sucha, ale strasznie rozjeżdżona: głębokie koleiny wyżłobione przez wodę, progi skalne i pełno luźnych kamieni. Czasem wykładam się ja, czasem K., który wyznaje, że taką drogą jeszcze w życiu nie jechał.

Ja padam na jednym z podjazdów - stromo w opór, wypadłem z koleiny i nagle mnie zarzuciło. Motocykl ciężko postawić w takim terenie. Próbuję ruszyć, ale znikąd nie da się nabrać prędkości na tych wertepach. W końcu wydrapuję się na bardziej płaski teren, ale po chwili znowu mnie zarzuca i leżę. J. pomaga mi postawić sprzęt, ale obwieszczam mu, że moje sprzęgło prawie nie chwyta. Sprawdza sam, próbuje podjechać i lipa. P. wraca do nas i stwierdza, że trzeba po prostu poluzować linkę. Kombinerki, chwila roboty, po czym P. próbuje startować, a ja pcham. Sukces! Wyjechał na prostszy odcinek, do którego muszę podejść jakieś 20 metrów. Stwierdzam w duchu, że za nic nie chciałbym iść tym szlakiem pod górę na piechotę.

Podjazdy robią się ciut łagodniejsze, wjeżdżamy w las, ale i tak trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie stawia mnie bokiem i zaliczam kolejną wywrotkę. Jestem cały, chociaż stopa nieźle boli. Okazało się, że nie zauważyłem grubej gałęzi wystającej z boku drogi - wbiła mi się w sakwę i złamała, przez co nagle mnie przestawiło. Siedzę chwilę i masuję stopę, ale cieszę się, że mam dobre buty, a gałąź nie wbiła mi się w udo albo nie urwała nogi.

Dalej jadę już dużo ostrożniej, omijam większe kamienie i patyki, ale za chwilę staje P. - złapał kapcia z tyłu. Opona dętkowa, ma zapas, więc od razu zabiera się za wymianę. Badyl pod wahacz, klucz płaski i jazda. Mamy kompresorki, a chłopaki z niejednego pieca chleb jedli, więc praca idzie sprawnie. Schodzi na tym jakieś 40 minut. A kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że byliśmy zaledwie 100 metrów od wyjazdu z lasu na przepiękną połoninę. Nie mógł złapać gumy w pełnym słońcu, gdzie są takie widoki?!

Teraz jazda to już czysta przyjemność - zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach, z tą różnicą, że dookoła nie ma ani żywej duszy. Zatrzymujemy się na szczycie, obok psów pasterskich, które na szczęście odchodzą, gdy słyszą gwizd pasterza. Na najwyższej skałce stoi ławeczka. Siadamy i podziwiamy krajobrazy - widoki są absolutnie niesamowite! Cykamy foty (wychodzą fantastycznie), pogoda jest dla nas łaskawa, tylko mocno wieje - ale trudno się dziwić na wysokości ponad 1500 m n.p.m.

Po dłuższej chwili siadamy na koziołki i ciśniemy dalej połoniną, z tą różnicą, że zaczyna się zjazd. W pewnym momencie drogę grodzi ogrodzenie pod napięciem - musimy odczepić przewody, żeby przejechać. Okazuje się, że pasą się tu krowy, które płoszą się na dźwięk silników. Odczepiamy kolejny drut i wyjeżdżamy.

Połoniny się kończą, wracamy do leśnej jazdy. Jadący na przedzie P. nagle się zatrzymuje. Schodzi z maszyny, patrzy... znów guma. Bierze trzy głębokie wdechy i mówi, że jak latali po Maroku, to w całej ekipie pękło 7 kapci, ale on sam nie złapał ani jednego, a tu ma dwa pod rząd! No trudno, kolejny postój i jazda z tematem. Łatanie trwa około godziny, bo zapasowa dętka poszła przy poprzedniej awarii.

Po ruszeniu ciągle w dół. Czasem robi się czysty hardcore: gołe skały, na których leżą kamienie różnej wielkości. Nie chciałbym tędy schodzić, a co dopiero zjeżdżać! Na szczęście w końcu pojawiają się pierwsze oznaki asfaltu oraz pierwsze wsie. Wyglądają jak opuszczone: budynki się walą, wszystko pozarastane, widać gołym okiem brak pieniędzy. W małym miasteczku parkujemy pod bułgarską „Żabką”, tuż obok wolno dekomponującej się buchanki. Kiedy K. robi jej fotkę, podjeżdża rozklekotaną Polówką jakiś gość i pyta, czy nie chcemy jej kupić za 1500 € xD. Robimy zakupy na wieczór, ale pieczywa niestety brak - w końcu to niedziela wieczór (ale humor gitówa!). Nie ma problemu, jak ktoś biedy zaznał, to i kiełbasę bez chleba zje 😉

Wjeżdżamy w końcu na szerszą drogę, ale niedługo potem odbijamy w stary, popękany asfaltobeton, ze szczelin którego wyziera mech. Żadnych aut, żadnych ludzi - klimat żywcem z Czarnobyla (na każdym znaku cyrylica), i tylko pozarastane cmentarze świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu mieszkali.

Z tego odcinka skręcamy w las na końcówkę dzisiejszego offroadu. Jedziemy kilka kilometrów, lekko nie jest, ale bez większych niespodzianek docieramy do jakiejś polany. P. decyduje, że tu rozbijamy obóz. Parkujemy i od razu bierzemy się za rozkładanie sprzętu, bo słońce ucieka w mgnieniu oka. Tradycyjnie już chłopaki zazdroszczą mi namiotu rozkładanego w 5 sekund, a J. - wędkarskiego krzesełka.

Gdy obozowisko stoi, zbieramy drewno i rozpalamy ognisko na środku polany. Siedzimy do późna, a rozmowy podkręca zimne piwo i przywieziona z Polski wiśniówka. Zza drzew wychyla się łysy łeb księżyca, a z głośnika płyną klasyki - w końcu wszyscy tutaj mamy już solidnie wygrzane PESELe.

W końcu czas się rozejść do namiotów. Cieszymy się, że wszystko się udało i każdy z nas dotarł cało na nocleg. Pora spać.

Pokaż więcej komentarzy (12)

Mistrz

w Wiadomości Świat

54piorunów

Premier Bułgarii krytykuje "kierownictwo UE" za militarne wsparcie Ukrainy. Wzywa do rozmów z Rosją

Rumen Radew kolejny raz otwarcie krytykuje politykę Unii Europejskiej w kontekście wsparcia militarnego udzielanego Kijowowi. Zdaniem bułgarskiego szefa rządu zapasy w europejskich magazynach są wyczerpane, a jednocześnie z miesiąca na miesiąc wzrasta napięcie i ryzyko eskalacji nuklearnej.

GURU

w Wiadomości Świat

28piorunów

Eksplozja w magazynie broni w Bułgarii. W przeszłości ślady prowadziły do Rosji

Do eksplozji i pożaru doszło w bułgarskim składzie broni w nocy z piątku na sobotę - przekazały lokalne władze. To kolejne takie zdarzenie w ostatnich tygodniach. Wkrótce po wybuchu, na terenie składu pojawił się ogień, który szybko przenosił się z jednego magazynu na kolejne. -

GURU

w Wiadomości Świat

12piorunów

Niepokojący incydent w Bułgarii. Dron eksplodował niedaleko granicy

Nieznany dron eksplodował na terytorium Bułgarii, niedaleko granicy z Rumunią. Bezzałogowiec spadł na pole słoneczników, około kilometra od stacji kompresorowej gazociągu. W Bułgarii doszło do incydentu z udziałem niezidentyfikowanego drona. Bezzałogowiec wleciał w bułgarską

GURU

w Wiadomości Świat

5piorunów

Bułgaria: nowelizacja Kodeksu wyborczego

Wybory pozostają piętą achillesową bułgarskiej demokracji, a Kodeks wyborczy należy do najczęściej nowelizowanych aktów prawnych. Uchwalone obecnie zmiany, obejmujące m.in. przywrócenie głosowania z wykorzystaniem urządzeń elektronicznych, ograniczenie liczby głosów oddawanych do

Kompan

w Dyskusje

2piorunów

Warna atrakcje – TOP 15. Co warto zobaczyć w Warnie? Przewodnik 2026

Byłem w Warnie. Napisałem artykuł. Oto trzy rzeczy, które mnie zaskoczyły: Złoty skarb z Warny ma ponad 6000 lat. Starszy niż Stonehenge i piramidy łącznie. Jest w muzeum za 6 euro. W 1444 roku zginął tu polski król Władysław III Jagiellończyk. Jest mauzoleum. Prawie nikt o tym

Mistrz

w Wiadomości Świat

48piorunów

Bułgaria sprzeciwia się sankcjom UE wobec rosyjskiego patriarchy Cyryla

Bułgaria wyraziła sprzeciw wobec proponowanego przez UE 21. pakietu sankcji wobec Rosji, ponieważ obejmuje on restrykcje wobec przywódcy Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, patriarchy Cyryla. Pakiet, który zawiera również nowe środki dotyczące sektora energetycznego, wymaga jednomyślnej

Tytan

w Muzyka

7piorunów

Shrine to projekt bułgarskiego producenta Hristo Gospodinova, poruszający się w obszarze ambientu, dark ambientu i industrial ambientu.

Label: Cyclic Law
Album: Somnia
Wykonawca: Shrine
Utwór: Dream Capture in Stone
Kraj wydania (label): Kanada
Kraj pochodzenia: Bułgaria
Wydany: 28.05.2012
Gatunek: Electronic
Styl: Dark Ambient

https://youtu.be/H8BpNNjNI0g?is=4sx-x6FJalLLqbKH

GURU

w Wiadomości Świat

22piorunów

Bułgaria nie będzie już wspomagać wojskowo Ukrainy - Focus Europe

Bułgaria definitywnie wstrzymuje pomoc wojskową dla Ukrainy, ogłosił minister obrony Dimitar Stojanow. Choć kraj wyraźnie ociepla relacje z Kremlem, to ze względu na unijne miliardy stara się unikać otwartego sporu z Brukselą. – Wyraziliśmy się już jasno, że wojna na Ukrainie nie

Fanatyk

w Hydepark

17piorunów

Bułgarski pierdolnik część 2

Pięknie jest!

4 foto.

Do góry są stare i brzydkie ale za to kabinki są za darmo!

Pokaż więcej komentarzy (3)

GURU

w Wiadomości Świat

26piorunów

Pół roku temu weszli do strefy euro. Ceny wystrzeliły

Niecałe sześć miesięcy po przyjęciu wspólnej waluty UE Bułgaria zmaga się z najwyższą inflacją w strefie euro. Ogólny wzrost ceni w strefie euro w dużej mierze napędzany jest przez ceny energii. Tymczasem nowy rząd w Sofii próbuje udowodnić, że potrafi ograniczyć koszty żywności

GURU

w Wiadomości Świat

6piorunów

Nowy rząd w Bułgarii stał się faktem. Pokieruje nim były prezydent

Bułgarski parlament zatwierdził w piątek 124 głosami nowy rząd. Gabinetem pokieruje były prezydent Rumen Radew, który w kwietniu wygrał przedterminowe wybory parlamentarne i zapewnił swojemu ugrupowaniu Postępowa Bułgaria absolutną większość w 240-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.