Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#ksiazkicerbera

Osobistość

w Książki

38piorunów

157 + 1 = 158

Tytuł: Rybak znad Morza Wewnętrznego

Autor: Ursula K. Le Guin

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788380970199

Liczba stron: 1025

Ocena: 3/10

Rok postanowiłem zacząć z grubej rury książką autorki, za której twórczością nie przepadam. Na początku wydawało się, że zła passa zostanie wreszcie przerwana - do trzech razy sztuka - ale niestety im dalej w las, tym aspekty, które mi u Le Guin przeszkadzają wychodziły coraz to bardziej na pierwszy plan. Standardowo o każdym tekście powiem mniej lub więcej, choć w pewnym momencie miałem już tego zaniechać, bo przy niektórych pozycjach pisałem właściwie to samo; jakoś jednak dotrwałem do końca i postaram się te opisy trochę zdywersyfikować. Zabawnym jest też, że owy zbiór równie dobrze mógłby się nazywać "Opowieści z Ekumeny", bo niewiele idzie tu znaleźć rzeczy niezwiązanych z tym światem.

Wszystkie strony świata:

Naszyjnik Semley - Semley zachowuje się tak, jak gdyby wszystko jej się należało, co zresztą kwitują Gliniacy, wymieniając cechy znanych im ras i porównując ją do nich. Niby miła i dostojna, a jednak rozpuszczona jak śnieg w maju. Zakończenie z dzisiejszej perspektywy proste, ale tak czy siak skuteczne. Tekścik ten stanowił prolog do jednego z utworów w omnibusie Światów Hain.

Kwiecień w Paryżu - niezmiernie sympatyczne opowiadanko traktujące o samotności i braku życiowej satysfakcji. Obecny jest tu całkiem fajny humor oraz rosnące z każdą stroną ciepło. Więcej nie zdradzam, gdyż zdecydowanie warto zapoznać się z tym samodzielnie. Jest też bodaj najbardziej wyjątkowe z tego zbioru, bo ze świecą szukać objawiającego się we lwiej części utworów swiatotwórstwa Hain i zupełnej obojętności na losy postaci. No i nie jest smętne i suche jak diabli.

Mistrzowie - dziwny świat, w którym nastąpiło nieokreślone zjawisko sprawiające, że pojawienie się Słońca to wydarzenie dosyć wyjątkowe; do tego panuje dziwna cenzura nauki, a wielu uczonych wisi na krawędzi herezji próbując choćby zmierzyć odległość do najbliższej gwiazdy. Czyta się dobrze, ale brak w tym celu.

Skrzynka ciemności - coś o wiedźmie, szkatułce wypełnionej mrokiem, dwóch braciach - jednym posłusznym królowi, drugim wręcz przeciwnie. W ogólnym rozrachunku o niczym.

Magiczne słowo - umiarkowanie przyjemny, krótki tekst osadzony w świecie Ziemiomorza. Pewien czarodziej wiedzie sobie żywot samotnika, aż zostaje uwięziony, a wszelkie próby ucieczki kończą się niepowodzeniem - do czasu.

Prawo imion - ponownie z Ziemiomorza i ponownie sensowne. Historia jest prosta, ale czyta się przyjemnie.

Królowa Zimy - utwór osadzony w świecie Ekumeny "Lewa ręka ciemności". Znowu jest lepiej niż w obszerniejszym pierwowzorze, być może dlatego, że autorka nie miała czasu rozpędzić się ze swoim przynudzaniem. Widzimy tutaj beznadziejną sytuację władczyni, dla której 3 dostępne rozwiązania sytuacji nie są żadną opcją, dlatego - jak to często bywa w tego typu kabałach - obiera swoją drogę. Ponownie: zamysł jest dosyć prosty i na szczęście nie daje rady człowieka znużyć.

Udana wycieczka - na pierwszy rzut oka wydawał się to bełkotliwy, chaotyczny, narkotykowy strumień świadomości, ale ostatnie linijki wywracają wszystko do góry nogami. Już za samo to oceniam go trochę lepiej.

Dziewięć śmierci - ciekawy kawałek traktujący o współpracy dwóch specjalistów z grupą 10 klonów (po 5 dla każdej płci) pochodzących od pewnego młodego człowieka renesansu. Poruszane są tematy ich wychowania - specyficznego, by zanadto od siebie nie odbiegali, co odbija się na ich relacjach i interakcjach ze zwykłymi ludźmi, a jednocześnie pozwala na osiągnięcie niezwykłego stopnia zrozumienia i współpracy we własnym gronie. Chętnie przeczytałbym coś podobnego spod pióra Lema.

Rzeczy - o powszechnym zniszczeniu i wynikającym z niego marazmie, przez co nikt nie tworzy już żadnych dóbr. Jeden tylko ceglarz powziął sobie za cel dotarcie do Wysp - miejsca ratunku od "końca".

Wycieczka do głowy - zupełnie bez sensu.

Szerzej niż imperia i wolniej - świetne i również osadzone w świecie Ekumeny. 10-osobowa załoga statku kosmicznego ląduje na świecie 4470 i z biegiem czasu wszyscy wyczuwają rosnący, niewytłumaczalny niepokój, przeradzający się potem w strach. W tle nieporozumienia i konflikty - głównie z jednym z załogantów, strasznie nieprzyjemnym typem - eksplorujące ludzką psychikę, jego zdolność adaptacji i granice wytrzymałości.

Gwiazdy pod ziemią - o nietraceniu ducha i zaufaniu. Ponownie - czytało się przyjemnie, do tego obecna jest miła atmosfera ciepła.

Pole widzenia - intrygujące zawiązanie akcji, zmierzające jednakże donikąd, choć zakończenie i wyjaśnienie zagadki można zaliczyć do niecodziennych.

Kierunek drogi - wstyd się przyznać, ale zajęło mi więcej czasu niż powinno zrozumienie kto i o czym w tekście opowiada. Ciekawe spojrzenie na "punkt widzenia i perspektywę" oraz gorzkie na rosnący postęp i pośpiech.

Ci, którzy odchodzą z Omelas - podejście autorki do klasycznego problemu "czy szczęście i dobrobyt wielu można okupić cierpieniem i niedolą jednostki".

Dzień przed rewolucją - najzwyczajniej w świecie zmęczenie poniekąd życiem, wspomnieniami i byciem ikoną ważnego wydarzenia, choć lekko na przekór sobie.

Rybak znad Morza Wewnętrznego:

Pierwszy kontakt z Gorgonidami - nie ma o czym pisać.

Sen Newtona - również brak mi słów. Ot, obserwacja stacji i jej członków, którzy uciekli z Ziemi przed mnogością zjadliwych chorób. Część z nich z czasem zaczyna zauważać różne rzeczy, których nie da się ani w żaden sposób jednoznacznie wyjaśnić, ani choćby zaproponować ich mentalnego źródła.

Wejście północną ścianą - urywek z dziennika wyprawy skurczonych ludzi po domu, gdy na zewnątrz panuje zima?

Kamień, który wszystko zmienił - dziwna zależność między dwoma podrasami: jedna dumająca i trzymająca władzę, druga układająca wzory wymyślone przez tych pierwszych i ogólnie we wszystkim podwładna. Odkrywają oni we wzorach drugie dno, na które ich przełożeni nie zwracają najmniejszej uwagi. Nie wiem, co to ma wyrażać lub przekazywać.

Kerastion - nieangażujące paplanie o cechach, rodzeństwie, robieniu instrumentu ze skóry matki i samobójstwie przez zniszczenie trwałych replik rzeźb pierwotnie będących nietrwałymi piaskowymi dziełami. Dziwne.

Opowieść szobów - w późniejszej części dzieją się rzeczy dziwne, niewyjaśnione i intrygujące, ale cały tekst został napisany topornie: powiedział, poszedł, zrobił, imię, imię.

Zatańczyć do Ganamu - swoista kontynuacja utworu poprzedniego. Spojrzenie na naturę rzeczywistości i sposobu, w jaki każdy z nas ją odbiera oraz kształtuje. Do tego odrobiny analizy roli płci w funkcjonowaniu społeczeństwa.

Jeszcze jedna opowieść albo Rybak znad Morza Zewnętrznego - opowieść o nadziejach, celach marzeniach, miłości, przywiązaniu, niepewność i jeszcze długo by tak wymieniać. Tak jak wstępu nie można zaliczyć do najbardziej angażujących, tak rozwinięcie tj. edukację, osiągnięcia i rozterki bohatera śledzi się już z niejaką ciekawością. Segment kończący natomiast pojawia się znikąd, umieszcza Hideo w dziwnym położeniu, które wywołuje w nim sprzeczne emocje, jednakże nad ostateczną decyzją niewiele się namyśla. Czytaniu tego towarzyszą doprawdy pozytywne uczucia spełnienia i kontemplacji.

Cztery drogi ku przebaczeniu:

Zdrady - raczej nudne i wydumane, o lekko zdziczałym byłym wodzu, którego starsza pani doprowadziła do porządku, a ten w chwili próby się odwdzięczył.

Dzień przebaczenia - międzyukładowe spiski i układy, niepojęte dla zewnętrznych obserwatorów zależności między właścicielami i niewolnikami, zgrzytająca współpraca skaczącej po światach ambasador i lokalnego oficera, wiodąca po wyboistej drodze, lecz kończąca się w sposób do bólu przewidywalny.

Człowiek ludu - kolejne podejście Le Guin do wywrócenia społecznych podstaw funkcjonowania do góry nogami. Niby służy ukazaniu niedopasowania bohatera do kolejnych grup, ale wprowadza niepotrzebny zamęt, no i jak to u tej autorki bywa - przymula jak jasny gwint.

Wyzwolenie kobiet - autorka lubi poruszać ważne tematy - w tym wypadku na czoło wysuwają się niewolnictwo i nierówność płci - ale absolutnie nie potrafi utworzyć wokół nich otoczki, która pozwoli czytać je nawet nie tyle z przyjemnością, co po prostu bez uczucia totalnej obojętności.

Wiadomości o Werel i Yeowe - czarni są właścicielami, a biali niewolnikami; no cóż za kreatywność, cóż za bogate i wyjątkowe światotwórstwo. Akademickie spojrzenie na świat przedstawiony - biosfera planet, przebieg wojen domowych itp.

Urodziny świata:

Dojrzewanie w Karhidzie - powrót do mojego ulubionego świata, w którym rok obecny jest zawsze rokiem pierwszym, a wartości lat przeszłych nie stoją w miejscu, tylko cały czas się oddalają. Aż mnie skręca od idiotyzmu mechanizmu. A tak to mamy tutaj kwestię dojrzewania w społeczności, u której przez większość czasu płeć jest obojętna, a dopiero w czasie tzw. kemmeru wykształcają się odpowiednie cechy. Osobniki takie muszą oddać się rozpuście, bo inaczej oszaleją - dosłownie.

Kwestia Seggri - ja rozumiem, że poprzez seks można przedstawić mrowie różnych relacji społecznych i gatunkowych - co Le Guin lubiła robić - ale tutaj było już tego za dużo, do tego przedstawionego w sposób żenujący i miałki, jak w jakimś podłym romantasy. Rozumiem oprzeć w pełni albo po części na tym aspekcie fabuły utworów, no ale nie ciągle, jeden po drugim, no Jezus Maria... Tutaj jeszcze raz powtarza się niechlubna proporcja: 90% obojętności, 10% wartościowych fragmentów. Babki odpowiadają za "chleb", chłopy za "igrzyska". Z niewyjaśnionych dokładnie powodów jest ich ok. 15 razy mniej niż kobiet, no i tak się role w społeczeństwie podzieliły.

Niechciana miłość - ciekawe spojrzenie na niemożność pojęcia zachowań i zwyczajów obcych gatunków, które dla nich są tak oczywiste, że paradoksalnie ciężko jest im je objaśnić. W tym przypadku na szczęście autorka skupiła się w głównej mierze na konkretach: prawdziwej miłości, choć niepewnej i niekompletnej - dosłownie i w przenośni.

Górskie ścieżki - seks, małżeństwo, mojety, sedoretu, chłop, baba, miłość, oszustwo. Nie mam nic więcej do dodania.

Samotność - stopień uproszczenia aż boli: jako że matka nie mogła wtopić się w nowo odkrytą społeczność ludzką na innej planecie, postanowiła wysłać tam swoje dzieci. I co? Żadnych problemów ani pytań, normalnie jak z jakimiś kukułkami. Bohaterka uprawia jakieś samobiczujące metafizyczne eskapady, hołubi samotność, a potem leci na pustkowie, próbuje uwieść chłopaka i ostatecznie mówi mu "zrób mi dziecko". K⁎⁎wa...

Dawna Muzyka i niewolnica - przynajmniej bez notorycznego paplania o seksie. Ponownie, większość tekstu nudna jak flaki z olejem i dopiero pod koniec na jaw wyszły szczegóły zawirowań w świecie, jakże podobne do tego, co w naszym ma miejsce cały czas.

Urodziny świata - kolejny słowotok, w którym w co drugim zdaniu pojawia się słowo bóg. Powtarza się schemat społeczeństwa prostaków parzących się miedzy sobą i urządzających dynastyczne ekscesy, odbijające się na dobrobycie całego społeczeństwa.

Raje utracone - zdecydowanie jeden z ciekawszych utworów tego zbioru, choć bezgraniczne znużenie odbiło się trochę na jego odbiorze. Tak jak zwykle w sci-fi międzygwiezdne odległości pokonuje się albo za pomocą napędu nad- lub przynajmniej okołoświetlnego, albo podróżników się hibernuje, tak tutaj wszystko opiera się na założeniu, że ludzie będą w statku-matce żyć przez pokolenia, a każdemu z nich przypadnie odrobinę inne zadanie. Jestem zbyt wypalony, by obszerniej opisywać moje odczucia, ale coś spróbuję z siebie wykrzesać. Całkiem interesującym jest obserwowanie narastających z każdym pokoleniem zachowań i zjawisk, które wynikają z życia w środowisku odmiennym od ziemskiego - niektóre głupiutkie, wymyślone na siłę i absurdalne, inne z kolei wnikliwe, których skonstruowanie musiało trochę czasu zająć. Było co nieco o kwestiach genetycznych - koniec końców w grę wchodzi ograniczona pula osobników, edukacji - program nauczania każdego kolejnego pokolenia poddawany był odpowiednim korektom wynikającym z nowych odkryć oraz zadań, którymi będzie się zajmować.

Opowiadanie świata - czyli najdłuższy tekst, niezawarty w żadnym z podzbiorów. Obserwujemy w nim losy ambasadorki Hain z Terry wysłanej na Akę - planetę, gdzie gwałtowny postęp technologiczny doprowadził do odwrócenia się od tradycji, literatury i wszelkiego świadectwa kulturowego i systematycznego ich wyniszczania. Ambasadorka kroczy po cienkiej linie - powinna skatalogować i w ten sposób zachować od zapomnienia jak najwięcej tekstów, jednocześnie nie narażając na nieprzyjemności lokalsów, którzy z nią współpracują. Początek i część rozwinięcia przebiegają w standardowy dla tej autorki nieangażujący sposób, później jednak na scenę wchodzą osobiste przeżycia z Terry, skorelowane w zaskakująco dużym stopniu z obecną sytuacją Aki oraz pochodzenie wspomnianej technologii, od której to wszystko się zaczęło. Nie tylko główna bohaterka przechodzi długą drogę - dosłownie i w przenośni - choć na tym poprzestanę. Pozycja wyróżnia się na tle reszty, choć tu winę w głównej mierze ponosi objętość, która pozwoliła różne aspekty uwypuklić i obszerniej wyjaśnić.

Gdybym miał dwoma słowami podsumować tę książkę, to byłyby to "obojętność" i "znużenie". "Obojętność", bo na ponad tysiącu stron rzadko kiedy byłem w stanie w choć najmniejszym stopniu przejąć się lub utożsamić z losami bohaterów, ich najbliższych lub towarzyszy. "Znużenie", bo autorka nie była w stanie przekonać mnie do faktycznego zainteresowania się przedstawianymi historiami, a często powtarzające się motywy, elementy i zagrania skutkowały zlewaniem się wszystkiego w jedną bezładną masę.

Nie przeczę, spora liczba pomysłów jest tu całkiem niezła - niekiedy nawet bardzo - ale co z tego? Nie mogę powiedzieć, żeby proza autorki mnie zachwycała: język - suchy; świat przedstawiony - chcący być jednocześnie w niektórych aspektach odniesieniem do naszego, a w niektórych udziwniony do przesady, w wyniku czego pierwsza rzecz wypada nieprzekonująco, a druga tylko człowieka odpycha; fabuła, historia, jak zwał, tak zwał - nie wie, czym chce być. Czasem to coś na wzór pamiętnika czy wspominek, czasem podpadający pod historyczny przegląd wydarzeń z jakiegoś istotnego okresu. Teoretycznie wydaje się to ciekawe, ale autorka notorycznie przedstawia to w sposób nudniejszy niż w poślednich podręcznikach od historii. Brak tu jakiegokolwiek punktu zaczepienia: postacie są kukłami służącymi jedynie przekazowi; nawet pomimo głębszego ucharakteryzowania niektórych z nich w żaden sposób nie da się do nich przywiązać.

Mogę się założyć o grubą kasę, że gdyby niektóre teksty traktujące o seksie napisał facet, to to ciągłe gadanie o dymaniu, penisach, pochwach i robieniu dzieci byłoby krytykowane w każdej pojedynczej recenzji i wskazywane jako jakieś dewiacje. Ale jako że jest to wielka i szanowna Le Guin, to każdy ustęp o tym traktujący to prawda objawiona i złota mądrość. Już mnie na Reddicie obrońcy światłości zjechali jak napisałem, że nie uważam jej książek za zbyt dobre.

Zbioru nie polecam. Miałem nadzieję na jakąś zmianę, a skończyło się jak zwykle. Po jej następnych książkach spodziewam się wszystkiego najgorszego i kolejną wezmę na tapet pewnie dopiero po wakacjach przyszłego roku. Wymęczyłem się okrutnie. Oprócz standardowych bolączek autorki, w tym zbiorze dołączył do nich szeroko pojęty seks. Często stanowił ważny element opowiadanej historii i tu nie mam zastrzeżeń; problem pojawiał się, gdy traktowano go w sposób ostentacyjny i przedmiotowy, bez większego powodu.

Autorytet0piorunów

@Cerber108

Zbioru nie polecam. Miałem nadzieję na jakąś zmianę, a skończyło się jak zwykle.

Mam w planach w tym roku, coś czuję że skoro jest jak zwykle to znowu mi się spodoba. xd

Osobistość1piorunów

@Hilalum haha, chociaż ktoś będzie zadowolony.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

19piorunów

W już zeszłym roku, zgodnie z postanowieniem, ograniczyłem trochę ilość czytania, by mieć ciut więcej czasu na giereczki - niestety nie mogę powiedzieć, by się udało. Pykły w nim 64 książki, jednakże - wyłączając czytane za dzieciaka pozycje Baccalaria - faktycznych nowości wychodzi zaledwie 44; stron z kolei idzie razem naliczyć 25652. Jeżeli chodzi o podział na wydawnictwa, to brak fajerwerków bądź zaskoczenia: 22 od Olesiejuka (cały Baccalario), 13 od MAGa, po 12 od Vespera i Rebisu, ledwie 3 spod szyldu Literackiego i 2 Zyska. Średnia ocen wyszła widocznie mniejsza niż w 2024 roku (choć wydawało mi się, że będzie podobna), natomiast nieznacznie wyższa niż w 2023.

Poniżej lista książek przeczytanych w roku minionym:

STYCZEŃ

1. Księga Czaszek 3/10

2. Bogowie Pegāny i inne op. fantastyczne 6/10

3. Kroniki Amberu 1 7/10

LUTY

4. Kroniki Amberu 2 5/10

5. Maszyna różnicowa 8/10

6. Grobowiec. Zaraza 7/10

7. Nigdziebądź 7/10

MARZEC

8. Kukułcze jaja z Midwich 8/10

9. Pół króla 5/10

10. Pół świata 3/10

11. Pół wojny 6/10

12. Odwrócony świat 8/10

KWIECIEŃ

13. Krwawy południk 6/10

14. Słuchacz 6/10

15. Cryptonomicon 10/10

16. Powrót z gwiazd 6/10

MAJ

17. Śpiący przebudzony 5/10

18. Walizka pełna gwiazd 7/10

19. Busola snów 5/10

20. Mapa przejść 8/10

21. Złodziejka luster 7/10

22. Wrota czasu 9/10

23. Antykwariat ze starymi mapami 9/10

24. Dom luster 9/10

25. Wyspa masek 10/10

26. Kamienni strażnicy 10/10

CZERWIEC

27. Pierwszy klucz 10/10

28. Ukryte miasto 8/10

29. Mistrz piorunów 7/10

30. Labirynt cienia 7/10

31. Lodowa kraina 7/10

32. Ogród popiołu 7/10

33. Klub podróżników w wyobraźni 7/10

34. Statek czasu 7/10

35. Podróż do Mrocznych Portów 4/10

36. Piraci z Mórz z Wyobraźni 3/10

LIPIEC

37. Wyspa buntowników 2/10

38. Godzina bitwy 3/10

39. Wielkie lato 7/10

40. Viriconium 3/10

41. Jestem legendą. Piekielny dom. Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał 4/10

SIERPIEŃ

42. Jedyni dobrzy Indianie 8/10

43. Więcej niż człowiek 6/10

44. Inwazja porywaczy ciał 7/10

45. Oszczędnego czarodzieja poradnik przetrwania w średniowiecznej Anglii 7/10

46. Zgroza w Dunwich i inne przerażające op. 9/10

WRZESIEŃ

47. Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne 6/10

48. Nemezis i inne utwory poetyckie 7/10

49. Fiasko 10/10

50. Wieki światła 8/10

PAŹDZIERNIK

51. Dom burz 4/10

52. Omen 5/10

53. Diuna 8/10

54. Mesjasz Diuny 6/10

55. Dzieci Diuny 4/10

LISTOPAD

56. Bóg Imperator Diuny 3/10

57. Heretycy Diuny 6/10

58. Kapitularz Diuną 3/10

GRUDZIEŃ

59. Pyłek w Oku Boga 7/10

60. Ballada o Czarnym Tomie 7/10

61. Czas jest najprostszą rzeczą 8/10

62. Wszyscy na Zanzibarze 10/10

63. Solomon Kane 6/10

64. Czerwony śnieg 8/10

Standardowo, kilka zestawień:

NAJLEPSZE KSIĄŻKI (w losowej kolejności):

1. Cryptonomicon

2. Fiasko

3. Wszyscy na Zanzibarze

NAJGORSZE KSIĄŻKI:

1. Wyspa buntowników

2. Księga Czaszek

3. Pół świata

POZYTYWNE ZASKOCZENIA:

1. Wszyscy na Zanzibarze

2. Ogólnie twórczość Lovecrafta

3. Ulysses Moore tomy 1-6 (równie dobre jak za dzieciaka)

NIESPEŁNIONE OCZEKIWANIA:

1. Kroniki Amberu

2. Kroniki Diuny

3. Ulysses Moore tomy 13-17 (równie gówniane jak za dzieciaka)

NAJBARDZIEJ GRZMOCONE WPISY:

1. Maszyna różnicowa

2. Cryptonomicon i Fiasko ex aequo

3. Kapitularz Diuną (ludzie, dlaczego?)

No i tak to wygląda. W tym roku chciałbym zabrać się za jakąś ogromną serię, ale wciąż brak w tej kwestii decyzji.

Wszystkim użyszkodnikom dziękuję za udzielanie się na tagu i życzę jeszcze większej ilości pochłanianych lektur oraz ciągłego poszerzania się biblioteczki, fizycznej czy wirtualnej.

W zeszłym roku nie udało mi się opowiedzieć o moim książkowym mega-pliku, więc może w tym wreszcie się powiedzie.

Obrazek perfidnie zajumany z internetu.

Osobistość

w Książki

19piorunów

1831 + 1 = 1832

Tytuł: Czerwony śnieg

Autor: Ian R. MacLeod

Kategoria: horror

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788374809016

Liczba stron: 272

Ocena: 8/10

Jeszcze jedno spojrzenie, a raczej kilka, na temat klątwy krwi (bo stricte stereotypowym wampiryzmem bym tego nie nazwał, choć wspólnych elementów jest dużo).

Pierwsze z nich, osadzone pod koniec i po Wojnie Secesyjnej, skupia się na przeżyciach studenta medycyny, zaciągniętego na czas konfliktu do woja jako medyk, po ostatniej potyczce naznaczonego rzeczoną klątwą przez szalonego starca. Obserwujemy jego (młodzieńca, nie starca) relacje z jedyną dwójką znajomych z czasów studiów - zamożnym rodzeństwem, dziewczyną i chłopakiem - te wcześniejsze w formie retrospekcji, a teraźniejsze na bieżąco. Właśnie wokół tego elementu kręci się pierwszy fragment, w którym nakreślona zostaje postać bohatera - biegłego umysłu, który zaprzęga go oraz wiedzę wyniesioną z uczelni do prób odkrycia właściwości nabytej dolegliwości.

Poznajemy jeszcze dwójkę innych postaci: młodą marksistkę, żyjącą w latach 20. XX wieku w Nowym Jorku oraz renowatora-artystę ze Strasburga końca XVIII wieku - jego można uznać za postać epizodyczną, której jednak nie sposób odmówić wagi dla fabuły. Losy całej trójki wiążą i mieszają się w sposób czasem bezpośredni, czasem nie, w stopniu większym lub mniejszym - zależy, gdzie spojrzeć. Więcej nie piszę, gdyż odkrywanie warstwa po warstwie tajemnicy oraz wzajemnej zależności stanowi jedną z zalet tej książki.

No właśnie: jednej z wielu. Kolejną z nich jest konfrontowanie postaci z rzeczami, które są sprzeczne z ich ideałami. Ponownie - nie zamierzam wchodzić w szczegóły, ale najbardziej pod tym względem podobała mi się przeprawa studenciaka - była po prostu różnorodna, a poza tym ścierała stare i nowe ze sobą.

Za kolejną zaletę należy uznać styl lub po prostu umiejętność kreowania sceny oraz tła pomiędzy istotniejszymi wydarzeniami. Do tego nie mogę powiedzieć, żebym uskarżał się na jakieś dłużyzny - jedynie ostatnie ok. 30 stron było ciężkostrawne i w większości niezrozumiałe.

Jest to kolejny w tym roku kontakt z Ucztą, który mogę zaliczyć do grona udanych: konkretne postacie, ciekawa fabuła i osadzenie jej w naszym świecie, sprawne pióro; najbardziej mógłbym się przyczepić do ostatnich stron, poza tym jest w porządku.

Jest to też jeden z tych przypadków, gdzie lekkie przyspoilerowanie znacznie ułatwiłoby mi robotę i uczyniło wpis odczuwalnie bardziej dynamicznym i interesującym. Nie zrobiłem jednak tego, gdyż książkę tę uważam za wartą przeczytania, ale tylko jeżeli macie ją już na półce (lub regale albo biblioteczce wstydu), bo w przeciwnym wypadku istnieje wiele innych rzeczy, na które lepiej przeznaczyć te niecałe 100zł.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

29piorunów

1780 + 1 = 1781

Tytuł: Solomon Kane

Autor: Robert E. Howard

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788384080115

Liczba stron: 440

Ocena: 6/10

Wreszcie przyszło mi napocząć kolejną serię wydawniczą - tym razem vesperowe Eony. Na start postanowiłem wykluczyć wielotomówki, co solidnie zawęziło pulę, a wybór ostatecznie padł na książkę, z której okładki klimat wylewa się już nawet nie hektolitrami, a po prostu cysternami.

Tom ten zawiera zestawienie kilkustronicowych opowiadanek, dłuższych (zapewne pierwotnie publikowanych w odcinkach) opowiadań oraz fragmentów dłuższych utworów. Traktują one o tytułowym Solomonie, pogromcy wszelkiego plugastwa - czy to w ludzkiej powłoce, czy też nadnaturalnej. W tułaczce bez przewodniego celu towarzyszy mu nieodzowny rapier, pistolety skałkowe, niekiedy muszkiet, do tego prosty kapelusz bez piór, ciemny płaszcz oraz pozbawiony granic upór. Mściciel ten wędruje po świecie nikomu nie wadząc - nawet zwierzętom - chyba że natrafi na nękanych w jakikolwiek sposób prostych ludzi, to wtedy biada prowodyrom, gdyż nic Kane'a nie powstrzyma przed wymierzeniem należytej kary - nawet ocean.

W pewnej mierze podoba mi się styl autora, który miejscami przypomina Lovecrafta (panowie tworzyli równolegle, a o inspiracji klimatem wychowanka Providence można mówić dopiero w przypadku późniejszych utworów), najzwyczajniej w świecie pasujący do konwencji - lekko grafomański, patetyczny, z nutą teatralnego dialogu. Jednakże w oczy kolą ciągłe powtórzenia - niestety na wielu płaszczyznach. Gdyby objawiały się one tylko w opisach i porównaniach, to jeszcze dałoby się to przeżyć, choć wciąż nie jest to zbyt fortunne, bo ile razy, w koło Macieju, można przyrównywać rzeczy wszelakie do wilka czy węża - pod tym względem repertuar autora jest dosyć ograniczony. Niestety bardziej zgrzytał mi recykling przebiegu historii: nawet jeżeli odbywały się one w różnych miejscach, mniej lub bardziej egzotycznych, stronę zła reprezentowała istota ludzka ze swoimi motywacjami lub nienaturalna ze swoimi wykoślawieniami, a dany utwór posiadał pewien twist, to rdzeń przebiegał niemal zawsze bardzo podobnie. Może i zanadto się czepiam i wymagam od pulpy nie wiadomo czego. Poza tym nie można zapomnieć, że teksty te (nie jestem pewny, czy wszystkie) były pisane w odcinkach, a przyswajane w taki sposób co jakiś czas z pewnością nie drażniły powtarzalnością, natomiast dla czytelnika w 2025 roku, obcującego ze zbiorem i czytającego go ciurkiem jednak rzuca się to w oczy.

Czego by jednak nie mówić, to należy jednak docenić kreację Solomona, pełną sprzeczności: na swój sposób pobożny i stroniący od bluzgów, a jednocześnie bezlitosny w pozbawianiu życia złoczyńców. Ubrany w ciemny, często poszarpany strój; o bladym, wręcz trupim licu, a jednak przychodzący potrzebującym w sukurs bez chwili wahania, nie oczekując nic w zamian. Nawet pomimo, mogłoby się zdawać, nadludzkich umiejętności, nie zawsze wszystko idzie po jego myśli, choćby wytężył siły ciała i ducha do granic pojmowania. I takie podejście do kreowania perypetii przekozaków odbieram pozytywnie.

Generalnie, czego by nie mówić, to jest to dosyć zjadliwy zbiór przygód mrocznego purytanina. Fale losu wysyłają go w ciekawe miejsca i stawiają przeciwko odmiennym oponentom, choć reszcie elementów odpowiedniej różnorodności brakuje. Myślę, że miłośnicy Lovecrafta i mrocznego klimatu odnajdą się tu lepiej niż inni.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Inspirator0piorunów

Wspaniała okładka!

Pokaż więcej komentarzy (4)

Osobistość

w Książki

31piorunów

1759 + 1 = 1760

Tytuł: Wszyscy na Zanzibarze

Autor: John Brunner

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788367793100

Liczba stron: 672

Ocena: 10/10

Rok ten obfituje dla mnie w książki po prostu fenomenalne; do ich grona dołącza pozycja niniejsza. Od razu też zaznaczę, że nie jestem na tyle kompetentny, by odpowiednio się na jej temat wypowiedzieć i oddać jej, co królewskie, ale - tak jak zawsze - postaram się dać z siebie całe 30%.

Sam początek nie napawał optymizmem - przerażająco chaotyczny: jakieś slogany, reklamy, urywki dialogów, tego typu rzeczy. Można było odnieść wrażenie, że to szum i hałas mający postawić nas w butach ludzi żyjących w ukazanym świecie. Niemal cała pierwsza połowa książki to rozgardiasz, choć z czasem słabnący. Główna oś fabularna przeplatana jest urywkami życia ludzi z różnych grup społecznych, zakątków świata i - co najistotniejsze - dotkniętych odmiennymi problemami, mającymi ukazać nam funkcjonowanie (czasem nieudolne) ówczesnego społeczeństwa oraz spraw, które - jeżeli nie zostaną w najbliższym czasie wzięte na tapet przez oficjeli - mogą przegiąć pałę goryczy zwyczajnych ludzi. Postacie, którym epizody te są poświęcane jest całkiem sporo, jednakże ich poszczególne rozdziały dzielą zawsze spore ilości stron, tak więc powrót do nich niekiedy lekko człowieka wytrąca z rytmu. Trochę żałuję, że fragmenty te nie są choć odrobinę (nie więcej) bardziej rozwinięte, bo wtedy pozwoliłyby wybrzmieć przedstawionym w nich wydarzeniom jeszcze dobitniej.

Głównym obiektem zainteresowania jest tutaj człowiek, a konkretniej - dzieci. A jeszcze dokładniej? Usprawnienie człowieka, genetyka potomstwa, genetyka ich hipotetycznych dzieci, antykoncepcja, aborcja, adopcja itp. Jak wiadomo, bąbelki to delikatny temat i dzięki (nie tylko) temu Nowy Jork (i nie tylko on) przypomina beczkę pełną prochu czekającą na zbłąkaną iskrę.

Mniej więcej w połowie fabuła, a raczej pewna jej część, skręca na quazi-szpiegowskie tory tj. szkolenie na totalnego badassa i wysłanie na najwyższej wagi misję do obcego kraju. Natomiast pozostała część w dalszym ciągu podąża śladem grupki mającej za cel zmodernizowanie pewnego afrykańskiego państewka - Benini - w stopniu uważanym za niemożliwy i to zaledwie w kilkadziesiąt lat. W tle tego wątku tkwi najpotężniejszy superkomputer, którego właściciele chcą wykształcić w nim identyczną z ludzką świadomość. Obie te linie przebiegają równolegle do siebie, bez przeplatania, a finalne implikacje są ogromne, choć dla całego świata ich prawdziwy rozmiar będzie dostrzegalny dopiero z pewnym opóźnieniem.

W "linii szpiegowskiej", pod koniec piątej setki stron, miał miejsce zbieg okoliczności niezwykle sprzyjający bohaterowi. Owszem, jak najbardziej możliwy i dający się logicznie wyjaśnić, niemniej jednak wciąż prawdopodobny jak "jeden do bardzo wielu". We fragmencie tym bardzo podobało mi się ukazanie wewnętrznego poczucia obowiązku i chęci wypełnienia misji kłócącego się z ludzkimi odruchami i obrzydzeniem do samego siebie. Natomiast w tej drugiej linii całkiem interesujące wtrącenie stanowiły przekazywane przez rdzenną ludność z pokolenia na pokolenie "Legendy o Begim", przedstawiające ciekawe poglądy na zachowania człowieka wobec natury oraz ludzi swoich czy obcych. Generalnie, autor zaproponował tu swoiste studium, gdzie z jednej strony nie chcemy głupich/upośledzonych dzieci, bo trzeba będzie poświęcić na nie niewspółmiernie więcej czasu niż na normalne, a z drugiej nie podoba nam się perspektywa nadejścia genialnego potomstwa, bo sami będziemy się wtedy czuć mali i nieistotni. No to ingerować w te geny czy nie? Do jakiego stopnia? W jakich celach? Również to, czego dowiadujemy się o fundamentalnej naturze człowieka na sam koniec wątku Benini zostawia czytelnika z ciężkim orzechem do zgryzienia (i akceptacji).

No a teraz trochę o aspektach bardziej wymiernych. Brunner wprowadza sporo własnych słów, niektóre będące zlepkami nam znanych, inne z kolei zupełnie nowymi. Te pierwsze bywają niekiedy dosyć komiczne w swojej obrazowości, te drugiej natomiast dosyć szybko dają się przyswoić. Do dialogów nie mogę się przyczepić i wypadają one po prostu w większości naturalnie, a ich niekwestionowanym masakratorem jest niepoprawny narcyz Chad Mulligan. Uwielbiam tak charakterystyczne figury, a to, co robi pod koniec książki po prostu wyrzuca z kapci. Nie ukrywam, że po zawarciu okładek przeżyłem malutkie katharsis. Serio. Właśnie tego kalibru książki otrzymują ode mnie najwyższą notę. Do tego, w ramach ciekawostki, ponownie przeczytałem ten niestrawny na pierwszy rzut oka wstęp i tym razem wszystko perfekcyjnie wskoczyło na swoje miejsce.

Lektura ze wszech miar fenomenalna, poruszająca i zahaczająca o 40 i 4 wątki i motywy, przedstawiająca różne strony natury człowieka w zależności od mrowia okoliczności. Pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się fana gatunku, jednakże zdecydowanie nie na początek przygody z nim.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Specjalista0piorunów

@Cerber108 kolego za⁎⁎⁎⁎sta recka, ładnie napracowane, k⁎⁎wa namowiłeś- idę na szaber na chomika.

Osobistość0piorunów

@Hospodar dzięki stary za miłe słowa. Nie idź na szaber - papier nówkę za mniej niż Chrobrego dostaniesz.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

26piorunów

1708 + 1 = 1709

Tytuł: Czas jest najprostszą rzeczą

Autor: Clifford D. Simak

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381885485

Liczba stron: 288

Ocena: 8/10

Pan Simak zabiera nas w podróż - choć powinienem raczej napisać gonitwę - przez stany, niepozbawioną pewnych uproszczeń i umowności, które jednak niewiele przedstawionej historii ujmują, a pozwalają przynajmniej przejść jej do sedna - bez potrzeby zbędnego meandrowania - tak jak to zresztą przeważnie bywa u starszych przedstawicieli gatunku.

Zamysł jest prosty i przedstawiony swoją drogą w blurbie: bohater w procesie pozacielesnego eksplorowania obcych planet spotyka i wchodzi w kontakt z mieszkańcem jednej nich, przez co nabywa nieokreślone umiejętności, a to z kolei stawia go na celowniku swojego pracodawcy, umożliwiającego odbywanie mu wspomnianych wypraw. Nie chcąc poznać "firmowych" konsekwencji kontaktu z obcymi i mając ku temu przesłanki, postanawia się z roboty ulotnić. I tak zaczyna się bogata w zwroty akcji i przeszkody ucieczka przez spory kawałek USA, naznaczona spotkaniami z różnymi osobami - a ich przekrój jest szeroki: służbiści, hulaki, tchórze, hipokryci, szaleńcy, wywrotowcy itd. - reprezentującymi odmienne stanowiska i nastroje panujące ówcześnie na świecie.

A jest to świat z jednej strony ciekawy, z drugiej aż przykro na niego patrzeć. Ze względu na niepowodzenie w próbach wysłania człowieka do gwiazd konwencjonalnymi metodami, spora część ludzkości, rozczarowana, odwróciła się od nauki, co doprowadziło do powrotu powszechnego "zabobonnizmu" i cofnięcia się niektórych obszarów do mentalnego średniowiecza. Nie pomaga w tym firma-hegemon, będąca byłym pracodawcą bohatera.

Ogólnie książka całkiem sprawnie przechodzi od jednej sceny do drugiej, prezentuje kolejne postacie i przedstawia nowe informacje o świecie. Czasem jednak można wyczuć nadmierną sztampowość i występowanie zbiegów okoliczności, a wątek romantyczny jest zupełnie z czapy (do tego z nastolatką, na szczęście zaledwie szczątkowy), jednakże aspekty te nie przeszkadzają za bardzo w odbiorze i nie przysłaniają faktycznej (za)wartości.

Z mojej strony książkę polecam: co ma robić dobrze, robi dobrze oraz przedstawia spojrzenie na podróże kosmiczne i ich następstwa w sposób, którego jeszcze nie spotkałem. Nie obraziłbym się, gdyby Rebis (albo ktokolwiek) wydał inne pozycje autora, bo słyszałem o nich więcej dobrego niż złego. No i powiedzcie mi, jaka jest szansa na spotkanie bohatera o tym samym imieniu zaledwie 2 książki później? Zarówno tu, jak i w "Pyłku" był Blaine.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

27piorunów

1669 + 1 = 1670

Tytuł: Ballada o Czarnym Tomie

Autor: Victor Lavalle

Kategoria: horror

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788367023443

Liczba stron: 96

Ocena: 7/10

Pan LaValle pozwolił sobie na inne spojrzenie na Lovecraftowe opowiadanie "Zgroza w Red Hook" z rezultatem, powiedziałbym, po prostu dobrym, niewybijającym z kapci.

W pierwszej kolejności wydarzenia śledzimy z perspektywy tytułowego Toma Testera, który dla zarobku ima się różnych zleceń i właśnie to z nich, które zostało na początku opisane powoduje u mnie pewien zgrzyt (przechodzący zresztą na całe opowiadanie) - tyczy się to błahego podejścia zarówno protagonisty, jak i stróżów prawa do spraw magicznych i paranormalnych, wydaje się ono zbyt nonszalanckie i zwyczajne. Rozmowy na ten temat prowadzone są tak, jak gdyby te niecodzienne rzeczy nie zostały odkryte niedawno, a trwały już od wielu lat i stanowiły chleb powszedni. Jasne, niech będzie, tylko my o tym nie wiemy; mile widziane byłoby przedstawienie choć trochę szerszego kontekstu.

Później, gdy atmosfera wyraźnie gęstnieje, punkt widzenia zmienia się na policjanta Thomasa Malone'a, a wydarzenia wiernie - oczywiście z pewnymi ozdobnikami i dopowiedzeniami - podążają śladem pierwowzoru.

Przedstawienie tego krótkiego urywka z dziwnego życia Nowego Jorku, jak i Lovecraftowej niesamowitości wyszło autorowi całkiem nieźle, zwłaszcza scena w domu. Zastrzeżenia mam właśnie do elementów magicznych będących czymś normalnym, zamiast ledwie branym pod uwagę z politowaniem. Kilkadziesiąt stron więcej oferujących trochę dodatkowego tła wielce by tej książce, moim zdaniem przynajmniej, pomogło. A może powinienem był trochę mocniej zawiesić niewiarę? Nie wykluczam takiej opcji.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

23piorunów

1651 + 1 = 1652

Tytuł: Pyłek w Oku Boga

Autor: Larry Niven, Jerry Pournelle

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377314920

Liczba stron: 864

Ocena: 7/10

Zacznę tam, gdzie zwykle powinno się to robić, czyli od samego początku. W tym przypadku była to lista postaci rodem z jakiegoś dramatu oraz uproszczona chronologia świata sprzed wydarzeń przedstawionych w książce; wspomniane w niej światło z Mote - a zwłaszcza fakt jego nagłego zgaśnięcia po latach emisji - natychmiast budzi w człowieku ten najlepszy typ ciekawości. Byłem wciągnięty, a historia nawet się jeszcze na dobrą sprawę nie rozpoczęła.

Centralną postać stanowi Roderick Blaine, czyli drugi najważniejszy człowiek na okręcie MacArthur - jednak nie na długo. Po wykryciu zbliżającego się do układu obcego obiektu krążownik zostaje oddany pod jego dowództwo z rozkazem przechwycenia lub - w przypadku wykazania jednoznacznie wrogich intencji - zniszczenia przybysza. Po brawurowej, ryzykownej i niestandardowej operacji udaje się zrealizować opcję pierwszą. Osoby decyzyjne, zaniepokojone odmiennością obcego oraz technologią dostępną jego gatunkowi, nie mają innego wyboru jak wysłać wyprawę w celu nawiązania pierwszego kontaktu z innymi rozumnymi istotami. Blaine pozostaje kapitanem MacArthura, jednakże całej ekspedycji przewodzi Kutuzow na pokładzie, a jakże, Lenina. W tle powyższych wydarzeń przewijają się aspekty raczej przyziemne, lecz nie mniej istotne jak choćby stare (nie)dobre politykowanie, podejście "nie chcem, ale muszem", rebelie, obozy jenieckie, eksperymenty mające na celu uzyskanie superżołnierzy (wspomniane absurdalnie szczątkowo) itd. W tym momencie nie są one jakoś bardzo porywające - później zresztą też - ale kładą konieczne fundamenty dla dalszych fragmentów książki. No i tutaj kończy się wstęp do świata przedstawionego i zaczyna to, po co zainteresowani tutaj przyszli.

W całym "akcie" poświęconym kontaktowi niezmiernie przeszkadzają mi dwie rzeczy: 1. nadmierne zaufanie nie tyle bezpośrednio do obcych, co w samą ideę bezproblemowego porozumienia i współpracy, frywolne podejście do procedur i brak dyscypliny, a także, w odniesieniu do wszystkich ww. aspektów, sinusoidalne wręcz podejście do nich. Raz bierzemy bez żadnej kwarantanny obcego na pokład z istotami, które uważamy za jego zewnętrzne pasożyty, a innym razem otwieramy pół okrętu na próżnię, by pozbyć się szkodników. Raz pozwalamy nieoficjalnie więzionemu muzułmańskiemu kupcowi swobodnie harcować i wikłać się w działania, które miały szanse obrócić wszystkie działania ekspedycji w drobny mak, a innym razem każemy wszystkim zdolnym wojownikom zamykać się w pancerzach i strzec każdych drzwi. Wszystkie te niekonsekwencje okropnie rażą w oczy. Albo jesteśmy służbistami i działamy według ściśle określonych surowych procedur, albo nie, a nie uprawiamy jakieś widzimisię. 2. kontakt z obcymi, a raczej ich niemal bezproblemowe zrozumienie naszej mowy, zarówno werbalnej jak i ciała, przebiega absurdalnie szybko i do samego zakończenia historii niezmiennie wybija z immersji. Wg mnie kontakt z obcymi powinien z definicji być okupiony grosem pomyłek i obarczony ciągłą niepewnością; nie trzeba przecież wszystkiego opisywać, tylko można zafundować czytelnikowi time-skip i streścić co ważniejsze przełomy.

Czego by jednak nie mówić, fakt, że obcy nas rozumieją, nawet bardzo dobrze (przynajmniej w sposób powierzchowny), a my ich nie, wprowadza właśnie wspomnianą dozę niepewności, choć trochę innego rodzaju niż miałem na myśli te kilka linijek wyżej. Wartym wspomnienia jest również to, że mimo wszystkich różnic dzielących motów i ludzi, oba te gatunki łączy znacznie więcej, niż można by dostrzec na pierwszy rzut oka.

Całkiem sporo stron poświęca się dosyć mdłemu dyskutowaniu o "korzystnej dla obu stron wymianie technologii w taki sposób, by wprowadzone nowe techniki nie stanowiły dla populacji szoku i na dłuższą metę nie prowadziły do powstawania nierówności lub upadków pewnych sektorów". Do tego właśnie były potrzebne fundamenty wspomniane pod koniec drugiego akapitu. Z jednej strony były to ustępy o ciekawym potencjale, istotne z punktu widzenia rządu i jego kontroli, jak i populacji i jej dobrobytu, ale przedstawione w sposób raczej suchy i nudny.

Generalnie brak tej książce swoistego pazura i jaj; utrzymana jest ona w konwencji, powiedziałbym, dżentelmeńskiej - wszyscy mówią do siebie per "Pan", jedyna (co samo w sobie zakrawa o lekką parodię, choć patrząc na rok powstania książki, już mniej) kobieta na pokładzie traktowana jest jak dama (choć zakładam, że to głównie ze względu na koneksje), ale i tak wszyscy mają utajoną chcicę. Sam wątek romantyczny, dzięki bogu, w ogóle nie leci w opisy, ale i tak jest zupełnie niepotrzebny, nie wynika znikąd i do niczego nie prowadzi. Cały ten manieryzm ani mnie grzeje, ani ziębi - jest po prostu cechą.

Książka ta na wyższą ocenę nie zasługuje, już prędzej na niższą: za dużo tu niekonsekwencji, infantylności i głupotek. Jednakże niektóre elementy wyszły całkiem nieźle i w ogólnym rozrachunku nie uważam czasu spędzonego z nią za stracony.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Koneser0piorunów

Jeszcze nie zacząłem, ale mam w planach. Przeraża trochę objętość. Twoja recenzja zachęca :)

Osobistość0piorunów

@BJXSTR szybko się czyta, dialogi też dają radę.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

38piorunów

1617 + 1 = 1618

Tytuł: Kapitularz Diuną

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884648

Liczba stron: 576

Ocena: 3/10

Ciężko napisać tutaj cokolwiek, o czym nie wspomniałbym już w poprzednich wpisach. Innymi słowy wracamy do poziomu pod dnem morskim. Postacie jojczą, kręcą się w kółko, przeczą samym sobie i innym wokół, by potem od tak ginąć. Jakby tego było mało, to z braku laku, ni stąd, ni zowąd, bez zapowiedzi, do akcji wkracza nikt inny, a lud Izraela. Trudno wymyślić mi opis na tyle kwiecisty, by wyrazić stopień mojej dezorientacji po jego pojawieniu się na kartach książki oraz jednocześnie w ogóle sens jego wprowadzenia, a na dokładkę możliwość ciągłego istnienia we właściwie niezmienionej formie po tysiącach lat. Z nieco innej beczki, to wyjaśnia się wreszcie tajemnica dziwnego tytułu, choć domyślni wpadną na trop już w Bogu Imperatorze. I to tyle o tym tomie, autentycznie nie mam sił ani weny pisać czegokolwiek więcej; niżej będzie o całym cyklu.

Słyszałem pogłoski o spadającym poziomie, ale nie spodziewałem się czegoś tak drastycznego. Szczerze, wolałbym już ponownie przeczytać Cykl demoniczny, który od lat stanowi u mnie literacki przykład równi pochyłej, ale w nim przynajmniej dzieją się rzeczy do pewnego momentu ciekawe i dynamiczne, a postacie są o rzędy wielkości bardziej charakterystyczne (wiele z nich pamiętam ze szczegółami do dziś), nawet jeżeli później seria zamienia się w - momentami dosłownie - turecką telenowelę. Teraz jednak to niechlubne miejsce zajmą Kroniki Diuny właśnie. Dodatkowo, nawiasem mówiąc, bodaj najciekawszym elementem przewijającym się przez wszystkie książki jest postać Duncana. Co się z nią wyprawiało przyprawia o ból głowy, ale w sumie każdorazowo sytuacje, w jakich był stawiany oraz jego reakcje i postępowanie w odpowiedzi na nie stawiały przed czytelnikiem ciekawe pytania.

Po prostu "Diuna"? Świetny kawałek literatury z wyjątkowym światem i wciągająca na wielu frontach siecią intryg i zależności. Ale później? Nie obchodzi mnie, czy Herbert pisał kontynuacje z własnej woli, pod presją fanów lub wydawcy, czy też w pogoni za kasą. Nie zmienia to faktu, że szkoda na ich druk ścinać drzewa. Jeżeli potencjał zmarnowany w przypadku "Czekania na smoka" lub "Pawany" określiłem swego czasu mianem zbrodni, to jak nazwać okropieństwo, które dokonało się tutaj? Mój ranking tomów pozwolę sobie przedstawić w formie nawiązującej do past: 1 >>>>> 5 > długo nic > 2 > Afryka > 3 > chatki z gówna > 6 > 4. Jeżeli ktoś jest podobny do mnie pod tym względem, że zawsze kończy zaczętą rzecz, nieważne jak paskudną i tandetną, to lepiej w ogóle niech sobie tę serię odpuści. Nie ma co tracić czasu, nerwów i kasy. A szkoda, o matkooo, jak szkoda. A żeby dostrzec tę wydumaną "dekonstrukcję mitu bohatera i tworzenia się mesjasza" wpierw musiałbym mieć do czynienia z sensowną literaturą, czym Kroniki Diuny absolutnie nie są. Masakra po prostu.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Inspirator0piorunów

A ostrzegałem już chyba przy "Mesjaszu..." 😛 Ale duży szacun za to, że wytrwałeś do końca. Ja też byłem przekonany, że nie jestem w stanie przerwać w połowie cyklu którego zacząłem ale Diuna mnie z tego skutecznie wyleczyła. Po czwartym tomie zapytałem sam siebie "Na c⁎⁎j ja to robię, są setki dobrych książek które mógłbym czytać w tym czasie". A najlepsze podsumowanie tych pseudorozmyślań którymi kolejne tomy są wypchane po brzegi jakie przeczytałem gdzieś w necie (niestety nie pamiętam autora) to: "Nawet kałuża wydaje się głęboka jeżeli jest wystarczająco mętna".

Osobistość1piorunów

@Kuba0788 jakbym czytał spiracone ebooki, to pewnie bym rzucił w cholerę, ale jako że mam w papierze, a tego nie sprzedaję, temu kończę, choć to nawet nie o to do końca chodzi. Po prostu od dawna tak mam.

Fanatyk7piorunów

@Cerber108 szacun, za doczytanie do konca, a nie jest latwo xD O ile Franka dalem rade doczytac do konca tak przy ksiazkach Briana poleglem calkowicie i oglosilem kapitulacje. Byla to pierwsza seria ktora mnie pokonala.

Osobistość2piorunów

@3t3r od syna rozważałem co najwyżej dokończenie Kronik, a to i tak tylko, gdyby główny cykl mi podszedł. Jak widać po ocenie, zakupu nie będzie.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Osobistość

w Książki

26piorunów

1574 + 1 = 1575

Tytuł: Heretycy Diuny

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884631

Liczba stron: 568

Ocena: 6/10

Największe zaskoczenie w tej książce stanowi fakt, że czyta się ją zaskakująco dobrze, przynajmniej w odniesieniu do poprzednich części. Jasne, początek nosi ich znamiona, ale później jest o dziwo lepiej.

Tom ten rozpoczynamy od poznania Szieny i zdarzenia wywracającego jej życie do góry nogami, a potem śledzimy urywki z kilku następnych lat, podczas których - jako że zostaje uznana za wysłanniczkę boga - rozstawia kapłanów po kątach. Jest to zarówno najmniej porywający segment książki jak i najbardziej obojętna dla mnie postać spośród tych co istotniejszych.

Od pewnego ciężkiego do określenia momentu akcja zaczyna się nieśmiało zagęszczać, całkiem ciekawie śledzi się ewoluującą dynamikę między dwoma parami Bene Gesserit, a także różnorodne perypetie baszara Tega i - trochę mniej - kolejnego wcielenia Duncana Idaho. Swoją drogą nie dadzą chłopu odpocząć, choć tutaj jego sytuacja przedstawia się jeszcze inaczej niż we wcześniejszych tomach.

W trakcie rozwoju fabuły autor serwuje niemożliwy do przewidzenia ciąg zbiegów okoliczności, który to z kolei goni hipotetyczny potrójny spisek, a na dokładkę dostajemy przerzucanie się i chwalenie znajomością ilości seksualnych pozycji, sfer i kombinacji, nawet dla najbardziej obcykanych w temacie niemożliwych do pojęcia. Był to jeden z tych rzadkich, szczerze komicznych fragmentów, który nawet u mnie wywołał cichy rechot. Czego by też nie mówić o tomie czwartym, tak można tutaj dostrzec faktyczny cel działań bachora-czerwia - by ludzkość rozprzestrzeniła się po kosmosie, nawet jeżeli konsekwencje tego mogą być dla niej różne.

Blisko końca książki, rosnące w tempie wręcz geometrycznym umiejętności jednego z bohaterów z jednej strony może i noszą lekkie znamiona deus ex machiny (swoją drogą nie tylko one, były jeszcze np. pojemniki zeroentropijne pozwalające przetrzymywać m.in. jedzenie i picie zdatne do spożycia przez nieokreślony czas), z drugiej jednak było to rozwiązanie dosyć satysfakcjonujące, a poza tym dostarczyło kilku niezłych scen, co w tym cyklu zakrawa o cud. Dodatkowo, odnoszę wrażenie, jakby między rozdziałem trzecim i drugim od końca brakowało kilku innych, bo z trzech ugrupowań rozrzuconych po dwóch planetach przenosimy się nagle na jedną z nich, wszyscy są prawie na miejscu i szykują się do ostatecznej rozgrywki. Identycznie ma się sprawa z rozdziałem ostatnim i przedostatnim - pozbawieni zostaliśmy opisu wielkiej bitwy. Książka powinna posiadać przynajmniej 3-4 rozdziały więcej, bo w obecnej formie zakończenie jest po prostu poszatkowane.

Generalnie na plus zaliczam zintensyfikowane przedstawianie świata Diuny: poznajemy różne nowe grupy, dowiadujemy się więcej o obu organizacjach z Bene w nazwie oraz odwiedzamy wspominane dawno miejsca przekształcone przez tysiąclecia zawirowań. Wszystko jest lepsze niż kręcenie się wokół półczerwia, jego pałacu i przydupasów.

Na minus chaotyczna niekiedy chronologia i przyczynoskutkowość - oddzielanie scen lub perspektyw postaci pustymi linijkami - co jest standardem w innych książkach - duży by pomogło. Do tego psie fotele. Co to do cholery jest? Spada to na czytelnika jak grom z jasnego nieba i zostawia go porażonego abstrakcją przedmiotu, a autor ucieka bez słowa wyjaśnienia, choć nazwa może dać pewne wyobrażenie. O urywanym zakończeniu i pewnych sprzyjających i wygodnych rozwiązaniach już wspomniałem.

W ogólności: po oryginalnej Diunie jest to kolejna najlepsza książka cyklu, a szósta część zdecydowanie się między nie nie wkradnie.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

37piorunów

1531 + 1 = 1532

Tytuł: Bóg Imperator Diuny

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884785

Liczba stron: 496

Ocena: 3/10

I znowu ciężko mi znaleźć jakikolwiek sensowny punkt zaczepienia. A nie, czekaj. Od zakończenia poprzedniej książki minęło 3500 lat - oczywiście wewnątrz świata, a nie wydania lub mojego czytania - spotykamy wreszcie tego legendarnego, brzmiącego dla niewtajemniczonych ponad miarę absurdalnie człowieka-czerwia, a reszta ma się po staremu, choć początek daje złudną nadzieję na zmianę kierunku na lepszy.

Mam na myśli fragmenty będące m.in. raportami z odległej przyszłości, posiadające ten unikalny charakter odkrywania i obcowania z nieznanym i mistycznym. Gdyby tylko w książce znalazło się ich więcej lub po prostu grały istotniejszą rolę, to z automatu mielibyśmy do czynienia z pozycją niepomiernie bardziej ciekawą i intrygującą.

Tak to niestety po rzeczonych raportach i dynamicznym prologu wracamy na stare śmieci, które pomimo upływu ponad trzech tysiącleci niezmiennie zalatują nudą. W niektórych aspektach jest nawet gorzej: Duneworm-Man uskutecznia rozważania wymykające się jakiemukolwiek pojmowaniu, a jego działania są często po prostu wewnętrznie sprzeczne (choć zapewne zamierzone jako zupełnie logiczne); inne natomiast nie wywołały we mnie jednoznacznie negatywnych odczuć, jak np. perypetie pewnego gholi, choć później i one niezmiennie zboczyły w specyficznych kierunkach. Więcej nie piszę, bo nie ma o czym. Po prostu nic nie zagrzewa miejsca w szufladach pamięci.

Naprawdę żal mi tych książek.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

GURU3piorunów

@Cerber108  Duneworm-Man xD Ale słowo, że z książki na książkę, tym jest nudniej i bardziej nijako 😒 Też mi żal, że ten cykl tak smutno skończył, ale no cóż, ja się poddałem i nie mam zamiaru się męczyć z czytaniem kolejnych tomów. Czytanie to ma być przyjemność, a nie mordęga i powrót to siłowego klepania lektur w szkole.

Osobistość1piorunów

@NiebieskiSzpadelNihilizmu  ja zawsze kończę, co zaczynam. Tyle dobrego, że kupiłem tylko oryginalny cykl, a nie morbilion fanfików od syna.

Lider7piorunów

@Cerber108 Ech, pomyśleć że napalony po pierwszym filmie kupiłem od razu 6 części Diuny...

Osobistość1piorunów

@bori  hohoho, wspaniale! Sam czekam na 3 film, by móc porównać z książkami.

Lider0piorunów

@Cerber108 Zacząłem czytać drugą część, ale na razie nie mam jakoś motywacji

Pokaż więcej komentarzy (8)

Osobistość

w Książki

25piorunów

1508 + 1 = 1509

Tytuł: Dzieci Diuny

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884792

Liczba stron: 536

Ocena: 4/10

Ponownie przedstawione są obiecujące pomysły - w stylu Kaznodziei, dominacji Złego ducha czy wielotorowych politycznych zagrywek w rodzince Atrydów - mogące popchnąć fabułę i rozważania w interesujących kierunkach, ale swój pełny potencjał osiągnęłyby dopiero pod pieczą uzdolnionego pisarza, a nie naczelnego nudziarza Franka. Dopiero w połowie książki mają miejsce rzeczy ważkie: ujawnienie się BARDZO tajemniczej postaci (choć zrealizowane w taki sposób, że "podejrzewaliśmy" to od pierwszych stron) oraz misternie zaplanowana zdrada starego towarzysza (która, jak to bohaterowie lubili gadać w pierwszej książce, była fintą w fincie fintę kryjącą). Niczego nie można być pewnym. Wspomniany wyżej, jak i przy poprzedniej książce, "towarzysz", nawet pomimo wyjaśnienia się jego skomplikowanej sytuacji, dalej toczy wielotorową grę. Inny kompan również nie daje sobie w tej materii w kaszę dmuchać. I to wszystko jest dobre.

Jednak co z tego, jeżeli przeważnie, nawet pomimo najszczerszych chęci do robienia częstych notatek, człowiek nie ma za bardzo się na czym oprzeć. Nie da się zrozumieć pobudek ważniejszych graczy, ich motywacje obierają abstrakcyjne tory (choć akurat przy tej niefortunnej okazji dowiadujemy się nieco o funkcjonowaniu umysłów z dostępem do mnemopsychik swoich przodków). Autor uskutecznia za dużo meandrowania i opisywania metafizycznych, niedookreślonych rzeczy, które niewiele do historii wnoszą.

Z rzeczy raczej zabawnych mógłbym wymienić zaskakująco zauważalne przekształcanie się planety, co dziwi mając na uwadze komentarze Kynesa, który twierdził, że cały proces zajmie kilkaset lat, a tu po ledwie 9 mamy już wyraźnie widoczne rezultaty.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Kompan1piorunów

4/10 ... Powindah

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Książki

28piorunów

1478 + 1 = 1479

Tytuł: Mesjasz Diuny

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884532

Liczba stron: 288

Ocena: 6/10

Nie wiem za bardzo od czego zacząć. Paul sobie imperatoruje, jedni trochę na tym fakcie korzystają, inni go za to nienawidzą, niemniej najistotniejszym jest to, że w tle rodzi się nowy spisek, a uwikłani są w niego przedstawiciele wszystkich liczących się w znanym wszechświecie organizacji, w tym jednej niewymienionej w pierwszej książce. I to w sumie wszystko czego się dowiadujemy, bo nawet sami zainteresowani nie są do końca pewni konkretów. Czego by jednak nie mówić, to wprowadza to ciekawą dynamikę już na pierwszych stronach.

Dawny ideały Paula zderzają się z bezlitosną ścianą panowania nad imperium, poznaje on jego niepozorne aspekty oraz z czym wiąże się bycie centralną, wywyższaną postacią międzyplanetarnego dżihadu, a wszystko to wywołuje w nim rosnącą zgryzotę. Jego podróż/drogę można określić mianem specyficznej - moc zaglądania w strzępki hipotetycznej przyszłości doprowadza go do szału oraz paradoksalnie pozwala dalej trwać po najcięższych przeżyciach. Jednakże w bodaj najistotniejszym momencie owa umiejętność go zawodzi.

Nawet podoba mi się przemiana, jaką przechodzi pewien stary towarzysz, co stanowi jeden z lepszych i ciekawszych elementów tej książki: nie wiemy, czy nie jest przypadkiem oszustem, nie znamy jego celów itp.

Zwróciłem też uwagę na to, że tak jak "Diuna" był w pełni poważna lub wręcz teatralna, tak tutaj znajduje się kilka wymian zdań, gdzie bezsilność lub irytacja jednej ze stron przedstawiona zostaje w sposób wręcz humorystyczny. W sumie takie rozwiązanie odbieram jako plus, bo ileż można patrzyć na rasowych stoików.

Niestety autor za bardzo bawi się w puste pisanie, które niewiele do historii wnosi. Fabuła jest właściwie szczątkowa, natomiast zbyt dużo miejsca zajmuje wyolbrzymione opisywanie wewnętrznych rozterek lub rozmyślań.

Tendencja spadkowa jest aż nadto widoczna, choć to dopiero drugi tom.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Kosmonauta1piorunów

@Cerber108 Jednym z głównych problemów, jakie miałem z tą książką, było to, że trudno mi się było utożsamić z jakimkolwiek z bohaterów. W pierwszej części czytelnik nawet podświadomie trzyma kciuki za Paula, który zmaga się z przeciwnościami, a tutaj jego problemy były dla mnie chyba zbyt abstrakcyjne. Doceniam konstrukcję fabuły, która jest w ramach konwencji spójna, ale książka nie "wciągała" tak jak pierwsza część.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Książki

31piorunów

1445 + 1 = 1446

Tytuł: Diuna

Autor: Frank Herbert

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381884471

Liczba stron: 696

Ocena: 8/10

Diuna to książka doprawdy wyjątkowa, zarówno w odniesieniu do swoich rówieśniczek czy innych kultowych już utworów, jak i pozycji nowszych. Brak tu standardowej fantasy sztampy objawiającej się choćby w typowych dla tego gatunku rasach, to samo można powiedzieć o aspektach sci-fi - nie idzie uświadczyć napędów nadświetlnych, rakiet pozawymiarowych, podróży w czasie czy innych elementów, które mogłyby w związku z tym hasłem przyjść na myśl.

Pierwszy akt stanowi solidny kawałek literatury - stopniowe wprowadzenie w świat i jego unikatowe elementy, zapoznanie z najistotniejszymi postaciami, zarysowanie sytuacji i problemów pierwszo- i drugoplanowych oraz nakreślenie czegoś, co sobie cenię, gdy jest zrealizowane co najmniej poprawnie - nieoczywista sieć zależności, sojuszy i vendett między jednostkami i grupami.

W kolejnym akcie poznajemy prawdziwe i dzikie oblicze planety oraz jej odwiecznych mieszkańców, a także obserwujemy powolną, acz nieuniknioną przemianę Paula w... człowieka o wielu umiejętnościach. Tutaj też zaczyna się lekkie przydłużanie oraz nadmierne skupianie na nużących po jakimś czasie aspektach narastającego fanatyzmu i pozornego prymitywizmu. Segment ten zawiera jednak fenomenalnie zrealizowaną, emocjonalną scenę, gdzie pierwsze skrzypce grają pojednanie i przebaczenie. Bodaj najlepsze strony w całej książce.

Ostatni akt czerpie z dwóch poprzednich wszystkiego po trochu, czy to dobrego, czy to gorszego, zamyka kilka wątków, które zamknięcia wymagały, obiecuje nowe rzeczy, by istniał sens brnięcia w kontynuację i kończy się w sposób jak najbardziej poprawny i satysfakcjonujący.

Książka ta obfituje w postaci o złożonym wnętrzu i nieoczywistych motywach; łatwiej wymienić takie, które do tej puli się nie łapią. Pięknie wiąże się to ze wspomnianą wcześniej siecią zależności, która przejmuje od postaci rzeczoną złożoność i nieoczywistość - aspekty te tyczą się nawet - a raczej zwłaszcza - stron ze sobą sprzymierzonych.

Pod żadnym pozorem nie można autorowi odmówić wyjątkowych pomysłów na świat - niektórych dziwniejszych, niektórych bardziej zaskakujących. Część z nich opiera się wprawdzie na górnolotnym słowotwórstwie, za którym kryje się zwyczajny przedmiot, jednakże wiele aspektów - jak choćby czerwie, tarcze, czy Bene Gesserit - ma wszystko w swoim kółku wzajemnej adoracji ładnie, obszernie i stosunkowo spójnie ustalone.

Niegłupie są tu też sposoby na przekazanie czytelnikowi nowych informacji bez łopatologii stosowanej. Oczywistym przykładem są oczywiście fragmenty z encyklopedii i innych mądrych książek świata przedstawionego - powstałych swoją drogą jakiś czas po zakończeniu niniejszej historii - znajdujących się na początkach rozdziałów. Te w początkowych etapach fabuły w ciekawy sposób przygotowują do tego, co dopiero nastąpi. Nadają one też innego kontekstu poznawanym aktualnie wydarzeniom, gdyż wzbogacają nas o "zakazaną", przyszłą wiedzę. Później są to już suche, niejasne lub puste hasła i frazesy, o charakterze co najmniej patetycznym, a niekiedy wręcz pretensjonalnym. Jednakże jeszcze lepiej zostało to zrealizowane mniej więcej w połowie książki, gdzie pewne prawdy dotyczące funkcjonowania planety zostały nam przekazane przez sensownie wytłumaczone deliryczne przywidzenia jednej postaci, której ojciec na tej dziedzinie zjadł zęby.

Muszę jeszcze wspomnieć o materiałach dodatkowych znajdujących się na końcu książki, traktujących o geografii i geologii, religii, ważnych organizacjach i kilku przedstawicielach wyższych rodów. Po ich przeczytaniu zupełnie nie dziwi mnie powstanie zyliona synalkowych fanfików - w tle znajduje się tak dużo niezmiernie ciekawych informacji, w przeszłości działo się tak wiele istotnych spraw, niewytłumaczonych lub zaledwie zarysowanych została taka liczba małych szczególików, że gdyby nie podobno mizerny poziom tych książek, to z chęcią bym po nie sięgnął (a mój wewnętrzny zbieracz zacierałby rączki na perspektywę nabycia kolejnych 2 metrów ładnej kolekcji).

Generalnie muszę przyznać, że pomimo przeważającej ilości elementów z gatunku "science z naciskiem na fiction", osobiście bardziej wyczuwam tu klimaty przynależne raczej fantasy - fabuła jest na tyle niespieszna, a wszelkie ustrojstwa na tyle drugoplanowe, że takie odczucie cały czas gościło mi z tyłu głowy.

"Pomaga" w tym wyczuwalny w dialogach lekko teatralny sznyt, przynajmniej w pierwszym akcie, gdyż te tracą później to zabarwienie. Kontynuując krótko o tym aspekcie: dość niecodziennym zabiegiem jest wprowadzenie pisanych w pierwszej osobie odczuć i przemyśleń postaci - niemal zawsze w otoczeniu dialogów - nierzadko łopatologicznych i infantylnych w swej prostocie, nawet jeżeli tyczą się spraw ważkich.

Jak już wspomniałem na początku, jest to książka inna niż pozostałe. W tle znajduje się bogactwo świata przedstawionego, z którego człowiek nawet nie zdaje sobie w pełni sprawy. Czy kolejne książki rozwiną to w stonowany, satysfakcjonujący i wciągający sposób? Nie wiem, choć się domyślam.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Autorytet1piorunów

@Cerber108 Tolkien śmieszny człowiek trochę, nienawidził Diuny, bo w jego mniemaniu główny bohater był niejednoznaczny moralnie, a przecież u Tolkiena nie ma szarości, tylko czerń i biel.

Osobistość3piorunów

@Alembik co prawda, to prawda, po prostu inne podejście do pisania. Mnie w dzisiejszej popkulturze trochę irytuje, że niemal wszystko MUSI mieć oDcIEniE sZAroŚci, a brak miejsca na prostą zerojedynkowość. Podobnie ze szczęśliwymi zakończeniami: "nieee, musimy dorzucić łyżkę dziegciu".

Gruba ryba1piorunów
nienawidził Diuny, bo w jego mniemaniu główny bohater był niejednoznaczny moralnie

@Alembik temat bardziej złożony niż sama moralność głównego bohatera 😛 Nie wiem czy aż nienawidził tej książki, na pewno nie podobała mu się wykreowana wizja świata przyszłości i rola religii, czy ogólnie antyreligijny przekaz.


@Cerber108

Książka świeta, sam niedawno dopiero przeczytałem :grinning: Styl pisania bardzo mi się podoba, pozwala świetnie "widzieć" co się dzieje i mimo, że znałem fabułę po obejrzeniu filmu, to dalej czytałem z zainteresowaniem

Czy kolejne książki rozwiną to w stonowany, satysfakcjonujący i wciągający sposób? Nie wiem, choć się domyślam.

A odnoście całej serii (niedługo skończę 3. tom), to bardzo spodobało mi się jak znajomy to określił (i coraz bardziej się do tego przychylam)

Dobra seria o czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem po pierwszym tomie

Osobistość0piorunów

@Oczk

A odnoście całej serii (niedługo skończę 3. tom), to bardzo spodobało mi się jak znajomy to określił (i coraz bardziej się do tego przychylam).
Dobra seria o czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem po pierwszym tomie.

Toś mnie zaciekawił.

Fanatyk1piorunów

@Cerber108 Nie zniechęcaj się do tych pozostałych. Oczywiście odbiegają jakością od głównej serii, ale są zarówno lepsze jak i gorsze. A nawet te powszechnie uważane za gorsze przeczytałem (co prawda jeszcze nie wszystkie) i nie trafiłem na taką, którą miałbym chęć odłożyć. Jeśli po prostu weźmiesz poprawkę na to, że to są - tak jak sam napisałeś - w zasadzie fanfiki, to czyta się całkiem przyjemnie - ot różnej jakości książki sci-fi.

Osobistość1piorunów

@fonfi zobaczymy, jak ukształtują się moje odczucia po skończeniu Kronik. Książek do kupienia i tak mam jeszcze sporo, więc będę musiał intensywnie pomyśleć.

Fanatyk0piorunów

@Cerber108 Zerknij na wiadomości 😉

Lider1piorunów

@Cerber108 daj szansę pierwszym 3 tomom, peron odjeżdza dopiero od 4 😉

Pokaż więcej komentarzy (12)

Osobistość

w Książki

24piorunów

1403 + 1 = 1404

Tytuł: Omen

Autor: David Seltzer

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Vesper

Format: książka papierowa

ISBN: 9788377313152

Liczba stron: 248

Ocena: 5/10

Bodaj pierwszy raz spotykam się z książką, gdzie bohater jeszcze przed rozpoczęciem historii był osobą ze wszech miar wpływową: ambasador USA, przewodniczący Światowej Konferencji Gospodarczej, filantrop, który wojenny biznes ojca przekształcił w imperium niosące pomoc potrzebującym, wreszcie człowiek uważany przez wielu za dobrego kandydata na prezydenta. Nie jest to kaprys autora, a zabieg uzasadniony przynajmniej pod jednym względem, ale o tym później.

Fabuła? Raczej standardowa jak na starszy horror. Para stara się o dziecko, długo nie wychodzi, a gdy wreszcie się udaje, do akcji wkracza przedwieczna sekta, o czym oczywiście rodzice nie wiedzą. Ojciec zgadza się na "adopcję" innego dziecka tak, by nic nie pozostało w papierach - nie informuje przy tym żony. Czas sobie leci, wszystko jest IDEALNIE IDEALNE (aż do porzygu, ile razy można to podkreślać?), do momentu pierwszego incydentu. Jednakże wszystko daje się stosunkowo racjonalnie wyjaśnić, sprawa wygląda podobnie z kolejnymi niepokojącymi przypadkami, choć ziarno niepewności zostaje zasiane. Później do akcji wkraczają duszpasterz dręczony wyrzutami sumienia oraz wyjątkowo namolny i śliski dziennikarz, któremu jednak nie można odmówić daru przekonywania - dzięki niemu też późniejsze wydarzenia nabierają na szczęście rozpędu i kolorów (raczej brudnych, ale wciąż).

Niestety jednak, tak jak miało to już miejsce z wieloma horrorami z kilkoma krzyżykami na karku, tak i tutaj zamysł jest dosyć ciekawy, ale praktycznie wszystko inne nie domaga: dialogi może i nie są stricte drewniane, ale za to ascetyczne i lakoniczne - niewiele w nich emocji, chyba że zupełnego zmęczenia i rezygnacji; zachowania dziwaczne i momentami sztuczne, pobudki absurdalne. Pierwsza połowa książki to przeważnie chodzenie rodziców na niezrozumiałe kompromisy i ustępstwa (choć to może perspektywa czytelnika z wiedzą niedostępną bohaterom), dopiero później akcja, motywy i tajemnice wchodzą na wyższy bieg. Wszystko to zaczyna się w momencie, gdy ojciec postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Czego by nie mówić, to całkiem nieźle zostały zrealizowane makabryczne i zalatujące fatum sceny kończące przygody niektórych osób na tym świecie. Książka przedstawiała też ciekawe oraz zajmujące problemy i dylematy natury moralnej, wywierające całkiem mocne wrażenie, niestety tylko po to, by za chwilę zaprzepaścić je dziwnymi zabiegami. Wspomniana na początku pozycja bohatera ma swoje uzasadnienie: po pierwsze wiąże się ono z biblijną przepowiednią, a po drugie, wg mnie, jeszcze bardziej uwypukla bezsilność działań wobec diabelskich sił, bez względu na posiadane wpływy i bogactwa.

Mimo licznych wad, lektura ta jest dosyć znośnym przedstawicielem motywu "przybycia diabła". Czyta się ją dosyć sprawnie, a druga połowa historii trzyma w napięciu. Jeżeli akurat nic nie macie pod ręką, to na 2-3 wieczory znajdziecie zajęcie.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

24piorunów

1396 + 1 = 1397

Tytuł: Dom burz

Autor: Ian R. MacLeod

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788366712546

Liczba stron: 400

Ocena: 4/10

W przypadku tej książki nie mamy do czynienia z kontynuacją będącą bezpośrednim podjęciem wydarzeń i wątków przedstawionych w "Wiekach światła", zamiast tego odwiedzamy ten sam świat mniej więcej 100 lat później, przy czym przez tak długi czas zaszło tam mniej zmian, niż można się było spodziewać. Książka ta nie podtrzymała niestety dobrego wrażenia wytworzonego przez pierwszą część, choć też nie wszystko zamieniło się w lipę.

Fabułę śledzimy z 3 perspektyw: wiejskiej dziewczyny Marion, sytuowanego lecz chorowitego młodzieńca Ralpha oraz jego obrzydliwie ambitnej matki Alice, która to jest potomkinią pewnych postaci z poprzedniej książki, choć ta informacja nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Mogłoby się wydawać, że główną osią historii będzie rozwijająca się relacja między młodymi, ale nic bardziej mylnego - w trakcie rozwoju wypadków następuje stopniowe poszerzanie się zależności w tym trójkącie, rodzą się tajemnice, niepewności, konflikty. Czego by nie mówić o Alice, jest ona zdecydowanie najciekawszą postacią w tej książce: obserwujemy jej metody, dzięki którym osiągnęła swój cel tj. bogactwo i wpływy, utrzymuje swoją pozycję oraz planuje posunięcia ze sporym wyprzedzeniem - to wszystko przedstawiono naturalnie w niechronologicznej kolejności, by karty odkrywać powoli.

Pierwszy akt podobny jest do "Wieków światła" w dwóch aspektach: jego odpowiednik w tamtej książce także traktuje stricte o prywacie postaci, a nie skupia się na społeczeństwie; po drugie wywołuje ciekawe, niejednoznaczne odczucia, tak jak miało to miejsce dopiero w późniejszych aktach pierwszej części. Innymi słowy: dostarczył doznań podobnego kalibru, choć w innym wydaniu, a samo jego zakończenie daje mocnego kopa (przynajmniej młodemu bohaterowi).

Niestety, wszystko rozjeżdża się w drugim akcie, traktującym o wojnie między wschodem a zachodem Anglii. Od poprzedniego aktu minęło ok. 20 lat, tak więc ciężko czuć jakiekolwiek podbudowanie tego konfliktu. Nawet nie to jest najistotniejsze: młodzieńcy (już nie tacy młodzi) znajdują nowe powołanie, Alice dalej knuje, poznajemy też nowego bohatera, którego perspektywa polega na byciu przez całe życie odciętym od świata zewnętrznego i poznawaniu go na nowo (w bardzo irytujący sposób), ale co z tego, jeżeli przedstawiane wydarzenia - pomimo ich powagi, przecież mamy do czynienia z wojną - nie są za grosz interesujące, opisy zaczynają być długawe i nużące - w przeciwieństwie do pierwszej książki i poprzedniego aktu - a magia tego świata zaczyna wchodzić na ścieżki nazbyt metafizyczne i bełkotliwe. Podobnie zresztą napisałem w notatniku w trakcie czytania: "w pewnym momencie historia przekształca się w deliryczny, bełkotliwy sen: rzeczy podążają losowym torem, przeskakują, przejawiają zaskakujące zbiegi okoliczności". To dobre podsumowanie mniej więcej drugiej połowy drugiego aktu.

Koniec końców, jest to książka nad wyraz nierówna: pierwszy akt dostarcza lektury podobnej jakości jak poprzedzająca go książka, drugi natomiast odpływa w niepojętych kierunkach. Powiedziałbym, że w tym wypadku większy nacisk został położony na pojedyncze postacie i ich kreację, niż ogół lub choćby fragment społeczeństwa. Tak jak z "Wiekami światła" miałem problem z polecajką, tak tutaj jestem w zupełnej kropce i po prostu nic nie napiszę.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Sum1piorunów

czytałam tę książkę z 15 lat temu i najbardziej zapadło mi w pamięć łowienie kijanek czy innych małży, więc musiała być super xD

Osobistość2piorunów

@Villdeo małży, na samym początku książki to było. Książki z Uczty to jest jednak "hit or miss".

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

26piorunów

1370 + 1 = 1371

Tytuł: Wieki światła

Autor: Ian R. MacLeod

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

ISBN: 9788366712539

Liczba stron: 400

Ocena: 8/10

Tym razem przyszła kolej na książkę, po której nie wiedziałem, czego się spodziewać. Akcja, a przynajmniej pewna jej część, ma miejsce w Londynie - co samo w sobie zawsze stanowi dla mnie duży plus - natomiast czas jest bliżej nieokreślony: z jednej strony mamy wiele wynalazków, ruchów i postaw pojawiających się w rzeczywistości mniej więcej na przełomie XVIII i XIX wieku, z drugiej natomiast dowiadujemy się, że kilkaset lat wcześniej dokonał się pewien przełom, który przekreśla wszelkie próby skrupulatnego porównywania dat. Owa zmiana wiązała się z wprowadzeniem do większości dziedzin życia swoistej magii, przy czym zabieg taki przeważnie gryzie mi się z realiami okołohistorycznymi, choć muszę przyznać, iż w tym wypadku autor wybrnął z kabały niemalże obronną ręką.

Nie jest to jednak element kluczowy, prędzej pretekst, choć wiele istotnych wydarzeń się wokół niego kręci; książka ta błyszczy natomiast w innych aspektach, na samym jej początku niezaznaczających nawet swojej obecności. Pomimo braku wzbudzenia we mnie jakiegoś rodzaju zaangażowania - co ciągnęło się swoją drogą przez całą książkę - paradoksalnie czytało mi się ją z pewną ciekawością, która im dalej w las, tym bardziej się pogłębiała; nie będę jednak wchodził w szczegóły, gdyż to samo w sobie stanowi miłą niespodziankę.

Główny bohater oraz jego poznani później towarzysze w trakcie trwania historii zmieniają się dosyć znacząco pod wpływem doświadczeń, nabierają również dystansu, choć pozostają też wierni niektórym swoim cechom z młodości i spokojniejszych czasów. Stanowią oni, wraz z innymi, bardziej wpływowymi osobami, motor zmian, mających zmienić obecną rzeczywistość, wprowadzić powszechną sprawiedliwość i równość. Brzmi znajomo? Tematy klasizmu, kapitalizmu, komunizmu i innych przewijają się często i gęsto, ale traktowane są w sposób zrównoważony i bez irytującego moralizatorstwa. Spotykamy do tego "różne odmiany różnych typów ludzi" tj. życzliwych bogatych, namolnych biednych, tolerowanych wykrętów, znużonych hulaków, zmęczone - nie wiadomo do końca czy faktycznie, czy pozornie - wpływami i obecnym status quo osobistości oraz zupełne przeciwieństwa wszystkich powyższych, przy czym ciągnąć tak można bez końca, a każdy ma swoje miejsce w fabule.

Czasami wspominane są interpretacje legend o angielskim rodowodzie i idzie odnieść wrażenie, że w tym świecie mogą one zawierać znacznie więcej, niż ledwie ziarno prawdy. Sporo tu także opisów rzeczy wszelakich, ale przyznam szczerze, że nie są one nadzwyczaj uciążliwe. Do tego autor, i w rezultacie tłumacz, pozwolił sobie na wprowadzenie pewnej ilości niekiedy komicznych nazw, będących przeważnie zlepkami np. metrojard, smoczowesz i, mój ulubiony, psotwór. Na początku zgrzytały, ale później kolejne nie były już wprowadzane, a z obecnymi człowiek się oswoił.

To, za co doceniam tę książkę, to przedstawienie prób ratowania świata w sposób inny, niż to zwykle można uświadczyć: nie mieczem przed złym magiem czy smokiem, a metodami dostępnymi zwykłym ludziom przeciwko niesprawiedliwości. Do tego jest ona prowadzona spokojnie i w przyziemny sposób, bogata w zawartość i motywy; z pewnością wiele pominąłem - cześć świadomie, część nie.

Książkę podsumuję następująco: zabawnym jest, że chronologicznie pierwsza Uczta wyobraźni jest też pierwszą przeczytaną przeze mnie pozycją z tej serii - a tych mam już za sobą 14 - która faktycznie zasługuje na miano uczty dla wyobraźni.

Ciężko mi powiedzieć, komu mogę to polecić - granice elementów się zacierają np. Londyn to raczej scena, a nie pełnoprawny bohater, jak to przeważnie bywa z książkami w nim umiejscowionymi. Pozostaje wam oprzeć się na ogólności tego wpisu, blurbie oraz ewentualnie innych opiniach. Zaznaczonym gatunkiem proszę się nie sugerować, bo to kolejna rozmyta kwestia.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

39piorunów

1336 + 1 = 1337

Tytuł: Fiasko

Autor: Stanisław Lem

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: książka papierowa

ISBN: 9788308083987

Liczba stron: 432

Ocena: 10/10

Muszę przyznać, że Lem, oddając w ręce czytelników ostatni tekst o bardziej znaczącej objętości, zupełnie nie certolił się w tańcu. Rozmach, skomplikowanie i mnogość poruszanych tematów, podawane na tacy bez żadnego ostrzeżenia, robią piorunujące wrażenie.

Nawet sama - nazwijmy to - sceneria nie jest jednolita, tylko na przestrzeni poszczególnych rozdziałów zmienia się znacząco, a i tak wg mnie jest to aspekt, od którego w tego typu książce nie oczekiwalibyśmy jakiejś druzgocącej różnorodności, a raczej przejścia z punktu A do B.

Jednakże pozycja ta osiąga w dwóch aspektach absolutne wyżyny, szczyty wręcz. Po pierwsze: przedstawienie niepojętych naukowych teorii, biorących w obroty choćby czarne dziury i przerabiających je w wyjątkowo praktyczne narzędzia; wprowadzanie technologii przyszłości, których opisy - zarówno budowy, jak i działania - zawierają doprawdy wysokie stężenie skomplikowanych terminów; wreszcie sam rozmach i skala wszelkich operacji, czy to na powierzchni planety, czy to w przestrzeni kosmicznej. Spotkałem się z czymś takich choćby w Expanse, jednakże dopiero tutaj zostało to zrealizowane w sposób pozwalający odczuć choć ułamek potęgi tych dosłownie kosmicznych rozwiązań. Ilość rzeczonych wynalazków, zjawisk, teorii, technologii powinna rozłożyć na łopatki każdego amatora hard sci-fi.

Drugim aspektem jest warstwa filozoficzno-moralna. Nie kłamiąc, niemal w każdym rozdziale znajduje się jakiś dylemat, a stopień ich "dotkliwości" rozciąga się od kwestii stricte osobistych do takich o dosłownie planetarnych konsekwencjach. Nierzadko też dokonanie wyboru poprzedza (a niekiedy i wieńczy) istna kilkustronicowa rozprawa, mająca taką a nie inna decyzję uzasadnić lub też uwypuklić daremność danej sytuacji. Rezultatem jest unikatowe ukazanie prób kontaktu z obcą cywilizacją, których nie ułatwiają ani nieprzekraczalne ograniczenia rzeczywistości, ani tym bardziej niezmienne cechy natury człowieka.

Nie sposób nie wspomnieć o pokładowym superkomputerze - nazwanym przewrotnie GOD - oraz duchowym-naukowcu Arago, wprowadzających do utworu kolejną warstwę dynamiki m.in. na tle maszynowej niezależności, kwestii odpowiedzialności czy choćby nieoczywistej religijności.

Jestem też w stanie po części zrozumieć pewne rozczarowanie i zarzut części fanów wobec potraktowania Pirxa - i to wszystko, co w tej kwestii napiszę.

Człowiek mógłby tak nadawać i nadawać, ale powoli zacząłby też wchodzić na pole konkretnych przykładów, a tego oczywiście chciałbym uniknąć. Często zapisuję w notatniku fragmenty albo aspekty, które wywarły na mnie jakieś wrażenie, ale przeważnie wspominam o nich we wpisach tylko, jeżeli książka jest na tyle mierna, że jej nie polecę i nie zważam tym samym na spoilerowanie lub też jestem w stanie opisać je na tyle ogólnikowo, ale jednocześnie konkretnie, że nie zdradzę nic, a pewną myśl jednak przekażę. Koniec dygresji i prywaty.

Książka ta stanowi ciężki kawałek do przetrawienia, zarówno pod względem stylu i naukowej terminologii, jak i pesymistycznej oraz lekko straceńczej atmosfery. Mimo wszystko lektura jest najwyższej klasy przyjemnością, lasuje mózg w dobrym tego określenia znaczeniu, przy czym daje do myślenia. Polecam całym sobą i mam nadzieję, że inne książki autora utrzymają podobny poziom.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość2piorunów

@Cerber108 Pośród dzieł Lema nadal dużo bardziej pasuje mi Solaris czy Niezwyciężony, ale Fiasko było świetne.

Osobistość

w Książki

35piorunów

1335 + 1 = 1336

Tytuł: Nemezis i inne utwory poetyckie
Autor: H.P. Lovecraft
Kategoria: poezja
Wydawnictwo: Vesper
Format: książka papierowa
ISBN: 9788377313138
Liczba stron: 492
Ocena: 7/10

Tym razem przyszła kolej na tomik poezji. Gdy te kilka lat temu odkryłem Vespera, to po prostu kupiłem jak leci wszystko z napisem "Lovecraft" na okładce i takim właśnie sposobem na półce pojawiły się, poza dwoma wcześniej opisywanymi zestawieniami, mniejsze tomiki, pokrywające się z nimi w ogromnej mierze oraz ww. zbiór wierszy właśnie, za którymi to z reguły niezbyt przepadam. Była to jednak ciekawa odmiana, znacznie przyjemniejsza w odbiorze niż się spodziewałem; do tego obok tłumaczeń znalazły się tu także oryginały wszystkich zamieszczonych utworów, tak więc człowiek mógł posiłować się z angielskim w starym stylu.
Od razu zaznaczę, że jestem prostym człowiekiem i dla mnie wiersz musi się rymować, a ich odmiana biała nie zasługuje nawet na moje pogardliwe spojrzenie. Do tego zwracam szczególną uwagę na rymy, rytm i szeroko rozumianą płynność odbioru (oczywiście bez nazywania rzeczy po imieniu, bo, jak już mówiłem, jestem istotą nieskomplikowaną), natomiast niewielką wagę przykładam do faktycznego przekazu lub drugiego dna, bo do interpretowania lub odkrywania ich skutecznie zniechęciła mnie szkoła.
Tym razem nie będę pisał o wszystkich utworach, bo nawet poświęcenie ledwie jednego zdania każdemu z nich dałoby w rezultacie ścianę bardzo powtarzalnego i zupełnie nieciekawego tekstu. Zamiast tego wspomnę o rzeczach, które wywarły na mnie jakieś wrażenie - czy to dobre, czy też nie - lub po prostu czymś się wyróżniły.

"Grzyby z Yuggoth" - z kronikarskiego obowiązku wspomnę o pierwszym w kolejności w tym zbiorze cyklu 36 sonetów traktujących o rzeczach przeróżnych, przy czym w części z nich można znaleźć fragmenty, które w późniejszych latach staną się mniej lub bardziej istotnymi elementami opowiadań i powieści.

"Aletheia Phrikodes" - wiersz biały, tak więc po prostu przez niego przeleciałem.

"Prastary szlak" - wreszcie aabb, do tego urokliwa, nostalgiczna, acz i posępna atmosfera powrotu na znajome tereny.

"Hallowe'en na przedmieściu" - (tytuł napisany poprawnie) na pierwszy rzut oka bez ładu i składu, ale posiada wyjątkową, bardzo melodyjną formę. Po Polsku nie dało się oddać wszystkich walorów oryginału jednocześnie - rytm trochę ucierpiał.

"Miasto" - ponownie zabawa formą, przy czym tutaj ostatniego wersu każdej zwrotki za nic nie umiałem sensownie wyrecytować. Tego typu utworów znalazło jeszcze kilka i nie wiem, jak się on zwie.

"Październik" - marzycielski, nostalgiczny, w oryginale płynniejszy.

"Do śniącego" - został po mistrzowsku przetłumaczony; oryginał człowiek duka, a spolszczenie recytuje niczym wieszcz. Nastrój także wysokiej próby.

"Psychopompos: opowieść rymowana" - wyróżniające się długością, przedstawia prostą historię.

"Poza Zimbabwe" - w oryginale niesamowicie melodyjne.

"Nathicana" - wiersz biały pełny żenujących powtórzeń i pozbawiony sensu.

"Na marność ludzkich dążności" - niesamowicie aktualne i piękne w swej prostocie.

"Na śmierć krytyka poezji" - po pierwsze zgrabne - zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu - ale także na ciekawy temat: o tytułowym krytyku, człowieku pełnym sprzeczności, cenionym za jedne cechy, za drugie niemal wzgardzanym; o mieszanych uczuciach - podmiotu i innych - związanych z jego odejściem.

"Sir Thomas Tryout" - tak jak nie cierpię kotów, tak owy kawałek na cześć zmarłego przedstawiciela tego gatunku należącego do pewnego dżentelmena był doprawdy uroczy.

"Papier jałowy" - z dopiskiem "poemat o głębokiej nieistotności" jest wierny i jednemu, i drugiemu. Bełkot, w którym nawet nie próbowałem doszukać się sensu. W posłowiu okazuje się, że zawiera mrowie nawiązań. Jest to na szczęście parodia utworu, którego Lovecraft nie cenił, tak więc negatywne odczucia są jak najbardziej na miejscu.

"Wyrafinowanemu młodemu dżentelmenowi" - o problemach starszego pana w znalezieniu wartościowej lektury dla wnuka. Cały wiek później problemy wciąż te same.

Także i ten tomik wzbogacony jest o wartościowe posłowie nadające kontekstu i umiejscawiające poezję pośród całości twórczości Lovecrafta. Jak już wspomniałem na początku, ogólny odbiór większości zawartości tej książki był lepszy niż się pierwotnie spodziewałem: poza wierszami białymi i innymi dziwnymi przypadkami reszta utworów była napisana rymem, prostszym lub bardziej wyszukanym. Nastroje w nich panujące są różne, na takie też mniej więcej kategorie zostały podzielone.
Generalnie umiarkowanie polecam: jak ktoś lubi wiersze, to dlaczego nie spróbować tych spod pióra Lovecrafta? I na odwrót: jak ktoś lubi Lovecrafta, to dlaczego nie spróbować jego mniej typowej twórczości? Równie dobrze można potraktować to jako odskocznię od zwyczajowo pochłanianej prozy, tak jak miało to miejsce po części w moim przypadku (a tylko po części, bo sięgnąłem po to jako kontynuację styczności z tym autorem, a nie stricte przerwę od prozy).

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość

w Książki

31piorunów

1306 + 1 = 1307

Tytuł: Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne
Autor: H.P. Lovecraft
Kategoria: horror
Wydawnictwo: Vesper
Format: książka papierowa
ISBN: 9788377312377
Liczba stron: 624
Ocena: 6/10

"Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści" bardzo mi się podobała, postanowiłem więc iść za ciosem. Zbiór ten nie stoi niestety na poziomie ww. Tak jak poprzednio napiszę słów kilka na temat każdej pozycji; jest ich całkiem sporo, ale postanowiłem zawrzeć wszystkie, gdyż nie bazgrałem o nich tyle, co ostatnio.

"Grobowiec" - ot, młody facet o dziwnych zainteresowaniach, wśród nich zamiłowanie do grobowców, odkrył jeden okaz w gęstych chaszczach nieopodal domu i dostał na jego punkcie bzika do tego stopnia, że przez swoje szalone relacje wylądował w wariatkowie.

"Polaris" - zupełnie niezrozumiały dla mnie strumień świadomości, na szczęście króciutki.

"Biały statek" - sny na jawie samotnego latarnika z dziada pradziada.

"Przyszła na Sarnath zagłada" - tutaj zacząłem wyczuwać wpływy Dunsany'ego tj. oniryczne, mityczne opisy i niewiele faktycznych wydarzeń.

"Zeznanie Randolpha Cartera" - cmentarny horrorek z amnezją w tle oraz niespodziewanym zakończeniem, nawet mi się podobało.

"Celephais" - o potędze tworzenia światów w snach, staniu się od tej czynności zależnym aż do tragicznego, transcendentnego końca.

"Rycina w starym domu" - całkiem niezły tekst o napotkaniu chatki wyjętej rodem z XVIII - albo i wcześniejszego - wieku i jej szemranego lokatora. Rosnąca świadomość niepokojących faktów została nieźle zrealizowana, niestety zakończenie jest nagłe i niesatysfakcjonujące.

"Bezimienne miasto" - badanie prastarego, starszego niż Egipt miasta, zaginionego pośród piasków pustyni. Wszyscy od zawsze omijają to miejsce łukiem, ale bohater, jako pierwsza osoba od nieokreślonego czasu, zakłóca jego spokój.

"Wędrówka Iranona" - przygnębiający kawałek o próbach odnalezienia marzeń, by wreszcie zderzyć się ze ścianą prawdy i rzeczywistości.

"Księżycowe moczary" - o zamiarze zbrukania swego rodzaju świętego mokradła (chodzi o jego osuszenie), które takie bluźnierstwo karze w sposób surowy nie tylko prowodyra.

"Inni bogowie" - kilka stron o wyszukanym i nie do końca zamierzonym sposobie sprzeciwienia się istotom ciut ważniejszym od bogów.

"Reanimator Herbert West" - ze względu na drobne powtórzenia na początkach rozdziałów można odnieść wrażenie, jakby opowiadanie ukazywało się odcinkowo w gazecie. A tak, to mamy w mojej opinii do czynienia z najlepszym utworem tego zbioru: przez lata towarzyszymy dwóm kumplom ze studiów, gdzie jeden przejawia niepokojącą chęć wynalezienia serum umożliwiającego ożywianie zwłok, a drugi towarzyszy koledze w tym przedsięwzięciu ze względu na jego magnetyczną osobowość i nieliche umiejętności. Panowie, w zależności od szeroko pojętego szczęścia i okoliczności, przeprowadzają eksperymenty rzadziej lub częściej, niemniej z biegiem czasu dokonują niewielkich postępów w badaniach oraz coraz bardziej śmiałych i okropnych zbrodni. Nastrój jest niepodrabialny, wydarzenia z jednej strony nadprzyrodzone i lekko przesadzone, z drugiej strony nieciężko uwierzyć w odpowiedni ciąg przypadków trafiający na (nie)odpowiednią osobę. Tutaj Lovecraftowi udało się stworzyć dzieło faktycznie odpychające.

"Ogar" - o przykrych rezultatach niezaspokojonego apetytu na plugawe wrażenia.

"Pod piramidami" - dziwne przeżycia Houdiniego w Egipcie. Kontakty z lokalsami przybierają niespodziewaną formę.

"Opuszczony dom" - głównym obiektem zainteresowania jest tytułowa konstrukcja, która w swojej półtorawiecznej historii była miejscem cierpienia i zejścia wielu osób z tego łez padołu. Pewien mieszkaniec Providence od dziecka był owym budynkiem zainteresowany - tak samo jak jego wuj - gdy więc dorósł, połączył siły z krewnym i we dwóch zdecydowali się odkryć źródło przekleństwa i w miarę możliwości je usunąć. Na plus muszę zaliczyć opisanie historii domostwa i mieszkańców, którzy przewijali się przez jego mury oraz zmian w szerszym świecie, które też miały niebagatelny wpływ na rozwój wypadków.

"Zgroza w Red Hook" - tekst przejawia pewne odstępstwo od normy objawiające się w przeniesieniu miejsca akcji z typowego dla Lovecrafta cichego, odludnego miasteczka do zatłoczonej, szemranej i wielokulturowej dzielnicy metropolii. Faktycznej treści i historii jest tu niestety tyle co kot napłakał - reszta to wynurzenia o zakazanych mordach, dziwnych grupach i ich występkach, możliwych niepojętych rytuałach, przemianach fizycznych i psychicznych pewnego dziadka oraz mentalnych problemach detektywa.

"On" - kontynuujemy zagubienie i uczucie osamotnienia w wielkim mieście; bardziej też niż w tekście poprzednim czuć tutaj wyraźną nutę rasizmu. Fabułka niewiele sobą przedstawia, te kilkanaście stron to po prostu za mało.

"Zimno" - całkiem ciekawe opowiadanko, na wstępie wspominające o niecodziennym lęku - przed zimnem - a potem wyjaśniające jego źródło - ostatni etap krótkiej znajomości z pewnym ekscentrycznym doktorem. Ukazano też tutaj, jak łatwo można wpaść w pułapkę długu wdzięczności.

"Model Pickmana" - tutaj znowu mamy nowy zabieg, bo narrator swoich przemyśleń nie kieruje do niesprecyzowanego odbiorcy w przyszłości, a do swojego kolegi w teraźniejszości. Sama struktura i styl są identyczne jak w innych pozycjach, ale występujące wtręty nadają im nowy charakter. Historia też jest niczego sobie: pewien artysta tworzy obrazy o potwornej tematyce tak dobre, tak naturalne, tak rzeczywiste, że nie mogą być one wytworem samej tylko wyobraźni i talentu. Tekst ten zainspirował również niecodzienną postać Pickmana i jego galerię w Falloucie 4.

"Dziwny dom wysoko wśród mgieł" - całkiem ciekawy pomysł na fabułę: obok miasteczka znajduje się gigantyczny klif, a na nim chatka, w której nie wiadomo kto mieszka. Przyjezdny profesor postanawia wspiąć się tam i poznać jej tajemnicę. Niestety znowu kończymy na jakichś dziwnych wynurzeniach bez ładu i składu.

"Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka" - jest to autora najobszerniejszy utwór stricte fantastyczny, z którym to wiążą się także inne, czy to przez bohatera, czy to przez inne postacie, czy to przez świat. Karkołomne zadanie, jakie postawił przed sobą protagonista stanowi temat zajmujący, niestety okrężność pisaniny autora zupełnie w tym nie pomaga; niewiele tutaj dynamiki, głównie chodzenie lub oczekiwanie. Pojawiają się krótkie epizody z niespodziewanymi sprzymierzeńcami, z którymi bohater potrafi o dziwo się porozumiewać - mowa mianowicie o kotach oraz ghulach. Ci drudzy odgrywają całkiem istotną rolę w późniejszej części utworu, gdzie akcja na szczęście trochę przyspiesza i się urozmaica. Generalnie jednak tekst ten bardzo mi się dłużył. Wspomnę również, że czasami stosowano nazwę Inganok, czasem Ignanok i sam już nie jestem pewny, która jest tą poprawną, chyba pierwsza.

"Srebrny klucz" - ten krótki tekst diametralnie zmienia postrzeganie poprzedniego utworu i nadaje nowy sens zakończeniu.

"Coś na progu" - ostatni utwór fabularny w tym zbiorze kończy z wysoką notą. Ukazuje walkę między spokojnym, uległym facetem i plugawą duszą zaklętą w ciele kobiety. Uczucie niepewności, braku zaufania oraz zwroty akcji na duży plus.

"Nadprzyrodzona groza w literaturze" - całkiem długa rozprawa na tytułowy temat: geneza, jej przyczyny, przyczyny przyczyn, osobiste podejście, podział na "ery" wraz z wymienieniem bardziej lub mniej istotnych autorów w nich tworzących i ich dzieł oraz sytuacja współczesna autorowi. Pozycja niezmiernie ciekawa i zajmująca, choć raczej dla koneserów.

Dopiero w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zbiór ten poświęcony jest także utworom o charakterze czysto fantastycznym, bez nuty grozy - świadczy to tylko o moim braku umiejętności czytania ze zrozumieniem; informacja ta znajduje się przecież w tytule - na szczęście nie było ich tak dużo, jak się na początku obawiałem. Niemniej jednak, gdy już przyszło co do czego, pozycje te niezmiennie nużyły mnie podczas lektury - za dużo w nich pustych opisów niepopychających w żadnym stopniu akcji do przodu. W tekstach grozy nawet jeżeli obszerne opisy się pojawiają, to mają one na celu albo wyjaśnienie sytuacji psychicznej/fizycznej bohatera, albo opisanie obecnego miejsca akcji lub wydarzenia, albo przedstawienie potrzebnego kontekstu; poza tym w horrorach Lovecrafta zawsze istnieje jakieś bliżej nieuchwytne zakotwiczenie, które chłonięcie takich opisów usprawiedliwia i ułatwia. W innych utworach tego brak i tym samym pochłanianie ich to zwykła, wyśniona nuda.
Generalnie jednak poziom tego zbioru stoi wyraźnie niżej niż poprzedniego: tamte teksty zapadają w pamięć i tylko kilka się dłuży lub nie wywiera większego wrażenia; tutaj natomiast mamy do czynienia z sytuacją zgoła odwrotną. Najlepszy był "Reanimator", "Opuszczony dom" całkiem niezły, "Rycina" też niczego sobie, kilka było ok, natomiast reszta niedługo wyparuje z mojej pamięci. Trochę szkoda, ale jak widać dobór tekstów do konkretnych tomów nie był kwestią przypadku.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba0piorunów

@Cerber108 Trochę bardziej podobało mi się podzielenie tych opowieści na typowo świat snu (Koty Ultharu) vs inne (tutaj najwięcej chyba jest w Sny w Domu Czarownicy) między innymi dlatego że ten świat snu jest taki własnie... Specyficzny xd Jak czytałem Biały Statek to totalnie powątpiewałem w całą idee tego sposobu narracji, ale Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka w miarę wyrównała poziom i zespoła resztę w ładną całość.

Osobistość1piorunów

@Barcol trochę właśnie byłem zdziwiony, że zamiast podzielić to na grozę i sny, to posortowali wg chronologii powstawania, tak jak w pierwszym zbiorze.

Pokaż więcej komentarzy (2)