Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#naopowiesci

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Kochani.

Dobiega właśnie końca **XXIX** edycja w kawiarni , jednak z pewnym zawodem muszę stwierdzić, że ilość nadesłanych prac jest lekko... mało urozamicona...

Dobra, sezon ogórkowy się skończył, deszcz za oknem, dzieciaki w szkole, teraz nie macie już wymówek! Przedłużamy edycję do 30.09.2026, nie zawiedźcie mnie proszę! :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

16piorunów

Cholera! Cholera!!! CHOLERA!!!

Zasapana Monika pedałowała jakby od tego miało zależeć jej życie. Cóż, była to w sumie prawda. Pogoń była już tuż za nią, a jej bicyklowy środek ucieczki nie dawał dużych szans na powodzenie zgubienia ogona.

— To się już nigdy nie skończy, prawda?! — pomyślała zrozpaczona — Ten ciąg nieustannych katastrof. On będzie już trwał aż do końca?! Do mojego schwytania?

Po ucieczce z Warszawy, gdy jej podwładna spektakularnie zawaliła swoje obowiązki (głupia flądra!) i poruszyła tym lawinę, która doprowadziła do rozpadu jej organizacji przestępczej, Monika lekko przypadkiem ukryła się w Zakopane, korzystając z bezpiecznego i nietykalnego przebrania Białego Misia. Nietykalność zresztą była dosyć szeroka. Oprócz kultowej roli, jaką spełniała futrzana ikona górzastej komercji, gumowo-filcowo-lepki strój nigdy nie był prany przez chytrych górali i wejście do środka wymagało sporej odwagi i mocnego żołądka ze strony chętnego na to desperata. Monika, podczas 40 st. upałów sierpniowego weekendu, nie wytrzymała w końcu smrodu tysiąca ciał przed nią i zdjęła łeb bestii by przewietrzyć niemytą od tygodni, uwarczykowaną i posklejaną ukropem fryzurę.

Jak tylko górole zauważali, że jakiś dudek zarabia na Kropówkach, zbiegli się wokół niej żądając oddania zarobionych pieniędzy i dychę za każde zrobione tutaj zdjęcie. Monika rozgoniła oscypkowe towarzystwo kilkoma celnym kopniakami w krocze i ciosami w gardła, ale zamieszanie sprawiło, że sprawą zainteresowali się lokalni policjanci, którzy w mig rozpoznali twarz numer 1 ze wszystkich listów gończych wywieszonych na polskich komisariatach.


Na szczęście dla Moniki musieli dopić swoje kwaśnice, żeby się nie zmarnowały, co dało jej cenne minuty by oswobodzić się z niedźwiedziej powierzchowności, desperacko ruszyć biegiem w dół Krupówek, odebrać rower zaskoczonemu dostawcy jedzenia, z pięknie wydrapanym jakimś śrubokrętem na ramie haśle „Glovo = HIV” i zacząć ucieczkę dwukołowcem przez Zakopane. Ryk policyjnej syreny dorwał ją już na skrzyżowaniu Krupówek i Kościeliska, co sprowadza historię do punktu początkowego.

— Przecież to bez sensu! — pomyślała Monika — Jak mam uciec na rowerze przed radiowozem?! Tylko pośmiewisko z siebie robię!

Już zniechęcona istnieniem chciała odpuścić pedałowanie, gdy dojechała do końca osiedla, owiewana przyjemnym tatrzańskim wiaterkiem i poczuła, że coś wpadło pod jej rozwianą koszulkę! Pomyślała, że ktoś w nią czymś rzucił? Ale nie! O zgrozo, po rozchyleniu koszuli, na jej piersiach okazał się wielki szerszeń! Z paniką w wybałuszonych oczach i szaleńczym wrzaskiem w ustach, zaczęła trzepać swoją koszulką, zrywając ją w końcu z siebie i przyspieszając w razie gdyby pasiasty skurwiel zaczął ją gonić! Przez chwilę ulicami Zakopane obył się niesamowity spektakl, w którym półnaga kobieta, na obdrapanym rowerze, w łapach białego misia zamiast butów, z obłąkanym rykiem, zapieprzała przez miasto z prędkością kwalifikującą się już do zabrania prawa jazdy! Za nią człapał się z wyraźnym wysiłkiem, policyjny radiowóz, z kompletnie zaskoczonymi policjantami nie mogącymi nadążyć za glovocyklem!

Monika wpadła na rondo Dmowskiego i kładąc się praktycznie na ziemi dokonała niemożliwego skrętu 90 stopni, wpadając w ulicę Nowotarską, a zdumiony radiowóz za nią władował się z całym impetem w środek ronda, wybijając w powietrze i szykując się do dokonania telemarku na bilbordzie po drugiej stronie ronda.

Absolutnie zszokowana Monika zdążyła się tylko odwrócić i pomyśleć „Chyba mi się uda…” gdy pozlepiana ukropem fryzura i zaplecione warkoczyki wkręciły się w koło roweru i bezwzględnym szarpnięciem do tyłu pozbawiły ją przytomności.

Obudziła się skuta w pędzącym radiowozie, ubrana w foliowy, biało-czerwony płaszcz przeciwdeszczowy, z wielkim białym orłem na piersiach.

— Co do k⁎⁎wy?! — krzyknęła zdumiona, czym zwróciła uwagę eskorty siedzącej z przodu.

— Patrzcie! Wielka Matrona raczyła się w końcu obudzić! — odezwał się policjant. Obejrzał się do tyłu i zobaczył czemu przygląda się Monika i zająknął się trochę zmieszany — Khmm… Taką dali cię nam koledzy z Zakopanego. To było najtańsze odzienie jakie znaleźli w pobliskim sklepie turystycznym. Kutwy nawet karetki do ciebie nie wezwali, bo to mogłoby zająć im czas i kasę na paliwo. Chryste… górale... — był polskim policjantem, ale nawet dla niego to zachowanie to było lekką przesadą.

— No nic Matrona! Rozejrzyj się! To już Warszawa! Zaraz będziemy na komendzie stołecznej! No ale przecież ty znasz drogę tam, co nie?! Tyle miesięcy robić sobie z nas jaja… oj odwdzięczymy ci się za to, odwdzięczymy! Na razie wieziemy cię na otwarcie nowego posterunku, gdzie chce się tobą pochwalić sam naczelnik!

Nie zdążył dokończyć zdania, gdy służbowy polonez zazgrzytał i kompletnie stracił moc.

— Co jest młody?! — huknął pasażer — Co żeś odwalił?!

— Ja nie wiem! — odkrzyknął speszony kierowca — Ten grat znowu się rozsypał! Mówiłem żeby wziąć Peugeota! Ja nawet nie mam uprawnień do prowadzenia radiowozu na sygnale! — zaczął się usprawiedliwiać.

— Patrzcie go! Limuzyn mu się zachciało! — odburknął „stary” — Ja w twoim wieku to nyską jeździłem i jeszcze ją popychałem połowę czasu żeby paliwo oszczędzić. A sygnałami się nie przejmuj! Sygnały obsługuję ja! Stawaj w zatoczce, otwieraj maskę, zaraz się to zareperuje!

Wyszli przed radiowóz buszując pod otwartą pokrywą silnika.

— No tak... no tak... no tak… — burczał stary – Coś się zjebało! - osądził z autorytetem — Zrobimy jak kiedyś mój szwagier. Ty młody nurkuj tam pod silnik i naparzaj młotkiem w rozrusznik, trzymając łapę na dwóch z czterech przewodów cewki, ja w tym czasie będę dociskał klemę, wysprejuję Plakiem gaźnik i będę machał cięgnem gazu. To się musi udać! - zadecydował.

— Ciemno tu, wszystko w oleju, nic nie widzę! – poskarżył się młody.

— Chryste! Ta dzisiejsza młodzież! — pozłorzeczył dojrzalszy w parze. Rozejrzał się lekko zagubiony, uśmiechnął się, podszedł do Moniki, wyciągnął ją z radiowozu i rozkuł.

— Chodź Matrona! Na coś się przydasz! Trzymaj latarkę i świeć młodemu, żeby wiedział w co przydzwaniać! Młody! Tera widzisz?! Jak świecisz Matrona?! Sobie świecisz czy młodemu?!!!

Odwrócił się, ale po Monice nie było już śladu.

— No tak… — mruknął stary.

— Co robimy? — zapytał się niepewnie kierowca, który wyszedł spod dumy FSO i polskiej policji.

— Jak to, co? — żachnął się pasażer — Dopchniemy grata na Orlena na Lesznie, kupimy sobie po hot-dogu i jak wszyscy możliwi świadkowie tego co się tu wydarzyło będą już daleko, wezwiemy wsparcie. Powiemy, że zaatakowało nas piętnastu... Dwudziestu uzbrojonych bandytów i wydarli nam poszukiwaną! Ja dostanę odznaczenie za bohaterską służbę, ty jakąś lekką pochwałę i może nadgodziny! I fajrant! Pchaj młody, ja siądę za kierownicą.

W tym czasie Monika, w biało-czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym i butach z łap białego misia, przemykała niczym Usain Bolt w okolicach cmentarza Żydowskiego.

*

Trochę długie wyszło 😛

Z pozdrowieniem dla @Shivaa (obiecałem Ci, że mam pomysł na Twoją historię z szerszeniem) i @YourUncle, a także @George_Stark, który nieopatrznie zasugerował, że lubi przygody Moniki :P

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Dzień dobry pisarze i poeci! Przypadł mi, poprzez nominację od @George_Stark, zaszczyt rozpoczęcia XXIX edycji .

Jako że siedzę sobie właśnie spocony w nieklimatyzowanym salonie fryzjerskim i dowiedziałem się, że fryzjerka robi balejaż (???), źle mnie umówiła i się nie wyrobi na moje ciachanie, to ogłaszam następujący motyw przewodni tejedycyjnej twórczości :

Fryzurą w ukrop!

Na zgłoszenia czekam do 31 sierpnia!

Miłej zabawy! :smiley:

GURU4piorunów

@sireplama Mogę cię opierdolić na łyso ino flaszkie postaw żeby mi się ręce trzęsły :upside_down_face:

Gruba ryba6piorunów

@vredo ostatni raz gdy mi głowę goliłeś maszynką po flaszce, to ją połamałeś i teraz nie da się równo ciąć.

Albo to nie byłeś ty, nie wiem, nie pamiętam xDDD

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Dzień dobry, choć już za gorący, a mamy dopiero dziewiątą rano.

Jeszcze przedwczoraj, zamiast myśleć o pracy, myślałem o tym, że XXVIII edycja zabawy w kawiarni przedłuży nam się o kolejny miesiąc. Ale nie! Oto 30 lipca, siedemnaście minut po północy w progi kawiarni wkroczył dumnie kolega @sireplama ze swoim wspaniałym opowiadaniem (ja naprawdę mam nadzieję, że z tego powstanie cała powieść), które zapewniło mu w tej edycji zwycięstwo! Gratuluję!

*

AUTOPROMOCJA

Do tych, którzy nic w tej edycji nie napisali – wykorzystując marketingowy trend patriotyczny, jaki ostatnio z rozbawieniem obserwuję:

Patriotyczny blamaż!

Kultury nie poszerzacie!

A dał Wam przykład [@sireplama](/uzytkownik/sireplama)

jak zwyciężać macie!

KONIEC REKLAMY

*

Dla porządku, komplet nadesłanych opowiadań

Karol Wigierski - @George_Stark

Ryba i Plusk - @George_Stark

wspaniałe zwycięskie opowiadanie kolegi @sireplama .


A pisaliśmy o szkole. Albo o wakacjach.

*

Dziękuję za uwagę, do następnego razu!

Fanatyk2piorunów

@sireplama gratulacje! Mówiłem, że się uda!

To proszę, żeby kolega sobie teraz wybrał nagrodę książkową w budżecie do 100pln i przesłał swój wybór w prywatnej wiadomości do mnie. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (4)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Wakacje!

Na sam powidok tego słowa Monice gul wyskakiwał na szyi i była o krok od zasztyletowania najbliższej osoby!

Tyle pracy, potu i krwi (nie zawsze jej). Plan, którego pozazdrościłby każdy zwyrol z filmu z Bondem. Wyrzeczenia! Kombinowanie! Przemoc i kuszenie! CHOLERNE WSTAWANIE O SZÓSTEJ RANO DO TEGO CHOLERNEGO KOŁCHOZU!!! Wszystko na nic...

Monika zapłakałaby gdyby nie była tak wściekła. Cały misterny i przekombinowany plan, by zdyskredytować ofiary i świadków jej przestępczej aktywności w Zielonce, rozbił się o skały debilizmu i niekompetencji podwładnych.

Cholerna Lisica, która z gorliwością internetowego, politycznego trolla, nie raz udowodniła, że jest kompletną i bezgraniczną KRETYNKĄ, przez chęć wybrania się nad morze i zjedzenia flądry (sic! cholernej flądry!!!), uwaliła lata planów i przygotowań oraz utopiła tysiące jej złotych!

A przecież nie musiała nic! Miała tylko sfałszować dokumenty i udawać egzaminatora WORD! Następnie przekazać łapówkę technikowi, odhaczyć mu egzamin na kierowanie skarbem policji RP - niebieskim polonezem, a następnie spokojnie oddalić się na cs'a! Opłacony technik miał sfałszować wyniki na wizji lokalnej, a po zaliczeniu kursu  miał zostać kierowcą Poloneza i przewozić dokumenty policji na rozprawy. Monika od kilku miesięcy manewrowała grafikami, urlopami oraz odrabiała godziny za innych, żeby tak zorganizować transport akt związanych z mafią Zielonkową, by podmienić, ukryć, dodać i skonfabulować co trzeba, podrzucić fałszywki od technika, uwalić śledztwa i udać się na zasłużoną emeryturę!

A ta cholerna kretynka olała jej polecenia i pojechała na flądrę...

Monika odcięłaby jej oba uszy, gdyby nie jakieś uczucie współczucia, dla osoby, która dobrowolnie postanowiła w sezonie udać się nad polskie morze by kupić rybę. Była bezwzględną suczą, ale miała jakieś pokłady cierpliwości dla głęboko upośledzonych.

Niestety technik bez "zachęty" finansowej olał cały egzamin i celowo uwalił zdobycie uprawnień, wychodząc z założenia, że dostanie dokładnie tę samą kasę siedząc za kółkiem lub w zbiorkomie Warszawy. Obrażony za brak gratyfikacji, zniszczył fałszywe dokumenty, a prawdziwe akta z prawdziwymi badaniami z miejsca zbrodni pojechały nieznanym transportem do CBŚ. Jej przepiękna przykrywka w stołecznej policji posypała się nagle z dnia na dzień, a ona została gwiazdą listów gończych aktualnego sezonu letniego.

Zamiast bogactw i wylegiwania się na plaży, Monika ukrywała się w Zakopane, w przebraniu białego misia, poniżając się fotkami z gówniarzami, którym najchętniej wepchnęła by kilka oscypków w d⁎⁎ę! Boże jak te sery waliły w 40 stopniach Celcjusza! Prawie jak jej kostium! Prawie jak ona...

Boże jak ona nienawidziła wakacji... i gór... i ludzi, niedźwiedzi i skąpstwa górali, a jedyne co trzymało jej umysł z dala od szaleństwa to myśl, że być może Lisica udławi się cholerną ością z cholernej flądry!

Z pozdrowieniami da @YourUncle




Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

5piorunów

Ryba i Plusk

Mówili na nią Ryba, tak jak na komisarza Rybę, choć nazywała się zupełnie inaczej i żadnym komisarzem nie była. W ogóle nie miała nic wspólnego z policją – Ryba była nauczycielką.

Uczniowie lubili Rybę. Najbardziej lubili w niej to, że zawsze była pogodna. Ryba, niezależnie od aury za oknem, niezależnie od temperatury i ciśnienia, niezależnie od opadów lub ich braku zawsze była uśmiechnięta.

– Niestety, Jureczku, wykorzystałeś w tym semestrze już wszystkie trzy nieprzygotowania, wobec czego zmuszona jestem postawić ci jedynkę. – Tak na przykład w drugim tygodniu września powiedziała Ryba do Jurka Ostrowskiego, a słowa te wypowiedziała z tym swoim nieodłącznym uśmiechem, który z jej twarzy nie zniknął również i wtedy, kiedy tę, bądź co bądź zasłużoną ocenę wpisywała Jurkowi do dziennika.

– To już trzecia! – wykrzyknął Jurek.

– Tak trzecia – zgodziła się Ryba. – Trzy jedynki, a trzy to dokładnie tyle, ile lat już spędzasz w ósmej klasie – dodała, po czym wybuchnęła śmiechem. Jurek Ostrowski również się wtedy roześmiał i było w tym ich wspólnym śmiechu coś niezwykłego, coś co łączyło ich oboje, jakieś wzajemne zrozumienie i obopólna sympatia. Ryba i Jurek Ostrowski często się razem śmiali.

Tak, uczniowie lubili Rybę, a Ryba lubiła uczniów. Wśród wszystkich jednak uczniów, z którymi miała do czynienia przez długie lata swojej zawodowej kariery, Ryba szczególnie polubiła Jurka Ostrowskiego, zresztą polubiła go ze szczególną wzajemnością. To właśnie za sprawą Ryby Jurek Ostrowski, pomimo całkiem niezłych ocen z pozostałych przedmiotów, pomimo piątek z języka polskiego w klasach cztery-siedem, od dwóch lat kończył rok szkolny z jedynką na świadectwie. Niedostateczny z języka polskiego skutecznie uniemożliwiał Jurkowi ukończenie podstawówki, co nieuchronnie wiązałoby się ze zmianą szkoły, a więc również z zaprzestaniem uczestniczenia przez Jurka w lekcjach prowadzonych przez Rybę, a na to Jurek zdecydoanie nie chciał pozwolić.

Już piąty rok z rzędu, odkąd tylko Jurek Ostrowski uzyskał promocję do klasy czwartej, lekcje języka polskiego wyglądały w taki sam sposób. Zaraz po dzwonku, kiedy rozwrzeszczana hałastra dzieciaków, niesiona jeszcze ostatnimi tchnieniami przerwy, głośno zajmowała swoje miejsca w klasie, Jurek Ostrowski już stał przy biurku Ryby.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – mówił, a Ryba przez trzy pierwsze lekcje semestru wpisywała ołówkiem przy jego nazwisku „np”, a później, już długopisem, dostawiała kolejne jedynki w coraz bardziej wydłużającym się rządku.

Później Jurek Ostrowski zajmował swoje miejsce w pierwszej ławce, tuż przed biurkiem Ryby (które, z racji niedofinansowania szkoły, również było ławką, taką samą jak te uczniowskie, tylko nazywało się inaczej) i wówczas rozpoczynało się misterium. Lekcje języka polskiego nie były zwykłymi lekcjami, były czymś dużo większym. W czasie lekcji języka polskiego Jurek Ostrowski dyskutował z Rybą na wszystkie możliwe tematy. Rozprawiali o etyce, ontologii, teorii poznania i podejmowali wiele innych tematów, a ciężar tych rozmów i czynionych w nich spostrzeżeń był tak duży, że, gdyby tylko ktoś te rozmowy spisał, można by je pomylić z dialogami Platona. Tak, można było te rozmowy Jurka Ostrowskiego z Rybą pomylić z rozmowami Platona z Sokratesem, o ile tylko założyć, że ci dwaj wielcy filozofowie czytywali kiedyś Muminki.

Nie ma jednak ludzi bez wad (oprócz, rzecz jasna, Jurka Ostrowskiego) więc nawet i Ryba miała swoją przywarę. Kiedy nadchodził drugi tydzień maja, kiedy organizowany był w Zielonej Górze coroczny zjazd miłośników Ani z Zielonego Wzgórza, Ryba brała tydzień urlopu i przez całe długie pięć dni nie pojawiała się w szkole. Jurek Ostrowski cierpiał wtedy, cierpiał męki straszliwe. Męki Jurka były już wystarczająco straszliwe z powodu tęsknoty za Rybą, a ich straszliwość potęgowana była dodatkowo przez panią Orzeszkową, która Rybę zastępowała.

– Dobrze, już dobrze. Zamknij gębę i siedź tam cicho – uciszała Jurka pani Orzeszkowa głosem tak beznamiętnym jak opisy przyrody, kiedy Jurek chciał rozwinąć któryś z wątków omawianego właśnie tematu, a później pani Orzeszkowa takim samym głosem kontynuowała swój wykład aż do dzwonka, którego dźwięku, obwieszczającego uczniom koniec męczarni, często zdawała się nie zauważać. Pani Orzeszkowa gadała, Jurek cierpiał i tak właśnie wyglądał każdy drugi tydzień maja w przeciągu ostatnich pięciu lat. W tym roku zdarzyło się jednak inaczej.

Było już trzy minuty po dzwonku. Do sali, nawykowo pochylając się w drzwiach, wszedł ubrany w czerń wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Zwyczajny rozgardiasz, który panował w klasie dotąd, dopóki nauczyciel nie uderzył dziennikiem w swoją szumnie nazywaną biurkiem ławkę, ucichł natychmiast. Uczniowie zadarli głowy i wpatrywali się w tę postać, której pojawienie się zaskoczyło wszystkich. Mężczyzna, charakterystyczny z powodu swojego wzrostu, był znany w mieście jako cieć na obiektach wojskowych, ale od kiedy na świecie zapanował powszechny pokój i żadne wojsko nie było już więcej potrzebne, stał się bezrobotnym. Mężczyzna miał jednak swoje zobowiązania – musiał wykarmić pająki, psa i żonę, wobec czego zmuszony został do znalezienia innego zajęcia, które, w przeciwieństwie do pływania na supie, przyniosłoby mu jakieś wymierne korzyści finansowe. Wakowało w tamtym czasie wiele stanowisk nauczycielskich, z jakiegoś powodu mało kto chciał zostawać nauczycielem, mężczyzna znalazł więc swoją zawodową niszę w oświacie.

– „Czytać po polsku umiem, pisać też umiem, no to i polskiego mogę nauczać” – pomyślał, a później zrobił tak jak pomyślał. W taki właśnie sposób Marek Plusk został nauczycielem.

Marek Plusk w pełnej napięcia ciszy przemierzył salę. Przeszedł przed tablicą, ale zanim jeszcze zdążył zająć miejsce na, nazwijmy to jeszcze szumniej, ponieważ zmierzamy już do finału opowiadania, stawka powinna więc urosnąć: katedrze, przy ławce nazywanej biurkiem stał już Jurek Ostrowski.

– Chciałem zgłosić nieprzygotowanie – powiedział.

– C⁎⁎j w twoje nieprzygotowanie – odparł nauczyciel. – I tak wszyscy umrzemy.

*

*

POSŁOWIE

Wczoraj wieczorem, tak zupełnie bez przyczyny, przypomniały mi się słowa kolegi @fonfi z komentarza pod jakimś starym opowiadaniem, gdzie napisał, że (cytuję z pamięci) „ponieważ to opowiadanie w kawiarence, tylko czekałem aż gdzieś pojawi się wysoki mężczyzna z psem”. No i się pojawił. Pojawił mi się w głowie, razem z pomysłem na ten pierwszy akapit, a później to już jakoś poszło, strumień świadomości popłynął. Spisałem te rozchwiane myśli z wczorajszego wieczora w jakąś tam, mam nadzieję w miarę spinającą się całość i będziemy mieć co najmniej dwa opowiadania w przedłużonej edycji naszego konkursu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że dawno się tak dobrze przy pisaniu opowiadania nie bawiłem. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

11piorunów

Sam sobie organizatorem, jurorem i laureator... Cholera, laureatem jednak. :confused:

*

Dobiegła, drodzy Państwo, końca XXVIII edycja zabawy w kawiarni .

Zorganizował ją @George_Stark, udział w niej wziął @George_Stark, wygrał ją @George_Stark.

Dziękuję. :smiley:

*

A tak poważnie, to przedłużymy sobie tę edycję do końca lipca - może (o, naiwności!) ktoś już zaczął pisać i nie zdążył? A może coś się komuś w czasie wakacji przydarzy ciekawego i będzie chciał to opisać? Albo komuś nie przydarzy się nic i w ramach walki z nudą będzie miał ochotę popuścić wodze fantazji?

Przypominam tylko, że tematem są wakacje albo szkoła.

Powodzenia!

I teraz już naprawdę dziękuję. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

10piorunów

Karol Wigierski

– A do odpowiedzi poproszę dzisiaj Karolka Wigierskiego – powiedziała pani Irska, zaraz po tym, kiedy tylko skończyła sprawdzać listę obecności.

Tomasza zamurowało. Z ociąganiem podniósł się z ławki. Obrzucił spojrzeniem klasę tak, jakby próbował szukać ratunku, ratunku jednak nie mógł spodziewać się znikąd. Wszystkie pozostałe dziewiętnaście osób, które zasiadły w klasowych ławkach, wzrok miało wbity w znajdujące się przed nimi blaty. Tomasz powoli, noga za nogą, powlókł się w kierunku tablicy. Kiedy dotarł na miejsce, on również opuścił głowę. Wbił wzrok w podłogę, być może dlatego, że w tym momencie nie miał przed sobą żadnego blatu.

– Powiedz nam, proszę, Karolku, co wiesz o krajobrazie Tatr? – zapytała pani Irska.

Tomasz nie musiał wcale podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że wszyscy inni, którzy w tej chwili znajdowali się razem z nim w sali podnieśli głowy i wpatrują się w niego. On sam przecież robił dokładnie to samo, kiedy pani Irska wywoływała do odpowiedzi kogoś innego. Czuł się wtedy bezpiecznie. Tylko że tym razem to właśnie on znajdował się w stanie zagrożenia, a bezpieczni, przynajmniej tymczasowo, byli wszyscy inni.

– A więc Tatry… – zaczął Tomasz wpatrując się w swoją obutą w but na jasnej podeszwie stopę, która z jakiegoś powodu mocno wsparła się piątą o podłogę, zaś palcami, jakby sama z siebie, zaczęła na tej podłodze wykonywać półkoliste ruchy. – A więc Tatry leżą w Zakopanem. Główną ulicą Zakopanego są Krupówki i przy tej ulicy znajduje się pensjonat Podhale, w którym pokoje są bardzo drogie – kontynuował Tomasz, przypominając sobie zeszłoroczną próbę ustalenia z Eweliną tego, gdzie mają pojechać na wakacje. Ewelina od zawsze chciała odwiedzić góry, a on był nawet skłonny do tego, żeby to jej marzenie spełnić. Tylko te ceny. Kiedy na jednym z portali internetowych przeglądali ofertę noclegową Zakopanego, Tomasz był przerażony. Nie to, że nie było ich na to stać, ostatecznie mieli odłożone trochę pieniędzy, zresztą na wakacjach nie byli już od ilu to lat? Od trzech, chyba? Tylko że były pilniejsze wydatki. Zawsze były. Nie pojechali więc wtedy do Zakopanego, a Tomasz do dzisiaj pamiętał, jak bardzo się wtedy z Eweliną pokłócił.

– Nie pytam cię, Karolku, o Zakopane, ale o Tatry. Widzę, że się denerwujesz, więc spróbuję ci jakoś pomóc. Opowiedz nam, proszę, czym się różni regiel górny od regla górnego. Mówiliśmy o tym na poprzedniej lekcji.

Faktycznie, Tomasz kojarzył te nazwy. Faktycznie, pani Irska coś w zeszłym tygodniu o tych reglach opowiadała, jednak poza samymi nazwami, poza tym, że coś takiego istnieje, Tomasz nic więcej nie potrafił powiedzieć. Miał nawet zamiar wczoraj wieczorem o tym poczytać, ale przecież tyle miał na głowie, był tak zmęczony, że kiedy wieczorem usiadł przy biurku z podręcznikiem, to zwyczajnie nad tym podręcznikiem zasnął.

– Nie mam pojęcia czym różni się regiel dolny od regla górnego – pięknie, pełnym zdaniem Tomasz odpowiedział pani Irskiej, choć to piękne, pełne zdanie w niczym nie mogło już mu pomóc. Nie mogło ono już w żaden sposób zmienić tego, co usłyszał zaraz po nim:

– No dobrze, Karolku. Znowu jesteś nieprzygotowany, a przecież mówiłam ci, ostatnim razem, że dam ci szansę na poprawę. Ocena niedostateczna. To już kolejny twój niedostateczny w ostatnim czasie i twoja sytuacja zaczyna naprawdę wyglądać poważnie. A teraz wracaj do ławki.

Tomasz, znów posuwając się noga za nogą, przemierzył tę samą trasę co kilka minut wcześniej, ale w odwrotnym kierunku. Kiedy opadł na krzesło, usłyszał jak pani Irska prosi do odpowiedzi Kasię Kunicką. Tomaszowi udało się zarejestrować jeszcze to, jak Marta wstaje, jak podchodzi do tablicy, jednak samej odpowiedzi Marty Tomasz już nie usłyszał. Tomasz pogrążył się w myślach. Martwił się czekającą go w domu rozmową.

*

– Ta facetka się uwzięła na mojego Karolka! – wypuszczając dym stwierdził Tomasz w czasie przerwy, którą razem z Martą Kunicką, mamą Kasi spędzał w męskiej toalecie, gdzie przy uchylonym oknie palili na spółkę jednego papierosa.

– Ja z moją Kasią nie mam takich problemów. Moja Kasia to złote dziecko! Moja Kasia zawsze jest grzeczna i posłuszna. Moja Kasia dobrze się uczy i zawsze jest przygotowana. Ot, choćby dzisiaj, z tej geografii…

– „Łatwo powiedzieć” – pomyślał Tomasz, przestając słuchać Marty, która nie tylko nie przerywała swojego monologu, ale coraz bardziej rozpływała się nad wspaniałością własnej córki. – „Łatwo powiedzieć, kiedy ma się niemal całe dnie dla siebie, kiedy dzieckiem zajmuje się babcia. Kiedy pracuje się w firmie u teścia na stanowisku synowa i, chyba nawet z nudów, bo przecież w takiej pracy na pewno nie ma co robić, bo co też może w pracy robić synowa, chyba tylko jeździć w te delegacje, Malediwy czy inna Dominikana, z których zdjęciami tak lubi się chwalić po wywiadówkach, więc chyba nawet z nudów zaczyna się te podręczniki przeglądać. Kiedy nie ma się innych zajęć niż ten nieszczęsny obowiązek szkolny, a i to nie zawsze, bo przecież dziś Marta przyszła do szkoły wyjątkowo. Zwykle miejsce Kasi Kunickiej w szkolnej ławce zajmuje przecież jej babcia.”

– … i dlatego nie rozumiem tych wszystkich narzekań rodziców na swoje dzieci. Że im tak ciężko, że to tyle roboty, że są zmęczeni i na nic nie mają czasu… – kontynuowała Marta.

– Mieliśmy po trzy palić – w wypowiedź Marty wtrącił się Tomasz.

Marta niechętnie podała mu wypalonego do połowy papierosa. Tomasz włożył lekko czerwony od szminki filtr do ust i właśnie miał się zaciągnąć, kiedy drzwi prowadzące na korytarz nagle się otworzyły.

– Tutaj jesteście! – wykrzyknęła stojąca w nich pani Irska, a w jej głosie brzmiał pewien rodzaj triumfu. – Już od dawna dało się od was wyczuć dym, tylko jakoś wcześniej nie udawało mi się was przydybać! No to teraz będziemy mieli do pogadania!

*

Po szkole, tak jak co dzień, Tomasz udał się do pracy. Zadanie, którym ostatnio się zajmował okazało się być wyjątkowo trudne, Tomasz miał do przygotowania już i tak opóźniony kwartalny raport sprzedażowy. Siedział nad tym raportem już drugi tydzień, a wciąż nie umiał zestawić niezadowalających danych przedstawiających wyniki daleko niższe od założonych planów w taki sposób, żeby spełnić oczekiwania zarządu. Pracy wcale nie ułatwiało mu też to, że nie potrafił swoich spraw prywatnych zostawić poza biurem. Głowę wciąż zaprzątała sprawa kiepskich wyników jego syna.

– „I jeszcze ta cała sprawa z papierosami! Że też to musiało się zdarzyć akurat teraz! Jakbym mało miał jeszcze kłopotów na głowie!” – myślał Tomasz, wciąż zastanawiając się nad tym, w jaki sposób ma wieczorem przeprowadzić rozmowę z Karolkiem. – „A może by tak jakieś korepetycje? – przyszło mu nagle do głowy. – „Nie, to raczej nie jest dobry pomysł. Takie korepetycje przecież sporo kosztują, skąd wziąć na to pieniądze? A zresztą, pieniądze to nawet by się może i znalazły, ale przede wszystkim, to skąd wziąć na to czas?” – Tomasz nie potrafił sobie wyobrazić tego, jak do swojego, już i tak bardzo napiętego harmonogramu byłby w stanie wcisnąć jeszcze regularne spotkania z korepetytorem. – „Z drugiej jednak strony, jeśli Karolek nie zda, to trzeba będzie użerać się tym wszystkim o rok dłużej. No i, przede wszystkim, co sobie inni o nas pomyślą? Mój syn przecież nie może być gorszy, nie może być gorszy nawet od takiej Kasi Kunickiej! Tylko co zrobić? Co zrobić?”.

Tomasz nie potrafił wymyślić co ma zrobić, postanowił więc odłożyć problem na wieczór, rozważyć go w czasie powrotu z pracy. Wrócił tymczasem do raportu, udało mu się skupić na nim całą swoją uwagę, lecz nawet pomimo tego komórki arkusza kalkulacyjnego wciąż nie chciały zapalać się na zielono.

Kiedy nadeszła godzina zakończenia pracy, raport Tomasza wciąż jeszcze nie był gotowy. Mimo tego Tomasz wyłączył komputer, sięgnął po stojąca przy biurku teczkę i udał się do wyjścia. Przy odbijaniu karty spotkał Prezesa.

– Jak tam, panie Tomku? – zapytał Prezes. – Wciąż czekam na ten pański raport.

– Tak, wiem, panie Prezesie. Tyle, że dane ciągle jeszcze spływają. Myślę, że jutro, najdalej pojutrze, wszystko powinno być gotowe. Chociaż, powiem panu, że już teraz wygląda to wszystko bardzo, bardzo obiecująco.

– Cieszę się wobec tego, panie Tomku. I czekam niecierpliwie. A jak tam u w domu? Wszystko w porządku?

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedział Tomasz, po czym schował kartę do wewnętrznej kieszeni marynarki i pospiesznie wyszedł z budynku.

*

– Ty myślisz, że po co ja sobie żyły wypruwam?! Ty myślisz, że po co ja to wszystko robię?! Dla siebie?! Dla ciebie to wszystko robię! A tu kolejna jedynka z geografii!

– Ale ja się naprawdę nauczyłem, tato! Mogę iść jutro do szkoły, mogę sam się zgłosić do odpowiedzi! A jak chcesz, to możesz mnie teraz przepytać!

– Ty mi tu nie pyskuj! Ciebie to z czymkolwiek samego zostawić, to człowiek później i tak musi to po tobie poprawiać! To chyba lepiej od razu zrobić dobrze i mieć święty spokój, prawda?

Karolek milczał.

– I jeszcze ta cała sprawa z papierosami! – kontynuował Tomasz wobec milczenia syna. – Co ci w ogóle strzeliło do głowy? Oj, będę się za ciebie wstydził na wywiadówce! Oj, znowu będzie wstyd przed wszystkimi! Tyle w tym dobrego, że i tą całą Kunicką razem z tobą przyłapali, to może jej matce utrze to w końcu trochę nosa i skończy się wreszcie, że „moja Kasia to i moja Kasia tamto”. Już ja będę wiedział, co jej wtedy odpowiedzieć! – Tomasz na chwilę zawiesił głos, po czym kontynuował: – A pomyślałeś może, jak ja bym chciał chociaż raz raz stanąć przed wszystkimi i posłuchać, że to właśnie mój syn, mój Karolek Wigierski napisał najlepsze wypracowanie w całej klasie? Że najlepiej zdał test z matematyki? Wiesz, jak ja bym tego chciał? Ale nie! Ja muszę wysłuchiwać o tym, że mój syn, mój Karolek Wigierski znowu jest zagrożony z geografii albo że został przyłapany na paleniu papierosów w toalecie! Wiesz co? Zejdź mi już lepiej z oczu! Idź mi stąd! Daj mi już święty spokój! Przestań mi już przeszkadzać, bo ja się muszę przecież jeszcze na jutro nauczyć w końcu o tych pieprzonych reglach!

*

– A do odpowiedzi poproszę dzisiaj Kubę Wigierskiego – powiedziała pani Brańczuk, zaraz po tym, kiedy tylko skończyła sprawdzać listę obecności.

Karola zamurowało. Z ociąganiem podniósł się z ławki. Obrzucił spojrzeniem klasę tak, jakby próbował szukać ratunku, ratunku jednak nie mógł spodziewać się znikąd. Wszystkie pozostałe dziewiętnaście osób, które zasiadły w klasowych ławkach, wzrok miało wbity w znajdujące się przed nimi blaty. Tomasz powoli, noga za nogą, powłóczył się w kierunku tablicy. Kiedy dotarł na miejsce, on również opuścił głowę. Wbił wzrok w podłogę, być może dlatego, że w tym momencie nie miał przed sobą żadnego blatu.

– Powiedz nam, proszę, Kubo, co wiesz o krajobrazie Tatr? Czym różni się regiel dolny od regla górnego – zapytała pani Brańczuk.

– A więc Tatry… – zaczął Karol wpatrując się w swoją obutą w but na jasnej podeszwie stopę, która z jakiegoś powodu mocno wsparła się piątą o podłogę, zaś palcami, jakby sama z siebie, zaczęła na tej podłodze wykonywać półkoliste ruchy. – A więc Tatry…

– No, śmiało – próbowała zachęcać nauczycielka.

– A więc Tatry… Nie mam bladego pojęcia o Tatrach i nie wiem czym różni się regiel dolny od regla górnego! – odpowiedział Karol.

*

1772 słowa, jeśli wciąż ma to jakieś znaczenie

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

6piorunów

No dobrze, a raczej no trudno – trzeba otworzyć XXVIII edycję konkursu w kawiarni . Liczba 28 nie kojarzy mi się absolutnie z niczym, może poza tym tylko, że tyle dni ma luty. Dzisiaj jednak nie mamy lutego, ale mamy czerwiec. Czerwiec natomiast kojarzy mi się z rozpoczęciem wakacji, wobec czego tematem tej edycji niech będą wakacje (pamiętacie te okropne wrześniowe wypracowania?). Albo może niech tym tematem będzie szkoła?

I ten temat, a w zasadzie to te dwa tematy – do wyboru albo do połączenia, jak kto woli, niech to będzie wszystko co Wam w tej edycji na początek podsunę. Proszę bawić się dobrze i, w miarę możliwości, licznie. :smiley:

Dziękuję za wypowiedź. :smiley:

Osobistość

w Dyskusje

10piorunów

PODSUMOWANIE XXVII EDYCJI o temacie "narodziny superbohatera"

Jak początkowo mówiłam, wygrywa to opowiadanie, które uzyska więcej głosów. W konkursie wzięły udział dwie osoby i oba opowiadania są super ☺️ także już do was zostaje decyzja, kto wygra. Głosowanie zakończy się jutro 02.06 o 20:00

podobało mi się bardziej opowiadanie :

  • "nie każdy bohater nosi pelerynę" - George_Stark56% (5 głosów)
  • "Narodziny superbohatera"-Fonfi44% (4 głosy)

9 głosów

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

13piorunów

Dzień dobry się z Państwem,

Dzisiaj ostatni dzień zabawy więc trzeba wrzucić coś od siebie. Dla bieżącej edycji były dwie wytyczne - temat "Narodziny superbohatera" i limit znaków w liczbie 8000 ze spacjami. Jedną z nich postanowiłem naszym kawiarenkowym zwyczajem bezczelnie olać (chociaż bardzo się starałem nie). W każdym razie zapraszam do lektury.

*

Narodziny superbohatera

Mówi się, że nie każdy bohater nosi pelerynę i że prawdziwi bohaterowie nie szukają chwały. Mówi się też, że każdy ma swoją historię.

To jest właśnie jedna z nich.

*

Hanka spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już grubo po siedemnastej. Po raz ostatni przejrzała tabelki w Excelu, zapisała plik i załączyła go do maila z codziennym raportem. Kliknęła „Wyślij”, zamknęła klapę laptopa i tym prostym gestem, dzięki urokom “home office”, w jednej chwili wróciła z biura do domu. Nie ruszając się z miejsca.

Z kubkiem letniej już herbaty rozsiadła się wygodniej w fotelu. Za oknem, pogrążoną w zimowym mroku Warszawę rozświetlały latarnie, kolorowe neony i światła samochodów. Przez uchylone okno docierał hałas przejeżdzających tramwajów i klaksonów, przez który, raz na jakiś czas, przebijało się zawodzenie syreny karetki, straży pożarnej albo innego pojazdu uprzywilejowanego.

Zamknęła oczy i pozwoliła myślom swobodnie dryfować wraz z kojącymi odgłosami miasta.

Ból przyszedł nagle. Bez ostrzeżenia.

Jej ciałem szarpnął gwałtowny skurcz. Kubek wysunął się z dłoni i roztrzaskał na podłodze obok fotela. Przez kilkadziesiąt sekund nie była w stanie ani zaczerpnąć oddechu, ani się poruszyć. Kiedy spazm wreszcie ustąpił, równie nagle jak się pojawił, zachłysnęła się powietrzem. Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, jakby ten gest mógł uspokoić kołaczące się wewnątrz serce.

To, że dokładnie wiedziała, co ją czeka, pomagało tylko odrobinę. Odkąd się dowiedziała, miała dość czasu, by się przygotować. Poukładać sprawy. Pogodzić się z nieuniknionym. Teraz poczuła znajome uderzenie adrenaliny, które stopniowo przejmowało kontrolę nad ciałem.

Z wysiłkiem podniosła się z fotela. Wysłała krótką wiadomość do biura, dorzuciła kilka ostatnich rzeczy do spakowanego od dawna plecaka i była gotowa.

Odhaczając w myślach kolejne punkty listy, obrzuciła mieszkanie krytycznym spojrzeniem, po czym zamówiła taksówkę. Zjechała windą na dół i wyszła przed budynek. Nawet przez grubą, puchową kurtkę czuła ukłucia mrozu.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę. Jeszcze nie teraz. – powtarzała te słowa w myślach, spodziewając się w każdej chwili kolejnej fali bólu.

Mimo przenikliwego zimna po plecach spływały jej krople potu. Na szczęście nie musiała długo czekać. Gdy biała Corolla zatrzymała się przy krawężniku, wrzuciła plecak na tylne siedzenie, wsiadła i podała kierowcy adres.

Samochód płynnie włączył się do ruchu i ruszył przez rozświetlone ulice miasta, które jak zwykle nie zamierzało zasypiać.

– Jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę. Wkrótce będę w dobrych rękach. Tam się mną zaopiekują.

Ta myśl przyniosła jej ulgę.

*

Obudziły ją odgłosy krzątania się po sali. Otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w biały sufit, próbując przypomnieć sobie, gdzie jest. Dopiero po kilku sekundach wspomnienia ostatniego wieczoru wróciły.

– Dzień dobry pani. Muszę pobrać krew do badania. – Spokojny głos młodej pielęgniarki ostatecznie rozwiał resztki senności.

Poród był krótki, ale bolesny. Skurcze wróciły już w drodze do szpitala, a akcja porodowa postępowała tak szybko, że na znieczulenie nie było już szans. Ledwie wysiadła z taksówki, personel zabrał ją prosto na salę porodową.

Kilka godzin później było już po wszystkim. Pod czujnym okiem położnej i lekarza przyszedł na świat Leon. Maleńki, różowy, z jasną czupryną i zaskakująco przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu, którymi patrzył na świat tak, jakby już coś o nim wiedział.

Pierwsze dni w szpitalu minęły spokojnie. Pod opieką personelu Hanka szybko opanowywała tajniki opieki nad noworodkiem. Zresztą niewiele wskazywało na to, żeby pomoc była jej naprawdę potrzebna. Instynkt macierzyński od pierwszej chwili przejął stery.

Dlatego też, już trzy dni później, niczym wielbłąd - z garbem plecaka i ciężkim nosidełkiem w ręku, przekroczyła próg swojego mieszkania. Postawiła nosidełko na stole i przez chwilę przyglądała się dziecku i jego spokojnej, czujnej twarzy.

– No. To jesteśmy. Ty i ja.

*

Gdyby ktoś zapytał Hankę, czym jest samotne macierzyństwo, bez wahania odpowiedziałaby, że przypomina jazdę rollercoasterem. Bywały dni, kiedy życie pędziło na złamanie karku i nie dawało jej nawet chwili wytchnienia. Łączenie pracy zawodowej z wychowywaniem dziecka oraz wszystkimi codziennymi obowiązkami — gotowaniem, sprzątaniem czy zakupami — wymagało od niej niemal cyrkowej sprawności.

Potem jednak przychodziły spokojniejsze okresy, podczas których mogła złapać oddech i nacieszyć się zwyczajnym szczęściem. Raz unosiła się kilka metrów nad ziemią, przepełniona dumą i radością, innym razem była gotowa usiąść na środku kuchni i rozpłakać się z bezsilności.

A jednak za żadne skarby świata nie zamieniłaby tego życia na inne.

Szybko okazało się, że Leon nie jest taki jak większość dzieci. Płakał niewiele i zawsze z konkretnego powodu, który Hanka nauczyła się rozpoznawać niemal bezbłędnie. Rozwijał się w tempie, za którym czasami trudno było nadążyć. Nim się obejrzała, raczkował po całym mieszkaniu. Kilka miesięcy później biegał już samodzielnie, przewracając przy tym wszystko, co znalazło się na jego drodze. Pilnowanie go wymagało od Hanki nieustannej czujności i refleksu. Mówić zaczął równie wcześnie, jak chodzić. Około drugich urodzin rozpoznawał już litery i cyfry, a liczba pytań, które codziennie zadawał, zdawała się nie mieć końca.

Najbardziej wyróżniała go jednak ciekawość świata. Kiedy coś przyciągnęło jego uwagę, potrafił poświęcić temu całe godziny. Rozkręcał zabawki na części pierwsze, żeby sprawdzić, jak działają, a potem składał je z powrotem. Zadawał pytania, na które Hanka często nie znała odpowiedzi, i nie odpuszczał, dopóki nie znalazł satysfakcjonującego wyjaśnienia.

Gdy poszedł do szkoły, szybko okazało się, że program nauczania nie nadąża za jego zainteresowaniami. Na lekcjach często się nudził, więc większość wolnego czasu poświęcał swojej największej pasji – rysowaniu.

Jego prace zadziwiały dojrzałością. Były pełne szczegółów i dopracowane w najdrobniejszych detalach. Z czasem Hanka zauważyła, że wszystkie łączy coś jeszcze. Własny, niepowtarzalny styl przypominający kadry z komiksu.

Na rysunkach regularnie pojawiały się te same postacie. Zawsze z charakterystycznymi, żółtymi oczami (). Byłoby to jedynie osobliwe artystyczne upodobanie, gdyby nie jeszcze jeden szczegół. Sceny przedstawiane przez małego Leona niepokojąco często znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Kiedy pewnego dnia zapytała go o te postacie, wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się tak, jakby odpowiedź była oczywista.

– To projekcje.

*

Kiedy Leon wychodził do szkoły, Hanka była już pogrążona w lekturze porannych maili.

– Pa, mamo. Wychodzę.

– Tak, tak… Okej. A śniadanie zabrałeś?

Odpowiedziało jej jedynie trzaśnięcie drzwi.

Sięgnęła po kubek z kawą, ale okazał się pusty. Westchnęła, wstała od biurka i poszła do kuchni. Uruchomiła ekspres, który jak zwykle rozpoczął swoją skomplikowaną procedurę płukania, rozgrzewania i wydawania serii dźwięków sugerujących rychłą awarię. Czekając na kawę, zauważyła leżący na stole szkicownik. Zmarszczyła brwi. Leon praktycznie nigdy się z nim nie rozstawał.

Otworzyła go na pierwszej stronie. Większość kartki zajmowała kobieca postać łudząco podobna do niej samej. Miała na sobie dopasowany kostium, powiewającą pelerynę i ogromną literę „H” na piersi. Pod ilustracją widniał wykonany kolorowymi, komiksowymi literami tytuł:

_„HANNAH – NARODZINY SUPERBOHATERA”_

Zaczęła kartkować szkicownik.

Kolejne plansze komiksu przedstawiały przeróżne historie i dynamiczne sceny, w których główną rolę odgrywała superbohaterka w powiewającej pelerynie w towarzystwie dziecka:

* Hannah używająca mocy „Bezsenności Tytanów”, by uśpić wyjątkowo nieskorego do współpracy noworodka...

* Hannah wykorzystująca „Płaczowidzenie”, dzięki któremu potrafiła błyskawicznie ustalić przyczynę dziecięcego kwilenia i natychmiast zażegnać kryzys...

* Hannah lecąca nad miastem w trybie „Multitasking”, z dzieckiem pod jedną pachą, zakupami pod drugą i telefonem przytrzymywanym ramieniem...

* Hannah siedząca przy komputerze, którą ostrzega zmysł „Prekognicji Katastroficznej”, po czym „Superprędkość” pozwala jej w ostatniej chwili złapać w locie spadającego z piętrowego łóżka syna...

Czując narastające wzruszenie, przewróciła kilka kartek dalej, na których postać dziecka nabrała nastoletnich kształtów. Zaczęła czytać dialogi w balonikach.

– Ty nie jesteś wszyscy. - Hannah przywołała Leona do porządku potęgą “Antykonformizmu”…

– Porozmawiam sobie z tobą w domu! – moc “Retrybucji Domowej” dosięgła Leona nawet przez telefon…

– Bo ja tak powiedziałam! – “Aura Jurysdykcji” sprawiła, że Leona zamurowało…

Poczuła czyjś wzrok na sobie i przerwała lekturę. Odwróciła się. W drzwiach kuchni stał Leon i patrzył na wzruszoną Hankę, trzymającą w drżących dłoniach zeszyt.

– Zapomniałeś szkicownika - wyszeptała wzruszona

– Właśnie po niego wróciłem.

– Naprawdę tak mnie widzisz?

Chłopak, a właściwie już niemal młody mężczyzna, podszedł do niej i ujął jej dłonie. Na ścianie oświetlonej porannym wiosennym słońcem ich sylwetki zlały się w jeden wspólny cień. Przez uchylone okno wpadł podmuch wiatru. Firanka uniosła się lekko, a cień Hanki na krótką chwilę zyskał coś na kształt łopoczącej peleryny.

– Kocham cię, mamo…

Cyferki dla ciekawskich: 1299 słów, 9227 znaków ze spacjami i 7955 bez spacji

*

Gruba ryba1piorunów
z jasną czupryną i zaskakująco przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu, którymi patrzył na świat tak, jakby już coś o nim wiedział.

To jest najlepsze zdanie jakie przeczytałem w tym tygodniu, a konkurowałeś (byc może nieświadomie) między innymi z panem Januszem Głowackim i z noblistą, panem László Krasznahorkaiem.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Inspirator

w Hydepark

40piorunów

Śmieszna i w sumie nie spotykana sytuacja miała dziś miejsce, mamcia wymyśliła że tacie na 60te urodziny kupujemy moto, no to całość z tym związana spadła na mnie. Dziś jechaliśmy oglądać Suzuki marauder, byłem ją obejrzeć z kumplem, bo sam taką posiadał około 8 lat temu. Dojeżdżamy na miejsce, chłop wyciąga motocykl z szopki, kumpel tak patrzy I mówi “ no bardzo podobny do tego co ja miałem ale moja miała chyba wiekszy przebieg” , po chwili mówi “o kurw to moja, poznaje po tym dekielki bo sam go dorabiałem , jak ma pani dowód rejestracyjny to pani zobaczy czy nie ma tam wpisanego xyz” no to się okazało że był xd po 8 latach znaleźliśmy jego były motocykl xd niestety w między czasie właściciele mocno go zaniedbali , a nie dogadaliśmy się żeby zeszli z ceny na tyle żebym wziął, chociaż dzwonił do mnie później i zszedł ale nie wiem, jutro mamy tu obok siebie do obejrzenia inny i szczerze wolałbym tego na miejscu wziąć bo po tamten godzina drogi była. Pozdrawiam

Autorytet4piorunów

Oczywiście korekta licznika musiała nastąpić 😅 Nie rozumiem ludzi którzy patrzą tylko na jak najniższy przebieg. Zresztą, wystarczy popatrzeć u sąsiadów na ich oto moto 😅

Pierwsza octavia, która mi wyskoczyła 👍

https://m.mobile.de/auto-inserat/skoda-octavia-1-6-tdi-dsg-combi-ambition-lunderskov/452163676.html?ref=srp&refId=1d628a18-7faa-d169-9516-455365840567&searchId=1d628a18-7faa-d169-9516-455365840567&type=ad

Zugriff verweigert / Access deniedMobile
Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Inspirację stojącą za poniższym opowiadaniem pozwolę sobie przemilczeć.

*

Defron

– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.

To nie jest opowieść o Gumisiach. Nie będzie tutaj Zamiego i Grafiego, nie będzie Kabiego i Sami. Nie będzie nawet Buni. Musiałem jednak jakoś nazwać swoich bohaterów, musiałem jakoś ich zanonimizować i w taki właśnie sposób Księciunio został Księciuniem – to on ma tutaj władzę, a Tołdi został Tołdim dlatego, że – no cóż – zachowuje się dokładnie tak, jak w Gumisiach zachowywał się Toudi.

To właśnie wtedy coś we mnie pękło – dłoń zaczęła mi pulsować w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia oparzyłem się przez przypadek dotykając mocno rozgrzanego pieca.

Cóż, tak to już bywa, że życie okazuje się prozaiczne. Mnie nie ugryzł żaden radioaktywny pająk (nie ugryzł mnie nawet żaden zwykły, choćby z takiego, dajmy na to, Grudziądza), nie zostałem napromieniowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku (raz tylko miałem RTG klatki piersiowej), nie przybyłem z odległej planety Krypton (choć ci, którzy nie wątpią w moją męskość mogą przebąkiwać coś o jakimś Marsie, ale nawet jeśli, to Mars nie jest przecież wcale aż tak daleko), nie zostałem nawet, jak pewien inny Stark, zainfekowany X-wirusem (mnie to nawet SARS-CoV-2 chyba ominął) – ja po prosu dotknąłem gorącego pieca.

Stali więc nade mną Księciunio i Tołdi, a mnie pulsowała dłoń. Pulsowała coraz mocniej i mocniej. Pulsowanie rozchodziło się stopniowo przez przedramię do ramienia i dalej, rozchodziło się po całym ciele, a wraz z tym pulsowaniem rozlewała się po mnie frustracja. Ta poparzona dłoń była jak stygmat. Była jak znak. I może rzeczywiście była znakiem tego, co miało stać się za chwilę. Bo ja za chwilę umarłem.

Umarł król, niech żyje Król”, jak to mawiali Francuzi, tylko że w tej historii żaden król nie umarł. Jeśli ktoś miałby być w tej historii królem, to zapewne byłby nim Księciunio, ale Księciunio nie umarł. Umarłem ja, zwykły prostak, a o tym, jak świat traktuje umieranie prostaków pisał choćby, skoro już jesteśmy przy Francuzach, pan Emil Zola w swojej króciutkiej, choć bardzo treściwej książce „Jak ludzie umierają”.

Ja więc umarłem, a kiedy już umarłem, wtedy narodził się on – narodził się Defron.

Defron był wspaniały. Był wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną absolutnie bez żadnego zwisającego znad paska spodni brzuszka. Oczy miał jak sokół – pozbawiony był jakiejkolwiek wady wzroku, która zmuszałaby go do noszenia okularów, a grzywę miał jak lew – żadnych zakoli z przodu, żadnej łysiny z tyłu. Defron był potężny. Jego wspaniale wyrzeźbione ciało kryło w sobie (choć nie kryło do końca, kryło tak, żeby trochę jednak było widać) siłę i zwinność, a jago umysł cechował się wyjątkową bystrością. Defron był Übermenschem, żeby tym razem sięgnąć nie do Francji, a bliżej, bo tylko do Niemiec. To właśnie z powodu tego jego nadczłowieczeństwa Defron nie promieniował, jak zwykły człowiek, tylko w zakresie podczerwonym, ale promieniował również w zakresie nadczerwonym, co, tłumacząc z fizycznego na ludzki, oznacza tyle, że otaczały go płomienie.

Ze względu na ograniczoną w tej edycji liczbę znaków nie będziemy wymieniać wszystkich wspaniałych cech naszego superbohatera, tym bardziej że, ze względu na konstrukcję opowiadania, należałoby każdą z tych cech dodatkowo uwypuklić poprzez jakieś na przykład porównanie, a na to, niestety, nie ma tutaj miejsca. Ograniczymy się więc tylko do tych cech (choć i tak nie wszystkich) wymienienia, a będą to: inteligencja, ogłada, uprzejmość i charyzma. Żeby jednak nie pozostawać gołosłownym postąpimy zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” i wszystkie wymienione (a także niewymienione) cnoty Defrona zobrazujemy opisując to, co wydarzyło się chwilę później.

– Ty, k⁎⁎wa, jesteś normalny!? – zrywając się z krzesła Defron wykrzyknął do Księciunia. – Czwarty raz mi zmieniasz, debilu j⁎⁎⁎ny, wytyczne projektowe! A ty, debilu i przydupasie debila w jednym – tutaj Defron zwrócił się do Tołdiego – przyjdziesz jutro i się będziesz, k⁎⁎wa, głupio pytał dlaczego ten projekt idzie tak powoli?!

Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Defron od słów przeszedł do czynów („i słowo ciałem się stało”) i wy⁎⁎⁎ał prawą ręką lutę Księciuniowi a lewą (którą miał tak samo silną i sprawną jak prawą, niczym Leonardo da Vinci) wy⁎⁎⁎ał lutę Tołdiemu.

Książę i Tołdi zostali zatrzymani przez dwie przeciwległe ściany biura, po których się zsunęli i zalegli pod nimi bez przytomności. Pozostali obecni tego dnia w biurze natomiast wstali i zaczęli klaskać.

– Dobrze zrobił! Od dawna im się należało! – rozległy się głosy.

Defron natomiast odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł podśpiewując po drodze, jak na człowieka w świecie obytego przystało, zwrotkę jednego z amerykańskich standardów:

"If you see me coming, better step aside,

a lot of men didn't, a lot of men died;

one fist of iron, the other of steel

if the right one don't get you, then the left one will"*

. . . . .

To wszystko powyżej oczywiście nigdy się nie wydarzyło i pewnie nigdy się nie wydarzy. To wszystko powyżej to bujda – literacka fantazja albo wylew frustracji, którą bezpieczniej jest wylać w taki właśnie a nie inny sposób, bo inny sposób mógłby nieść za sobą utrudniające życie konsekwencje. To wszystko powyżej zostało więc całkowicie zmyślone. No, może poza pierwszym akapitem.

– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie patrzyliśmy na siebie nawzajem, wszyscy patrzyliśmy w monitor. W końcu to ja przerwałem tę niezręczną ciszę:

– No dobra – powiedziałem. – Poprawię. Powinno być gotowe do końca tygodnia.

Księciunio uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Tołdi od razu podreptał za nim.

*

* – Merle Travis, _Sixteen tons_

*

6018 znaków ze spacjami.

EDIT: Dalej mnie straaaasznie irytuje brak możliwości formatownia tekstu. Odpowiednie formatowanie bardzo pozwoliłoby w tym opowiadaniu odpowiednio zaakcentować akcenty w akapitach, ech.

Fanatyk0piorunów

@George_Stark Ja pierniczę, kartka żywcem wyrwana z mojego pamiętnika, którego nigdy nie pisałem i pewnie nie napiszę. Tylko u mnie bohaterem byłby pewnie Safetron albo jakiś inny Safeman... :smiley: Piękne w treści i piękne w formie, nawet pomimo barku możliwości formatowania. 🙂

Gruba ryba1piorunów

@fonfi Dziękuję za miłe słowa. Zawsze to cieszy, że nie tylko ja mam źle. 😉

I bardzo mi miło z powodu pochwały formy, z niej faktycznie jestem zadowolony. Tylko to imię, no to nie mój pomysł. Muza mi na spacerze podszepnęła. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Dyskusje

27piorunów

Chciałam bardzo podziękować @fonfi za cudowny prezent w związku z wygraną w konkursie . Bardzo bardzo zachęcam do brania udziału :relaxed::relaxed:

Odpowiadając na pytanie z wiersza: Jak jeszcze ciepły to chyba nie nekrofilia 😉

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

9piorunów

Opowiadanie krótkie, jak się okazuje, trudniej jest napisać niż opowiadanie dłuższe, a już na pewno trudniej niż opowiadanie, które może być tak długie, jak samo tego chce. Zrobiłem sobie wyzwanie i te kilka elementów, które wymyśliłem, chciałem zawrzeć w jak najmniejszej liczbie znaków. Chyba się nawet udało, ja w każdym razie jestem zadowolony. Pewnie dałoby się to jeszcze jakoś skrócić, no ale już mi się nie chce.

*

Nie każdy bohater nosi pelerynę

W ciągu dnia było gorąco i duszno. W nocy było zresztą dokładnie tak samo, tylko na dodatek było jeszcze ciemno.

– Nie waż się nawet myśleć o żadnym ognisku! Rozmawialiśmy już o tym – powiedziała Klara.

Michał rozejrzał się dookoła. Bliżej lub dalej, w każdym kierunku pomiędzy gęsto rosnącymi pniami bez trudu można było dostrzec migające światełka małych ognisk. Małych, bo rozpalanych tylko po to żeby coś na nich ugotować albo żeby móc widzieć siebie nawzajem. Czasami tylko dlatego, że ogień dawał poczucie bezpieczeństwa.

– Ale… – zaczął Michał.

– Żadnego ale! Jeśli tak chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sam. Ja tylko nie chcę żeby ktoś się dowiedział, że tutaj jesteśmy.

*

– Zbieraj się! Zachciało ci się tyle siedzieć w krzakach, to wyjdziesz dzisiaj bez śniadania. Myśmy już zjedli – powiedziała Klara do Marty. Podobnie zwracała się do niej każdego ranka. Zawsze coś było nie tak. A to Marta, zdaniem Klary, nabrała zbyt dużo („znowu będzie ci za ciężko i będziesz opóźniać marsz!”) lub zbyt mało wody („znowu będziesz umierać z pragnienia!”), a to zachowywała się zbyt nierozważnie („nie wychodź na ścieżkę, zostawiasz ślady!”), czy zbyt głośno sapała w czasie marszu („ciszej, bo ktoś nas może usłyszeć!”). Michałowi również zdarzało się oberwać od Klary. Trochę tylko rzadziej niż Marcie.

Marta nie odezwała się ani słowem. Nie było sensu tłumaczyć Klarze, że od niegotowanego jedzenia tego, co udawało im się znaleźć w lesie i picia nieprzegotowanej wody dostawała biegunki. Marta bez słowa założyła plecak. Wyruszyli dalej.

*

Ostrożność Klary w końcu jednak zawiodła. Co prawda to nie Hubert ich znalazł, ale to oni trafili na Huberta.

Zbliżał się wieczór i Marta była już zmęczona. Chciała zatrzymać się na polanie, Klara jednak stwierdziła, że polana jest zbyt duża i nazbyt na widoku.

– Chodźmy dalej – powiedziała. – Do całkowitej ciemności mamy jeszcze godzinę. Znajdziemy lepsze miejsce. Poszli.

Żadne z mijanych miejsc nie wydawało się Klarze odpowiednie. Słońce już dawno schowało się za horyzontem i w lesie zapadła całkowita ciemność. Zewsząd dało się dostrzec ogniska rozpalane przez tych, którzy, tak jak Klara, Michał i Marta, szli do morza.

Klara starała się omijać jak najszerszym łukiem miejsca obozowania innych wędrowców. Była zła. Była tak zła, że ani Marta, ani Michał nawet nie próbowali się odzywać. Marta i Michał w milczeniu szli za Klarą.

– Macie może zapałki?

Klarę aż zamurowało. Zatrzymała się nagle w miejscu, ciało jej się napięło i odruchowo przyjęło postawę gotowości do walki.

– Miałem zapalniczkę, ale gaz mi się skończył – kontynuował nieznajomy, który później przedstawił się jako Hubert. – Mam też trochę żywności. Złapałem dwie wiewiórki, tylko nie mam jak ich ugotować. Niedużo to, ale na dziś powinno nam wystarczyć. Jutro możemy poszukać czegoś razem.

*

Do granicy lasu dotarli we czwórkę. Marta miała nadzieję, że kiedy wyjdą wreszcie spomiędzy drzew powietrze stanie się rzadsze i łatwiej będzie oddychać. Myliła się. Na otwartej przestrzeni było tak samo duszno jak w lesie.

– Zaczekaj! – powiedziała do Marty Klara, która ciągle jeszcze stała kilka metrów od miejsca, gdzie las się urywał.

Tak jak w czasie wędrówki przez las niebo przesłaniały im gęste korony drzew, tak teraz nad rozległą przestrzenią łąki wisiały ciężkie chmury. Na otwartej przestrzeni łąki widać było ogrom ludzi. Niektórzy maszerowali, samotnie lub w grupach, niektórzy siedzieli przy ogniskach spożywając posiłki, niektórzy rozbijali namioty. Część z wędrowców, wzorem dawnych karawan, prowadziła ze sobą objuczone zwierzęta, część wędrowała, tak jak Klara, Michał, Marta i Hubert, dźwigając cały swój dobytek na własnych plecach.

– O co ci chodzi? – zwrócił się do Klary Hubert, a Klara nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tamtej właśnie chwili niebo jakby się rozdarło i lunął straszny deszcz.

– Nie mam płaszcza! – znad rozgrzebanego plecaka wykrzyknęła Marta. – Musiał zostać w którymś z obozów! Używałam go jako poduszki.

– Z tobą zawsze tak samo… – zaczęła Klara.

– Cisza! – przerwał jej Hubert, po czym zdjął z ramion plecak, a następnie ściągnął pelerynę, którą wcześniej na siebie założył i podał ją Marcie.

– Weź. Ubierz się szybko i chodźmy. Chodźmy tam, gdzie stoi ten biały namiot. Może pozwolą nam się schronić? A może mają coś przeciwdeszczowego na zbyciu?

– A jeśli nie? – zapytał Michał.

– W najgorszym razie nas przegonią. Pójdziemy wtedy do następnych, a jeśli i tam nas przegonią, to będziemy próbować dalej. Aż do skutku. W końcu nam się uda.

Hubert podszedł do Marty, zapiął jej ostatni guzik pod szyją i pomógł założyć plecak.

– Chodźmy – powiedział.

I poszli

Po kilku krokach Hubert odwrócił się.

– Idziesz z nami? – zapytał Klary. – Jeśli nie chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sama.

*

4724 znaki ze spacjami (bez tytułu, ale i z tytułem, a nawet i z tym moim pobocznym przynudzaniem nadal się mieści w żądanych ośmiu tysiącach).

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Rozpoczęcie XXVII edycji

Na początku bardzo bym chciała podziękować, za wszystkie plusy, które dostałam w poprzedniej edycji. Jest mi z tym dziwnie głupio, bo wiem jak dobre były pozostałe opowiadania.

No ale nie przeciągając z pełną ekscytacją czekam na kolejne opowiadania na majową edycję. 😊

Tematyka to "narodziny superbohatera":male_superhero: . Żeby trochę urozmaicić wymagania chciałabym, żeby opowiadanie mieściło się w max 8 tyś znaków ze spacjami.

Spodobał mi się pomysł na to, że odbiorcy wybierają wygranego. Więc dodaje dodatkowa opcję. Opowiadania można wstawiać do 28.05 a na 3 ostatnie dni miesiąca wrzucę ankietę, w której będzie możliwość wybrania przez czytających opowiadania, które im się najbardziej podobało :smiley: :trophy:

Fanatyk1piorunów
8 tyś znaków ze spacjami

@Cori01 a nie słów? :thinking_face:

A pomysł z ankietą bardzo mi się podoba. Też mi przyszedł do głowy, ale już po otwarciu edycji i nie chciałem zmieniać zasad w trakcie.

Osobistość2piorunów

@fonfi fantazmaty wydają serie opowiadań, które mają się ograniczać do 3 zdań i potrafią to być na prawdę święte historie:)

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

17piorunów

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Czemu nikt mi nie przypomina, że kwiecień już się skończył i trzeba zrobić podsumowanie XXVI (słownie: 26) edycji ? Dobrze, że się zorientowałem, bo byłoby jak z nagrodami za albo podsumowaniem .

No dobrze, skoro jednak się zorientowałem, to podsumujmy to co wydarzyło się przez ostatni miesiąc w naszym grafomańskim światku. A wydarzyło się całkiem sporo.

Do konkursu zgłosiło się pięcioro (słownie: 5) autorów (i autorek), którzy w sumie zgłosili pięć (słownie: 5) opowiadań. Dla formalności przypomnę, że jedyną zasadą w kończącej się właśnie edycji było rozpoczęcie historii od słów: “Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…”.

Pierwszy do konkursu zgłosił się kolega @cyberpunkowy_neuromantyk ze swoim opowiadaniem “Dzień z życia wannabe pisarza” Ewidentnie brak narzuconych zasad nie przysłużył się koledze, bo swoją historię, a raczej historie (liczba mnoga) rozpoczynał - jeśli dobrze policzyłem - cztery (słownie: 4) razy tylko po to, żeby na sam koniec poddać się słowami “A pi⁎⁎⁎⁎lę to wszystko, nic nie napiszę!”. No coż, za dobre chęci też należą się gratulacje 😛

Kolejna praca, którą mieliśmy przyjemność przeczytać to “Zobowiązania” koleżanki @Cori01 . Autorka oddała w nasze ręce utwór, który bardzo zgrabnie balansuje między tragedią egzystencjalną a subtelnym, zakamuflowanym panegirykiem nekrofilii. Nie mnie oceniać fetysze, ale ogromne brawa za tak zgrabne wplątanie postaci ze słowiańskiego bestiariusza w historię osadzoną we współczesnych czasach, co dodatkowo wzmocnione zostało wspaniałym maskulatywem “strzygoń”. Okazuje się, że wspólny kredyt zdecydowanie mocniej cementuje związek niż słowa przysięgi “oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Zachęcony przeze mnie @George_Stark również wygospodarował trochę czasu na opowiadanie pod tytułem “Przysięga”. Opowiadanie mroczne, tajemnicze o zaskakującym zakończeniu. Na co jednak należy zwrócić szczególną uwagę to fakt, że jest to opowiadania z gatunku fantastyki, który to gatunek nie leży (a proszę mi wierzyć, wiem to z pierwszej ręki) w obszarze i tak bardzo szerokich zainteresowań autora. Doceniam też mrugnięcie oczkiem, poprzez “WERSALIKOWANE” nawiązanie do jednego z moich ulubionych pisarzy.

A skoro kogoś zachęciłem/zmusiłem/popchnąłem (niepotrzebne skreślić) do napisania opowiadania, to bardzo nieelegancko byłoby samemu czegoś nie napisać. Przygotowując to pierwsze zdanie, które było tematem przewodnim edycji, miałem w głowie zupełnie inny pomysł na opowiadanie. Jednak jak tylko siadłem do pisania historia Moniki i Anny sama wylała mi się na klawiaturę. Musiałem ją tylko pozbierać i zamknąć w słowach. I chociaż w komentarzach pisaliście, że opowiadanie “Dzień, którego nie było” Wam się podobało, to ja i tak nie jestem do końca przekonany, że udało mi się udźwignąć ten trudny temat.

Na sam koniec, tuż przed zamknięciem listy dołączył do nas jeszcze @sireplama ze swoją wersją historii Moniki. Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze więc nie powinno nikogo dziwić, że kolega zainspirował się historią “na faktach autentycznych” innego hejtowicza. Wystarczyło wziąć, podrasować, dopieścić, dorobić odpowiednie zakończenie i opowiadanie gotowe. Muszę przyznać, że doskonale się bawiłem czytając tę historię zwłaszcza, że nie jest daleka od moich własnych - równie autentycznych - wspomnień z czasów studenckich. Nie powiem, nostalgłem…

No dobrze - najwyższa pora na ogłoszenie zwycięzcy.

Zgodnie z tym co napisałem otwierając tę edycję zabawy , o wygranej decyduje liczba otrzymanych piorunów co oznacza ni mniej ni więcej, że laur zwyciężczyni przypada koleżance @Cori01.

Gratulacje i czekam na wiadomość z informacją jaką lekturę mam wysłać w ramach nagrody. 😁

Pokaż więcej komentarzy (6)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i… nie mogła uwierzyć własnym oczom! To już ranek? Co to słońce robi za oknem?! Przeklęty budzik wył alarmem obnosząc całemu światu, że jest już szósta!

- Jezu, ludzie tak żyją?

Z grubym przekleństwem na ustach wstała by przejść do łazienki. Stopień poświęcenia sprawie, jaki okazywała, zaskakiwał nawet nią samą, ale już niedługo wszystko powinno się zakończyć.

Bez wszelkiej chęci do życia i z ogromnym pragnieniem by wrócić do łóżka, wlekła się warszawskim tramwajem do swojego kołchozu i miejsca upodlenia. Po przebrnięciu przez bramki i dzienniczki Komendy Stołecznej Policji, udała się do swojego działu by z resztą "pracowników cywilnych" poniżać się za najniższą krajową.

- Monika! Chcesz zarobić darmowy obiad?

- Ke?

- Znowu jest okazanie! Kolejny świadek Mafii Zielonkowej!

- No za obiad? Niech będzie!

Okazanie było upierdliwą procedurą, w którą chwytano pechowych przechodniów na czerwonym świetle lub co bardziej zdesperowanych pracowników Komendy. Polegało na postawieniu wspólnie z podejrzanym kilku figurantów, by zweryfikować świadka czy nie plecie trzy po trzy. Monika miała tę procedurę obcykaną już całkiem nieźle. Ilość obiadów kupionych za kasę za pozowanie na okazaniu oscylowała już wokół kilkunastu. Niemniej za każdym razem wywoływało to w niej atak adrenaliny.

- Co jak świadek wskaże nią - myślała - a policja postanowi ją zatrzymać i zacznie ją obwiniać o przewinienia oskarżonych i skończy w więzieniu i nie wyjdzie do późnej 50-ki i... dość! - już czas.

Wraz z resztą pozorantów weszła do pokoju okazań. Był raczej malutki z lustrem weneckim na jednej ścianie. Do pokoju wprowadzono oskarżoną w kajdankach i tam ją rozkuto. Policjant prowadzący przydzielił wszystkim numerki. Monice jedynkę, bandziorce - dwójkę. Wszyscy musieli poczekać aż świadek dostanie się na drugą stronę lustra. Monika rzucała kilka suchych tekstów. Kryminalny westchnął widząc jej reakcję na stres. Kryminalistka wyraźnie się już uspokoiła, patrzyła na Monikę, a uśmiech miała szeroki.

Zaczęło się!

- Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić - nagle padło polecenie - Numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy!

Monika wykonała polecenie, z głębokim przekonaniem, że świadek chce jej się bliżej przyjrzeć. W głowie rozszalała się gonitwa myśli:

- O k⁎⁎wa, mają mnie! Świadek mnie wskaże, a ja już nigdy nie wyjdę z więzienia! - wkrótce jednak na jej twarzy rozbłysł szeroki uśmiech - Świadek mnie wskazał! Ze wszystkich tutaj... mnie! Pozorantkę! - po kilku sekundach zaczęła parskać śmiechem.

Kazali im jeszcze pospacerować kilka kroków, a zza lustra było słychać stłumiony harmider - To ona, mówię wam! Poznaję ją! Ona za tym stała! - kryminalistka nie była w stanie wystudzić triumfalnego uśmiechu i nastał koniec.

Po minucie przyszedł Pan z kryminalnych - Czegoś się tak szczerzyła?! Świadek o mało nie zesrała się ze strachu jak wietrzyłaś zęby! Musiałem coś pi⁎⁎⁎⁎lić, ze wam kolega dowcip opowiedział!

Monika odpowiedziała niemrawe przepraszam, że nie sądziła że znowu wygra przy okazaniu. Wszyscy przeczekali kilka minut. Kryminalni trochę ponabijali się z niej, wydali kwity za okazania i odprowadzili pozorantów do wyjścia.

- Masz chyba zbyt powszechną twarz, albo jakieś wykroczenie na niej wytatuowane, że tak namiętnie cię wskazują. - wspomniał - To już chyba ósmy świadek w sprawie Mafii Zielonkowej, którego przefiltrowaliśmy dzięki tobie.

Odpalił papierosa z wyraźnym zniesmaczeniem.

- Tyle ofiar... Tyle cierpienia... Tyle ukradzionych pieniędzy, a ci marnują czas swój i policji by zmyślać na temat MZ i członków gangu! - splunął wyraźnie wzburzony - Co z tego mają?! Atencję wymiaru sprawiedliwości?! Powinni ich jakimiś mandatami i opłatami obarczać, do k⁎⁎wy nędzy!

Monika uśmiechała się tylko niemrawo, wyraźnie zakłopotana.

- No nic, ty swoją robotę odwaliłaś, trzymaj kwit do kasy, kup sobie jakiś obiad za zmarnowany czas. Elo...

Koniec końców reszta dnia, po zjedzeniu niesmacznego obiadu z policyjnej stołówki, przeminęła na spokojnej i monotonnej robocie informatyczki w policji. Kilka poluzowanych USBków, kilka wymienionych baterii, kilka razy wciśnięta kombinacja alt+shift... ot dzień jak co dzień.

Po 16:00 umęczona Monika wywlekła się z Komendy na Placu Bankowym i ledwo przytomna pojechała do Galerii Wileńskiej. Choć do centrum handlowego wkroczyła praktycznie zgięta w pół i jakby wyssana ze wszelkiej energii, to jednak im bliżej toalety w centrum, tym bardziej jej krok robił się mocniejszy, plecy wyprostowane, a uśmiech szerszy.

Gdy weszła do trzeciej kabiny w WC w dolnej kondygnacji galerii, niczym już nie przypominała umęczonej trzydziestolatki z godziny szóstej. Założyła nogę na nogę i cierpliwie czekała na przyjazd kolejki z Zielonki.

Pukanie w drzwi wyrwało ją z przemyśleń.

- Wejdź!

Do ciasnej kabiny wcisnęła się przypakowana dziewczyna, uklękła na kolano przed porcelanowym tronem Moniki i ucałowała ją w dłoń.

- Witaj Matrona! Mam informację od prawniczki Lisicy. Bardzo ci dziękuje za pomoc na komendzie dzisiaj. Mają ją wypuścić w ciągu najbliższych dwóch dni.

Monika uśmiechnęła się z wyższością.

- Dobrze! Mój plan rozgrywa się zgodnie z założeniami. Zatrudnienie się jako kret w policji i dyskredytowanie świadków mogących mnie wskazać jako głowę Mafii Zielonkowej idzie nadzwyczaj skutecznie! W ciągu dwóch miesięcy powinniśmy wyprać tyle kasy, by móc pozakładać legalne wydmuszki do kręcenia kasy, a policja zamknąć sprawę związaną z nami z powodu braku dowodów i świadków! Wkrótce czeka nas zasłużona i bogata emerytura!

Złowrogi rechot wyrwał się z gardła Moniki. Śmiała się głośno, nieskrępowana na swoim porcelanowym tronie w kabinie toalety Galerii Wileńskiej, świadoma, że nie istnieje na świecie nić co mogłoby ją teraz już powstrzymać.

Humor psuła tylko perspektywa wstania jutro o szóstej do tego zasranego kołchozu...

*

Utwór ten dedykuję @YourUncle i jego historii.

Fanatyk3piorunów

@sireplama ten się śmieje, kto nigdy na okazaniu nie był :face_with_rolling_eyes:

Gruba ryba1piorunów

@sireplama

Opowiadanie przypomniało mi niektóre kreskówki z „Cartoon Network”, gdy pod koniec odcinka złol opowiadał bliskiemu śmierci bohaterowi o swoim diabelskim planie.

Pokaż więcej komentarzy (10)