Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#naopowiesci

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Życząc Państwu (ale również - a może i przede wszystkim - sobie) więcej weny, ochoty, a nade wszystko więcej jednak czasu (nadzieją niech będą zbliżające się święta) ogłaszam co następuje:

zwycięzcą XXV edycji zabawy [#naopowiesci](/tag/naopowiesci) w kawiarni [#zafirewallem](/tag/zafirewallem) zostaje kolega [@fonfi](/uzytkownik/fonfi)! - gratuluę!

Kolega, który napisał wspaniałe (już się nim zachwycałem, ale zachwycę się jeszcze raz) opowiadanie o Rzesiu (pod tytułem _Rzesio_) okazał się w tej edycji bezkonkurencyjnym. Jakiego bym więc kryterium nie obrał, no to według niego i tak i tak wygrywa właśnie on. Nie obieram więc kryterium żadnego, albo obieram je wszystkie - proszę sobie wybrać. Efekt i tak będzie ten sam.

Dziękuję za uwagę, koledze dziękuję za udział i jeszcze raz gratuluję. Ze swojej strony ponownie zaś wyrażam już raz wyrażoną na początku tego wpisu nadzieję.

Fanatyk4piorunów

@George_Stark niby człowiek widział, a jednak się łudził.

"okazał się w tej edycji bezkonkurencyjnym" - fakt, literalnie nie miałem żadnej konkurencji. Ale przynajmniej mogę sobie teraz bezkarnie zakupić książkę w ramach nagrody 😎

Pozostaje mi podziękować za słowa uznania i przystąpić do dumania nad tematem kolejnej edycji, którą postaram się rychło otworzyć.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

17piorunów

Chcę podziękować koledze @fonfi ,

że słowa dotrzymał (w com i nie wątpił)

i za to, co mi się napisać zdarzyło

dostałem nagrodę. I jest mi miło.

A będzie mi jeszcze być może milej,

kiedy butelkę przechylę za chwilę,

choć zrobię to jednak dopiero za moment,

bo najpierw proszę pozdrowić żonę.

i chyba, bo to w tym konkursie nagroda

Fanatyk4piorunów

@George_Stark łooo panie. Ta książka to i mnie mogłaby zainteresowac. Zacne gifty

Pokaż więcej komentarzy (10)

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

14piorunów

Dzień dobry się z Państwem,

Skoro prawie miesiąc temu, przy okazji otwarcia XXV edycji zabawy , zostałem przez kolegę @George_Stark wywołany do tablicy, to niezręcznie byłoby po raz kolejny robić uniki. Jako że temat opowiadania miał nawiązywać do "porażki, nieporozumienia, albo innego pszypału", to zapraszam Państwa do lektury krótkiego opowiadania (~1170 słów) o Rzesiu, które dodatkowo nawiązuje do tematu edycji XXIII (Sekrety małych miejscowości/wsi - mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie), czym mam nadzieję zmniejszę sobie o 1 (słownie: jeden) liczbę zaległych prac.

Pozwolę sobie jeszcze dodać, że historia Rzesia (a dokładnie sama jej końcówka) oparta jest na "faktach autentycznych".

*

Rzesio

Cześć. Mam na imię Rzesiek i mam 19 lat. Mam też dziewczynę. To znaczy jeszcze wczoraj wieczorem miałem. Miałem też przestać być prawiczkiem. Niestety prawiczkiem jestem nadal, ale za to nie mam już dziewczyny. Mam natomiast chwilę, żeby opowiedzieć Wam jak to się stało, że jest czwarta nad ranem, a ja siedzę na przystanku pod jednym z warszawskich szpitali czekając na nocny autobus. Ale zacznijmy od początku.

A więc, tak jak mówiłem, mam na imię Rzesiek. Tak - właśnie Rzesiek. To zdrobnienie od Rzegosz. I tak - macie rację - takie imię nie istnieje. A przynajmniej w żadnym znanym mi spisie, co nie zmienia faktu, że tak właśnie zostałem ochrzczony. Ale do genezy mojego oryginalnego imienia zaraz dojdziemy, bo jest ono tylko jedną z serii wielu pomyłek i porażek, z których składa się całe moje życie.

Zaczęło się dość wcześnie, bo już w dniu moich narodzin. Matka moja, Halina, prowadziła dwa domy: swój własny i plebanię, gdzie była gospodynią u proboszcza. Przyzwyczajona do codziennych trudów, nieważne — gorączka, grypa czy ostatnie tygodnie ciąży — wszystko musiało być poprane, posprzątane, a obiad ugotowany.

Dlatego też, na tydzień przed wyznaczoną datą porodu, matka uznała, że umyje okna na plebanii, no bo “co by też ludzie powiedzieli jakby na Wielkanoc brudne zostały”. Okna były wysokie, więc żeby do nich dosięgnąć, wdrapała się na drabinę.

Czy to lekarz źle oszacował termin, czy matce nie wyszły obliczenia w kalendarzyku — faktem jest, że kiedy siedziała na tej drabinie, wody odeszły jej prosto na stojącego pod spodem, a często towarzyszącego jej w pracach domowych, wikarego.

Kiedy w szpitalu, po wielu godzinach, w końcu matka wydała mnie na świat, resztką sił zrobiła lekarzowi awanturę, że jej dziecko podmienił. Była święcie przekonana, że spodziewa się córki, bo przecież wszystko zaplanowała dokładnie tak, jak radziły jej własna matka i babka. Poczyniła odpowiednie pomiary, wyniki zanotowała w kalendarzyku, nie dała się ojcu do siebie dobrać inaczej niż “po misjonarsku”, założyła kalosze, zostawiła otwarte okno, a pod łóżkiem schowała siekierę.

Za to ojciec na wieść, że ma syna, przez trzy dni upajał się w domu szczęściem. I alkoholem. Po czym, trwając w tym stanie, pojechał zarejestrować mnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie przy pomocy długopisu i szwagra wypełnił wniosek, wpisując w rubrykę “imię” - Rzegosz. Kiedy zaskoczona urzędniczka próbowała się upewnić, czy nie chodzi przypadkiem o Grzegorza, oburzony ojciec czknął i odpowiedział:

– No pszesiesz yba wyraśśnie napisałę, żże Rzegosz!

A że imię spełniało wszystkie wymogi polskiego prawa - nie było ośmieszające, nie było nieprzyzwoite, pozwalało jednoznacznie określić moją płeć i było, przynajmniej teoretycznie, zgodne z polską pisownią - urzędniczka z rezygnacją przybiła na wniosku pieczątkę. Czym, nomem omen, przypieczętowała mój los.

Zresztą historię tę znam jedynie z opowieści matki i jej brata, wujka Andrzeja, bo ojca w zasadzie nie pamiętam. Kilka miesięcy po moich narodzinach zostawił nas, wyjechał za granicę i słuch po nim zaginął. A to wszystko przez włosy. Moje włosy.

Kiedy się urodziłem, miałem na głowie czarną jak węgiel czuprynę. Jednak po kilku miesiącach te miękkie włoski, jak u wszystkich dzieci, całkowicie się wytarły, a w ich miejsce zaczęły wyrastać nowe - rude. Zupełnie jak u młodego wikarego. Ojciec doszedł do - prawdopodobnie słusznych - wniosków, że matka zbyt mocno zaangażowała się w “pracę” na plebanii. Co mogłoby też tłumaczyć, dlaczego wszystkie jej starania o córkę, podejmowane w domowej alkowie, zakończyły się fiaskiem.

No więc nie dość, że Rzesio - to na dodatek rudy.

Po odejściu ojca matka wzięła na siebie wszelkie obowiązki związane z utrzymaniem rodziny i dwóch domów, więc na wychowywanie mnie nie starczało jej już ani czasu, ani sił. Dlatego plątałem się między domem - gdzie doglądała mnie babka, a plebanią - gdzie potykali się o mnie proboszcz z wikarym.

Z tego okresu najbardziej utkwiły mi w pamięci tradycyjne metody lecznicze babki. Za każdym razem, kiedy się przeziębiłem i miałem dreszcze, zamiast zabrać mnie do lekarza, zamykała mnie na “trzy zdrowaśki” w piekarniku. Żeby mieć pewność, że jej modlitwy zostaną usłyszane i - co ważniejsze - zrozumiane, odmawiała je bardzo starannie. Czyli głośno i powoli. Z powodu tej babcinej pobożności do dzisiaj mam na plecach i pośladkach blizny po oparzeniach.

Dla odmiany, kiedy dostawałem gorączki smarowała mnie całego spirytusem i nacierała czosnkiem, a do czoła przykładała ziemniaki. Czy to skutecznie zwalczało gorączkę? Nie wiem. Wiem za to, że pachniałem wtedy zupełnie jak wujek Andrzej, kiedy wracał wieczorem od księdza proboszcza.

Pamiętam też, że kiedy miałem jakieś siedem czy osiem lat - w każdym razie gdzieś na początku szkoły - wikary nakrył mnie z córką sąsiada, Ludmiłą, w składziku na szczotki. Ze spuszczonymi do kolan majtkami sprawdzaliśmy, czym różnią się chłopcy od dziewczynek. Zaciągnął mnie za ucho do babki, krzycząc przez całą drogę, że mnie diabeł opętał. Babka bardzo się wtedy tym diabłem przejęła, przez co musiałem przez całe popołudnie stać nago w progu, z nogami w misce z zimną wodą, żeby “złe ze mnie wyszło”.

Chyba faktycznie ta niezdrowa ciekawość na długo ze mnie wyszła, bo do dzisiaj na samą myśl o dziewczynach pieką mnie uszy i pocą się stopy.

Ale zastanawiacie się pewnie, dlaczego opowiadam Wam to wszystko o czwartej nad ranem, na przystanku pod szpitalem. Dlatego że wszystkie te - i wiele innych, na które pewnie zabrakłoby mi czasu - epizody, z których składa się całe moje życie, doprowadziły mnie właśnie tutaj.

Jakieś dwa miesiące temu zostałem zaproszony na klasową imprezę. Imprezę, która okazała się przebieraną, o czym — oczywiście — dowiedziałem się dopiero na miejscu. Na szczęście wyjściowy, błyszczący garnitur po wujku Andrzeju, w którym według babci jestem najprzystojniejszym kawalerem w okolicy, wpasował się idealnie w konwencję. To tam poznałem Krystynę.

Od słowa do słowa zaczęliśmy się spotykać. Na kawie, na spacerach, aż w końcu wczoraj poszliśmy do kina. Po seansie, kiedy odprowadziłem ją do domu, zaprosiła mnie do środka. Powiedziała, że na herbatę. Ale kiedy weszliśmy do mieszkania, okazało się, że „herbata” to tylko taka figura retoryczna i… ujmę to tak: kiedy zaprowadziła mnie do swojego pokoju, nagle bardzo zaczęły mnie piec uszy.

– Masz gumki?

– Co mam? - nie zrozumiałem

– No prezerwatywy, zabezpieczenie. Jeśli nie masz, to zejdź na dół i kup w Żabce.

Zrobiłem, jak prosiła, i już po chwili byłem z powrotem na górze. Zaprowadziła mnie do łóżka, rozebraliśmy się, po czym powiedziała:

– Daj tę gumkę.

– Nie trzeba, już użyłem.

– Jak to użyłeś?

– No tak, jak kazała ta pani w Żabce.

Krystyna przyjrzała mi się zaintrygowana. Szczególnie długo przyglądała mi się tam, na dole.

– A możesz mi powiedzieć, co dokładnie ci ta pani powiedziała?

– Oczywiście. Kiedy płaciłem, zapytałem nieśmiało, czy może mi powiedzieć, jak się tego używa. Spojrzała na mnie zaskoczona i powiedziała, że niezły ze mnie żartowniś. Na koniec, ciągle się śmiejąc, dodała, że można połknąć. (*) Więc dokupiłem wodę i zażyłem przed drzwiami.

Dalej wypadki potoczyły się już bardzo szybko: taksówka, SOR, przedstawienie dyżurnemu lekarzowi mojej niezręcznej sytuacji, a potem ponowne jej przedstawienie szerszemu gronu, bo lekarz powiedział, że jemu nikt nie uwierzy…

I tak oto jest czwarta nad ranem, siedzę na przystanku, czekając na autobus, z informacją, że jeśli mój układ pokarmowy w ciągu dwóch dni sam sobie nie poradzi w naturalny sposób, to mam wrócić na konsultację.

(*) Tak się jakoś stało, że moja mama jest (a raczej była, bo teraz jest już na emeryturze) farmaceutką, więc w swoim dość długim życiu i aptekarskim otoczeniu nasłuchałem się przeróżnych, mniej lub bardziej, zabawnych "historii z apteki". Wśród nich te ze speszonymi panami próbującymi nabyć prezerwatywy były niemalże na porządku dziennym. Od niewinnych nieporozumień, kiedy zamiast "poproszę paczkę prezerwatyw" ktoś usłyszał "poproszę paczkę białej waty", po tę o "można połknąć" wspomnianą w opowiadaniu powyżej. I o ile ta historia dzisiaj wydaje się może mało prawdopodobna, to pamiętajcie, że pochodzi ona z czasów, kiedy nie było internetu, w telewizji były tylko dwa kanały, a edukację seksualną zdobywało się na podwórku. W każdym razie idealnie mi się to wpasowało w temat bieżącej edycji .

Gruba ryba1piorunów

Chciałem powiedzieć, że zanim jeszcze na dobre zacząłem czytać no to już się skończyło. :confused:

Za to ogromnie mi się spodobało, już na samym początku, że wikary miał śmigus-dyngus kawałek przed Wielkanocą. 😉

A tak serio, to przeczytałbym dłuższą formę o takim Rzesiu. Może sobie tę postać kiedyś ukradnę, jak to niektórzy z wielkich literatów mieli w zwyczaju? 😉 Tym bardziej, że postać, ale i forma narracji, od razu skojarzyły mi się z _Bomblem_ od Mirosława Nahacza, a ta książka też mi się bardzo kiedyś podobała (właśnie! – miałem też inne pozycje od tego autora przeczytać, cholera…).

Bombel | Mirosław NahaczŚmieszna, a jednocześnie przejmująco smutna opowieść o życiu wiejskiego pijaczka. Tytułowy bohater, siedząc na przystanku autobusowym, opowiada. Poszczególne rozdziały to kolejne historie o wyprawie...Lubimyczytać.pl
Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

12piorunów

Zmieniają zdanie, kręcą, wprowadzają chaos oraz nagłe i niespodziewane zwroty akcji. Byłem pewien, że XXV (chyba) edycja zabawy w kawiarni została przedłużona o miesiąc, a tu się okazało, że jednak ją wygrałem. Jak to mówią: pomyśl zanim napiszesz, a już na pewno pomyśl zanim opublikujesz, a już na pewno na pewno pomyśl zanim się przyznasz, że jako jedyny opublikowałeś. Zwłaszcza wtedy, kiedy organizator tej publikacji nie zauważył. No trudno.

Głupio zrobiłem, że się przyznałem, no i teraz trzeba ponosić tej swojej głupoty konsekwencje. Otwieram więc kolejną, XXVI (chyba) edycję zabawy [#naopowiesci](/tag/naopowiesci)! Jej tematem niech będzie porażka, nieporozumienie, albo inny pszypau. Terminem niech będzie koniec marca, przynajmniej terminem wstępnym. Innych zasad nie podaję, bo ich nadmiar może zniechęcić, a z chęcią mamy ostatnio problemy, być może przejściowe, mam nadzieję.

Miłej zabawy i tylko tak na marginesie nadmienię, że kolega @fonfi (proszę pozdrowić żonę), ma już do napisania nie trzy, a cztery opowiadania. Mogą być krótkie. 😉

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

12piorunów

W związku z pewnymi zawirowaniami i błędnym zapisaniem błędnego tagu, nie dotarła ro żyri jedna z prac konkursowych która wyszła spod palców znamienitego pisarza @George_Stark'a

https://www.hejto.pl/wpis/boze-chron-krolowa-karzel-knyp-liliput-kurdupel-krasnal-chujowo-jest-byc-niskim-

Także decyzją jaka teraz następuje zostaje odwołane poranne przedłużenie (post zostawiam dla zachowania ciągłości). A pałeczka organizatora kolejnej edycji wędruje do zwycięzcy.

Serdeczne gratulacje dla @George_Stark!

Osobistość0piorunów

Hej @George_Stark taka przypominajka, że od cb kolejna edycja konkursu zależy. Chyba że napisałeś post, a ja znowu przeoczyłem xD

Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

12piorunów

Hej, ponieważ nikt nie przesłał opowiadania, wraz z @fonfi uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie przedłużenie obecnej XXV edycji


Gwoli przypomnienia

Tematem tegomiesięcznej edycji jest: "PUNK!"

Steampunk, cyberpunk, solarpunk, itp

Technicznie rzecz biorąc punki, które leją skinów też się zaliczają.

Interpretacja tego terminu dowolna

Zasady są tylko dwie:

1. Dobrze się bawcie

2. Zwycięzcę wybiorę według własnego widzimisię.

A moje widzimisie mówi mi, że będę brał pod uwagę, w głównej mierze pioruny. Ale nie tylko.

Także kombinujcie, wymyślajcie. Ale pamiętajcie - nie przesadzajcie 😉

Link do wiki z małą pomocą

https://en.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk_derivatives

Nowy termin do końca marca (t.j. 31.03)

Jeśli znów nic się nie pojawi, to przekażę pałeczkę komuś innemu. A wtedy istnieje szansa, że przejmie ją poprzedni organizator i znów będziecie musieli wymyślać opowiadania, które mają odpowiedni stosunek liczby "ć" to ilości "ś". Ale tym razem już was nie uratuję, więc lepiej coś napiszcie 😉

Osobistość2piorunów
Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

15piorunów

Boże, chroń Królową

Karzeł. Knyp. Liliput. Kurdupel. Krasnal. Chujowo jest być niskim.

Mówi się, że metr pięćdziesiąt w kapeluszu. I nawet by to do mnie pasowało, gdyby nie to, że nie w kapeluszu, ale w irokezie, no i nie metr pięćdziesiąt, ale metr czterdzieści osiem. Z tym irokezem zresztą to też same tylko problemy. Stawiało się te włosy, kupę czasu mi z tym schodziło, bo jakoś ani talentów ani zapędów fryzjerskich nigdy nie miałem, a poza tym cukier był drogi, a później szło się w miasto, sztuczny tłum żeśmy zaczynali robić żeby skroić jakiegoś frajera żeby było się za co napić i cukru na jutro dokupić, a w tym tłumie zaraz ktoś ręką machnął jak jakaś p⁎⁎da nieuważna i od razu fryzura zepsuta. Cały mój imidż, półtorej godziny stawiania włosów psu w d⁎⁎ę! A weź tu w ogóle utrzymaj imidż, kiedy masz wzrostu tyle co przedszkolak! Weź tu, k⁎⁎wa, kup jakieś ciuchy, ramonę jakąś weź tu znajdź na swój rozmiar, jak musisz się na dziale dziecięcym ubierać, a tam same, k⁎⁎wa spondżboby i inne spajdermeny zasrane! Tyle miałem farta, że Kura w Cegielskim na krawcową się uczyła, to coś tam mi zawsze skróciła, przeszyła i jakoś się dało podobnie do człowieka wyglądać.

No więc chujowo jest być niskim. Tak jak wtedy, kiedy żeśmy szli przed miasto z Ablem i Kurą, koło katedry żeśmy przechodzili, ludzie akurat ze mszy wychodzili i jakaś dewoty jak tylko nas zobaczyły, to zaraz się zatrzymały i gapić się na nas zaczęły. Jedna to aż się przeżegnała.

– Mój Boże! Diaboł! – powiedziała, a ja wystawiłem język, zrobiłem zeza i rykiem piekielnym ryczeć do niej zacząłem.

– Ładnie państwo synka wychowujecie – rzuciła druga dewota do Kury i Abla, a przecież Abel był z mojego rocznika, a Kura była od nas o rok młodsza. No odpaliłem się wtedy, miałem ochotę wziąć i przyjebać głupiej piździe w ryj, no ale ochotę to mogłem sobie mieć. Co z tego, że miałem ochotę jej przyjebać, jak do tego jej głupiego ryja nie dałbym rady dosięgnąć, nawet gdybym podskoczył.

Podszedłem więc podkurwiony, kopnąłem ją w kostkę i, jako że nie dałbym rady jej w ryj przyjebać, chciałem jej w ten ryj chociaż napluć. Charknąłem, zebrałem najgęstszą flegmę, taką spod samego serca, ściągnąłem usta w dzióbek i strzyknąłem śliną. Nie doleciało. Zatrzymało się na gdzieś na broszce. Chciałem poprawić, ale baba, po kościelnemu, rozdarła się wniebogłosy:

– Ratunku! Ludzie! Ratunku! – krzyczała.

Ludzie odwracali się, patrzyli co się dzieje, niektórzy nawet skręcali w naszym kierunku. Czy chcieli pomóc babie, czy chcieli nam wpierdolić, czy może sami chcieli melę na ryj wyłapać – nie mam pojęcia. Baba krzyczała, darła się coraz głośniej i głośniej, darła się jakby ją ta moja chara jak jakaś siarka piekielna paliła, aż w końcu głośniej od baby krzyknęła Kura:

– Proboszcz! Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili.

Chujowo jest być niskim. Kiedy dobiegłem zziajany do parku, Abel z Kurą już siedzieli na ławce. Dotarli tam sporo przede mną, mieli w końcu dłuższe nogi, to łatwiej im się spierdalało. Mnie samego proboszcz prawie wtedy złapał. Tyle miałem farta, że przy moim wzroście, choć nie jestem szybki, to akurat zwinności odmówić mi nie można. A kiedy zestawić to z tym, że chłop z natury nie jest nawykły do chodzenia w sukienkach, to jakoś udało mi się w ostatniej chwili zrobić unik, a proboszcz wtedy zaplątał się przy próbie nagłego skrętu w tę swoją kieckę i zaliczył glebę. Zanim zdążył z prochu powstać i z tego prochu się otrzepać, ja już zniknąłem mu za winklem.

No więc kiedy dotarłem do parku, Kura z Ablem już siedzieli na ławce. Kleili się do siebie. Kura z Ablem mieli się ku sobie, a mieli się ku sobie zwłaszcza wtedy, kiedy nie udało nam się jeszcze zorganizować jakiegoś wina. Później, kiedy flaszka już się znajdywała, a takim czy innym sposobem znajdywała się przecież zawsze, Abel dużo bardziej niż ku Kurze miał się właśnie ku winu. Co jednak ciekawe, to Kura piła więcej niż Abel. Abel najpierw jakby się delektował tym winem, zresztą zawsze łeb miał słaby i już po pierwszym łyku odpalała mu się filozofia i zaczynał poruszać tematy egzystencjalne:

– K⁎⁎wa, ta polska flaga biało czerwona, zupełnie jak kolory wina. Naród, k⁎⁎wa, alkoholików. A w godle to co? Korona orła to jaka jest? Złota jest, k⁎⁎wa! A browar to jaki ma kolor co? Zresztą, orzeł też biały, a czyściochę to jak się nazywa?

Kura zabierała wtedy od niego flaszkę i pociągała solidny łyk, po którym coraz bardziej przesuwała się w stronę wciąż niemilknącego Abla, przesuwała się bliżej i bliżej, aż w końcu siedziała z nim bok w bok i jej ręka wędrowała na jego udo.

– Albo właśnie, czemu, k⁎⁎wa, nie nosi się naszywek na udach? – wykrzykiwał Abel i wstawał wtedy, choć stał już raczej chwiejnie, i z zainteresowaniem przyglądał się własnym udom. – Tutaj, z przodu, to można by se jakąś anarchię pierdolnąć. A na d⁎⁎ie to bym se flagę naszą narodową przyszył. Albo swastykę. Albo nie! Tego orzełka z policyjnej czapki bym sobie na d⁎⁎ie przyszył! Tylko jak takiego orzełka zdobyć? – zastanawiał się.

Abel, jak już się odpalił, to długo potrafił tak pi⁎⁎⁎⁎lić przeskakując z tematu na temat, choć tematy zawsze poruszał te same, zmieniała się tylko kolejność. Kura w tym czasie osuszała flaszkę do końca. Czasami udało mi się wyrwać to wino z jej rąk i ściągnąć łyka albo i dwa. Mnie, tak jak Ablowi, też niewiele było potrzeba. Co prawda chujowo jest być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety.

– Napiłby się czegoś – powiedział Abel wtedy, kiedy dotarłem zziajany do parku. Abel, dopóki nie pociągnął pierwszego łyka, był bardzo konkretny, mało raczej wygadany.

– No, napiłby się się. Tyle że nie ma za co – stwierdziłem wówczas w stylu Abla, filozoficznie.

Wszyscy wywróciliśmy kieszenie na drugą stronę. Cztery agrafki, skasowany bilet autobusowy i dwie zawleczki z puszek od piwa stanowiły cały nasz wspólny majątek. Wiele za ta kupić się nie dało.

– No to trzeba za⁎⁎⁎ać – wpadłem na genialny pomysł.

– Ta, za⁎⁎⁎ać. Tylko skąd? – Kura obnażyła słabość mojego planu i rzeczywiście, miała rację. W każdym sklepie spożywczym w promieniu kilku kilometrów od centrum, w którym tylko pojawialiśmy się, czy to we trójkę, czy osobno, natychmiast dostawaliśmy obstawę. Co jak co, ale mieliśmy wówczas na mieście wyrobioną renomę.

Siedzieliśmy więc w tym parku o suchym pysku, gadać za bardzo nie było o czym, więc oglądaliśmy pływające w stawie kaczki.

– Ech, przydałby się jakiś Jezus – spoglądając na wodę stwierdził Abel, który w dzieciństwie był ministrantem i znał te wszystkie historyjki, choć tę o zamianie wody w wino to nawet i ja znałem, tyle że nawet w czasie najgorszej posuchy nie przychodziła mi ona do głowy.

– Jezus, mówisz? – spytała Kura. – To ja wiem, skąd możemy wziąć wino.


– My, proszę księdza, chcieliśmy zapisać się na nauki przedmałżeńskie – powiedziała Kura do zdziwionego księdza proboszcza, kiedy zjawiliśmy się w drzwiach zakrystii.

– No.. Ale to trzeba by przyjść do kancelarii, to trzeba by się najpierw zapisać. To termin musi być ustalony, to grupa się musi zebrać, to nie może przecież być tak, że każdy może sobie przychodzić kiedy mu się podoba…

– A takie nauki to długo trwają? A czego na nich się można dowiedzieć? A kiedy grupa się zbierze? A ksiądz ma już jakieś plany co terminu? – Kura zasypywała proboszcza pytaniami.

– Proszę przyjść w czwartek o 17, to się wszystkiego dowiecie. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu. Muszę się przygotować do mszy w intencji intronizacji Matki Boskiej na Królową Polski.

– Matki Boskiej na Królową Polski? – spytała Kura z perfekcyjnie udawanym entuzjazmem. – A mógłby ksiądz coś o tym więcej? Bo wie ksiądz, to wydaje się strasznie ciekawe i…

Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Kiedy Kura zagadywała księdza proboszcza, ja prześlizgnąłem się obok. Myszkując po szafkach w zakrystii słyszałem coraz bardziej zniecierpliwiony ton księdza i coraz bardziej natarczywe pytania zadawane mu przez Kurę. Denerwowałem się. Zastanawiałem się czy zdążę Przeszukiwałem więc kolejno szafkę po szafce, chciałem działać metodycznie, nie chciałem robić niczego na chybił-trafił. Takie działanie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo sukcesu. Zacząłem od komody. Otworzyłem pierwszą szufladę. Pudło – jakieś świece, opłatki, nic co by nas interesowało. Nie mieliśmy przecież zamiaru urządzać nie tylko czarnej mszy, ale w ogóle nie mieliśmy zamiaru urządzać żadnej mszy w jakimkolwiek innym kolorze. Druga szuflada, również pudło. Znajdowała się w niej jakieś rzucone niedbale szaty liturgiczne, przeznaczone chyba do prania, a na wierzchu stosu leżały czerwone majtki z napisem „Roma”. Trzecia szuflada, też nic co by mogło się nam przydać – jakieś oprawiane w skórę grube księgi. Następnie otworzyłem drzwi znajdującej się obok komody szafki. Zanim jeszcze zajrzałem do środka, wiedziałem już, że tym razem się udało. Mebel poruszył się przy otwieraniu, a z jego wnętrza wydobył się miły, znajomy brzęk. Nie zdążyłem się jednak nawet ucieszyć, bo usłyszałem krzyk Kury:

– Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili, ale na szczęście udało mi się zabrać ze sobą jedną ze stojących w szafce butelek.

– Ale się wy⁎⁎⁎⁎⁎olił, jak się zaplątał w tę swoją sukienkę! – cieszyła się Kura, kiedy zziajany dotarłem do parku, gdzie na ławce siedzieli wtuleni w siebie moi kompani.

Abel zabrał się za wyciąganie korka z butelki metodą wybijania go od strony denka, a kiedy mu się to udało, skosztował zawartości po czym rozpoczął rozważania na tematy heraldyczne:

– A jakby tak zastąpić orła Matką Boską? Może to i było by lepiej? No ale Matka Boska zwykle przedstawiana jest w niebieskiej szacie, a niebieski zupełnie jak Curaçao…

Kura zabrała butelkę z rąk Abla, swoim zwyczajem pociągnęła solidny łyk i przesunęła się na ławce kawałek w stronę Abla.

A ja byłem z siebie dumny. Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Zwłaszcza kiedy potrafi się wykorzystywać sprzyjające okoliczności. Sięgnąłem po butelkę, a kiedy Kura niechętnie mi ją oddała, wzniosłem toast:

– Boże, chroń Królową!

*

POSŁOWIE:

Kiedy tylko zobaczyłem te grafiki obrazujące rodzaje punków, które zostały załączone do posta otwierającego bieżącą edycję zabawy w kawiarni , i zauważyłem na nich napis „nanopunk” od razu przyszedł mi do głowy niskorosły (upośledzony w wymiarze pionowym) punk. Pomysł na opowiadanie, jak to z pomysłami bywa, był oczywiście zupełnie inny niż ten szkic, który mi wyszedł i który tam wyżej zamieściłem, no ale przecież to zawsze tak się zdarza – trzeba się do tego przyzwyczaić. W każdym razie przy pisaniu bawiłem się świetnie, mam nadzieję, że przy czytaniu mieli Państwo podobne wrażenia. :smiley:

Fanatyk1piorunów

@George_Stark ubawiłem się przednio, szkoda tylko, że dopiero dzisiaj 😅

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

15piorunów

@George_Stark mnie podpuścił, więc wziąłem się i poszukałem, która to będzie edycja. I chciałbym powiedzieć że się naszukałem, ale ostatnie 2 były bardzo krótkie, a w grudniowej był numer.

Tak więc mam niesamowitą przyjemność zaprosić Was wszystkich na XXV edycję

Tematem tegomiesięcznej edycji jest: "PUNK!"

Steampunk, cyberpunk, solarpunk, itp

Technicznie rzecz biorąc punki, które leją skinów też się zaliczają.

Zasady są tylko dwie:

1. Dobrze się bawcie

2. Żeby zrobić na złość organizatorowi poprzedniej edycji - zwycięzcę wybiorę według własnego widzimisię (co oznacza że nawet jak będę chciał, to nie zrobię tego samego co Żorż Stark i nie złamię tej jednej zasady). I mogę to widzimisię dowolnie zmienić.

A moje widzimisie mówi mi, że pewnie będę brał pod uwagę, w głównej mierze pioruny. Ale nie tylko.

Także kombinujcie, wymyślajcie. Ale pamiętajcie - nie przesadzajcie 😉

Jakby co link do wiki

https://en.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk_derivatives

Fanatyk5piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Mistrz3piorunów

@MJB no dobra coś napiszemy :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

13piorunów

Drodzy!

Wczoraj prawie minął miesiąc i jeszcze wczoraj myślałem, że wygram, choć nie zrobiłem w tym kierunku niczego. Ale wejście smoka, którym okazał się @MJB z jego wspaniałym opowiadaniem bez tytułu zmieniło sytuację diametralnie. Czy impuls do napisania tego opowiadania powstał z twórczego porywu czy też raczej z porywu litości nad tagiem , nie będę próbował nie tylko rozsądzać, ale nawet dociekać. Skupię się na faktach, a fakty są takie, że [@MJB](/uzytkownik/MJB) , jako najlepszy uczestnik styczniowej edycji zabawy [#naopowiesci](/tag/naopowiesci) w kawiarni [#zafirewallem](/tag/zafirewallem) zostaje jej zwycięzcą! Serdecznie gratuluję!

Fanatyk6piorunów

@George_Stark ej, ja NAPRAWDĘ zaczęłam pisać! I teraz zostanę jak ta głupia z początkiem opowiadania, do którego specjalnie wymyśliłam polską hrabinę, bo inaczej nie potrafiłam wytłumaczyć twarogu i ta hrabina jakoś mi zawłaszczyła ten utwór jakby i w sumie nie wiedziałam co dalej, ALE NA PEWNO BYM WIEDZIAŁA DZISIAJ WIECZOREM!!!

Osobistość4piorunów

@George_Stark dziękuję pięknie za to wyróżnienie i przyznanie mi najlepszego opowiadania tej edycji. Niestety z przykrością muszę też poinformować, że było to także najgorsze opowiadanie tego miesiąca.

Niemniej jak widzę tutaj przynajmniej 4 osoby zadeklarowały potencjalną chęć wrzucenia swojej pracy konkursowej, więc zwracam się z nieuprzejmą prośbą o reasumpcję wyników pojutrze.

Pokaż więcej komentarzy (31)

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

13piorunów

Hej!

Żeby tag pusto w styczniu nie siedział, to wrzucam swoje krótkie wypociny.

Zapewniam, że podczas jego pisania nie ucierpiało żadne zwierze.

Detektyw Mieczysław Ałapała został postawiony przed najtrudniejszym do tej pory zadaniem. Jego celem był skorumpowany organizator konkursu Wolnej Pieśni Ligi Narodów Zjednoczonych.

Ałapała zakasał więc rękawy i zaczął przeglądać papiery dotyczące sprawy. Jego uwagę przykuła informacja o Izraelu, który prawie wygrał ostatni konkurs eurowizji. Zaświeciła mu się lampka. A co jeśli organizator WPLNZ zastosował ten sam trick? Smsy od rodziny zamieszkującej okoliczne wioski.

Ach, rodzina… W jego umyśle pojawił się obraz. Tona twarogu, którą dostał kiedyś od wuja, który prowadził gospodarstwo. No, może nie tona, ale w każdym razie dużo. Pod warunkiem że kostka 250g, to dla kogoś dużo. Przynajmniej jednak był smaczny.

Dobra Mietek, pora wrócić do sprawy. HEJŻE, NA WIEDEŃ! Pomyślał sobie w myślach. Czas pomyśleć jakie mógł być motyw.

Wziął w dłoń pióro, namoczył je tuszem sympatycznym i zaczął rozpisywać wątki. Łączył jedno z drugim, a drugie z pierwszym. Nie minęło 5 minut (a może 30) i zauważył pierwszą wskazówkę. Właściwie drugą, bo SMSy.

– Eureka! - krzyknął i zaśpiewał serenadę z tego szczęścia.

Tak, dokładnie. Widział to na zdjęciu. Opar nad mokradłem. A w tym oparze prąd i gaz. Więc spojrzał na to zdjęcie jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Nic jednak więcej nie wymyślił. Fałszywy poszlak.

Poszedł więc do lodówki. Trochę bo zgłodniał, trochę bo go to zaczęło nudzić. Przeglądanie papierów i zdjęć, to piekielnie nudna robota. Otworzył drzwi i zaczął skanować. Przyjrzał się rumuńskiemu jogurtowi, który już trzeci tydzień stał niedojedzony.

Dobra, dojem jutro, powiedział sobie w myślach, a Stańczyk się uśmiechnął do niego wprost z obrazu zawieszonego nad blatem kuchennym.

Kiedy wracał do roboty, zobaczył że u progu jego domu stało białe puchate zwierze, z wycelowaną w jego stronę bronią. Była to bardzo bojowo nastawiona owca.

– Wybacz, ale nie mogę ci pozwolić, żebyś doprowadził tę sprawę do końca.

Owca płakała jak bóbr kiedy pociągała za spust.

Kooooniec.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

22piorunów

Moi Drodzy!

Jakiś czas temu ja i kolega braliśmy udział w konkursie literackim. Żaden z nas nie został w tym konkursie nawet wyróżniony, no ale to za sprawą kumoterstwa i układów w jury, wiadomo. Niemniej, nawet pomimo tego kumoterstwa i układów, a także pomimo wynikających z nich wyników, które to wyniki wcale mi się nie podobały, muszę przyznać, że podobały mi się zasady tego konkursu. A w konkursie chodziło o to, że skorumpowany (ale kreatywny) Organizator podał dziesięć zwrotów, które należało wpleść w opowiadanie. I właśnie w taki sposób będziemy się w miesiącu bieżącym, czyli w styczniu bawić w naszej wspaniałej zabawie w równie naszej i równie wspaniałej kawiarni . Zwroty do wplecenia poniżej:

- skorumpowany organizator;

- prawie wygrał;

- tona twarogu;

- hejże, na Wiedeń;

- tuszem sympatycznym;

- zaśpiewał serenadę;

- opar nad mokradłem;

- rumuńskiemu jogurtowi,

- Stańczyk się uśmiechnął,

- płakała jak bóbr.

*

ZASADY (do ewentualnej własnej interpretacji lub całkowitego zignorowania).

1. Najważniejszą Zasadą jest Zasada numer 2.

1. Do końca stycznia układamy opowiadanie o dowolnej długości na dowolny temat i w dowolnym gatunku, ale zawierające wszystkie dziesięć podanych wyżej zwrotów.

1. Wszystkie wyżej wymienione zwroty powinny być użyte dokładnie w takiej formie, w jakiej są podane; wstrzymujemy się z zapędami deklinacyjno-koniugacyjnymi oraz wprowadzeniem dodatkowych znaków przestankowych tudzież dzieleniem słów.

1. W podanych zwrotach dopuszcza się zmianę wielkości liter ze względu na wprowadzenie nazw własnych bądź umiejscowienie ich w zadaniu (przykład: wprowadzając bohatera imieniem Bóbr, dopuszczalne jest zapisanie Płakała jak Bóbrl użycie zwrotu na początku zdania dopuszcza rozpoczęcie go wielką literą).

1. Kolejność użycia zwrotów jest dowolna.

1. Wyniki zostaną ogłoszone w niedzielę, 01.02.2026.

1. Zwycięzcą zostanie osoba, w której opowiadaniu stosunek liter „e” do liter „s” będzie najmniejszy.

1. Jeśli jakiś cwaniak będzie próbował zmusić mnie do dzielenia przez zero i nie użyje żadnej litery „s”, to pierwszy, który się o to pokusi, z automatu zostanie zwycięzcą.

2. Bawimy się wyśmienicie i mamy mnóstwo radości, tak z pisania opowiadań swoich, jak i z czytania opowiadań cudzych.

*

Dziękuję.

Osobistość2piorunów

Weźcie mi napiszcie, o co z tym zafirewallem chodzi, bo naopowiesci ogarniam. Aż chyba sam spróbuję sił, coś trzeba wreszcie zacząć bazgrać.

Pokaż więcej komentarzy (24)

Osobistość

w Hydepark

24piorunów

Podsumowanie grudniowego konkursu . Zostało wysłanych, aż 1 opowiadań. Dlatego też niestety ciężko nazwać to rywalizacja. Ale myślę, że i tak śmiało można pogratulować @George_Stark ponieważ, stworzył historie dość ekscentryczna i humorystyczną, która ma swój wydźwięk i klimat spojrzenia na polskie "zadupia". Także Panie George jest pan zwycięzcą i przejmuje Pan pałeczkę w wymyślaniu tematu na Styczeń :). Powodzonka wszystkim i bawcie się dobrze :)

Fanatyk3piorunów

@George_Stark gratulacje. No to teraz mam już dwa rozgrzebane opowiadania do dokończenia. Pamiętaj, że przysługuje Ci nagroda. Czy masz jakieś tomiszcze, które chcesz mieć na półce poza oryginalnym niemieckim wydaniem Cierpień Młodego Wertera z 1832 roku? Czy przekazujemy środki na inny cel? :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (14)

Wirtuoz

w Hydepark

25piorunów

Hej ho @cebulaZrosolu ! Potwierdzam dotarcie paczki. Dziękuję bardzo i jest mi niezmiernie miło :smiley:

Puławski magnes zagościł już na lodówce.

Nie będę kłamał, nie wiedziałem gdzie leżą Puławy, musiałem sprawdzić :grinning:

Może kiedyś będzie mi dane odwiedzić to miasto!

Dziękuję jeszcze raz za prezent i za organizację zabawy!

Mistrz3piorunów

@Fletcher powinienem dostać jakieś odznaczenie zasłużony dla Puław czy coś :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (12)

Fanatyk

w Kawiarnia "Za Firewallem"

24piorunów

Potwierdzam dotarcie w całości nagrody za udział w w Kawiarence , ufundowanej przez organizatora poprzedniej edycji - kolegę @cebulaZrosolu :smiley:

Magnesik dołączy za chwilę do kolegi zakupionego w te wakacje, a piwko już chłodzi sie w lodówce :smiley:

Dziękuję!

Gruba ryba4piorunów

Byłaś w Puławach?

Ciekawa sprawa!

Pokaż więcej komentarzy (13)

GURU

w Kawiarnia "Za Firewallem"

46piorunów

Statystyki kawiarenki za 2025 rok!!!

Indywidualne podsumowanie i licencja po zapiorunowaniu komentarza

Wspaniały to był i pracowity rok, napisaliśmy wspólnie aż 1178:scroll::feather: wpisów oraz 12747:speech_balloon: komentarzy!!!

Rozdaliśmy w 2025 :zap:(21793):zap:piorunów doceniając wpisy naszych koleżanek i kolegów.

Otrzymaliśmy 2025 :zap:(71107):zap: piorunów w naszych komentarzach od osób które doceniły naszą pracę!

Liczba osób która się z nami bawiła w 2025: :busts_in_silhouette:353:busts_in_silhouette:

Wszystkich uczestników kawiarenki: :busts_in_silhouette:759:busts_in_silhouette:

10 najczęściej używanych tagów i liczba wpisów, w których występują:

zafirewallem (1020) wspisów:scroll::feather: które zebrały (18829) :zap:piorunów

nasonety (452) wspisów:scroll::feather: które zebrały (6827) :zap:piorunów

naczteryrymy (345) wspisów:scroll::feather: które zebrały (7271) :zap:piorunów

poezja (232) wspisów:scroll::feather: które zebrały (4172) :zap:piorunów

tworczoscwlasna (193) wspisów:scroll::feather: które zebrały (3410) :zap:piorunów

diriposta (150) wspisów:scroll::feather: które zebrały (2596) :zap:piorunów

naopowiesci (122) wspisów:scroll::feather: które zebrały (2633) :zap:piorunów

diproposta (47) wspisów:scroll::feather: które zebrały (688) :zap:piorunów

podsumowanienasonety (44) wspisów:scroll::feather: które zebrały (625) :zap:piorunów

wolnewiersze (40) wspisów:scroll::feather: które zebrały (563) :zap:piorunów

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane wpisy:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 174:zap:

:zap:**TOP 2** 111:zap:

:zap:**TOP 3** 99:zap:

:zap:**TOP 4** 82:zap:

:zap:**TOP 5** 81:zap:

:zap:**TOP 6** 71:zap:

:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon:Najbardziej komentowane wpisy:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon: :speech_balloon:**TOP 1** 120:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 2** 81:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 3** 80:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 4** 73:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 5** 70:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 6** 68:speech_balloon:

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane komentarze:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 40:zap:

:zap:**TOP 2** 36:zap:

:zap:**TOP 3** 36:zap:

:zap:**TOP 4** 36:zap:

:zap:**TOP 5** 35:zap:

:zap:**TOP 6** 34:zap:

Jeżeli chcesz indywidualne podsumowanie, zapiorunuj mój komentarz niżej.

Dziękuję wszystkim za wspaniały rok i wspaniałą zabawę

GURU1piorunów

@emdet Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się piątek, listopad 24, 2023 w **TYM WPISIE** Który społeczność doceniła:zap:4:zap:piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 17:scroll::feather: wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 311:zap: piorunów!!!

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane wpisy:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 29:zap:

:zap:**TOP 2** 22:zap:

:zap:**TOP 3** 21:zap:

:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon:Najbardziej komentowane wpisy:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 1** 56:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 2** 42:speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 3** 25:speech_balloon:

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 210:speech_balloon: komentarzom które zebrały aż 1514:zap: piorunów!!!

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane komentarze:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 32:zap:

:zap:**TOP 2** 16:zap:

:zap:**TOP 3** 15:zap:

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką.
Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

Cześć hejtowi poeci i poetki! Przybywam do Was z takim oto zadaniem: rymy: bezmierny – wierny, trudzę – - bernsteinka - Hejto.plCześć hejtowi poeci i poetki! Przybywam do Was z takim oto zadaniem: rymy: bezmierny – wierny, trudzę – łudzę; temat: zakupy Dla osób, które nie wiedzą o co chodzi, tutaj są wytłumaczone zasady Zapraszam do zabawy :grinning: #naczteryrymy #zafirewallem #poezjaHejto.pl
GURU1piorunów

@AbenoKyerto Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się sobota, lipiec 27, 2024 w **TYM WPISIE** Który społeczność doceniła:zap:3:zap:piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 1:scroll::feather: wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 21:zap: piorunów!!!

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane wpisy:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 21:zap:

:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon:Najbardziej komentowane wpisy:speech_balloon::speech_balloon::speech_balloon:

:speech_balloon:**TOP 1** 33:speech_balloon:

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 61:speech_balloon: komentarzom które zebrały aż 375:zap: piorunów!!!

:zap::zap::zap:Najbardziej piorunowane komentarze:zap::zap::zap:

:zap:**TOP 1** 21:zap:

:zap:**TOP 2** 14:zap:

:zap:**TOP 3** 12:zap:

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką.
Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

W nienawiści do mleczy zostałem wychowany. Każdy kto je lubi, to c⁎⁎j jest j⁎⁎⁎ny. Yo! bojowkaogrodnicza #trawa - Opornik - Hejto.plW nienawiści do mleczy zostałem wychowany. Każdy kto je lubi, to c⁎⁎j jest j⁎⁎⁎ny. Yo! bojowkaogrodnicza #trawa #ogrodnictwo #trawnik #poezja #dzialkaHejto.pl
Pokaż więcej komentarzy (66)

Gruba ryba

w Kawiarnia "Za Firewallem"

15piorunów

Prezent Plus

– Mogłyby te małe k⁎⁎⁎ie coś pomóc, no bo jak tak dalej pójdzie, to przecież nigdy nie zdążymy! – powiedział Kamil K⁎⁎as odrywając na chwilę wzrok od ubieranej właśnie na Rynku choinki i spojrzał w stronę, z której dobiegał dźwięk dzwoniących dzwonków i dzwoneczków. Dzwonki i dzwoneczki przyczepione były do sań, sanek i saneczek, a sanie, sanki i saneczki zaprzęgnięto do koni tworząc w ten sposób kulig, który mknął ulicami Ch⁎⁎⁎wa i dostarczał miejscowej dzieciarni mnóstwa radości. Kulig wyjechał przed chwilą zza węgła i zamkniętą tymczasowo dla ruchu kołowego ulicą Orła Białego zbliżał się do Rynku.

– Daj spokój – odpowiedział Kamilowi Filip Fiut. – Niechże chociaż dzieciaki coś z tej zimy mają.

– Niech mają. Niech mają… – Kamil zamyślił się. – Mają to się te małe szczyle uczyć! Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie*, jak to powiedział… Jak to powiedział… No, nieważne, ktoś mądry tak kiedyś powiedział. Ale miał rację. A tu co? Nic tylko śmichy i wygłupy jakieś. I jak tu ma być w tym kraju dobrze? Zresztą, dobrze to już tutaj było. Weź na przykład choćby i ten kulig. Ledwo trochę śniegu popadało i co? Pozamykali drogi, pozamykali szkoły, a przecież to nawet jeszcze prawdziwa zima nie jest! Kiedyś to zimy były! W latach siedemdziesiątych to były zimy! Pamiętasz, Filipie lata siedemdziesiąte? Wstawało się o czwartej rano, brało się ten plecak, poprzedniego dnia już porządnie spakowany, lekcje ładnie odrobione, bo to i dzieciaki były wtedy porządniejsze, i zarzucało się ten plecak na plecy, szuflę się w rękę brało i szuflowało się tunele do szkoły. No i na siódmą zawsze człowiek był, punktualnie. Nikt się nigdy nie spóźniał.

– Prawda, Kamilu. Święta prawda. Tak było. A w adwencie to jeszcze po drodze i na roraty się zaglądało. No i plusy tego były, władza nie widziała, kto w adwencie do kościoła chodził – zgodził się Filip. – No ale to minęło i już nie wróci. Czasy się zmieniają. My mieliśmy ciężko, ale może trzeba się cieszyć, że dzieciaki mają teraz lepiej?

– Lepiej mają, bo to my żeśmy im to lepiej swoją ciężką pracą zbudowali! A one co?! Patrz jakie wesołe! Bo uczyć się nie trzeba! Bo nic robić nie trzeba! A nawet z choinką nie pomogą, robota prawie że nie idzie. Zabrałby się jeden z drugim, to by szybciej poszło i byłoby już z głowy. No i wtedy można by było się bawić. Zresztą, latem bez żadnej zachęty to te szczyle po drzewach łażą, w sadzie Wacka Gruchy przecież w zeszłym roku wszystkie młode jabłonki połamały, a teraz, jak trzeba choinkę ubierać, to jakoś ich to łażenie pod drzewach nie interesuje. I trzeba się straży pożarnej o wóz z wysięgnikiem prosić, a i to nie daje rady. No i jest jak jest, drabinę trzeba na wysięgniku stawiać żeby czubek założyć, a to, jak się okazuje, niebezpieczne. Już trafili na OIOM przecież Krzysiu Kuśka i Patryk Pała, jak ten czubek próbowali założyć i razem z nim spadli. Dobrze, że jest z włóczki, to przynajmniej się nie potłukł. Ale żadnemu z nich się tego czubka założyć nie udało! A taki gówniarz to mógłby się raz dwa wspiąć i czubek byłby już założony.

– Właśnie z tym czubkiem. Może lepiej było zamówić żurawia albo jakiś helikopter… – zaczął Filip, ale Kamil już go nie słuchał. Kamil K⁎⁎as w tym momencie biegł już w stronę wozu strażackiego.

– Zbysiu! Zbysiu, tylko uważaj! – krzyczał do wchodzącego właśnie do podnośnikowego kosza Zbigniewa Zaganiacza. – Jak już koniecznie będziesz musiał spadać, to spadnij przynajmniej po tym, jak już ten czubek założysz. Nie możemy sobie przecież pozwolić na to, żeby drugi rok z rzędu w Uprzejmości mieli wyższą choinkę niż nasza chujowska!


*

Kamil K⁎⁎as patrzył na w pełni ubraną zdobiącą Rynek choinkę. Choinka miała wysokość pięćdziesięciu jeden metrów, była więc nie tylko wyższa od wszystkich Chrystusów świata, zarówno tego w Świebodzinie, jak i tego w Rio, pomijając Chrystusów pomniejszych, stojących i klęczących w przydrożnych kapliczkach i przy ołtarzach, ale również była o jeden metr wyższa od choinki dortmundzkiej, uznawanej do tej pory za najwyższą na świecie.

– „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – pomyślał z dumą Kamil, którego mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa wybrali na Pierwszego Sekretarza Komitetu Choinkowego, uroczyście wręczając mu kilka tygodni wcześniej legitymację w barwach Bożego Narodzenia, to jest książeczkę z okładką w kolorze czerwonym i widniejącą na niej złotą pięcioramienną gwiazdą oraz zielonymi, jak igły choinki, stronami. Kamil K⁎⁎as był z siebie dumny. Czuł, że dobrze wykonał powierzoną mu przez chujowian pracę – wyrobił w końcu ponad pięćset procent normy, gdyż plany zakładały postawienie choinki o wysokości ledwie dziesięciu metrów. I tylko jedna myśl mąciła jego spokój, spokój wynikający z dobrze wypełnionego obowiązku. – „Jeszcze tylko, k⁎⁎wa, ten j⁎⁎⁎ny prezent kupić.”


Kamil K⁎⁎as niekoniecznie zgadzał się ze wszystkimi planami ogłaszanymi przez Władze Centralne, choć, jako wzorowy obywatel, plany te wypełniał skrupulatnie. Jednym właśnie z takich planów był ogłoszony w tamtym roku program Prezent Plus, który miał na celu niesienie pokoju i miłości pomiędzy obywatelami w mocno spolaryzowanym wówczas społeczeństwie. Program ten polegał na organizacji Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II, w której to loterii każdemu z obywateli wylosowano innego obywatela, dla ułatwienia mieszkańca tego samego powiatu, któremu miał za otrzymany Bon Prezentowy kupić świąteczny prezent. Bon Prezentowy miał wartość pięciuset złotych, co w skali kraju dawało niecałe dwadzieścia miliardów złotych, czyli około dziesięciu procentu rocznego budżetu NFZ, z którego to budżetu zresztą te środki zostały przesunięte. Budżet NFZ na tamten rok i tak się nie spinał i było wiadomo, że będzie z tego powodu medialna awantura, więc Władza Centralna doszła do wniosku, że to w zasadzie żadna różnica, czy wybuchnie ona miesiąc wcześniej czy miesiąc później, a po wprowadzeniu nowego programu przynajmniej pod koniec roku będzie miło. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z kilku względów. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z tego względu, że uważał on, że pieniądze te powinny być przeznaczone na jakiś inny, pilniejszy cel, na przykład waloryzację emerytur, bo taka waloryzacja bardzo by się Kamilowi Kutasowi, który sam był emerytem, bardzo przydała. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi również i z tego względu, że w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Filipa Fiuta, za którym, delikatnie mówiąc, przepadał nieszczególnie. – „No ale: jak mus, to mus. Z władzą się przecież nie dyskutuje” – myślał Kamil K⁎⁎as, choć był taki moment, kiedy zastanawiał się nad tym, kogo zamiast Fiuta wolałby wylosować. Nikt konkretny nie przyszedł mu jednak wtedy do głowy.

*


– „I co ja mam mu kupić?” – już od jakiegoś czasu zamartwiał się Filip Fiut, który w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Kamila K⁎⁎⁎sa. – „Przecież jemu i tak nic nie będzie pasowało.”

Filip Fiut w podstawówce uczęszczał do jednej klasy z Kamilem Ku⁎⁎⁎em. Kamil K⁎⁎as, który mieszkał wówczas dwa domy za Filipem Fiutem często zimą korzystał z jego wykopanego w śniegu tunelu. Filip ciężkimi zimami lat siedemdziesiątych na lekcje przybywał punktualnie, choć przybywał wyczerpany kopaniem dwukilometrowego tunelu w śniegu. Kamil K⁎⁎as również przybywał na lekcje punktualnie, choć zmęczony był znacznie mniej od Filipa. Kamil K⁎⁎as sprawiał wówczas dobre wrażenie przodownika pracy, bowiem to właśnie on odsypywał resztki śniegu w prowadzącym do szkoły tunelu, kończąc ten tunel, który Filip Fiut wykopywał tylko do wysokości sąsiadującego ze szkołą kościoła. Kamil K⁎⁎as do kościoła nie chodził. Partia zabraniała.

Filip Fiut znał więc Kamila K⁎⁎⁎sa od wczesnej młodości, znał go niemal przez całe swoje życie i może właśnie dlatego, że znał go tak długo i tak dobrze, miał tak ogromny problem z wyborem dla niego prezentu. Filip Fiut wiedział, że czego by nie wybrał, Kamil K⁎⁎as i tak będzie niezadowolony. Filip Fiut długo wędrował od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentu, który mógłby sprawić Kamilowi Kutasowi choć odrobinę przyjemności, prezentu, który mógłby spowodować to, że Kamil K⁎⁎as się uśmiechnie. Filip Fiut z niemałym zaskoczeniem uświadomił sobie, że pomimo trwającej niemal sześćdziesiąt lat znajomości, nie ma pojęcia jak wygląda uśmiech Kamila K⁎⁎⁎sa. Filip Fiut rozważał różne warianty prezentów. Rozważał wariant edukacyjny – chciał kupić ładne wydanie Opowieści wigilijnej, ale kosztowało ono mniej niż pięćset złotych, zresztą nie był pewien, czy Kamil K⁎⁎as zrozumiałby przesłanie tej historii. Rozważał wariant medyczny i zastanawiał się nad zakupem rocznego zapasu witaminy D, wiedział bowiem, że Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku*, ale cały chujowski zapas witaminy D został wykupiony przez mieszkańców, którzy wszelkimi sposobami próbowali się bronić przed ogarniającą ten kraj na ponad pół roku pogodową depresją. Filipowi Fiutowi przyszedł do głowy również wariant prezentu skrojonego idealnie pod Kamila K⁎⁎⁎sa, przyszły mu do głowy nawet dwa takie warianty, no ale za pięćset złotych nie da się ani zmodernizować armii na tyle, żeby ponownie zdobyć Berlin, ani nie da się zrobić skutecznej kampanii prezydenckiej tak, żeby Kamil K⁎⁎as mógł zostać zwierzchnikiem sił zbrojnych. W końcu, za radą żony, w przeddzień wigilii, Filip Fiut, nie mając innego wyjścia, dokonał zakupu.

– „Jeśli nie wiesz, co jemu może sprawić przyjemność, kup mu coś, co sprawiłoby przyjemność tobie. No bo co innego możesz zrobić?” – powiedziała Filipowi Krystyna.


*


Nadeszła wigilia. Zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa zgromadzili się na Rynku o godzinie szesnastej i, w porządku alfabetycznym, złożyli pod choinką zakupione dla innych mieszkańców prezenty. Mieszkańcy zjawili się w komplecie. Zjawił się wśród nich i Filip Fiut, który złożył pod drzewkiem pięknie zapakowany w zielony papier z reniferami i przewiązany błyszczącą czerwoną kokardą prezent przeznaczony dla Kamila K⁎⁎⁎sa, choć zrobił to z niepewnością, czy aby na pewno podarunek spodoba się obdarowanemu. Zjawił się też Kamil K⁎⁎as, który rzucił na ziemię owinięty szarą taśmą karton z nabazgranym na nim wysychającym czarnym markerem nazwiskiem Filipa Fiuta.

– „Świecą, sk⁎⁎⁎⁎syny, tymi latarniami, nawet pierwszej gwiazdki nie będzie się dało dojrzeć!” – myślał Kamil K⁎⁎as, kiedy wracał do domu. Zauważył bowiem, że od strony Rynku bije niezwykle jasna poświata. – „Zresztą nie tylko o tę gwiazdkę się tutaj rozchodzi, tutaj Władza Centralna akurat dobrze rozwiązała sprawę i wyznaczyła Narodową Godzinę Rozpoczęcia Wieczerzy na dziewiętnastą, ale te pieprzone latarnie światełka mi na choince przyćmiewają! Już nie mówiąc o tym, ile takie bezsensowne rozświetlanie miasta kosztuje! Po co to tak rozświetlać, kiedy Rozporządzenie mówi, że wszyscy i tak od osiemnastej mają siedzieć w domach? A podatki miejskie ciągle w górę, takiego to, k⁎⁎wa, burmistrza-kretyna kretyni nam wybrali! No nic. Przynajmniej choinka lepsza niż w Uprzejmości, nawet w Echu Chujowskim o niej i mnie napisali. A za rok wybory, to ja sobie w końcu na burmistrza wystartuję i, jak już wygram, to taką wtedy postawię, że aż samego Pana Boga w niebie czubkiem po d⁎⁎ie posmyra!”

Kamil K⁎⁎as był jednak w błędzie, to nie blask latarni rozświetlił tamtego wieczoru chujowski Rynek. Z niekompletnych i chaotycznych relacji żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej oddelegowanych do pilnowania prezentów wywnioskowano później, że na chujowskim Rynku pojawił się wtedy anioł. Ustalono, że pokręcił się chwilę przy choince, zdjął z niej wykonany z włóczki czubek narzekając na to, że ludzie nie wyciągnęli nauczki przy okazji wieży i on teraz znowu musi tę samą robotę odwalać. A później pozamieniał karteczki przy prezentach.


!!! - - - MORAŁ - - !!!:

Aż do Sylwestra Filip Fiut pogrążał się w iście dziecięcej radości, bawiąc się ze swoimi dwoma synami elektyczną kolejką świąteczną pomalowaną w barwy Coca-Coli, której żona od dawna zabraniała mu kupić, bo „przecież były pilniejsze wydatki”. Kamil K⁎⁎as zaś co chwilę wydobywał z kartonu następną ze stu przeciętych w połowie czekolad Wedla i próbował osłodzić nią sobie gorycz kolejnych spędzanych w samotności świąt Bożego Narodzenia, od czego w końcu popsuły mu się zęby.

*

* – Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie – cytat przypisywany hetmanowi Janowi Zamoyskiemu;

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – Maria Konopnicka, Rota;

* – Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku – Kazik, Cztery pokoje;

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

17piorunów

Witam :smiley:

Z lekkim opóźnieniem ...

Otwieram XXIII edycję 🎉:confetti_ball:🎉:confetti_ball:

Temat: Sekrety małych miejscowości/wsi(mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie)

Forma: dowolna

Czas: do 31 Grudnia 2025

Temat nie musi być obyczajowy, może być abstrakcja, komedia, fantastyka. Ciekawa puenta mile widziana :smiley: Ważne żeby główną role odgrywał tu małomiasteczkowy/wiejski klimat i tajemnica.

Powodzonka :pig:

ZASADY:

Wrzucasz opowiadanie w ww. tematyce, okraszone tagami , masz czas do końca miesiąca potem wybiorę zwycięzcę który wygra nagrodę oraz niepowtarzalną okazję poprowadzić następna edycję

Gruba ryba5piorunów

mógłbym napisać ze cztery opowiadania o małych miasteczkach

ale

.....mam w d⁎⁎ie małe miasteczka.

Przepraszam. Nie mogłem się powstrzymać. Już jestem spokojny. 😉

A gdyby ktoś nie znał jednego z moich ukochanych wierszy, to informuję, że nie narzekam, ale parafrazuję.

Bursa Andrzej - SobotaBoże jaki miły wieczór tyle wódki tyle piwa a potem plątanina w kulisach tego raju między pluszową kotarą a...Wierszoteka Ibki - serwis poetycki dla zawodowców i amatorów
Pokaż więcej komentarzy (10)

Mistrz

w Kawiarnia "Za Firewallem"

31piorunów

Ehhh... Moi milusińscy, i kogo tu wybrać...

@KatieWee i @Fletcher wywołali we mnie nutkę nostalgii, @KatieWee spowodowała że zacząłem sobie wspominać jak te 13 lat temu pracowałem w UK, pakowałem mięso do kartonów, pracowałem tam z takim jednym spoko jamajczykiem, sporo Węgrów było, można było się z nimi pośmiać, atmosfera była super :smiley:

U @Fletcher w opowieści widziałem siebie idącego na nockę do pracy (akurat dzisiaj idę, nie chce mi sieeeeeee), wracającego nad ranem do domu, gdzie po całej nocy wskakujesz do ciepłego łóżeczka i przytulasz się do żony, to jest jedno z najlepszych uczuć w życiu, porównywalne z widokiem małego czworakującego szczypiorka który się cieszy na Twój widok jak wracasz z pracy i "biegnie"' na 4 łapach ile ma sił byle szybciej wziąć go na ręce :heart_eyes:.

U @MJB spodobało mi się fajne uniwersum niczym z starship troopers :smiley: chyba też w "miłość, śmierć i roboty" byl odcinek o podobnej tematyce gdzie ludzie odpierali atak robali na jakiejś planecie :grinning: podobają mi się takie klimaty, oj podobają :smiley:

No i mamy jeszcze panią spóźnialska @Cori01 (kupić pani zegarek?! :D). Jej historia długa fajna spowodowała, że cały czas się zastanawiałem co się stanie, czy to plantacja marihuany, czy fabryka narkotyków? Nim dalej tym ciekawiej, co te żydki tam knują?! Aż w efekcie stało się coś o czym w ogóle nie pomyślałem 😛

Więc proszę państwa XXII edycję rzutem na taśmę, wygrywa @Cori01 ( ͡° ͜ʖ ͡°)

gratulacje!

I zapraszam do wybrania kolejnego tematu XXiii już edycji tej pysznej rozrywki :smiley:

Do każdego z Państwa biorącego udział w tej edycji napisze dzisiaj wieczorem wiadomość priv. Bo chciałem wam wysłać jakiś mały podarczek ode mnie :smiley:

Wirtuoz2piorunów

@cebulaZrosolu Dzięki za organizację :grinning: Może uda się coś naskrobać w następnej edycji 😉

GURU1piorunów

@cebulaZrosolu

małego czworakującego szczypiorka który się cieszy na Twój widok jak wracasz z pracy i "biegnie"' na 4 łapach ile ma sił byle szybciej wziąć go na ręce

Zapisuj te momenty, rób zdjęcia, zanim minie. Ech... Ja już prawie, no nie zapomniałem, ale mnie wzięło na wspomnienia. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (12)

Osobistość

w Kawiarnia "Za Firewallem"

16piorunów

BEZ CELU

Dzisiejszego wieczora widoczność była słaba, zbyt słaba jak na prowadzenie obserwacji. Jesienna aura dawała się we znaki nie tylko uciążliwą i gęstą jak zsiadłe mleko mgłą, ale także przeszywająco zimnym wiatrem. Drobne i szczupłe ciało Kornelii nie było zbyt odporne na niskie temperatury, zwłaszcza podczas jazdy rowerem. Jednak nie była to dziewczyną, którą łatwo można było zniechęcić do działania. Jeśli obrała sobie jakiś cel, niestraszne były jakieś nic nieznaczące przymrozki, „Pogoda? dlaczego coś tak losowego miałby mnie pokonać?” – Powtarzała to sobie za każdym razem, kiedy jej ciało za wszelką cenę próbowało zatrzymać ją w ciepłym, choć nudnym łóżku pod kocykiem. Bycie solidną i twardą było dla niej czymś więcej niż samorozwojem i pracą nad charakterem to było jej credo. Czuła, że właśnie taka musi być, niezależnie od warunków.

Nie była to pierwsza wizyta Kornelii przy tym obiekcie. Już od dłuższego czasu planowała eksplorację opuszczonego budynku, który w skali trudności Ubrexu, o ile by taka istniała, znajdowałby się wysoko ponad przeciętną. Mimo nastoletniego wieku dobrze wiedziała, co robi. Odkąd samodzielnie mogła zwiedzać okolice to co najbardziej ją interesowało to dreszczyk emocji podczas chodzenia po opuszczonych miejscach. Po czym rozwinęła u się u niej chęć i pasja do poznawaniem ich historii i przeznaczenia. Mogła się pochwalić licznymi osiągnięciami w tej dziedzinie, nie tylko jako typowa turystka znanych w tym środowisku obiektów, lecz także odkryciem kilku nowych, o których nikt wcześniej nie wiedział. Uczycie bycia tą pierwszą, może nie był tym samym co czuł Neil Armstrong stawiający pierwsze kroku na Księżycu, ale w jej świecie było ono równie bezcenne. Zwykle nie były to imponujące budynki, często były to po prostu opuszczone domostwa, zapomniane i zarośnięte, powoli niknące w objęciach matki natury. Pożerane przez lasy i łąki.

Nowy cel, który sobie obrała, nie należał do tych nieznanych, pozbawionych zainteresowania czy okolicznych mieszkańców czy ludzi z jej świata. Problem polegał na tym, ze wejście na jej teren było trudne i zwyczajnie nielegalne. Mimo, ze to była opuszczona od kilku dekad fabryka, z której oprócz dzikich gołębi i nietoperzy nikt nie korzystał. Często ktoś o niej wspominał w mediach społecznościowych pod znanymi jej tagami. Łatwo więc było jej wysnuć wniosek, ze nie tylko ona się nią interesuje, ale być może to ona pierwsza odważy się zaryzykować i „postawić” tam swoją flagę jak nieustraszony zdobywca ośmiotysięcznika. Początkiem procesu eksploracji zwykle było poznanie historii miejsca. Niewiele jednak była w stanie ustalić poza tym, że fabryka została całkowicie opuszczona w latach dziewięćdziesiątych i wciąż znajduje się w posiadaniu nieznanego nikomu milionera, który zdeterminowanie nie pozwala na dewastację obiektu. Przez co w przeciwieństwie do innych tego typu lokacji, ta jest niezbyt umiejętnie, ale jednak strzeżona i zabezpieczona.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że każde źródło podawało zupełnie inne przeznaczenie produkcyjne tego molocha. Spójne było głównie to, że przetwarzano tam aluminium, choć to tylko szczątkowa informacja, nie tłumacząca w zasadzie nic konkretnego. Mimo że mieszkała od fabryki niespełna 20 kilometrów, w lokalnej społeczności była ona jak widmo. Nikt o niej nie mówił, nikt nic nie słyszał, nikt tam nie pracował, mimo że zamknięto ją zaledwie trochę ponad trzydzieści lat temu. Jedna z plotek głosiła, że fabryka nigdy nie została uruchomiona. Wybudowano ją, lecz zanim pierwsze taśmy ruszyły, właściciel splajtował i obiekt pozostawiono w nienaruszonym stanie, z nadzieją, że ktoś go wykupi. Kornelia czuła, że ta plotka może mieć w sobie ziarno prawdy, zwłaszcza w kontekście szczątkowych informacji na jej temat.

…………...

Dawała sobie jeszcze dwadzieścia minut na względne przyjrzenie się zabezpieczeniom. Druciany płot w wielu miejscach był dziurawy, więc wejście na teren fabyrki nie powinno stanowić problemu. Gorzej z czujnikami ruchu, choć część z nich wydawała jej się oczywistymi atrapami. Każdą obserwację skrupulatnie zapisywała w notatniku, po czym rzuciła ostatnie spojrzenie na ponury szereg rdzewiejących, wąskich kominów, po czym ruszyła w drogę powrotną do domu. Wyczerpana padła na łóżko, ostatkiem sił zmuszając się, by wstać, wziąć prysznic i umyć zęby, wszystko z uczuciem walki z samą sobą i słabnącą z każdą minutą silną wolą. Kojący prysznic zdziałał jednak cuda i otrzeźwił ją. Wydobył z niej energie, która gdzieś tam w głębi jej drobnego ciała. jeszcze się kumulowała. Usiadła do biurka i poruszona weną zdołała jeszcze przed snem zaplanować eksplorację na przyszły tydzień. Niedziela wydawała się odpowiednim dniem. Jeśli faktycznie istniała tam jakaś ochrona, to pod koniec tygodnia mogła być po prostu mniej czujna. Intuicyjnie coś nie dawało jej spokoju. Zasypiając czuła, jakby o czymś zapomniała, jakby brakowało jednego puzzla, którego nie mogła odnaleźć, a poczucie niedokończonej układanki wprawiało ją w trudny do opisania dyskomfort, z którym ciężko było wygrać.

……………...

Wyczekiwanie niedzieli wydłużało każdą nudną i trudną do zniesienia chwilę na bezużytecznych lekcjach prowadzonych przez jeszcze bardziej znudzonych i wypalonych nauczycieli. Jedyne, co ją pocieszało, to świadomość, że to ostatni rok tego przymusowego kołchozu zwanego szkołą i wkrótce będzie wolna, a przynajmniej chciała w to wierzyć. Przerwy między zajęciami wypełniała planowaniem kolejnych punktów zwiedzania. Obiekt był duży i wiedziała, że jeden dzień to za mało, by wszystko dokładnie zbadać. Istniała taka możliwość, że się rozczaruje i za murami znajdzie jedynie puste hale, pozbawione duszy i zaklętych w porzuconych przedmiotach historii, których tak bardzo pragnęła doświadczać. W planie wyznaczyła sobie zwiedzanie głównej hali produkcyjnej oraz biur operacyjnych, w których mogła natrafić na plany i informacje dotyczące produkcji. Wiedziała jednak, że jej oczekiwania są bardziej marzeniami niż realnym scenariuszem, który może ją spotkać na miejscu.

Wstała wcześnie rano, zanim jeszcze nastał świt. Przygotowana, pewna swego z całym zestawem niezbędnego wyposażenia „małego poszukiwacza przygód”. Ruszyła w drogę. Fabryka była położona na zupełnym odludziu, wokół nie było, żadnych budynków, domostw, czy gospodarstw, a nawet sypiącej się ambony łowieckiej. Jak zdziczały pustelnik straszył ten kolos zdezorientowanych grzybiarzy. Jadąc, mijała gęste lasy, droga dojazdowa była niemal w całości pochłonięta przez zarośla. Asfalt ledwo przebijał spod suchych liści i martwych, wysuszonych resztek roślin. W okolicy panowała cisza, a w oddali słychać było jedynie krakanie wron. W ciele dziewczyny narastał dreszcz emocji, który z każdą minutą przeradzał się w ekscytację, im bliżej celu się znajdowała. Gdy była już niemal na miejscu, ukryła rower w zaroślach na skraju lasu. Następnie ruszyła przed siebie przez pustą przestrzeń otaczającą blaszanego potwora, który w różowym blasku wschodzącego słońca wydawał się jeszcze bardziej potężny i tajemniczy.

Wejście na teren fabryki, jak przypuszczała, nie było trudne. Zgodnie z planem ominęła kamery i czujniki ruchu, nawet te które wyglądały na atrapy, ale „jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony” – pomyślała i ostrożnym krokiem ruszyła dalej prosto w bebechy potwora, z którym już nie trzeba walczyć. Przecisnęła się przez luźno zamknięte masywnym łańcuchem metalowe drzwi i włączyła świecącą lichym światłem latarkę, która ułatwiła jej poruszanie się w ciemnych pomieszczeniach. Prawdopodobnie weszła od strony wejścia dla pracowników fizycznych. Mijała zakurzone i zardzewiałe szafki, przypominające te ze starych szkół. Obok znajdowało się wejście do łazienek, lecz nie było w nich nic poza kafelkami i dziurami w podłodze po wyrwanych muszlach toaletowych. Nie znalazła żadnych osobistych przedmiotów. Szafki były puste i poza rdzą nie nosiły żadnych śladów użytkowania. Żadnych naklejek, inicjałów, niczego, co wskazywałoby na kiedyś tętniącą życiem szatnię pełną pracowniczej energii i humoru. Ze ścian odklejała się farba olejna, łuszcząc się płatami i opadając na podłogę, stanowiąc poza kurzem jedyny brud zalegający na korytarzach budynku. Wszystko było jak zamrożone w czasie. Nikt niczego nie zmienił, tylko czas, zniekształcił to co potrafił najlepiej. Poruszała się ostrożnie długimi korytarzami, zaznaczając kawałkami żółtej odblaskowej taśmy drogę powrotną. W końcu dotarła do ogromnej hali, a uczucie, które ją ogarnęło, było dokładnie tym, dlaczego tak bardzo kochała to, co robi.

Widok zaparł dech w jej piersiach. Przez świetliki w dachu halę oświetlało skromnie poranne słońce, przebijając się przez zawieszony w powietrzu kurz i pył. Światło odbijało się od ogromnych stalowych kadzi i taśm produkcyjnych, które budziły podziw nad tym, jak ogromne konstrukcje potrafi stworzyć ludzka ręka. Wszystko to jednak wydawało się dla dziewczyny zbyt sterylne i nie rozumiała, jakim cudem nikt z tego nie korzysta. Wiedziała, że coś takiego musi mieć ogromną wartość. A to po prostu stoi sobie nieużywane i zapomniane, obrastając kolejnymi warstwami kurzu, z których niczym dendrolog ze słojów można wyczytać wiek tego miejsca. Wszystko to, nie pasowało jej do typowego urbexu, z jakim miała do czynienia i o jakim czytała oraz słuchała. Było to zbyt idealnie. „Przecież nie była na końcu świata, a brak tu nawet jakichkolwiek śladów zwykłych wandali” – Pomyślała czując niepokój. Dojechała tutaj rowerem, tak jak każdy inny mógł to zrobić. Liczyła, że będzie tu jako pierwsza eksploratorka, ale nie pomyślała, ze będzie pierwsza w ogóle. Ta myśl nie dawała jej spokoju, lecz czuła, że nie ma teraz czasu, by analizować te odchylenie od normy.

Podeszła do jednej z taśm, próbując znaleźć opisy tego, co oglądała. Nie miała na koncie wielu fabryk, ale wydawało jej się logiczne, że linie produkcyjne musiały być jakoś podpisane i oznaczone, czego wymagało BHP, o ile w latach dziewięćdziesiątych było takowe wymagane. Znalazła panel sterowania wykonany z błyszczącego metalu przypominającego miedź. Gałki były ubrudzone grudkami jasnoszarego metalu, a nad nimi znajdowała się tabliczka z wytłoczonym napisem. Nie mogła jednak go odczytać. Był w nieznanym jej języku. Nie interesowała się obcymi językami, ale ten zdecydowanie nie przypominał żadnego europejskiego. Alfabet nie wyglądał jak cokolwiek, co znała. Wydało jej się to chyba najdziwniejsze w całym obiekcie, a przecież miała przed sobą masę innych pomieszczeń. Zrobiła zdjęcia hali i tabliczki, po czym ruszyła dalej, szukając po drodze informacji w języku polskim, lecz mijała jedynie napisy wykonane tym samym nieznanym alfabetem. Zmieniła kierunek na schody prowadzące na andresolę z licznymi drzwiami oznaczonymi również obcymi symbolami. Wchodząc, zatrzymała się zahipnotyzowana widokiem na halę. Z wyższej perspektywy, wzrokiem mogła objąć całą przestrzeń i potęgę, jaka w niej tkwiła. Aby jednak nie stracić poczucia czasu, skupiła się na tym, co miała przed sobą. Było to pięć par drzwi, które zamierzała przeszukać jedno po drugim.

Pierwsze drzwi były niestety zamknięte i to na tyle mocno, że nawet nie drgnęły, gdy próbowała je otworzyć siłą. Kolejne za to ustąpiły bez żadnego trudu i prowadziły do pomieszczenia pełnego kartonów z aluminiowymi odlewami czegoś, czego nie potrafiła do niczego zaklasyfikować. Poza jednym elementem, po który jej dłoń, okryta skórzaną rękawiczką, sięgnęła niemal mimowolnie. Była to aluminiowa maska przypominająca te znane z opisów średniowiecznych tortur. Nie miała wyraźnych rysów twarzy, jedynie otwory na oczy i lekko zarysowany nos i zamknięte usta. Zasada, której trzymała się najpilniej ze wszystkich niepisanych zasad jej pasji, była prosta: „nigdy nie zabieraj pamiątek z urbexu”. Tym razem jednak jej nie posłuchała. Schowała maskę do plecaka i ruszyła w kierunku kolejnych drzwi, licząc, że nie zamieni się w zielonogłowego żartownisia z wielkimi białymi zębami i żółtym garniturem.

Kiedy złapała za klamkę kolejnych drzwi, usłyszała w oddali, jak coś zbliża się do niej – ciężkie kroki. Ich dźwięk niósł się echem przez korytarze, nie dając możliwości namierzenia kierunku, z którego dochodziły. Jedyne, co pomyślała, to że to może być ochroniarz, i szybko ruszyła w kierunku drogi, którą tu przyszła, zwinnie zbierając za sobą pozostawiane naklejki z taśmy. Nie czuła, żeby ktoś ją zauważył, ale wiedziała, że zwlekanie z opuszczaniem tego miejsca mogłoby tylko sprowadzić kłopoty. Wiedziała, że mogła zostać usłyszana. Puste pomieszczenia wzmacniały każdy dźwięk, a jej kroki również odbijały się echem od wszystkich ścian niczym kamień wrzucony do studni. Kiedy w końcu wyszła, słońce było już u szczytu. Dzień był jasny i słoneczny. Wracając, wciąż myślała o tym, co zobaczyła, i o masce, która ciążyła jej na sumieniu.

……………….

Podczas niedzielnego obiadu z rodzicami była wyjątkowo cicho. Zaniepokojona jej nietypowym zachowaniem mama zapytała, czy wszystko w porządku. Pytanie to dla Korneli było jakby usłyszane, z dala, gdzieś obok niej umknęło niezauważone. Aktualnie nie istniało dla niej nic innego oprócz, dręczących ją myśli i zagadek, które czuła, ze musi rozwiązać za wszelką cenę. Z apetytem szybko zjadła to co było podane, podziękowała rodzicom udała się do swojego pokoju, aby przejrzeć fotografie i rozszyfrować napisy, które były dla niej tajemnicą, ale nie powinny być tajemnicą dla internetu. Wrzuciła zdjęcia do wyszukiwarki i poprosiła sztuczną inteligencję o przetłumaczenie tego, co znajdowało się na tabliczkach. SI zasugerowała, że jest to hebrajski. Niestety tłumaczenie nie było zbyt sensowne. „Lepsze to niż nic” – wymamrotała pod nosem. Jedyne co potrafiła z tego zrozumieć to coś o bezwzględnym wykonywaniu rozkazów i posłuszeństwie ponad wszystko. Uznała, że to jakiś błąd w tłumaczeniu albo żart pozostawiony przez kreatywnych „turystów”.

Zbliżał się wieczór, a dziewczyna wciąż nie mogła uspokoić swoich emocji. Wszystko w niej buzowało od podniecenia i ekscytacji, jakiej nigdy wcześniej nie czuła, mimo sporego już doświadczenia. Kładąc się do łóżka, odczuwała wyrzuty sumienia – zabrała przedmiot, który powinien pozostać nienaruszony, złamała swoją złotą zasadę i wiedziała, że to może tylko ją popchnąć do dalszego gromadzenia pamiątek z miejsc, które powinny zostać zatrzymane w czasie, a nie ograbiane. Czuła, że musi tam wrócić i odłożyć maskę na miejsce. Wiedziała, że jeżeli tego nie zrobi, jak zasady runą jak kostki domina, jedno po drugim. Wzięła maskę do ręki i przyjrzała się jej jeszcze raz dokładnie. To, co przykuło jej uwagę, to niewielka tabliczka zamocowana wewnątrz czoła maski, z krótkim napisem, prawdopodobnie w języku hebrajskim. Napis był mocno zatarty i nie znając języka, nie była w stanie odgadnąć, jakie symbole tworzył, by wrzucić je do tłumacza. Poza tym nie dostrzegła żadnych innych charakterystycznych elementów. Odłożyła przedmiot do plecaka i poszła spać.

Sen przyszedł z trudem i był niespokojny. Śniły jej się okropne koszmary. Jednak ich obraz ulatywał od razu po przebudzeniu. A Wybudzała się kilkukrotnie, zlana potem i roztrzęsiona. Słyszała w sobie wewnętrzny głos, czuła go wyraźnie, czuła też, że musi zrobić coś absolutnie szalonego. Wstała z łóżka. Na zewnątrz panowała całkowita ciemność, lecz to jej nie powstrzymało. Ubrała się w ciepłe ubrania, zabrała jeszcze nierozpakowany plecak i po cichu wyszła z domu, tak by nie obudzić rodziców. Wsiadła na rower i ruszyła w tym jednym kierunku, który ją wołał. Ulice były całkowicie puste, a ona mknęła przez ponure, ciche alejki i mroczny las. Słyszała w głowie, jak zahipnotyzowana, dźwięki tłoków i kucia żelaza, które z każdym kilometrem w pobliżu celu zdawały się stawać coraz wyraźniejsze.

Noc była ciepła, a południowy, suchy wiatr ogrzewał jej rumiane policzki. Kiedy dotarła do celu, nie dbała o ukrycie roweru, zostawiła go pod ogrodzeniem w kierunku fabryki, a jej uwagę przyciągało mistycznie migoczące światło w jednym z pomieszczeń. Strach przed ochroniarzem zupełnie jej już nie blokował. Ruszyła odważnie, pewna siebie, drogą, którą już znała. W momencie, gdy weszła na teren fabryki, wszystko nagle zamarło w jej głowie. Dźwięki ucichły, a ciało oblał dreszcz strachu i przerażenia, jakby dopiero teraz dotarło do niej, jak wielką głupotę popełnia. Jednak coś wciąż ciągnęło ją do przodu, w kierunku światła, które ją wołało. Miejsce było takie samo jak wczoraj, z jednym istotnym wyjątkiem, panowało w nim ciepło, bijące od kotłów i kadzi. Gdy je dotknęła, były niemal gorące. Żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodziło jej do głowy, poza jednym, „to miejsce wcale nie było opuszczone, jak wszyscy myśleli”.

Źródłem światła było biuro, które wcześniej zapamiętała jako szczelnie zamknięte, tym razem drzwi były uchylone. Przebijały przez nie ciepłe, stłumione promienie lichej lampy. Wchodząc po schodach, jedynym dźwiękiem było echo uderzeń twardych podeszwy butów o stalowe stopnie, nic poza tym. Żadnych niepokojących kroków ochroniarza. Podchodząc do otwartego, tajemniczego pomieszczenia, nie wiedziała, czego się spodziewać, jaki sekret tam odkryje ani kogo może w nim ujrzeć. Gdy chwyciła za klamkę, nagły blask światła ją oślepił. Nie widziała nic wokół, oczy piekły ją od jaskrawego światła, które całkowicie zdezorientowało jej koordynację ruchową. Po chwili upadła na ziemię, uderzając głową o twardą, betonową podłogę.

…………….

Obudziła się, czując słony smak krwi z rozbitej wargi. Światło w pomieszczeniu było tak jasne, że przez dłuższą chwilę jej źrenice nie mogły nabrać ostrości. Gdy w końcu to się stało, zaczęła dostrzegać, w jak trudnej sytuacji się znalazła. Nie przerażało jej nawet to, że siedzi na dużym, jasnometalicznie zabarwionym, masywnym krześle przypominającym tron, lecz fakt, że znajduje się w olbrzymim pomieszczeniu, którego końca ani okien nie widać. Jedynym źródłem światła był olbrzymi reflektor zawieszony nad jej głową, który padał bezpośrednio na nią. Kiedy wszystkie jej zmysły zaczęły wracać do równowagi, w oddali usłyszała powolne, ciężkie kroki, o takim samym tonie jak przy pierwszej wizycie. Z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. W końcu dostrzegła, jak z ciemności wyłania się ponadnaturalnie wysoka postać o masywnej budowie. Im bliżej się znajdowała, tym bardziej nie dowierzała własnym oczom. Pomyślała, że być może to sen albo uderzenie o podłogę namieszało jej w głowie. Twarz olbrzyma była czymś, co już wcześniej widziała. Było to lico, znane jej z maski, którą nosiła w plecaku. Teraz stało przed nią i patrzyło czarnymi oczami, z których blado przebłyskiwały drobne, białe źrenice niczym światełka zasilane wyczerpującą się baterią. W Korneli obudziła się mała dziewczynka, już nie tak odważna i pewna siebie, której jedynym sposobem samoobrony był głośny płacz, od którego z trudem się powstrzymywała. Wiedziała, że to nie człowiek, na nią patrzy, lecz coś żywego, co poruszało się nieprzerwanie w jej kierunku, będąc już na tyle blisko, że mogłaby go dotknąć dłonią. Jej ręce jednak ze strachu straciły wszystkie siły witalne, pozostając jak posąg, który zastygł nie mając zamiaru zmieniać swojej pozycji. Postać nachyliła się do niej jeszcze bliżej, patrząc prosto w jej oczy. Jej nos niemal dotykał metalicznej twarzy. Wtedy nagle coś w niej ożyło na nowo, Odwaga i werwa wróciły ze zdwojoną siłą. Dziewczyna gwałtownie zerwała się na nogi, chcąc uciec przed topornym ciałem blaszanego potwora, lecz on zareagował szybciej, niż zdążyło to zarejestrować jej oko. Chwycił ją ciężkimi dłoniami za ramiona, tak że jej nogi ugięły się pod nią i opadła bezsilnie z powrotem na miejsce. Jej ciało drżało, lecz czuła, że nie ma nic do stracenia. Wykrzyczała do niego twardo i stanowczo.

-CZEGO ODE MNIE CHCESZ?!

Potwór spojrzał na nią tak, jakby jego spojrzenie wydawało się łagodniejsze. Nie widziała w nim zła. Gdyby chciał jej coś zrobić, już dawno by się jej pozbył. Jedną dłonią mógłby zgnieść jej czaszkę bez większego wysiłku, a jednak tego nie zrobił, nawet gdy próbowała uciec. Jego wzrok skierował się w ciemność, a potem ponownie na nią. Dotknął jej czoła i palcem „napisał” jakieś słowo składające się kolejno z liter EMET. Nie wiedziała, co to znaczy, i wcale ją to nie dziwiło. Nic z tego, co działo się wokół niej, nie miało najmniejszego sensu. Odpowiedziała tylko łagodnym, cichym westchnieniem:

-Nic nie rozumiem…

Mimo że potwór jej nie odpowiedział, zdawał się rozumieć, co do niego mówi. Schylił głowę i ruszył z powrotem w ciemność. Kornelia wolnym krokiem wstała i poszła za nim. On jednak odwrócił się w jej stronę i gestem dłoni, niczym policjant na drodze, nakazał jej zostać w miejscu. Zatrzymała się i czekała, wpatrzona w ciemność, w której olbrzym powoli tracił swoje kontury.

Rozsądek podpowiadał jej, że to najlepszy moment na ucieczkę, choć nawet nie wiedziała, w którą stronę biec. Intuicyjnie czuła jednak, że jest bezpieczna i że znalazła się tutaj nie bez powodu. Po chwili poczuła, jak podłoga pod jej stopami zaczyna drżeć, a pomieszczenie wypełnia hałas marszu setek, ciężkich metalowych stóp. Adrenalina nie ze strachu, lecz z podniecenia tym, co się właśnie działo, opętała ciało nastolatki. Nasilając się, gdy przed jej oczami pojawił się widok którego nie wymyśliłaby sobie jej umysł nawet w najbardziej oderwanych od rzeczywistości snach. Armia wybrakowanych olbrzymów o jednakowych twarzach zmierzających w jej kierunku nierównym krokiem. Cześć z nich była pozbawiona nóg, włócząc korpus ramionami po betonowej podłodze. Przyglądając się dokładniej, Kornelia dostrzegała u każdego z nich jakieś braki i uszczerbki w ich topornej konstrukcji. Nie był to przerażający widok, a smutny, czuła litość i chęć pomocy, „ale jak pomoc komuś kto nie jest z krwi i kości?”

Gdy byli już niemal u jej stóp, zatrzymali się rytmicznie, jak nakręcane, zsynchronizowane zabawki. Po czym wszyscy schylili głowy i uklękli, a przynajmniej Ci, którzy byli jeszcze do tego zdolni przed kruchą dziewczyną. Nie wiedziała, jak reagować, co robić. Myśli w jej głowie stawały się coraz bardziej chaotyczne i pełne pytań. Cała sceneria wyglądała tak, jakby stała się królową olbrzymich niepełnosprawnych blaszaków, które nawet nie potrafią mówić. Nie wiedziała, czym są, kto je skonstruował, ani dlaczego akurat ona była tą, przed którą wszyscy klękają. Podeszła do najbliżej stojącego blaszaka. Wzrok reszty poruszał się za nią synchronicznie. Dotknęła go i poczuła chłód jego ciała. Nie było w nim życia, jakiego się spodziewała, ale też nie było tam pustki. Miały w sobie coś, co sprawiało, ze ma się do czynienia z świadomą istotą Odwróciła się plecami do olbrzymów i ruszyła w stronę tronu, szukając wyjścia. Armia ruszyła za nią. Zatrzymała się i oni też się zatrzymali.

-ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU! – krzyknęła z irytacją, niczym do rodziców dręczących ją pytaniami o późny powrót do domu. „Właśnie rodzice…” pomyślała. Musieli się o nią martwić. Nawet nie wiedziała, jak długo tu jest. Telefon wraz z jej rzeczami musiał zostać w pomieszczeniu, w którym straciła przytomność.

Armia stanęła w bezruchu, wysłuchując jej rozkazu. Wtedy była już pewna, że rozumieją jej słowa, lecz nie może liczyć na odpowiedź zwrotną. Stanęła przed nimi i powiedziała:

-Niech wyjdzie przed rząd ten, który był przy mnie jako pierwszy!

Nagle z tłumu powoli wyłonił się najlepiej ze wszystkich zachowany olbrzym i ze spuszczoną głową podszedł do swojej Pani, czekając na dalsze rozkazy.

-Nie możesz mówić?

Pokiwał głową twierdząco.

-To pokaż mi, czym jesteście i czego ode mnie chcecie.

Olbrzym odwrócił się i zaczął podążać przed siebie, ociężałym krokiem wyraźnie oczekując, że jego Pani pójdzie za nim. Szli wąskim korytarzem, który niczym podziemny tunel ciągnął się stromo w górę.

-Jesteśmy pod ziemią?

Olbrzym ponownie pokiwał twierdząco głową.

Szli tak około piętnastu minut, zanim dotarli do miejsca, w którym straciła przytomność. Pomieszczenie już nie było wypełnione jaskrawym światłem, jedynie blado świeciła się żarówka, której światło nie obejmowało w całości przestrzeni, w której się znajdowali. Nie było ono duże, nie większe niż przeciętny salon w PRL-wskim bloku. Było ono głównie wypełnione książkami i segregatorami, a na środku stało masywne, drewniane biurko kreślarskie, zapewne należące kiedyś do jakiegoś zapalonego inżyniera. Olbrzym wyciągnął jedną z ksiąg i rozłożył ją na biurku. Spojrzał na swoją Panią, sugerując, by podeszła bliżej i przyjrzała się temu, co próbował jej pokazać. Był to nie do końca zrozumiały dla niej instruktaż specjalistyczny, pełen technicznych rysunków i opisów w języku hebrajskim. Jednak przeglądając strony, dostrzegła powtarzające się schematy i symbolikę. Był to przepis na stworzenie bytu, który stał przed nią, istoty równie mocnej i potężnej jak posłusznej.

Powoli zaczynam rozumieć, wyszeptała dotykając dłoni potwora. Ten jednak jedynie spojrzał na nią niewzruszenie. „choć jakie emocje w ogóle jesteś stanie pokazać” – pomyślała, ze współczuciem. Zrobiło jej się szkoda tych setek samotnych w swojej istocie blaszaków. „Co oni muszą czuć, wiedząc, że ich życie to tylko zlepek projektów i dziwnych rytuałów. Nie ma w tym nic głębokiego ani wyniosłego, są stworzeni tylko po to, by służyć” Chwilę zastanawiała się, co robić dalej. Przecież nie mogła ich tak po prostu zostawić samych, żeby korozja zamieniła ich w pył. Ale co mogła zrobić oprócz próby zrozumienia ich istnienia. „jak mam wam pomóc co mam zrobić?” – pytanie drążyło ją panicznie w jej przeciążonym od tego wszystkiego umyśle.

Olbrzym odwrócił się i ruszył w kierunku klasycznej czarnej tablicy, rodem z dawnych szkół. Niezdarnie krzątał się po pomieszaniu szukając kredy, której nie znalazł na półce pod tablicą. Jego niezdarność rozczulała dziewczynę i wywoływała uśmiech politowania. Czekała jednak cierpliwe na efekt jego poszukiwań i to co za pomocą kredy chciał jej wytłumaczyć. Kiedy ją znalazł już pewnym krokiem ruszył do miejsca docelowego, pisząc coś pięknym technicznym pismem, ku wielkiemu zdziwieniu Korneli w języku polskim. Powoli litery układały się w słowa, a słowa w zadnie, proste i odpowiadające na pytanie, którego nawet nie wypowiedziała na głos.

„OBDARZ NAS SENSEM ISTNIENIA”

PS: przepraszam za lekką obsuwę :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (2)