Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#piechuroglada

Gruba ryba

w Filmy

14piorunów

571 + 1 = 572

Dziś w :popcorn: coś dla tych, którzy lubią pozytywne historie.
----------
Tytuł: Julie & Julia
Rok produkcji: 2009
Reżyseria: Nora Ephron
Kategoria:
Czas trwania: 123 min
Moja ocena: 7/10

Wkraczająca w czwartą dekadę życia urzędniczka poszukuje zajęcia, które pozwoli jej uwierzyć we własne siły. W tym celu zakłada kulinarnego bloga, którego głównym motywem staje się odtworzenie potraw zawartych w poradniku sławnej amerykańskiej kucharki, Julii Child.

Lekka opowieść o dwóch kobietach żyjących w różnych czasach, których pasją stało się gotowanie. Opowieść o tym, że nad umiejętnościami robienia czegoś trzeba ciężko pracować i nikt nie rodzi się z gotową wiedzą, a także, że upór i wytrwałość ostatecznie popłacają. Meryl Streep jest świetna, choć z początku jej postać wydała mi się nieco przesadzona, jednak zwyczajnie kradnie każdą scenę i jej prezencja na ekranie jest niesamowicie mocna i wyraźna. Stanley Tucci wydawał mi się jakiś nieobecny i mało zaangażowany. Amy Adams po prostu ok. W opowieści brak jest większych dramatów dużego kalibru, momentami wydaje się bardzo naiwna, ale traktuję ją jako taką typową feel-good story. Polecam osobom szukającym czegoś przyjemnego i niezbyt wymagającego.

Gruba ryba

w Filmy

12piorunów

527 + 1 = 528

Niezły Meksyk w :popcorn:
----------
Tytuł: Frida
Rok produkcji: 2002
Reżyseria: Julie Taymor
Kategoria:
Czas trwania: 123 min
Moja ocena: 7/10

Film biograficzny opowiadający fragmenty z życia i twórczości ekscentrycznej artystki Fridy Kahlo oraz jej skomplikowanego życia romantycznego.

Dobrze zagrany, dobrze nakręcony obraz opowiadający o nietuzinkowej postaci. Podobało mi się, że nie był zrobiony od szablonu i próbował czegoś nowego wplatając od czasu do czasu elementy wizualne z obrazów Fridy. Salma Hayek świetnie ją zagrała, podobała mi się także gra aktorów wcielających się w rodziców Fridy. Alfred Molina, odtwarzający postać potężnego Diego Rivery był ok, jego gra nigdy nie wzbudza we mnie jakichś większych emocji (choć w roli King Konga był fantastyczny). Ogólnie interesująca biografia, która mnie osobiście zachęciła do zapoznania się z tym "jak to było naprawdę". Polecam tym, którzy mają ochotę wkroczyć do nieco dziwnego, ale ciekawego świata.

Gruba ryba

w Filmy

10piorunów

491 + 1 = 492

Zapraszamy do :popcorn: na film od Tarantuli.
----------
Tytuł: Django Unchained
Rok produkcji: 2012
Reżyseria: Quentin Tarantino
Kategoria:
Czas trwania: 165 min
Moja ocena: 6/10

Były niewolnik łączy siły z łowcą nagród niemieckiego pochodzenia w celu uwolnienia jego żony z rąk okrutnego plantatora.

Mam od dłuższego czasu problem z filmami ze stajni Tarantino, bo niby wszystko po staremu: spowolnienia akcji, budowanie napięcia, dialogi, obrazowa przemoc, pastisz, oddawanie hołdu staremu, wizualnie ciekawe rozwiązania i tak dalej, i tak dalej. Krótko mówiąc: oglądając jego dzieła od razu wiadomo, że to jego dzieła, co duża część osób określa stwierdzeniem, że stał się parodią samego siebie. Trudno się z tym trochę nie zgodzić, jeśli się go lubi, to po prostu się go lubi. Jednak dla mnie w tym filmie czegoś zabrakło, a czegoś było za dużo. Za dużo było dziwnych wstawek, czy to retrospektywnych, czy przedstawiających niektórych bohaterów, czy też "humorystycznych". Ogólnie ten humor najmniej mi się podobał, wydawał mi się zbyt wymuszony i nieco żenujący. A co się tyczy tego, czego brakło, to (w mojej opinii) charyzmy głównemu bohaterowi, którego grał Jamie Foxx. No jak to możliwe, że postaci, które dosłownie przemknęły przez ekran miały więcej magnetyzmu? Przykład: były właściciel Django, czy też jeden z białych handlarzy pod koniec filmu. Naprawdę dziwna sprawa, ale nie aż tak niespotykana u Quentina. Końcówka też była mało klimatyczna, jej umiejscowienie w mroku jakoś dziwnie skurczyło finał, który stracił swoją "kinowatość". Za to na duży, ogromny plus rola Samuela L. Jacksona, który grając Stephena wspiął się na wyżyny swojego aktorstwa. Polecam fanom Tarantino oraz tym, którym nie przeszkadza przemoc na ekranie.

GURU22piorunów

@Piechur aż muszę sobie odświeżyć ten film, bo raczej pozytywnie go zapamiętałem, ale to było już jakiś czas temu i jestem ciekaw czy będę miał podobne odczucia jak Ty

Gruba ryba1piorunów

@pingWIN Nie mogę powiedzieć, że to jest zły film, bo nie jest i fragmentami na prawdę daje radę, ale coś mi jednak nie do końca pasowało. Btw, panowie, o których pisałem: Bruce Dern i Michael Parks.

Fenomen7piorunów

Dla mnie to jeden z najlepszych filmów Tarantino, z dodatkowym plusem za genialny soundtrack, regularnie go słucham

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Filmy

27piorunów

489 + 1 = 490

Kolejny Indiana, kolejny :popcorn:
----------
Tytuł: Indiana Jones and the Temple of Doom
Rok produkcji: 1984
Reżyseria: Steven Spielberg
Kategoria:
Czas trwania: 118 min
Moja ocena: 4/10

Dziwnym zbiegiem okoliczności Indiana Jones trafia do indyjskiej wioski, z której skradziono pradawny kamień o magicznych właściwościach. Postanawia pomóc mieszkańcom i wkrótce natrafia na trop mrocznego kultu.

Jest to druga część z serii filmów o prawdopodobnie najsłynniejszym z fikcyjnych archeologów. Jej najmocniejszą stroną jest to, że nie trzeba jej w ogóle oglądać, by część trzecia miała sens, ponieważ nie są powiązane fabularnie, i to bym generalnie zalecał. Jest to film wkurzający. Wkurza postać małego chłopca, który z jakiegoś powodu przyjaźni się z Indianą, wkurza główna postać kobieca, wkurza dynamika między głównymi bohaterami, która w założeniu miała być chyba zabawna, wkurza nieciekawa historia. To coś, z czym większość osób oglądających ten obraz raczej się zgadza. Za mało jednak mówi się o tym, jak gburowaty, chamski i mało sympatyczny jest główny bohater, a więc tytułowy Indiana Jones. Jest po prostu nieprzyjemny, niemiły, szowinistyczny do granic, mało zabawny, brakuje mu wiele do postaci, którą zapamiętałem z części pierwszej. Mamy więc masę postaci, z których nie da się polubić żadnej. Kilka rzeczy się broni, a są to głównie miniatury użyte przy scenach pościgu w kopalni, czy też scena składania ofiary, ale to zwyczajnie za mało. Nie polecam, zestarzało się to kiepsko.

Autorytet3piorunów

Dawno temu oglądałem ale zgadzam się z oceną. Pozytywne wrażenia które zapamiętałem to właściwie dwie sceny: most i gościna u maharadży. Ogólnie ten film w odniesieniu do pierwszej i trzeciej części jest jak Bond z Lazenbym w zestawieniu z pozostałymi Bondami.

Gruba ryba

w Filmy

24piorunów

484 + 1 = 485

Straćmy razem czas w :popcorn:
----------
Tytuł: World War Z
Rok produkcji: 2013
Reżyseria: Marc Forster
Kategoria:
Czas trwania: 116 min
Moja ocena: 4/10

Wirus nieznanego pochodzenia szybko rozprzestrzenia się wśród ludzi, zmieniając ich w agresywny i bezrozumny tłum, którego jedynym celem jest zainfekowanie kolejnych nieszczęśników. Były pracownik ONZ zostaje oddelegowany do odnalezienia pacjenta zero i odkrycia sposobu na plagę.

Wyjątkowo nieklimatyczny i nie trzymający w napięciu horror. Bardzo byle jaka rola Pitta, który jest mdły i nieprzekonywujący. Kiepski trzeci akt rozgrywający się chyba w najmniej ciekawym miejscu, jakie można było znaleźć. Nierówne przedstawienie tego, co potrafią zainfekowani (czyli zombie), którzy w niektórych scenach wydają się być masą nie do zatrzymania, by w kolejnych ledwo nadążyć w pogodni za bohaterami. Największym moim zarzutem jest jednak to, że ten film jest po prostu zwyczajnie nudny. Nudny jak flaki z olejem. Nudny do wyrzygania. Nie polecam.

Gruba ryba1piorunów

Dzięki za nienamówienie! Doceniam trud!

Lider2piorunów

Szkoda że nijak ma się do książki a myślałem, że to jakaś adaptacja jaka wychodziło

Pokaż więcej komentarzy (12)

Gruba ryba

w Filmy

23piorunów

454 + 1 = 455

Najnowsza odsłona Mission: Impossible - zapraszam na :popcorn:
----------
Tytuł: Mission: Impossible - The Final Reckoning
Rok produkcji: 2025
Reżyseria: Christopher McQuarrie
Kategoria:
Czas trwania: 169 min
Moja ocena: 7/10

Ethan Hunt kontynuuje misję mającą na celu pokonaniale sztucznej inteligencji zwanej Bytem, która planuje zgładzić ludzkość. Czasu jak zawsze jest mało, a przeciwnik zdaje się być ciągle o dwa kroki do przodu.

Film oceniam jako fan serii. Bawiłem się na nim świetnie, według mnie trzyma poziom poprzednich części. Cierpi na te same bolączki i jest mocny w tych samych miejscach co reszta. Jakąkolwiek logikę można wyrzucić przez okno, prawdopodobieństwo zdarzeń oscyluje nieustannie przy zerze - no ale w końcu to misje niemożliwe. To co mnie raziło to ponowne, chyba jeszcze większe, robienie z głównego bohatera mesjasza, gdzie każdy wypowiadał się o nim jak o jakiejś niebiańskiej istocie, ale jednocześnie przy spotkaniach bezpośrednich był traktowany z jakimś lekceważeniem i wyższością. Dostawałem przez to dysonansu, uważam, że powinni pójść wyraźnie w jedną albo drugą stronę. Ogólnie ten film to laurka dla serii i łączy w sobie różne elementy z poprzednich części, czasem bardziej zgrabnie, czasem mniej. Początek był dość chaotyczny i szczerze mówiąc bałem się, że taki sam będzie cały film, na szczęście pod względem akcji obraz dowozi, i to dowozi pięknie. Sceny w łodzi podwodnej były w mojej opinii najlepsze, cieszyła ilość praktycznych efektów i to, że nie zostały przymglone zbyt dużym pudrem z CGI. Również finałowy pościg robił robotę. Trudno nie docenić Toma Cruise'a za wykonywanie tych wszystkich popisów kaskaderskich, zwłaszcza, gdy ma się porównanie, jak by to wyglądało, gdyby zdecydowano się w 100% na green screen - widać to np. przy podniebnym pościgu, gdy Esai Morales grający Gabriela zwisa z elementów samolotu. No nie da się tego kupić, nie czuć, żeby cokolwiek mu zagrażało. Przy scenach z Cruisem natomiast czuć napięcie, bo widać, jak jego ciało reaguje na przeciążenia. Czasem wręcz do przesady, w tej części postanowiono się bowiem wybitnie poznęcać nad postacią Hunta. W każdym razie dostałem co chciałem, druga połowa była świetna, z żoną wyszliśmy z seansu zadowoleni. Polecam wszystkim, którym podobały się poprzednie filmy z serii.

Twórca1piorunów

Też uważam, że spoko zamknięcie serii. Nigdy te filmy nie były wybitnym dziełem, ale chętnie się po nie sięga żeby się odmóżdżyć.

Ale wydaje mi się, że Cruise ma chyba jakiś poważny kryzys albo mu coś siadło na głowę i potrzebuje ogromnej dawki adrenaliny żeby normalnie funkcjonować. Fajnie, że sam wykonuje popisy kaskaderskie, ale chyba poszło to trochę za daleko.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Filmy

18piorunów

450 + 1 = 451

Tomek w :popcorn: - odświeżamy sobie z żoną przed kolejną częścią.
----------
Tytuł: Mission: Impossible - Dead Reckoning
Rok produkcji: 2023
Reżyseria: Christopher McQuarrie
Kategoria:
Czas trwania: 163 min
Moja ocena: 7/10

Sztuczna Inteligencja buntuje się i zamierza przejąć władzę nad światem. W wyścigu mocarstw, które pragną ją kontrolować, tylko Ethan Hunt może zagwarantować pomyślność misji, w trakcie której będzie musiał zmierzyć się z duchami przeszłości, by ocalić przyszłość.

Co ja poradzę, mam słabość do filmów z tej serii. Dostaję zwykle to co chcę dostać - jak w MacDonaldzie, menu i smak jest znany, wiadomo, że szału nie będzie, ale tragedii też, i coś człowieka ciągnie. Ponownie cały film zbudowany pod postać Hunta, granego oczywiście przez Cruise'a, któremu w ostatnich odsłonach brakuje już na prawdę niewiele do Jezusa (patrząc jak inni się o nim wypowiadają). Wydaje mi się, że mimo wszystko próbują go w tym filmie cały czas pokazać jako twardziela, kogoś poważnego, z poważną misją, ale wszystkie te sceny mające dodać głębi jego postaci powodują tylko uczucie zażenowania, bo ogólny ton i nacisk jest na akcję okraszoną drwiącym humorem. Mi się to gryzie, ale w sumie co z tego, chcę film z Tomem - dostaję film z Tomem. Jest akcja, na ekranie dzieje się dużo, jest lekko, przyjemnie odmóżdżająco i o to chodzi. Szkoda trochę, że duża część kaskaderskich popisów jest podretuszowana mocno (dla mnie zbyt mocno) efektami komputerowymi i, niestety, coś co było robione na prawdę nie wygląda prawdziwie. Mimo wszystko polecam, bo to pewnie jeden z ostatnich tego typu filmów akcji.

Gruba ryba2piorunów

Dobre gówno, obejrzeliśmy miesiąc temu z młodym całe uniwersum!

Gruba ryba2piorunów

@AndrzejZupa Najnowszą odsłonę też łyknęliście? 😉 Ja się wybieram jutro, recka @entropy_ trochę mnie uspokoiła 😁

GURU3piorunów

@Piechur akcja jest, ale fabuła gorsza od dead reckogning.
W sumie ciekawe jak Ty ocenisz ale jak dla mnie ta część bardziej trzymała się kupy. Jako film akcji(ten następny) gdzie ma się dziać to następna część dostarcza bo dzieje się dużo.

Gruba ryba1piorunów

@Piechur może jutro da się odświeżyć ostatni wypust w tym tygodniu i atakujemy nowe wydanie zaraz po.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Filmy

20piorunów

398 + 1 = 399

Dziś w :popcorn: będzie bajkowo.
----------
Tytuł: How to Train Your Dragon
Rok produkcji: 2010
Reżyseria: Dean DeBlois, Chris Sanders
Kategoria:
Czas trwania: 98 min
Moja ocena: 7/10

Mieszkańcy małej wyspy Berk od pokoleń zmagają się z atakami smoków. Pośród dzielnych wojowników, którzy od małego uczą się walki z bestiami, próbuje odnaleźć swoje miejsce młody syn wodza, Czkawka.

Sympatyczna bajka, fajny pomysł, przyjemna ścieżka dźwiękowa. Ludzie odpowiedzialni za zaprojektowanie Nocnej Furii zdecydowanie wiedzieli co robią - wygląd i zachowanie smoka oraz jego mimika i ruchy są świetne, łącząc trochę z kota, trochę z psa. No nie da się go nie polubić. Gerard Butler, użyczający głosu Stoikowi, jest ekstra, natomiast w oryginalnym dubbingu przeszkadza mi Jay Baruchel, aktor grający Czkawkę - nie jestem w stanie powiedzieć czemu, ale jego sposób mówienia jest dla mnie irytujący i nieprzekonywający. Finał filmu trzyma w napięciu i wizualnie robi wrażenie. Polecam wszystkim, nie tylko dzieciom, na wieczorny niezobowiązujący seans.

Gruba ryba

w Filmy

22piorunów

394 + 1 = 395

Klasyk, klasyczek w :popcorn:
----------
Tytuł: Indiana Jones and the Last Crusade
Rok produkcji: 1989
Reżyseria: Steven Spielberg
Kategoria:
Czas trwania: 127 min
Moja ocena: 7/10

Znany archeolog Indiana Jones zostaje wplątany w poszukiwania świętego Graala po tym, jak zaginął jego ojciec.

Ciężko mi uczciwie ocenić ten obraz i odrzucić zupełnie okulary nostalgii. Z jednej strony pełen jest idiotycznych zwrotów akcji oraz braku konsekwencji i logiki w działaniu. Głównymi przeciwnikami znowu są naziści, czyli powrót do sprawdzonego formatu po słabszej części drugiej (Świątynia Zagłady), także trochę mało oryginalnie. Można doczepić się tu do wielu rzeczy. Jednak ten vibe... To jest po prostu kino przygodowe w najczystszej formie. Jest przygoda, jest tajemnica, są zagadki, jest akcja, tajemniczy artefakt o magicznej mocy, historia i obrazy pobudzające wyobraźnię. Spielberg i Lucas znowu dowożą. Pierwsze skrzypce gra oczywiście tytułowy Indiana Jones, zmagający się z przeciwnościami losu siłą mięśni i ducha, a także wiedzą i sprytem. Ktoś, kto wpadł na pomysł, aby w roli jego ojca obsadzić Seana Connery'ego, był geniuszem - ten duet jest genialny, łączy ich niesamowita chemia, uzupełniają się na zasadzie przeciwieństw i poza elementami humorystycznymi dodają całej historii serca i ciepła, bo to ich relacja jest największym skarbem. Motyw muzyczny oczywiście znany każdemu dziecku lat 90. Za te różne głupotki i trochę trącący myszką sposób prowadzenia akcji muszę jednak odjąć kilka punktów, ale dalej uważam, że jest to film godny uwagi. Polecam wszystkim fanom filmów przygodowych.

Gruba ryba

w Filmy

33piorunów

386 + 1 = 387

Zapraszam na :popcorn: i jakiś szajs od Rodrigueza.
----------
Tytuł: Alita: Battle Angel
Rok produkcji: 2019
Reżyseria: Robert Rodriguez
Kategoria:
Czas trwania: 122 min
Moja ocena: 5/10

W dystopijnej przyszłości pewien wybitny konstruktor, zajmujący się na co dzień naprawianiem usterek w mechanicznych protezach swoich pacjentów, odnajduje na wysypisku pozostałości cyborga, które postanawia przywrócić do życia.

Ten film jest dla mnie dowodem, że żadna ilość pieniędzy wydanych na szeroko rozumiane CGI, nawet jeśli samo w sobie się broni, nie uratuje filmu, który jest zwyczajnie kiepsko prowadzony. W Alicie wszystko jest postawione właśnie na efekty komputerowe, ale cała historia poprowadzona jest zbyt szybko, próbowano upchnąć zbyt wiele w zbyt krótkim czasie, przez co skaczemy od sceny do sceny nie przywiązując się za bardzo do tego, co się dzieje. Jest kilka wątków, z których żaden specjalnie mnie nie zainteresował. Zastanawiałem się czemu i ostatecznie muszę to zrzucić na karb niesamowicie wręcz drętwej interakcji pomiędzy bohaterami. W tym filmie nie ma życia, duszy, nie ma emocji, jest sztuczny do granic możliwości. Waltz jest okropnie drewniany, jego asystentka równie dobrze mogłaby być lampą, Connelly coś chyba próbuje, ale widać, że nie czuje scenariusza. Aktor grający Hugo budził we mnie jakiś dziwny instynkt mordu, jak dla mnie idealny przykład "punchable face", no ale to już subiektywne odczucie. Efekty były w porządku, to trzeba przyznać, jednak w mojej ocenie nie ratują tego obrazu. Nie pomaga też otwarta końcówka zapowiadająca co najmniej sequel, który jak dla mnie mógłby nigdy nie nastąpić. Polecam w sumie nie wiem komu, może fanom anime?

Autorytet3piorunów

Dziwi mnie ogólne zdanie że ten film jest niedoceniony. A jest dokładnie tak jak piszesz. Wszystko jest mega drewniane. Postacie, dialogi, gra aktorska to jest padaka. Zmarnowany potencjał

GURU1piorunów

Kontynuacja raczej nie nastąpi skoro od 6 lat cicho, a zakończenie wskazuje że na pewno była planowana.
Ogólnie z recenzją się zgadzam chociaż dałbym ocenę 6. Ktoś napisał że manga była dużo poważniejsza więc chyba kolejny film z potencjałem zmarnowanym przez chęć obniżenia kategorii wiekowej.

Pokaż więcej komentarzy (9)

Gruba ryba

w Filmy

17piorunów

359 + 1 = 360

W :popcorn: średniaczek, który udaje coś więcej.
----------
Tytuł: Short Term 12
Rok produkcji: 2013
Reżyseria: Destin Daniel Cretton
Kategoria:
Czas trwania: 96 min
Moja ocena: 6/10

Demony przeszłości zaczynają krążyć nad kobietą pracującą w ośrodku wychowawczym dla trudnej młodzieży, gdy dowiaduje się, że jest w ciąży.

Film ogląda się w porządku. Na jego plus działa to, że nie jest długi, a kilka wątków dość zgrabnie wypełnia półtorej godziny seansu tak, że się nie dłuży. Historia jest jednak do bólu przewidywalna i oklepana, mam wrażenie, że upchnięto do niej wszystkie banały, jakie się dało. Poza tym końcówka jest dość naiwna, co nie do końca mi się podobało, ale powinno pasować komuś, kto potrzebuje takiego upbeat story, nawet jeśli nie do końca ma sens. Spreparowane sceny mające wzruszyć czy wstrząsnąć nie zadziałały na mnie (może poza jedną) właśnie przez to, że zwyczajnie się ich spodziewałem. Aktorsko poprawnie, ale bez jakichś specjalnych fajerwerków: Brie Larson dość nudna i bez wyrazu (w Room była świetna), John Gallagher Jr. chyba najlepszy, Rami Malek - po co on tam w ogóle był? Podsumowując: meh. Polecam osobom lubiącym się wzruszyć, które jednocześnie łatwo się wzruszają, i nie boją się mimo wszystko niełatwej tematyki.

Gruba ryba

w Filmy

25piorunów

294 + 1 = 295

Zapraszam do :popcorn: na ekranizację książki Świat według Garpa Johna Irvinga. Jak wyszła? O tym niżej.
----------
Tytuł: The World According to Garp
Rok produkcji: 1982
Reżyseria: George Roy Hill
Kategoria:
Czas trwania: 136 min
Moja ocena: 6/10

Samotna kobieta o dość oryginalnych poglądach postanawia zostać samotną matką. Jej syn, wychowujący się w dość niecodziennych okolicznościach, stara się odnaleźć swoją drogę w życiu.

Według mnie film jest ok, ale tylko ok. Funkcjonuje jako zlepek scen, często przedstawianych trochę inaczej niż w książce, i wydaje mi się nieco zbyt szybki. W mojej opinii nie oddaje klimatu dzieła Irvinga, ale chyba ciężko byłoby to zrobić - on miał jednak sporo czas na budowanie postaci, wydarzeń i wzajemnych powiązań, a film próbuje to wszystko streścić w nieco ponad dwóch godzinach, co zwyczajnie nie do końca się udaje. Robin Williams, wcielający się w postać Garpa, jest świetny, ale trzeba też lubić jego styl aktorski, który jednak był dość charakterystyczny. Glenn Close również fajnie gra jego matkę, kobietę o stanowczych poglądach i niezwykle mocnym charakterze, ale niezwykle ciekawej świata i ludzi, oraz tego co nimi kieruje. Na uwagę zasługuje również John Lithgow wcielający się w postać Roberty. To, co mnie zaskoczyło, a na co zwróciłem uwagę dopiero po kilkunastu minutach, to brak muzyki w filmie (poza początkiem i końcem). Polecam osobom mającym ochotę na oryginalną historię okraszoną vibem obrazów z lat 80.

Gruba ryba

w Filmy

28piorunów

279 + 1 = 280

No i nadszedł czas na ostatnią część trylogii Władcy Pierścieni. Zapraszam na :popcorn:
----------
Tytuł: The Lord of the Rings: The Return of the King
Rok produkcji: 2003
Reżyseria: Peter Jackson
Kategoria:
Czas trwania: 263 min
Moja ocena: 7/10

Po przegranej bitwie w Helmowym Jarze Sauron przegrupowuje siły, by zaatakować Gondor. Aby móc przeciwstawić się jego sile, ludzie starają się odnowić dawne i zapomniane sojusze. W międzyczasie Frodo i Sam, pod przewodnictwem Golluma, zmierzają do Góry Przeznaczenia.

Nadal dobra, ale jednak w mojej opinii najsłabsza część Władcy Pierścieni. Skoki pomiędzy różnymi wątkami, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, stają się zbyt częste i wybijają z rytmu. Duża skala również nie pomaga temu, aby wczuć się w wydarzenia oraz znaleźć w nich jakiś emocjonalny punkt zaczepienia. Zresztą cała waga i ciężar bitwy o Minas Tirith ginie w momencie wprowadzenia Deus ex machina (zabieg zastosowany już przy części drugiej i chyba przez to niesmak z powodu jego użycia został tu spotęgowany). Najmocniejsza scena, która zapadła mi w pamięć, to największy kosz trzeciej ery, którego doświadczyła Eowyn. Zabrakło też mocnej, ludzkiej postaci, którą w pierwszej części był Boromir, a w drugiej Theoden. Tutaj starał się być nią Denethor, a raczej jego duet z Faramirem, jednak czegoś tu zabrakło, a może czegoś było za dużo. Ogólnie mam wrażenie, że była to część zbyt przyspieszona, co wydaje się paradoksalne, biorąc pod uwagę rozwleczoną do granic możliwości końcówkę, w pewnych momentach wzbudzającą już we mnie uczucie zażenowania. Ze słabych stron wspomniałbym jeszcze efekty komputerowe, które już całkowicie zawładnęły dziełem Jacksona, i niestety nie wszystkie zestarzały się dobrze, zwłaszcza te, które dotyczyły scen rozgrywających się w świetle dnia. Mimo wszystko to w dalszym ciągu Władca Pierścieni, a więc krajobrazy, zdjęcia, muzyka, aktorstwo, bohaterowie, historia, niepowtarzalny klimat. Polecam fanom serii - jeśli poprzednie części Wam się spodobały, ta również przypadnie Wam do gustu.

GURU33piorunów

@Piechur tylko 7? coś źle Ci się wybrało ( ͡° ͜ʖ ͡°)

GURU9piorunów

@pingWIN i tak lepiej niż taki PIERDOLONY OWCEN, który w ogóle NIE WIDZIAŁ, tak samo jak KURWA "GLADIATORA"

Gruba ryba1piorunów

@pingWIN Staram się oglądać i oceniać bez nostalgia goggles, a ta część niestety podczas któregoś z kolei seansu nie broni się tak dobrze 😉

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Filmy

24piorunów

234 + 1 = 235

W :popcorn: kolejna część trylogii Władcy Pierścieni.
----------
Tytuł: The Lord of the Rings: The Two Towers
Rok produkcji: 2002
Reżyseria: Peter Jackson
Kategoria:
Czas trwania: 235 min
Moja ocena: 8/10

Drużyna pierścienia rozpadła się, a los wyprawy spoczywa w rękach Froda i Sama, którzy z pomocą stwora zwanego Gollumem starają się dotrzeć do mrocznej krainy Mordoru. W międzyczasie pozostała część drużyny stawia czoła złemu czarodziejowi Sarumanowi, który zawładnął umysłem króla Rohanu.

Druga część Władcy Pierścieni jest w dalszym ciągu solidną pozycją, jednak już nie tak bardzo jak część pierwsza. W otwierających ją scenach wracamy do walki z Balrogiem w podziemiach Morii, jednak nie jest to zwyczajne ich przypomnienie - pamiętam, że ten zabieg zrobił na mnie w kinie duże wrażenie. W dalszej części filmu, podobnie jak w Drużynie Pierścienia, możemy rozkoszować się wspaniałymi krajobrazami i niesamowitą muzyką, przy czym główny motyw Rohanu jest tak pięknie melancholijny, że zawsze dostaję gęsiej skórki, gdy tylko zabrzmią jego pierwsze nuty. Poza fantastycznym Viggo Mortensenem (Aragorn) najbardziej przykuwa uwagę Bernard Hill grający Theodena, a więc króla krainy słynącej z konnych jeźdźców. Jak dla mnie kradnie każdą scenę, w której jest. Gra subtelnie i w zaledwie kilka sekund jest w stanie przekazać masę informacji, nawet bez wypowiadania słowa (scena, w której po długim czasie znów chwyta w dłoń swój miecz jest fenomenalna). Poza tym jego postać jest skomplikowana i trudno go jednoznacznie ocenić. Większość filmu spędzamy w Rohanie i to ten wątek uważam za główny, jednak przeskakujemy z niego również do Froda i Sama, którzy zmagają się ze swoimi trudnościami, a także do Merrego i Pippina, którzy spędzają czas wśród entów. Właśnie te przeskoki są słabą stroną drugiej części, bo wybijają trochę z rytmu. Z minusów muszę jeszcze wspomnieć o efektach komputerowych, które zwłaszcza w przypadku scen z entami nie zestarzały się dobrze, a z tego co pamiętam nawet przy premierze trochę mnie raziły (chodzi w głównej mierze o sceny ruchu). Finałowa bitwa robi ogromne wrażenie, deszcz i mrok nadają świetnej atmosfery, widać ogromną pracę włożoną w choreografię i planowanie. Co tu więcej pisać - polecam gorąco wszystkim, którym spodobała się część pierwsza.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Filmy

39piorunów

212 + 1 = 213

Czas na coroczne oglądanie Trylogii. Zapraszam do :popcorn:
----------
Tytuł: The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring
Rok produkcji: 2001
Reżyseria: Peter Jackson
Kategoria:
Czas trwania: 228 min
Moja ocena: 9/10

Po tysiącach lat tajemniczy pierścień zaczyna manifestować swoją moc, starając się powrócić do swojego twórcy - potężnego władcy ciemności pragnącego władzy nad światem. Wyprawy mającej na celu jego zniszczenie podejmuje się dziewiątka ochotników.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że uczciwa ocena wynosiłaby teraz 8.5, ale zawyżam do pełnej. Kiedyś byłbym w stanie dać 10, skąd więc ten spadek? Oglądając Drużynę Pierścienia tyle razy nie sposób mi nie zwrócić uwagi na pewne mankamenty, które z czasem zaczęły psuć mi nieco odbiór i wyrywać z doświadczenia filmowego, a są to: Gimli sprowadzony wyłącznie do roli komediowej i będący ciągłym obiektem żartów, pozostawiające trochę do życzenia aktorstwo niektórych głównych postaci (Legolas, Merry, Pippin), starzejące się efekty komputerowe, które coraz bardziej kłują w oczy, nieco za dużo scen z płaczącym Frodem, a także TEN kadr. Mimo wszystko nie jest to w stanie przyćmić ogólnego wrażenia, jakie ten film robi. Jest to nie tylko świetne fantasy, co również wspaniała bajka. Wiele scen w dalszym ciągu sprawia, że dostaję gęstej skórki, choćby i na samą myśl o nich: początkowe wprowadzenie z narracją Galadrieli, spotkanie Gandalfa z Sarumanem, Balrog, walka z Uruk-Hai. Muzyka jest po prostu fenomenalna, motyw Mordoru do tej pory nucę sobie przy różnych okazjach. Zresztą to chyba jeden z ostatnich filmów, z których w ogóle pamiętam jakieś motywy muzyczne. Zdjęcia są olśniewające, w czym pomaga naturalne piękno Nowej Zelandii. Uwielbiam, ile czasu spędzamy w Shire, ciesząc się sielanką, poznając świat i bohaterów, nie spiesząc się zanadto i czerpiąc przyjemność z prostego życia, które jednak podszyte jest narastającym niepokojem i niewiadomą. Bardzo podoba mi się też mała skala finałowej bitwy, która pozwala w pełni wczuć się w sytuację i poczuć jej impakt. Klimat filmu jest nie do podrobienia, ale z pewnością nie byłby taki, gdyby nie idealne wręcz dobranie do roli Iana McKellena jako Gandalfa, Christophera Lee jako Sarumana, Cate Blanchett jako Galadrieli, oraz po prostu jedynego, niepowtarzalnego Viggo Mortensena jako Aragorna - niech mi ktoś tylko powie, że nie poszedłby za nim w najcięższa bitwę. Czy o kimś zapomniałem? Oczywiście, że nie. Sean Bean proszę państwa. Sean Bean i jego postać Boromira jest tym, co dodaje serca i duszy filmowi. Jako jedyny jest w pełni trójwymiarowy, ludzki i można się z nim utożsamić. To chyba najbardziej skomplikowana postać ze wszystkich filmów tworzących trylogię i przy każdym kolejnym odtworzeniu odczuwam do niego rosnącą sympatię i współczucie. Podsumowując, Drużyna Pierścienia jest filmem, który jest mocny w tak wielu miejscach, że drobne niedoskonałości nie są w stanie zepsuć jego ogólnego odbioru. Jest to film piękny, wzbudzający emocje, intrygujący, ale też zabawny. Zdecydowanie najlepsza część z całej trylogii i obraz, który już więcej nie ma szansy powstać, jedyny w swoim rodzaju. Polecam absolutnie wszystkim - tak @bojowonastawionaowca , Tobie również.

Specjalista7piorunów

Proszę cię, co roku? Raz na 3 miesiące wjeżdża, mocniej niż Kevin.

Mistrz6piorunów

@Piechur próbowałem pierwszą część, ale po prostu odpadłem, sorry :p

Pokaż więcej komentarzy (9)

Gruba ryba

w Filmy

20piorunów

198 + 1 = 199

Nareszcie udało mi się wyjść do kina - zapraszam na wrażenia w miarę na gorąco w :popcorn:
----------
Tytuł: The Brutalist
Rok produkcji: 2024
Reżyseria: Brady Corbet
Kategoria:
Czas trwania: 215 min
Moja ocena: 9/10

Żydowski architekt, uciekając przed prześladowaniami z powojennej Europy, trafia do USA, gdzie próbuje znaleźć dla siebie miejsce oraz sprowadzić żonę i siostrzenicę. W końcu jego talent zostaje dostrzeżony, a on rozpoczyna pracę nad nowym projektem.

Ostatnio dość głośno o tym filmie i uważam, że to bardzo dobrze. W natłoku obrazów o wątpliwej jakości, filmów bojących się wyzwań, odgrzewanych kotletów i zbytniego pośpiechu jest on ciekawym ewenementem. Jedną z rzeczy, która zapewniła mu z pewnością rozgłos, jest czas trwania oraz uwzględniona w nim przerwa. Był to ciekawy zabieg, ale czy konieczny? Zastanawiając się nad tym stwierdziłem, że jednak dobrze, że się tam znalazła. Film w żadnym momencie mnie nie nudził i nie czułem w ogóle upływającego czasu, jednak nie wiem, czy podobne odczucia miałbym bez tej przerwy. Dodatkowo, jako że oglądałem Brutalistę z kolegami, mogliśmy wykorzystać ten czas do podzielenia się wrażeniami i spostrzeżeniami, i było to całkiem fajne. A było się czym dzielić. Aktorstwo było na najwyższym poziomie i każdy, łącznie z postaciami drugo, a nawet trzecioplanowymi, robił świetną robotę. Adrien Brody niestety, albo stety, nadaje się do ról umęczonych, lekko zniszczonych. Bałem się trochę, że jego bohater będzie aż zbyt poturbowany, na szczęście okazało się, że miał swój charakter, dumę i siłę. Guy Pearce był absolutnie fantastyczny, wszedł w rolę odklejonego biznesmena jak w masło. To, co podobało mi się jednak najbardziej, to zdjęcia i dźwięk, czyli wykorzystanie medium filmowego tak, jak powinno się to robić. Ilość pięknych, robiących wrażenie kadrów, często i gęsto wypełnionych symboliką, pieściła moje zmysły. Muzyka i dźwięk potęgowały wrażenia, naprowadzały na mające nastąpić wydarzenia. Grało to ze sobą wspaniale. Fabuła jako taka nie była zagmatwana ani skomplikowana, co akurat uważam za duży plus, bo pozwalała skupić się bardziej na aspekcie emocjonalnym, niż na próbie zorientowania się kto jest kim i z kim. Zresztą równolegle do głównej historii, czy też może pod nią, płynęła inna opowieść - o wykluczeniu, strachu, cierpieniu, traumie. Co zatem mi się nie podobało? Pomimo tego wszystkiego nie wczułem się aż tak bardzo, nie poczułem większych emocji, jak np. przy [Jutro będzie nasze](https://www.hejto.pl/wpis/siema-piechuroglada-popcorn-na-swiezo-po-seansie-w-kinie-zapraszam-tytul-ce-anco). Ciężko mi powiedzieć, dlaczego tak było. Głównie z tego powodu chciałem ocenić Brutalistę na 8 punktów, jednak po głębszym rozważeniu uznałem, że byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe, ponieważ po kilku dniach dalej o nim myślę. Cały czas odtwarzam w głowie różne sceny, słyszę główny motyw muzyczny, szukam znaczenia ukrytego za poszczególnymi gestami czy obrazami, mam uczucie, że oglądałem coś ważnego, i wiem, że jeśli tylko znajdę czas, to pójdę obejrzeć ten film ponownie. Polecam osobom cierpliwym i wrażliwym na piękno.

Koneser1piorunów

Zdecydowanie film roku! Tam nie ma słabych miejsc ani momentów, każdy kadr czemuś służy i coś pokazuje, tylko trzeba uważnie patrzeć i wyciągać wnioski bo jedna z najważniejszych rzeczy jest to że większość nie jest podana kawę na ławę i trzeba łączyć kropki

Gruba ryba

w Filmy

32piorunów

69 + 1 = 70

W :popcorn: komedia, na której strasznie chciałem śmiać się bardziej.
----------
Tytuł: Shaun of the Dead
Rok produkcji: 2004
Reżyseria: Edgar Wright
Kategoria:
Czas trwania: 99 min
Moja ocena: 7/10

Dla pozbawionego ambicji Shauna i jego mało rozgarniętego przyjaciela każdy dzień wygląda tak samo. Jak poradzą sobie w sytuacji, gdy świat ogarnie plaga zombie?

Shaun of the Dead to film, który jako pomysł od długiego czasu kiełkował w głowie Edgara Wrighta oraz wcielającego się w główną rolę Simona Pegga. Stanowi pierwszą część Trylogii Cornetto, w której skład wchodzą jeszcze Hot Fuzz oraz The World's End. Widać niesamowite napracowanie jeśli chodzi o dopieszczenie scenariusza: w obrazie jest cała masa nawiązań do popkultury i wyśmiewania klasycznych motywów z filmów tego gatunku. Na różnorakie sposoby zwiastowane są wydarzenia, które mają nadejść, różne elementy odnoszą się do siebie również wewnątrz samego dzieła. Sam styl Edgara Wrighta jest niesamowicie wizualny i rytmiczny, pełen oryginalnych przejść i ciekawych rozwiązań jeśli chodzi o kadrowanie czy prowadzenie kamery. Tak jak wspomniałem, widać ogrom włożonej pracy. No i niestety, chciałbym żeby to się przełożyło na moje zaangażowanie, zaciekawienie i radość z oglądania, ale coś nie do końca zaskoczyło. Był to mój trzeci seans i za każdym razem czułem się tak samo - trochę winny, że nie jestem bardziej zainteresowany tym, co dzieje się na ekranie. Nie będę ukrywać, że pod tym względem moja ocena jest trochę zawyżona, bo zwyczajnie momentami się nudziłem, jednak ciężko mi nie docenić wszystkich smaczków, gagów i puszczania oka do widza. Bo mimo wszystko uważam, że jest to film, który zdecydowanie warto oglądnąć, i to więcej niż jeden raz. Polecam osobom lubiącym nietuzinkowe komedie wymagające jednak trochę skupienia.

Autorytet1piorunów

@Piechur mój ulubieny film o zombie. Oglądam przynajmniej raz w roku :grinning:
Nie wiem jak tu się można nudzić, no może pod koniec lekko zabrakło pomysłów, ale samych gagów i nawiązań do klasyków jest tyle, ze możnaby obdzielić z 10 współczesnych komedii.

Gruba ryba1piorunów

Jedyny film o zombie który serio lubię.

Pokaż więcej komentarzy (21)

Gruba ryba

w Filmy

13piorunów

27 + 1 = 28

Trochę akcji w :popcorn: - z dedykacją dla @SuperSzturmowiec 😉
----------
Tytuł: 少年黃飛鴻之鐵猴子 (Siu nin Wong Fei Hung chi: Tit ma lau / Iron Monkey)
Rok produkcji: 1993
Reżyseria: Yuen Woo-Ping
Kategoria:
Czas trwania: 90 min
Moja ocena: 7/10

Tajemniczy mistrz sztuk walki, zwany Żelazną Małpą, stawia czoło skorumpowanym urzędnikom w obronie biednych i uciśnionych. Wkrótce spotyka na swojej drodze godnego przeciwnika.

Rozkoszne kino z Hongkongu, zawierające w sobie wszystko, co najlepsze: luźną fabułę nawiązującą do historii o Robin Hoodzie, dograne dialogi kompletnie niezsynchronizowane z obrazem, absurdalne efekty specjalne, specyficzne poczucie humoru i, co najważniejsze, mnóstwo akcji. Ach, akcja! Każdy pretekst jest dobry do rozpętania bójki, przy której można się popisać umiejętnościami oraz kreatywną choreografią. Nikt się w tańcu nie pierdzieli, ciosy są szybkie, nieraz prawdziwe (jak to bywa przy azjatyckich produkcjach), wire-fu w pełnej krasie oprószone słynnym efektem pyłu po zadanym ciosie. I to jest to, czym ten film, jak i inne jemu podobne, się broni - cały czas coś się dzieje i pomimo luźnej atmosfery widać, że musiało kosztować to dużo pracy i zaangażowania. Fani Ip Mana będą mogli dodatkowo zobaczyć młodego Donnie Yena, a ja jako ciekawostkę dodam jeszcze, że producentem odpowiedzialnym za ponowne wydanie filmu w 2001 roku był Quentin Tarantino. Polecam fanom kina wuxia oraz tym, którzy lubią klimat budżetowych produkcji z Hongkongu.

GURU1piorunów

toś mnie zaskoczył. Nawet w ściągniętych nie mam tego

GURU1piorunów

@Piechur oczywiscie od razu sprawdziłem . i wiem czemu nie mam bo akurat jak jest w adresie www Vfilm to są zabezpieczone przed ściągnięciem

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Filmy

23piorunów

25 + 1 = 26

Niniejszym :popcorn: dołącza do - postaram się dostosować do zaproponowanego formatu wtrącając jednocześnie trochę swojego layoutu, do którego się przyzwyczaiłem.
----------
Tytuł: Barbie
Rok produkcji: 2023
Reżyseria: Greta Gerwig
Kategoria:
Czas trwania: 116 min
Moja ocena: 6/10

Żyjącej w perfekcyjnym świecie Barbie zaczyna doskwierać kryzys egzystencjalny. Aby go powstrzymać udaje się z Kenem do prawdziwego świata, który w sposób drastyczny różni się od jej wyobrażeń.

No cóż, stanowczo nie byłem w targecie tego filmu i tak na prawdę to jest moja największa z nim bolączka, bo nie wiem, kto nim był. Chyba nastoletnie dziewczynki? To też wydaje mi się mocno naciągane. Film miał jakiś potencjał i pamiętam, jak przed premierą jeden z kolegów mówił, że zapowiada się coś w stylu Truman Show. Po seansie mogę jedynie powiedzieć, że do Truman Show jest temu dziełu bardzo daleko. Reklamowany jako komedia jest wyjątkowo nieśmieszny, a to przez przeładowanie polityczno-socjalnym komentarzem, który jest dość nachalnie wpychany widzowi co kilka minut. I jak zwykle, gdy za produkcję filmu bierze się korporacja (w tym przypadku Mattel, a więc właściciele marki Barbie), cały przekaz z automatu jest podszyty fałszem i obłudą, jest nieszczery i w takich właśnie kategoriach odbierałem ten obraz podczas seansu. Z pozytywów, Ryan Gosling wcielający się w Kena o raz kolejny daje radę w komediowej roli i to właśnie sceny, w których występuje, są tymi najśmieszniejszymi (co dalej nie oznacza - śmiesznymi). Margot Robbie grająca Barbie również jest w porządku, jednak to, jak napisana jest jej postać, zwyczajnie nie daje zbyt wielu okazji, żeby błyszczeć. Pod względem technicznym film zrealizowany jest dobrze i ma kilka ciekawych rozwiązań wizualnych, także tu nie ma się do czego przyczepić. Ostatecznie właśnie dzięki temu dało się go obejrzeć, bo bardzo toporny scenariusz na pewno nie jest jego mocną stroną. Polecam jeśli ktoś ma 2 godziny czasu i nie wie co z nim zrobić.

Gruba ryba2piorunów

Najlepsza z tego filmu jest piosenka "I'm just Ken" Goslinga

Autorytet0piorunów

Komentarz usunięty

Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Filmy

5piorunów

Siema,
W :popcorn: nadrabianie zaległości firmowych.
----------
Tytuł: Get Out
Reżyseria: Jordan Peele
Moja ocena: 3.5/5

Czarnoskóry facet jedzie ze swoją białą dziewczyną do jej domu rodzinnego, aby po raz pierwszy poznać jej rodziców. Początkowa niezręczność wkrótce przekształca się w rosnący niepokój, gdy wokół zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy.

Fajny film. Na różnych stronach jest kategoryzowany jako horror, ale chyba bliżej mu do thrillera. Świetnie zagrane główne postacie, zwłaszcza matki i córki. Jordan Peele, znany głównie ze swojej komediowej kariery z Mad TV oraz bycia członkiem duetu Key & Peele, zręcznie posługuje się obrazem, umiejętnie buduje napięcie i bawi się z widzem (żeby nie powiedzieć - widzem). Sam koncept jest oryginalny i odjechany. Trochę przeszkadzała mi postać kolegi głównego bohatera, który stanowił comic relief - wyglądało to trochę tak, jakby reżyser nie pokładał wystarczającej nadziei w gatunku, jakim jest horror, a główny motyw uważał za na tyle dziwny, że aż śmieszny, i sam nie mógł traktować go poważnie. To znaczy, jest śmiesznie, ale uważam, że nie potrzeba było tego dodatkowo wytykać tą postacią. Nie jestem na tyle rozeznany w amerykańskiej kulturze i problemach społecznych, żeby w pełni docenić to, co film próbuje skomentować, ale zdołałem chyba nieco z niego wyciągnąć. Polecam jako fajną rozrywkę na piątkowy wieczór przy chrupkach.