Hejto.plDodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Obserwator_Z_Ramiona_RIGCZInspirator

Dołączył/a:

  • 47 wpisów
  • 378 komentarzy
  • 3 obserwujących

Inspirator

w Hydepark

7piorunów

#seks #cycki

Okej może to będzie najdziwniejsza rzecz jaką zrobiłem ale ... ogłaszam się na hejto w celu poszukiwania kobiety na przygodny seks.

O sobie: z mordy chyba takie słabe 7, zawsze mi dają mniej niż mam więc możesz odegrać Milfa XD
Skil: myślę, że świetnie dbam o atmosferę, uwielbiam scenariusze, bardzo dobrze poruszam się w takich malutkich gestach jak gdzie przygryżć za uchem, co na to ucho szeptać i tak dalej. Zawsze patrzę w oczy i ponoć widać tam zwierzę ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie, seks ze mną nie trwa tyle co na porno, to normalny świat
Przebieg: dotąd tylko 10 lasek bo od roku jestem odblokowany seksualnie, kiedyś myślałem, że moja seksualność to coś złego i nie mogę jej eksploatować. Aktualnie nie posiadam partnerki seksualnej więc mogę przyjąć ofertę, że ktoś będzie jedyną. Są sfery, których jeszcze nie maiłem okazji doświadczyć więc możemy razem coś odkryć.
Osobowość: zawsze byłem typkiem "dusza towarzystwa" i król small talku. Ale doceniam też głęboką rozmowę i mówienie o uczuciach. Dużo razy słyszę, że jestem bardzo inteligentny, poskaczesz na benku i jeszcze się czegoś dowiesz.
Miasto: Warszawa
Chętnie poznam osobę, która dopiero chce spróbować seksu bez miłości, będę twoim opiekunem na tej drodze.
Proszę, okaż się osobą, która czyta książki.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Osobistość

w Hydepark

2piorunów

Spotkałem się dzisiaj na oral i się dosyć zdziwiłem. Sperma tego chłopaka nie miała żadnego smaku. Żadnego.

Rozwodniony budyń waniliowy bez cukru przy niej to feria barw smaków i aromatów. Żucie waty kosmetycznej by zapewniło więcej smaku.

Spotkał się ktoś z was z czymś takim? Zwykle smak jest specyficzny, słonawy, a jak ktoś pali/pije/je słodycze to smak robi się gorzki i nieprzyjemny. Ale kompletne zero, null, nada?

---

Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
ID:
Post dodany za pomocą AnonimoweHejtoWyznania: https://anonimowehejto.pl - Zaakceptowane przez: HannibalLecter

Pokaż więcej komentarzy (6)

Mistrz

w Hydepark

20piorunów

Postanowiłem założyć swój autorski tag...
. Za równe 2 miesiące mam 33 urodziny a fizycznie i psychicznie czuje się jakbym miał dobre 63 lata...

Od kilku lat:
*Tu akurat rok, leczę się na nerwicę, jest w pytę, nic dziwnego mnie już nie denerwuje.
*Nie obgryzam paznokci
*Nie pale fajek
*Nie chcę bić ludzi bo idą po zlej stronie ulicy :p itp.
*Nie jestem tłusty

Od nowego roku wdrożyłem już:
*Odczulanie (mam alergię na trawy, także wiosna lato to u mnie katorga).
*Zająłem się krwawieniem z D... Hemoroidami znaczy się
*Schudłem do 85kg (dla mojego samopoczucia waga idealna)
*Wróciłem na siłownię, ale tym razem czysto bieżnia, rozciąganie, bez treningu siłowego.
*Nie wale konia, nie oglądam porno
*Zacząłem słuchać podkastów (super sprawa na bieżni np, lepsze niż muzyczka)

Co jest jeszcze do naprawy o czym myślę na chwilę obecną?

*Seks, mam problemy z "dojściem" wiem, że to nic dziwnego, (kazdemu się zdaza) ale kurde w wieku 33 lat?! Gdzie starasz się o dziecko to "trochę lipa". Ogólnie ciężko mi się podniecić, a jak już jest stosunek to łatwo się rozpraszam i w efekcie jest problem.
Ogólnie mam bardzo niski testosteron, ale oficjalnie żaden lekarz nie chce mi go przypisać...
*Biegunki, które mam średnio co 2 dni
*Wzdęcia na zmianę z biegunkami chyba
*Spanie 7h dziennie a nie 15 jak mi się często zdarza
*Mocne ograniczenie alkoholu, mój schemat picia jest taki: jak nie pije to nie pije (3 miesiące żaden problem np) ajak zacznę to odcina jak nic (w sensie nie codziennie ale co weekend, dopóki sobie nie przypomnę, że to gówno straszne). Wiem, że to jest niebezpieczne...
*Czytanie książek, to u mnie jak z alkoholem, albo czytam bez opamiętania albo nie czytam w ogóle przez pół roku np. muszę to usystematyzować.
*Medytacja, ile to ja już prób podjąłem by się za to wziąć i ciągle coś nie tak

Pewnie jest tego dużo więcej, ale wiadomo, że nie wszystko przychodzi na raz.

Jeżeli macie jakieś porady, propozycję to z chęcią przyjmę.

Nie obiecuję, że będę systematyczny we wrzucaniu wpisów bo systematyczność to nie jest mój konik, ale postaram sie.

#rozwojosobisty #medytacja #alkoholizm #nerwica

Pokaż więcej komentarzy (15)

Gruba ryba

w Hydepark

72piorunów

Po delikatnej modyfikacji anteny poprzez dodanie drucika do pilota zasięg samolotu wzrósł do okolo 250m :smiley:
Wywaliłem też koła oraz nawierciłem kadłub zyskując jakieś 12 gramów.
Jest szybszy i bateria zamiast ciągnać 10-12 minut dała radę około 15minut
Mogę już rozpylać z tej wysokości chemitrails nad śląskimi szurami ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

#modelarstwo #samoloty

Pokaż więcej komentarzy (12)

Osobistość

w Hydepark

211piorunów

Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki

Dziś będzie o ogarnianiu auta, cebulowaniu i pozornych oszczędnościach, które potem obracają się przeciwko nam

Na początku 2015 stałem się posiadaczem foodtrucka, którego swojsko nazwałem budą. O ile dobrze pamiętam, kosztował mnie 17k PLN. Była to wówczas niezła cena dla samochodu z zabudową, bo ceny zaczynały się raczej od około 25k, przy czym stan wnętrza takich aut pozostawiał często sporo do życzenia. Początkowo byłem zadowolony z tego, że udało mi się zrobić dobry deal - jak się jednak później okazało, ten zakup to była tylko pozorna oszczędność, bo ogólny koszt doprowadzenia auta do stanu używalności przekroczył moje szacunki i tak naprawdę lepiej było po prostu wydać trochę więcej i nie tracić czasu ani nerwów. Do tego nawet pomimo ogarnięcia tego co tylko się dało co jakiś czas wychodziły jakieś mmniejsze upierdliwości, których w kolejnych latach musiałem się pozbywać - nie mówiąc o wrodzonych wadach samochodu, jakimi okazały się tragiczna dynamika, fatalne hamulce i ogromne (w stosunku do osiągów) spalanie. No ale przecież przysłowie mądry Polak po szkodzie skądś się wzięło, co nie? Ja póki co byłem na samym początku procesu nauki i przyjąłem sobie orientacyjny koszt doprowadzenia budy do stanu mechanicznej używalności w trzech wariantach:
- optymistycznym - 2.5k
- realistycznym 5k
- pesymistycznym 10k

Pewnie po tym wstępie już domyślacie się, na którym wariancie się skończyło xDD

Od razu po kupnie buda pojechała na lawecie do warsztatu. Do wymiany było trochę rzeczy, z czym jednak liczyłem się przy kupnie - chłodnica oleju, zastane i zardzewiałe hamulce, brakujące lusterko, przednia szyba. Wyszło też, że trzeba wymienić albo przynajmniej pospawać tłumik oraz zrobić parę innych pierdół typu wycieraczki czy filtr z olejem. Auto robiłem w jakimś polecanym dla dostawczaków warsztacie, gdzie szybko okazało się, ile warte są opinie z internetu. Majstry mieli się ogarnąć w kilka dni, a trwało to blisko trzy tygodnie, wymagając jednocześnie ciągłego dzwonienia i przypominania się. Co się przy tym nadenerwowałem to moje, do tego już na starcie złapałem opóźnienie w stosunku do założonego planu. Natomiast budżetowo nie było źle, opisane naprawy zamknąłem chyba w 2500 pln i to już z vatem.

Gdy w końcu pojechałem budę odebrać, mimo że nie planowałem jeszcze zaczynać działać - była dalej zima, a wnętrze wymagało przystosowania - postanowiłem przestawić ją w umówione miejsce na warszawskim Mordorze. Jadąc nią wtedy pierwszy raz zaczęło do mnie docierać jak gówniany jest to samochód. 15-calowe koła i opony w rozmiarze 195/70 średnio dawały sobie radę z ważącym blisko 3 tony autem. Hamulce, mimo regeneracji, miały dwa stany - albo nie hamują wcale albo blokują koła. Dla 86-konnego diesla startujący ze świateł chiński skuter był godnym przeciwnikiem, gaz w podłodze normalnym stanem a prędkość 80km/h osiągalna dopiero po dłuższej chwili. Spalanie było kosmiczne jak na osiągi i wynosiło między 10 litrów w trasie a 15 w mieście. Tym, co jednak najbardziej zwracało uwagę podczas jazdy i generalnie pozostało do końca mojej przygody z budą była praca zawieszenia i wywoływane przez auto odgłosy. Ciągłe stuki, dudnienia, walenia, hałasy, metaliczne uderzenia dobiegające z paki, gdy jakieś elementy obijały się lub podskakiwały na wybojach. Przy zwykłej jeździe wrażenia dźwiękowe przypominały mi nocne powroty do domu przegubowym ikarusem. Nieco bardziej gwałtowne manerwy z kolei przywodziły na myśl pływanie łódką po Mazurach - jeśli kojarzycie taką sytuację, gdy wiatr zaczyna wiać trochę mocniej, łódka coraz bardziej się kładzie i nagle z wnętrza słychać przesuwające się, spadające i obijające się rzeczy, których nikt nie pomyślał wcześniej zabezpieczyć, to wiecie o co chodzi xD

Przejechanie 5 kilometrów między warsztatem a zagłębiem biur na Domaniewskiej było dla mnie doprawdy nowym, niezapomnianym przeżyciem. Auto zostawiłem na parkingu, planując w kolejnych dniach trochę je odchlewić, ściągnąć starą okleinę, posprzątać w środku i wywalić niepotrzebne graty. Z uwagi jednak na natłok obowiązków w "zwykłej" pracy plany musiały poczekać. Gdy przyjechałem po kilku dniach buda dalej stała, ale czekała na mnie niespodzianka - ktoś (czyżby konkurencja? xD) przebił nożem jedną z opon. Na szczęście buda miała pełnowymiarowy zapas - okazało się jednak, że miesiące (a może i lata?) stania zrobiły swoje i mocowany pod podłogą stelaż niespecjalnie chce puścić. Gdy już udało się go zdemontować, okazało się, że felga jest w tak opłakanym stanie, że poważnie zastanawiałem się, czy nadaje się w ogóle do jazdy. Żeby było śmieszniej, przy podnoszeniu lewarek zaczął dziwnie łatwo zagłębiać się w rdzawy próg xD Nie wyglądało to dobrze. Gdy wpadło mi do głowy że może warto byłoby skontrolować stan płynów tego gruza, czekała na mnie kolejna niespodzianka - maska była czymś zablokowana i nie chciała się otworzyć. Wkurzyło mnie to tym bardziej, że ewidentnie majstry dały tu d⁎⁎y - w końcu musieli otwierać maskę, żeby dostać się do silnika. Po wymianie koła i próbnym odpaleniu auta okazało się jeszcze, że piszczy pasek klinowy i świruje lampka od hamulca ręcznego - na zmianę pali się i gaśnie. Zanosiło się, że zamiast ogarniania wnętrza czeka mnie kolejna wizyta w warsztacie, a wcześniej kupno felg i opon w jakimś sensownym stanie. Z uwagi na to, że w "zwykłej" pracy musiałem jechać w delegację, poprosiłem o pomoc kumpla.

Dzień później siedząc u klienta dostałem telefon. Dzwonił kumplel. Wymiana opon i felg poszła gładko. Natomiast przejechanie kolejnych kilku kilometrów to była droga przez piekło. Spod maski zaczęły dochodzić coraz dziwniejsze, narastające dźwięki. Wkrótce po nich zaczęła pojawiać się para. Kulminacją było pęknięcie przewodu hamulcowego - szczęście w nieszczęściu jest takie, że wydarzyło się to przy wjeżdżaniu na plac należący do warsztatu. Myślałem, że trafi mnie ku⁎⁎⁎ca - budę dosłownie dopiero co odebrałem od majstrów i powinni wyłapać tak oczywiste rzeczy. Poleciałem oczywiście z ryjem do szefa tego przybytku słysząc w odpowiedzi: Yyyy, no tak, my mysleli, że to tylko tak powierzchownie to czy tamto zrobić, my nie wiedzieli żeby cały przejrzeć. Był to jeden z momentów w moim życiu, gdy poważnie myślałem nad tym, by w nocy przyjechać tam z kilkoma butelkami benzyny i puścić wszystko z dymem. Po jakimś czasie ochłonąłem i tym razem kazałem przejrzeć wszystko dokładnie. Bilans wad i strat był następujący:

- zatarło się łożysko alternatora, efektem czego alternator się zapiekł a pasek uległ dezintegracji. Alternator do naprawy lub do kupienia nowy
- pękł przewód hamulcowy - cały układ zardzewiały tak, że tylko wymiana całości wchodzi w grę
- chłodnica od płynu miała nieszczelność i trzeba ją było wymienić na nową
- cylinderki hamulcowe w fatalnym stanie i zastałe - do wymiany
- tylny resor pęknięty - do wymiany, najlepiej na wzmocniony (droższy)
- amortyzatory wylane i do wymiany
- miska olejowa pordzewiała i trzymająca się resztkami sił - do kosza
- zbiornik paliwa miał ewidentnie plany pójść w ślady miski i wylać swoją zawartość na drogę przy pierwszej okazji - kosz
- do tego jeszcze usunięcie korozji, naprawa progów i błotnika, który też zaczynał chrupać od rudej

Cóż było robić... Plus był taki, że tym razem majstry uwinęły się szybko. Ja jednak miałem kolejny tydzień opóźnienia i, mimo tego, że części był momentami wręcz śmiesznie tanie, parę tysięcy poszło w cholerę. Zbliżałem się do kwoty, jaką musiałbym wydać na "zwykłą", ogarniętą budę, a dalej istniało ryzyko znalezienia niechcianych niespodzianek. Po odbiorze auta z warsztatu natomiast było o tyle lepiej, że zrobiło się ono dynamiczniejsze oraz zyskało na prowadzeniu. Nie zrozumcie mnie źle - dalej bliżej było mu do wozu drabiniastego niż samochodu z prawdziwego zdarzenia, jednak naprawdę w porównaniu z pierwszą jazdą było to niebo a ziemia. Co prawda później, w tym samym roku, trafiły mi się kolejne usterki: upalone kostki od świateł podczas powrotu w nocy nagle przestały działać i oświetlenie po prostu zgasło albo trzeba było wymienić sworzeń w przednim zawieszeniu. Co natomiast ciekawe, mechanicznie buda była od tamtego momentu z grubsza całkiem sprawna i kilkuset kilometrowe trasy nie robiły na niej wrażenia. Może z jednym wyjątkiem, o którym jeszcze napiszę:)

Gdy teraz wszystko w aucie było mechanicznie jako tako ogarnięte, zacząłem zbierać się do pracy nad jego wnętrznem. Minął ponad miesiąc od zakupu, a ja dalej byłem w lesie - mając na uwadze, że chciałem wystartować w połowie marca, miałem około 5 tygodni na przygotowanie wszystkiego - przy jednoczesnej pracy na full time w korpo. Zapowiadało się ciekawie.

Pokaż więcej komentarzy (20)

Osobistość

w Hydepark

360piorunów

Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki

Dziś poruszę temat załatwiania miejsca, kupowania budy i pozwoleń sanepidu.

Pamietacie jeszcze jak w marcu 2020 ta śmieszna pani z sanepidu opowiadała o pierwszym przypadku covida w Polsce? Może były gdzieś osoby, którym wydawało się, że w państwie z kartonu instytucja sanepidu działa, ale ja już lata temu miałem okazję doświadczyć, że to organizacja teoretyczna, będąca co najwyżej w stanie stanie potknąć się o własne nogi i pomylić głowę z d⁎⁎ą. Ale najpierw będzie o czymś innym.

Pod koniec 2014 miałem robotę na B2B, w której zarabiałem już całkiem przyzwoicie, koszty miałem niskie a do tego rozliczałem kwartalnie VAT z dochodowym, więc uznałem, że jest to dobry moment na odkopanie starych planów o zabawie w gastro. O moim pierwszych próbach wejścia w ten biznes pisałem ostatnio i jest to o tyle istotne, że dzięki temu miałem już jako-takie rozeznanie czego mam się spodziewać. O ile sama kwestia kupienia i ogarnięcia budy wydawała się relatywnie prosta, choć czasochłonna - to już to, jak wygląda (albo raczej - nie wygląda xD) kwestia znalezienia miejsca na taką działalność duża bardziej spędzało mi sen z powiek.

Może się wydawać, że foodtruck to pełna swoboda, bo dziś jesteśmy w zagłębiu korporacyjnym i sprzedajemy korposzczurom a jutro staniemy sobie przy deptaku i zarobimy na spacerowiczach. Parafrazując Vincenta Vegę, niestety jednak nie jest to tak, że wyjedziesz sobie w miasto, staniesz byle gdzie, odpalisz grilla i zaczniesz sprzedawać swoje korwinowskie paróweczki. Masz stawać u siebie albo w wyznaczonych miejscach. I tu zaczyna sie zabawa. Podobno foodtrucki przywędrowały do nas z USA. Na ile jest to prawdą nie wiem, bo w końcu buda serwująca jedzenie nie jest jakimś wielkim odkryciem, ale przyjmijmy że tak było istotnie. Polskę czy ogólnie Europę od USA różni dość sporo i nie chodzi wyłącznie o poziom zamożności czy nasłonecznienia - przede wszystkim w Europie gęstość zaludnienia jest większa i w zasadzie każdy kawałek terenu jest czyjś. Jeśli natomiast chodzi o tereny znajdujące się w mieście to na ogół należą one do - zgadliście - miasta, względnie jakiegoś zarządu dróg. Miasta w USA mają z reguły bardziej liberalne podejście do stawiania się z budą - jest jakaś wyznaczona strefa gdzie możesz handlować, więc wnosisz opłatę, przyjeżdżasz i bzikasz. Koniec. W Polsce jest inaczej, mianowicie jakieś tam wyznaczone miejsca niby teraz są, natomiast nie jest to na zasadzie: o, tu macie plac, to sobie działajcie. Co roku ogłaszany jest przetarg na dany skrawek terenu, na takim przetargu wybierany jest najemca. Chcesz zmieniać miejsce? No to musisz mieć dwa skrawki na które masz dwa przetargi. Nie wygrałeś przetargu? Pech, ale spróbuj w kolejnym roku, w końcu jest pula całych 10 skrawków na całe miasto. Znalazłeś fajne miejsce, należy do miasta a nie ma na niego przetargu? No to lipa. Myślisz, że jak napiszesz pismo że chcesz wynając miejsce takie i takie to dostaniesz zgodę? Think again. Brzmi słabo, ale jest to i tak pewnego rodzaju progres, bo kiedy zaczynałem na przełomie 2014-15 foodtrucki dalej były tematem świeżym, przez co miasto niespecjalnie wiedziało czy i co ma z nimi robić. Generalnie, miasto czy też raczej urzędnicy, o czym miałem okazję przekonać się już przy kombinowaniu z rikszowózkami, wykazują bardzo ograniczoną inicjatywę i są mało chętni do robienia czegokolwiek wykraczającego poza ich codzienne obowiązki. Ale zanim zaczniecie w głowach ciskać gromy od adresem przeróżnych Grażynek i Krystynek siedzących w urzędach, zastananówcie się - dlaczego tak jest? Odpowiedzią jest to, jak skonstruowany jest system. Urzędnik nie dostanie nigdy premii za wyjście z inicjatywą - za to łatwo może dostać po głowie od przełożonego za zbytnie kombinowanie i naginanie systemu lub jeśli w interpretacji "góry" podjął złą decyzję. A może, o zgrozo, właśnie wywołał lawinę kolejnych osób, które przyjdą z tym samym i będą oczekiwać podobnej interpretacji? A może dołożył wszystkim właśnie dodatkowej roboty, gdzie i tak już nie wyrabiają z tym, to jest? Po co to, komu to potrzebne. Róbmy jak było, sztywno według przepisów, w razie czego jest podkładka. A że nie ma to czasem sensu? Trudno, ryzykowanie nie przynosi żadnych korzyści, za to opłacalna strategia to niewykazywanie inicjatywy i twarde trzymanie się zasad. Przy czym problem akurat dotyczy nie tylko spraw foodtrucków, ale chyba za bardzo odbiegłem od tematu. Long story short: chcesz stanąć na terenie należącym do miasta? Wygraj przetarg. Znalazłeś miejsce, na które nie ma przetargu? Zapomnij, nie dostaniesz zgody. Albo twój wniosek będzie procesowana tak długo, że sezon się skończy a ty dalej będziesz czekał. Możliwe oczywiście, że obecna sytuacja jest inna niż przed laty. Aczkolwiek nie spodziewałbym się dużych zmian.

Oczywiście zawsze można kombinować i robić przeróżne "exploity" xD Podobno Bobby Burger na samym początku jeździł wkoło Placu Zbawiciela, żeby uniknąć mandatu od straży miejskiej za handel - bo samochód zatrzymywał się tylko żeby wydać jedzenie i zebrać zamówienia. Na ile jest to legenda, na ile prawda, i na ile nieprawda - nie chce mi się wnikać. Chociaż i ja miałem w głowie obejście systemu na zasadzie: parkuję samochód w dowolnym, dozwolonym miejscu. Foodtruck ma minimalnie otwartą klapę, na klapie link do apki przez którą składa się zamówienie, ludzie zamawiają JEDZIENIE z DOSTAWĄ przez apkę; i odbierają z zaparkowanego samochodu xD Oficjalnie nie prowadzę sprzedaży, tylko dostarczam, nie? Minusem takiego kombinatorstwa jest na ogół brak dostępu do wody (bieżącej), toalety i podłączenia do prądu, co z jednej strony naraża na mandat sanepidu a z drugiej powoduje ALBO konieczność posiadania generatora (głośny, paliwożerny) albo ograniczenia zużycia prądu do minimum i wykorzystania jakichś pojemnych akumulatorów. Nie wspominając już, że zamiast skupić się na robocie, skupiamy się na obchodzeniu zakazów. Odrzucając powyższe kombinatorstwo lub przepychanki z miastem, realne opcje miałem wówczas dwie.

Opcja pierwsza i łatwiejsza - to znalezienie dogodnego miejsca, które należy do kogoś, kto nie jest częścią sektora publicznego - czyli dogadanie się z prywaciarzem. O ile urzędnik w przypadku, który wykracza poza standard myśli jak by tu upierdliwca spławić, tak prywatny właściciel najpierw podrapie się po głowie, a potem albo się zgodzi albo nie. Jeśli się nie zgodził sprawa jest jasna, jeśli się zgodzi nic jeszcze nie jest przesądzone, bo ceny za miejsce mogły być ok lub zupełnie z d⁎⁎y. Ja za swoje pierwsze miejsce na parkingu, gdzie sprzedawało już kilka innych bud płaciłem chyba 500 złotych miesięcznie, była to równowartość wynajmu dwóch miejsc parkingowych i w cenie nie było prądu. Była to uczciwa cena. Jednak trafiały się oferty zupełnie moim zdaniem oderwane od rzeczywistości, typu 2-3 tysiące miesięcznie za kawałek chodnika na uboczu plus koszty mediów (to było jakoś w 2017 i niewiele drożej szło wynająć po prostu mikrolokal na tego typu działalność, który imo byłby dużo lepszym wyborem). Co ciekawe, dużo "świeżaków" w biznesie łapało się na takie oferty, o czym w przyszłości jeszcze napiszę. Potencjalnie trudną sprawą było ustalenie, do kogo należy i kto administruje danym kawałkiem terenu, ale i na to miałem sposób. Jako, że centrum mojego zainteresowania mieściło się na warszawskim Mordorze, większość tych "prywatnych" terenów była ogrodzona i strzeżona. Wystarczyło zagadać do ciecia i z reguły po minucie miało się namiar do kogoś decyzyjnego. Ot, siła zwykłych, ludzkich kontaktów. Powodzenia z ustalaniem tego przez internet.

Opcja druga, o której dziś tylko wspomnę to jeżdżenie na różnego rodzaju imprezy, eventy i zloty foodtrucków z rakowymi hasełkami, typu "Dziś ŻARCIOWOZY będą karmić brzuszki mieszkańców Nowego Sącza" albo "Nikt nie będzie chodził głodny w Koninie! Zapraszamy na zlot szamochodów!". Taa, jeszcze człowiek gotów pomyśleć, że jakaś organizacja non-profit jedzenie za darmo daje xD. O imprezach nie będę jednak póki co pisał, im poświęcę osobny post.

Ostatecznie miejsce udało mi się znaleźć w miarę szybko, miało tę zaletę (której wówczas nie byłem świadomy), że na parkingu stało już kilka innych bud. Umowę na najem podpisałem w grudniu 2014, było to dla mnie o tyle ważne, że bez umowy na stałe miejsce nie chciałem ruszać z kolejnymi krokami. Teraz, mając to już ogarnięte, mogłem skupić się na szukaniu odpowiedniego auta.

Jako, że foodtrucki wciąż były czymś relatywnie nowym (kilka liczb: pierwsza edycja imprezy Żarcie na kółkach w 2013 to 13 bud, w 2014 już 40, w 2016 - 60, a w 2019 sto - chociaż podejrzewam, że chętnych było znacznie więcej) oferta gotowych, używanych pojazdów pochodzących od osób, którym biznes obrzydł lub nie wypalił praktycznie nie istniała - byłem więc zdany na własną inwencję i poszukiwania. Po wpisaniu na portalach różnych kombinacji haseł "foodtruck" "przyczepa gastronomiczna" "samochód gastronomiczny" "samochód do handlu" i uszeregowaniu wyników od najtańszego xD znalazłem w swojej okolicy kilka obiecujacych ofert. Kryteria, jakimi się kierowałem były dość proste:

- cena; wiadomo, im mniej tym lepiej
- możliwie niewielki nakład czasu i środków potrzebny do przystosowania wnętrza do moich potrzeb
- w miarę estetyczny wygląd wewnętrzny i zewnętrzny. Auto planowałem z zewnątrz okleić, więc niespecjalnie obchodziło mnie jak na ten moment wygląda, natomiast z uwagi na to, że odbiorcami w przyszłości byliby hipsterzy i korposzczury zależało mi, żeby był on możliwie przyzwoity i jego widok nie wywoływał wymiotów ani skojarzeń z latami 90. Wciaż przed oczami miałem jugokioski oraz budy ze Stadionu X-lecia.
- z technikaliów, chciałem mieć już gotowe instalacje, niespecjalnie jednak wiedziałem czego dokładnie potrzebuję więc po prostu kierowałem się kryterium: mają być blaty, w miarę dużo miejsca i estetycznie - a potem to się zobaczy
- zrobiony odbiór sanepidu - jest taki papierek, który nazywa się "odbiorem sanepidu", problem był taki, że w momencie szukania auta nie bardzo wiedziałem, czym taki odbiór właściwie jest. Przyjąłem sobie naiwnie, że to dokument jak jakiś dowód rejestracyjny albo karta pojazdu - wydawany na auto i przy zmianie właściciela trzeba go tylko przepisać na nowego. Co wydawało się rozsądne, bo wymogi dot. "obwoźnych placówek gastronomicznych" są jednakowe, niezależnie od typu auta i rodzaju działalności. Stąd poszukiwałem auta, które taki odbiór już ma. Czas na dłuższą dygresję dotycząca owych wymogów.

Zasadniczo, żeby móc sprzedawać coś z budy, musi ona spełniać szereg wymagań. Większość jest prosta do spełnienia, są jednak niektóre, które są już bardziej upierdliwe i stawiają znak zapytania nad tym, czy foodtruck jest mobilnym gastrobiznesem czy de facto jeżdżącą przedłużką stacjonarnej restauracji. Z wymogów dot. auta mamy (albo mieliśmy, bo moja wiedza jest sprzed paru lat)
- blaty łatwe w czyszczeniu - easy
- osobne pomieszczenie do przebierania się do pracowników - easy, mocuje się wieszak w szoferce i jest, serio xD w wersji dla ambitnych można jeszcze przegrodzić budę zasłoną
- wydzielona szafka na środki czystości - easy
- osobne zbiorniki na wodę czystą i brudną - easy, zwykle każda buda ma też dodatkowo instalację do wody. Mniej oczywiste jest to, skąd wodę się bierze bo teoretycznie sanepid musi zrobić badanie wody z tego ujęcia, ale ja rozwiązałem to w ten sposób, że wodę miałem kupowaną w baniakach pięciolitrowych, więc na wypadek kontroli wszystko było legit xD Drugą nieoczywistą sprawą jest to, czy woda w aucie ma być zimna czy od razu ciepła i zimna. Jak to często bywa, co rabin to opinia więc kiedy jeden sanepid klepnął mi instalację z samą zimną wodą, to drugi kazał robić podwójną. O tym później.

Jeśli chodzi o wymagania co do samego samochodu to tyle. Są też jednak warunki poboczne, które również należało spełnić. Oto one:
- umowa na korzystanie z toalety dla pracowników i to nie byle jakiej, bo pracownicy muszą mieć osobną, a nie ogólnodostępną. W praktyce martwy przepis
- umowa na wywóz odpadów - zwykle jest elementem umowy zawieranej na wynajem miejsca
- umowa na odbiór zużytego oleju - ja tego nie miałem, bo nie używałem oleju do smażenia
- umowa na dzierżawę kuchni spełniającej wymogi sanepidu - mój ulubiony punkt, który tak naprawdę stawia wielki znak zapytania nad tym czy taki foodtruck ma sens. O co chodzi? W świetle prawa w takiej budzie możemy przygotowywać posiłki z gotowych półproduktów, tzn je podgrzewać, smażyć, mieszać, polać sosem itd. Wszystko inne nie może się tam odbywać. Chcesz pokroić pomidora albo cebulę? Nie można. Chcesz uformować albo przyprawić mięso na burgera? Zapomnij. Skończyły ci się ogórki, poszedłeś do sklepu dokupić a potem umyłeś, pokroiłeś i wrzuciłeś do buły? Złamałeś zasady. Oczywiście teoria teorią a praktyka praktyką i często jest to po prostu kolejny, martwy przepis. Jasne, w ramach podkładki każdy ma podpisaną umowę ze stacjonarną kuchnią spełniającą wymogi sanepidu i będzie przysięgał, że każde warzywo zostało umyte i pokrojone właśnie tam, ale... sami rozumiecie. Ja próbowałem robić wszystko zgodnie z zasadami przez pierwszy miesiąc-dwa, ale widząc podejście innych dałem sobie spokój, bo tylko dokładało to roboty. Jeśli nie chcecie się bawić w samodzielne przygotowywanie połproduktów, jest jeszcze inna możliwość. Jest nią umowa z dostawcą, który przywozi gotowce - mogą to być np albo gotowe, uformowane kotlety albo np proszek do przygotowania gofrów czy naleśników, który trzeba tylko wymieszać z olejem czy wodą. Tylko jak niestety widzicie, gdzieś zabija to ten cały vibe "świeżego jedzonka od lokalnych dostawców" xD Temu jednak poświęcę osobny wpis.

Wracając do budy, odpowiedni samochód udało mi się znaleźć samochód w miarę szybko. W przeszłości był piekarnią i choć jego stan sprawiał, że przeciętny kupujący po prostu uciekłby z krzykiem, moja cebulacka natura była skuszona możliwością dodatkowego, mocnego zbicia ceny i argumentowania tego stanem samochodu. Autem było Ducato drugiej generacji z tragicznie mulastym dieslem bez turbiny. Jak już wspomniałem, ilość czerwonych flag przy tym aucie była tak duża, że gdyby był dziewczyną z tindera byłby borderką po przejściach z kolorowym dzieckiem, mnóstwem tatuaży, daddy issues i odrzucającym opisem. Ideał:) Auto:
- nie odpalało (rozładowany akumulator)
- od ponad roku stało nieruszane
- miało urwane lusterko i wyłamany zamek od strony pasażera po włamaniu
- przednia szyba była pęknięta
- miało paskudny kolor i wieśniackie oklejenie z zewnątrz oraz sporo korozji na wielu elementach
- połowa urządzeń z wyposażenia wewnętrznego nie działała albo nie wiedziałem jak je uruchomić.

Z plusów:
- cena była okazyjna a liczyłem że uda się ją zbić jeszcze bardziej
- diesel bez turbiny i manualna skrzynia oznaczały, że auto jest do bólu proste i ciężkie do zajechania. Mulastością silnika się nie przejmowałem, nie planowałem robić długich tras.
- wnętrze było w naprawdę dobrym stanie w porównaniu z innymi, które oglądałem, co oznaczało doprowadzenie do moich potrzeb niewielkim nakładem

Byłem oglądać je dwa razy, za pierwszym razem nie uruchomiliśmy go z uwagi na padnięty akumulator. Za drugim akumulator już był i samochód udało się odpalić. Kilka sekund po uruchomieniu silnika spod spodu zaczął lać się olej. Normalny człowiek w tym momencie by się pożegnał, odwrócił na pięcie, podziękował opatrzności i poszukał czegoś innego. Debil taki jak ja przeliczył szybko koszt kupna nowej chłodnicy oleju, roboczogodzin potrzebnych na wymianę, pomnożył to x2 i stargował dodatkowe 1500 pln ciesząc się, że jeszcze trochę zbił z ceny. Również jak osoba zaślepiona uczuciami albo pan Sławek z pasty o BMW E60 racjonalizowałem sobie wady auta:

Słaby silnik? Nie szkodzi, będę jeździł nim tylko wkoło komina a przy tym nie zepsuje się turbina i jak ktoś będzie nim jechał, to nie będzie cisnął jak wariat.
Bezpieczniki dla instalacji budy są przepalone? Wymienię, to grosze a dodatkowo te najważniejsze rzeczy jak światło czy otwieranie klapy działają
Korozja z zewnątrz? I tak będę go oklejał.
Pełno drobnych, upierdliwych wad? Trudno, auto ma być do pracy a nie wyglądania
Zastany i niejeżdzony od roku? Przecież to tylko stare dupato, do ogarnięcia za grosze. What's the worse that could happen?

Następnego dnia przyjechałem do pana z kasą i lawetą do odebrania auta i tak oto zostałem dumnym posiadaczem foodtrucka xD Znalazłem niestety tylko jedno zdjęcie z ładowania na lawetę i ani jednego ze środka - dlatego zdjęcia ze środka będą zbliżonego auta, ale w dużo gorszym stanie - ukradzione z neta. W kolejnej części więcej będzie o sanepidzie i ogarnianiu złoma.

Pokaż więcej komentarzy (31)

Fenomen

w Wiadomości Polska

75piorunów

W ciągu pięciu lat budowa domu zdrożała o 76 proc.

Od 2018 r. koszt budowy domu wzrósł o ponad 76 proc. Jeszcze pięć lat temu można było zbudować metr domu w stanie deweloperskim za nieco ponad 3,4 tys. zł. Dziś to ponad sześć tys. zł za metr - wynika z szacunków serwisu wielkiebudowanie.pl. Polska #budownictwo #nieruchomosci

Twórca

w Hydepark

271piorunów

Pijcie ze mną kompot towarzysze i towarzyszki, bowiem znalazłem pracę i z partnerką przenosimy się do Luksemburga!

Nigdy nie myślałem, że opuszczę północ Polski, później odnalazłem się na południu i teraz kolejny krok - emigracja.

Jesteśmy dobrej myśli i jak nam się nie spodoba, to mamy gdzie wracać. No, ale trzymajcie kciuki! 🤞

#pracbaza #korposwiat

Pokaż więcej komentarzy (32)

Fanatyk

w Hydepark

24piorunów

Złota myśl Rzymian na dziś

„Biedzie brakuje wiele, chciwości wszystkiego”

* łacina: _[Inopiae desunt multa, avaritiae omnia]_
* źródło: Publiliusz Syrus, _Sententiae_

Publiliusz Syrus (_Publilius Syrus_, I wiek p.n.e.) – mim i pisarz rzymski

https://www.imperiumromanum.edu.pl/kultura/zlote-mysli-rzymian/

-----------------------------------------------------------------------------

Jeżeli podobają Ci się treści, jakie gromadzę na portalu oraz, którymi dzielę się na portalu, wdzięczny będę za jakiekolwiek wsparcie: https://imperiumromanum.pl/dotacje/

Pokaż więcej komentarzy (2)

Lider

w Wiadomości Świat

23piorunów

Okręg szkolny w Utah usunął Biblię z listy lektur szkolnych po skargach rodziców:

„_Kazirodztwo, onanizm, bestialstwo, prostytucja, okaleczanie narządów płciowych, fellatio, dildo, gwałt, a nawet dzieciobójstwo_” – napisał rodzic. „_Bez wątpienia przekonasz się, że Biblia nie zawiera żadnych poważnych wartości dla nieletnich, ponieważ zgodnie z naszą nową definicją jest pornograficzna_”.

https://www.nbcnews.com/news/us-news/utah-parent-upset-book-bans-gets-bible-pulled-school-shelves-expose-ba-rcna87450

#bekazkatoli

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Przegryw

350piorunów

Zwalniam się z obecnej pracy i idę do lepszej i bardziej przyszłościowej za ten sam hajs na okresie próbnym + podwyżka za 3 miesiące jak będzie git

każdy z moich bliskich jakoś ma to gdzieś i w sumie nawet jakoś nie zareagowali, nie zapytali, nie pogratulowali xd

przynajmniej tu se napisze se

#przegryw

Specjalista2piorunów

Gratuluję, powodzenia. Chociaż z okresami próbnymi i późniejszymi obiecanymi podwyżkami bywa różnie, to trzymam kciuki. I najważniejsze, że sama robota bardziej rozwojowa. Najważniejsze co można stracić w słabej robocie to czas, który można było spożytkować na zdobycie nowej wiedzy lub umiejętności :)

Wirtuoz1piorunów

Powodzenia cumplu!

Pokaż więcej komentarzy (57)

Twórca

w Hydepark

69piorunów

Aktualizacja na miarę naszych czasów. #iphone

Fenomen2piorunów

@eMaciek ej ja pi⁎⁎⁎⁎le, już nie wiem co niektóre literki znaczą. TZN Q+ to że napęd na cztery koła powiększony czy jak?

GURU12piorunów

@eMaciek
Głupi ficzer na zegarku, prawakom pękła d⁎⁎a, a to niby lewactwo jest takie na wszystko obrażone xD

Pokaż więcej komentarzy (47)

Koneser

w Hydepark

440piorunów

No to już jest coorestwo zwykłe. W jakim kraju my żyjemy, że takie coś jest legalne. Ja mam dobry wzrok i mogłabym się nabrać a co z ludźmi starszymi, albo słabo widzącymi? Kupią margarynę w papierku z napisem masło i 82% w cenie pewnie 7zł. #afera #oszukujo

Tytan3piorunów

@Forsycja Żrecie ukraińskie toksyczne zboże to masła co udaje masło nie zjecie ?
Poczekajcie jak wjadą robaki na pełnej.

Specjalista3piorunów

@Forsycja zamknąć managera ramy w w pierdlu z wyrokiem "używaj jak na wczasach"

Pokaż więcej komentarzy (81)

Tytan

w Majsterkowanie

212piorunów

#narzedzia #elektronarzedzia #majsterkowanie #silonaprawia

Hej! Przychodzę dzisiaj do was z małą informacją odnośnie jednego z nowych modeli kluczy udarowych DeWalt: DCF892. Na chwilę obecną wygląda na to, że model ten posiada wadę fabryczną. Możliwe, że to jedna partia która poszła na Polskę, ponieważ za granicą nie ma tylu zgłoszeń. Konkretnie uszkadza się przekładnia po ok. 30 śrubach. Po reklamacji jeszcze do końca poprzedniego tygodnia dostawało się nowy klucz z którym działo się to samo. Jeżeli planujecie zakup klucza na tą chwilę wybierzcie inny model lub wstrzymajcie się z zakupem aż DeWalt wprowadzi poprawki konstrukcyjne. Z tego co wiem aktualnie są na etapie analizowania zgłoszeń i usterek więc może to jeszcze chwilę potrwać. Pozdrawiam i miłego poniedziałku!

Kompan0piorunów

@silo1408 Dobrodzieju takie pytanko mam. Robiłeś kiedyś zagłębiarki akumulatorowe, na które uważać?

Pokaż więcej komentarzy (23)

Lider

w Wiadomości Polska

194piorunów

W ostatnich dniach przeczytałem wiele na temat śmierci ośmioletniego Kamila z Częstochowy. Ale poniższy tekst jest prawdopodobnie najlepszy.

Po pierwsze, jest to głos ekspertki z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, która zajmuje się dokładnie tym.

Po drugie, tłumaczy jak krowie przy rowie (a więc w sposób być może zrozumiały także dla prawicowych polityków) na czym polegają systemowe rozwiązania. A raczej: na czym powinny polegać.

Po trzecie wreszcie, jest to pochwała rozumu, racjonalizmu i po prostu nauki, czyli zupełne przeciwieństwo naszej debaty, która miota się od histerycznie wywrzaskiwanych bajek o "świętości rodziny" do równie histerycznie wywrzaskiwanych bredni o karze śmierci lub wręcz zalegalizowaniu tortur.

Must read.

(wrzucam dla tych co nie mają Facebooka, link do wpisu w komentarzu)

—————————-

Widzę dziś na niezliczonych stronach informację o śmierci Kamila, który po ponad miesiącu utrzymywania go w stanie śpiączki farmakologicznej zmarł z powodu niewydolności wielonarządowej. Rozwinęła się ona w wyniku wcześniejszego maltretowania przez ojczyma, następnie nieudzielenia dziecku pomocy i w konsekwencji nadkażenia oparzelin. Mimo wysiłków wykwalifikowanego zespołu lekarskiego Kamil zmarł.

Dziś rozmawiałam na schodach Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę z koleżanką terapeutką, z którą właśnie prowadzę szkolenie dotyczące identyfikowania przemocy wobec dzieci i podejmowania interwencji. Powiedziałam: "Kolejna śmierć dziecka, z której nic nie wyniknie".

Potem dopiłam kawę, zgasiłam papierosa i wróciłam do pracy.

Jeśli uważacie, że jestem nieczuła to źle uważacie - sprawą, która dla mnie była rytem inicjacyjnym była sprawa Zuzi z Torunia. Jeśli nie pamiętacie Zuzia miała zaledwie trzy latka, kiedy trafiła do szpitala z obrzękiem mózgu, a następnie zmarła. Jej gehenna trwała od urodzenia, rodzina była pod kontrolą MOPRu, miała nadzór kuratorski oraz asystenta rodziny. Dzieci były już wcześniej wyjęte z rodziny i umieszczone w pieczy zastępczej, po czym sąd zdecydował o daniu kochającym rodzicom kolejnej szansy.

Wierzyłam wówczas, że sprawa Zuzi jest tak ewidentnym, wręcz modelowym przypadkiem, w którym jak w soczewce widać brak strategicznych, systemowych działań chroniących dzieci, że ta śmierć musi doczekać się publicznej debaty. I że tylko włos dzieli nas od przyjęcia ustawy o analizie krzywdzenia dzieci ze skutkiem śmiertelnym (serious case review).

Ponieważ w społeczeństwie dojrzała wreszcie decyzja non possumus - nie chcemy być krajem, który nie wyciąga wniosków. Chcemy być krajem, który zacznie chronić dzieci.

Petycję żądającą przyjęcia ustawy o serious case review podpisało 22 tysiące osób.

Zuzia zmarła w maju 2021 roku, obecnie mija druga rocznica jej śmierci. Z Kamilem łączy ją to, że obie te tragedie nie były nieprzewidywalne. Rodzice obydwojga dzieci stawiali się w sądzie rodzinnym, mieli przyznanych asystentów rodziny, nadzory kuratorskie i złożone wnioski o zabezpieczenie dzieci poza rodziną. Rodzeństwu Zuzi udało się nawet przez chwilę z rodziny uciec, rodzeństwu Kamila nie - sąd oddalił wniosek MOPSu o wyjęcie dzieci z rodziny.

Na bazie historii Kamila i Zuzi można również wykonać test czynników ryzyka przemocy uzyskując w nim wartości maksymalne (tj. natychmiastowa interwencja w celu zabezpieczenia dzieci, krytycznie wysokie ryzyko zagrożenia zdrowia i życia), raz już pokazywałam na swoim profilu taki test. Robiłam go akurat w odniesieniu do niespełna rocznej Blanki z Olecka, również zakatowanej, której historia pokrywa się niemal jeden do jednego z historią Kamila i Zuzi.

To właśnie obrońca ojca Blanki wypowiedział w sądzie wiekopomne słowa:

"Nie da się przewidzieć pewnych tragedii, które mogą się wydarzyć dziś, jutro. I tak naprawdę linia obrony na tym się skupiała."

To miłe, że na tym skupiała się linia obrony, ale nauka jednak mądrości pana mecenasa nie potwierdza, a nawet wręcz przeciwnie:

nie wszystkie tragedie da się przewidzieć, ale tragedie Kamila, Zuzi i Blanki były tragediami klasycznymi, które nie tylko dało się przewidzieć, ale opracowano w tym celu nawet konkretne narzędzia.

Wystarczy je znać i stosować. Piszę o tym z uporem maniaczki, ponieważ polską specjalnością jest ciągłe opowiadanie bzdetów o nieprzewidywalności wydarzeń, które po pierwsze są schematyczne, po drugie ich przewidywalność doczekała się nawet konkretnych algorytmów, po trzecie mają skatalogowane czynniki ryzyka i szansy, a po czwarte tysiące ludzi dekadami spłaszczało sobie cztery litery (nad badaniami aktowymi) i zdzierało zelówki (w badaniach terenowych) nad empirycznym potwierdzeniem, że te algorytmy działają i można je stosować w politykach ochrony dzieci przed krzywdzeniem.

I ratować dzięki temu życie dzieci.

Wrócę do mojej niewiary:

śmierć Kamila z pewnością wywoła szereg pokazowych działań ze strony instytucji, które ostatnio krytykowała Najwyższa Izba Kontroli.

Rzecznik Praw Dziecka, który miał w ręku wszystkie elementy układanki koniecznej do przyjęcia ustawy o serious case review, pozwolił na to, aby projekt rozpłynął się w powietrzu.

Kancelaria Prezydenta RP deklarująca żywotne zainteresowanie systemową ochroną dzieci nabrała wody w usta i to zainteresowanie straciła.

Jeśli idzie o działania Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej związane z ochroną dzieci to gdyby MRiPS robiło promil mniej niż robi do gmachu ministerialnego musiałby wejść lekarz medycyny sądowej, aby potwierdzić zgon.

Ministerstwu Dzieci nie poświęcę krytycznego słowa, bo nigdy go nie stworzyliśmy.

Publicznej Agencji Ochrony Dzieci też nie.

Nie mamy ani jednego aktu prawnego, który byłby poświęcony ochronie dzieci - nie ich rodzicom, nie służbom socjalnym, nie kuratorom i pieczy zastępczej, ale dzieciom. Nie mamy krajowej strategii na rzecz walki z przemocą wobec dzieci.

Nie rozumiem więc, dlaczego ludzie są zdziwieni, że kolejne dzieci w Polsce giną wskutek maltretowania - byłoby nad wyraz dziwne, gdyby przy tej skali systemowej bierności udawało nam się zejść ze wskaźników krzywdzenia dzieci.

Występuje przy tym pewien konflikt interesów.

Proaktywna ochrona dzieci wiąże się ze zdjęciem lśniącego pazłotka z ikony świętej rodziny biologicznej, w której z założenia nie może dziać się przemoc, skoro rodzice mają nad swoimi dziećmi absolutną władzę rodzicielską i od 80 lat nie udało nam się zmienić terminu „władza rodzicielska” na „odpowiedzialność rodzicielską”.

Powiem Wam więc coś na koniec i będą to dwie rzeczy.

Pierwsza jest taka, że częstochowski MOPS nie założył rodzinie Niebieskiej Karty, bo w rodzinie nie było stwierdzonej przemocy [fizycznej], choć olkuski MOPS taką Kartę założył (daje to interesujący wgląd w tak zwaną współpracę międzyregionalną, poważne jej traktowanie i zdawanie sobie sprawy, że stawką jest życie dzieci).

A druga jest taka, że sąd nie przychylił się do wniosku tegoż częstochowskiego MOPSu, aby wyjąć z rodziny dzieci, albowiem nie było tam przemocy [fizycznej] i nie widział podstaw.

Odnośnie pierwszej rzeczy to tak się składa, że procedura Niebieskiej Karty dotyczy wszystkich rodzajów krzywdzenia, w tym również zaniedbania, które jest jednym z czterech rodzajów przemocy. Mimo to zapadka nie przeskoczyła i nie zadzwoniło.

Odnośnie drugiej rzeczy to tak się składa, że sąd w Częstochowie najwyraźniej nie umie składać merytorycznych puzzli, skoro niewydolność wychowawcza matki Kamila nie skojarzyła mu się z przemocą i nie drążył w tym kierunku.

Zapadka nie przeskoczyła i nie zadzwoniło.

Ale nie wiem, może dla sędziego orzekającego w tej sprawie uciekający z domu ośmiolatek stanowi zjawisko zwyczajne i niewskazujące na krzywdę tego dziecka. W tej rodzinie były także małe dzieci, które uciec nie mogły, ponieważ jeszcze nie chodziły – to również nie zastanowiło sędziego lub sędzi, zdarza się, nie ma co drążyć, rodzina biologiczna wszak władzę nad dziećmi ma i nie będziemy się na tę władzę zamierzać państwową ręką.

Wyłuskuję te dwie rzeczy z konkretnego powodu.

Procedura Serious Case Review służy również temu, aby zobaczyć, gdzie w systemie są luki na tyle duże, że mogą się przez nie prześlizgnąć krzywdzone dzieci, które ostatecznie stracą życie.

Tym, czego dowiaduję się ze sprawy Kamila jest między innymi ignorancja ludzi, którzy mieli możliwość, władzę i kompetencje uratowania dzieci, ale tego nie zrobili.

Nie jest to bynajmniej "czynnik ludzki", osobiście nienawidzę tłumaczenia błędów systemu czynnikiem ludzkim: jako obywatelka chcę móc liczyć na działające przepisy, a nie na życzliwość pojedynczego urzędnika. Chcę przewidywalności, a nie loterii.

Nie interesuje mnie, że sędzia X to wspaniała specjalistka, skoro sędzia Y to ignorant, i dla obojga jest miejsce w systemie sądownictwa. Analogicznie z pracownikami socjalnymi: mało mnie cieszy, że w jednej gminie ośrodek pomocy społecznej przykłada wagę do identyfikacji przemocy i procedur interwencyjnych, skoro w gminie obok wszyscy mają na to wywalone i nikt nie wyciąga z tego konsekwencji systemowych.

Czynniki systemowe, o których piszę, są wszczepione w krwioobieg polskiego systemu: dowolność interpretacji, robienie 'po uważaniu', niezachwiana siła prywatnych przekonań.

Jeśli sędzia winszuje sobie uważać, że z przypalenia papierosami dziecka nie wynika, że rodzic jest rodzicem pozabezpiecznym to proszę bardzo, może tak uważać i orzekać.

Nikt nie zmusza tego sędziego do aktualizowania wiedzy z zakresu identyfikacji i skutków przemocy wobec dzieci, i nie uzależnia od tego jego dalszego zatrudnienia.

Tu akurat dziecko straciło życie; tysiące dzieci są jednak utrzymywane lub zwracane do krzywdzących rodzin, ponieważ sędzia tak zdecydował mocą swojej intuicji, i wolno mu tak orzec. Gorąco się zrobi dopiero wtedy, kiedy dziecko umrze. No ale jednak większość dzieci nie umiera: z siniakami, złamaniami i w skrajnym zaniedbaniu da się żyć. Można więc dalej orzekać po uważaniu.

W Polsce nie jesteśmy nauczeni tego, aby analizować i myśleć strategicznie, zamiast tego uwielbiamy działać metodą Indywidualnych Rozpoznań.

Nieustannie więc odkrywamy nieznane lądy i doświadczamy zaskoczeń, które od lat są dokładnie opisane, tylko nam nie przyszło do głowy tego sprawdzić i zastanowić się, co wobec tego z tych danych wynika. Właśnie dlatego Kamil nie będzie ostatnim dzieckiem, które straciło życie w rodzinie objętej wsparciem służb socjalnych i z bogatymi aktami sądowymi.

Nie zmieni się to dopóki nie zaczniemy rozumieć systemu, który stworzyliśmy, nie zaczniemy go krytycznie analizować i oglądać przez pryzmat faktów. A dopiero później zmieniać wiedząc już, co należy zmienić i z jakiego powodu. Temu właśnie służą strategia i analiza serious case review, która od lat nie doczekała się żadnego ustawodawczego działania.

Żadnego.

Indywidualne Rozpoznania i ich legenda trzymają się mocno.

Ale jeśli ktoś nie czuje wobec dzieci odpowiedzialności, uważając je za ruchomą własność w biologicznym zarządzie rodziców, to może jeszcze rozważyć następujący argument:

Badania przeprowadzone przez badaczy z Centers for Disease Control and Prevention (CDC) z wykorzystaniem modeli estymacyjnych i danych dotyczących kosztów krzywdzenia dzieci pochodzących z jednego tylko 2015 roku w USA wykazały, że w przypadku ciężkiego skrzywdzenia dziecka bez skutku śmiertelnego koszt ponoszony przez państwo na społeczne poradzenie sobie ze skutkami tej krzywdy wyniósł 831 000 dolarów w przeliczeniu na jedno dziecko, zaś w przypadku skrzywdzenia dziecka ze skutkiem śmiertelnym koszt państwa wyniósł 16.6 mln dolarów w przeliczeniu na jedno dziecko. (Peterson, Florence, & Klevens, 2018).

Jeśli nie umiecie być dobrymi ludźmi to przynajmniej bądźcie dobrymi matematykami.

#wiadomoscipolska #putinowskapolska #patologia #polityka #jebacpis

Zawodowiec4piorunów

@Wyrocznia smutne jest to że ten konkubent tej karyny miał dostęp do dziecka 24/7 a ojciec mógł go odwiedzić raz na dwa tygodnie o ile matka mu by nie robiła problemów

Debiutant1piorunów

@Wyrocznia nie będzie zmiany prawa. Skończyło by się to tym, że będą ludziom zabierać dzieci i będzie płacz i lament wśród elektoratu. A na to partia nie mogłaby sobie pozwolić

Pokaż więcej komentarzy (54)