Jakoś tak mi się złożyło w życiu, że musiałem pojechać na wakacje last-minute, no i jak zawsze pojechałem do Hiszpanii, dokładnie Katalonii, dokładnie Costa Maresme, dokładnie Malgrat de Mar. Ostatni raz w tych okolicach byłem 16/18/20 lat temu.
Ogólnie wyjazd na plus (pogoda, żarcie, hotel przyzwoity) ale z ogromnymi minusami. Po pierwsze burdel na kolei, ja wiem, że burdel na kolei to stan normalny, ale brak informacji o nieoczekiwanym postoju 1.5h po angielsku w pociągu gdzie 90% to turyści to kpina. Pociągi usyfione, pomazane grafitti, 16 lat temu były na poziomie europejskim, teraz nie. Brak sensownych połączeń do Girony. Ogólnie dramat, nawet w porównaniu do kolei w okolicach Malagi.
Po drugie ilość angielskich i holenderskich emerytów i schorowanych staruszków. Ja wiem, że byłem w miasteczku stricte turystycznym, ale i tak nie zrozumiem fenonemu wyjazdu do innego kraju i przesiadywaniu tylko i wyłącznie w pubie, gdzie jest angielskie/holenderskie piwo, ichnie żarcie, i tylko w swoim gronie. Dramat.
Po trzecie zadeptana Barcelona. Pierdyliard ludzi, rozkopana Rambla, ceny z kosmosu. Ale to już wszyscy wiedzą. Sam to wiedziałem, ale pojechałem zobaczyć ukończoną Sagradę. Zobaczyłem z zewnątrz, warto.
Po czwarte ilość emigrantów, błąkających się po ulicach. Dramat.
Na plus Girona. Świetne miasto. Wszystkie miejscówki z Gry o tron odwiedzone. Na plus wermut jak zawsze. Na plus małe lokalne bary, gdzie stołują się tubylcy, ale na tapasy nie ma co liczyć bo to Katalonia.
Ogólnie wyleczyłem się na długo z kurortów.
I kolejny raz się przekonałem, że Polska zrobiła ogromny skok technologiczny.
#hiszpania
#katalonia