JaszczompFanatyk
56piorunów
Dołączył/a:
JaszczompFanatyk
56piorunów
StepujacyBudowlaniecGruba ryba
33piorunówWłaśnie odpaliłem i wstępnie skonfigurowałem moje kamerki do monitoringu. Kamery są zasilane bezpośrednio kablem skrętką ze switcha PoE 48V. Docelowo będzie w switch wpiętych 8 kamer na każdą stronę domu po dwie sztuki. Kamery będą zapisywały obraz do plików na serwerze FTP który jeszcze dzisiaj zainstaluję, skonfiguruję i uruchomię na moim serwerolaptopie. #stepujacybudowlaniec

bambaleonKompan
2piorunówSiemano. Od jakiegos czasu mam w pracy troche stycznosc z vmware i chce naciagnac firme na szkolenie. No i sie zastanawiam czy zaczac od samego poczatku i zrobic szkolenie VMware Data Center Virtualization: Core Technical Skills + egzamin Technical Associaste. Czy lepiej zaczac juz wyzej i przejsc szkolenie VMware vSphere: Install, Configure, Manage + egazmin proffesional. Czy ktos siedzacy w temacie moglby podpowiedziec?
#informatyka #sysadmin #it
Bajo-JajoGruba ryba
453piorunów
Pan_PomidorAutorytet
134piorunów
AcrivecFanatyk
51piorunówWszystkie auta i motocykle z przerobionymi wydechami żeby hehe strzelało / było głośno powinny być konfiskowane, naprawiane i sprzedawane na rzecz skarbu państwa.
SeeleLider
76piorunówwojna secesyjna, USA, 1861

WikariushGruba ryba
135piorunów
CybulionLider
143piorunów15 marca 1948 - haniebny wyrok skazujący Rotmistrza Witolda Pileckiego na śmierć.
Jeden z najważniejszych polskich bohaterów, kto czytał jego dzienniki ten wie. Sam długo wychodziłem z szoku, szczególnie że pradziadek siedział w majdanku i dopiero ta lektura uświadomiła mi co i jak sie tam odbywało.
Cześć i chwała bohaterom!
https://ipn.gov.pl/pl/historia-z-ipn/144328,Agnieszka-Wygoda-Wyrok-na-Witolda-Pileckiego.html

RamirezvacaTytan
15piorunówMaroko, gdzieś w rejonach wioski Imlil.
Sam dojazd był fajny bo jechaliśmy miejscowym busikiem z Marrakeszu, szczególnie końcówka była czadowa, bo pasażerowie tego pojazdu siedzieli wszędzie, na dachu, trzymali się boków pojazdów, wyglądało to jak pociąg w Indiach :smiley: Tam też w czasie podróży dowiedzieliśmy się, że rejon ten zamieszkuje lud Amazigh (wymawiają amazir), który potocznie my nazywamy Berberami, zawsze byliśmy mile odbierani używając tego pierwszego określenia.
Wymyśliliśmy sobie szczyt Aourirt n’ Ouassif 2726 m n.p.m na który w sumie sami wykombinowaliśmy trasę. Gdzieś tam sobie leży ślad na Wikilocu, nawet dość często jest ściągany. :smiley:

RamirezvacaTytan
52piorunówZafascynowani opowieściami koleżanki, iż Addis Abeba to szklane miasto w Afryce uznaliśmy, że może warto tam się wybrać. Do tego mają dość imponujący najwyższy szczyt Ras Dashem 4550 m n.p.m, a my jakoś lubimy zaliczać najwyższe szczyty w krajach, które odwiedzamy.
Bilet kupiony i polecieliśmy liniami Egipt Air, linie ok, ale stolica Etiopii już tak nie za bardzo. Ze szklanym miastem to tak średnio ma to cokolwiek wspólnego. Ogólnie syf i wszędzie dej, jesteś biały dej albo cena x 10, do tego próby kradzieży i to na porządku dziennym. Obskakuje cię 3-4 czarnych dwóch zagaduje dwóch wkłada Ci ręce do kieszeni, wszyscy oczywiście są "głodni" i tak kilka razy, aż wreszcie jeden dostał ode mnie po pysku i się skończyło to w tym rejonie.
Gdy szukaliśmy wydania po etiopsku Małego Księcia, to koleś wyciągnął nas w jakąś szemraną dzielnice, oznaczył swoim plecakiem mówiąc, że idzie szukać książki, a my mamy tu poczekać na niego. Po chwili zjawił się jakiś mały przypakowany czarny, ale że chodzę kilka wag wyżej, to pogadaliśmy o siłowni i sobie poszedł, a za chwilę zjawił się nasz koleżka od Małego Księcia, który już przestał się nami interesować twierdząc, że nie ma takiej książki.
Ogólnie Addis wypadło bardzo słabo, uciekliśmy stamtąd do Gondor. Tu dużo lepiej miasto dość ładne z ciekawymi miejscówkami, niektóre wyglądające jak Angkor Wat ale oczywiście jesteś biały cena wszystkiego x 10. To był nasz przystanek na 6 dniowy trekking na najwyższy szczyt tego kraju. Na trasę ruszyliśmy z przewodnikiem jego czeladką i panem z karabinem, który trzeba przyznać nie odstępował nas ani na krok, w nocy spał zaraz przy namiocie. Ogólnie to chyba był najfajniejszy koleś z całej ekipy, jako jedyny nie sępił kasy.
Jedno trzeba im przyznać przyrodę mają na najwyższym poziomie, trafiliśmy Wilka Etiopskiego, masę Bushbucków, siedzieliśmy w stadzie chyba najbardziej wylajtowanych małp jak Dżelady. Na plus bardzo mało śmieci i świetny zasięg GSM na całej trasie :smiley: Szczyt oczywiście zaliczyliśmy, na koniec nasz "opiekun" strzelał na wiwat z ostrej amunicji :smiley:
Dlaczego pan z karabinem? A no Etiopia to dziwny kraj, gdzie co jakiś czas tłuką się z Erytreą. My byliśmy w styczniu, a w grudnia akurat mieli jakieś zawieszenie broni i było spokojniej, a że z turystów jest dobra kasa to dla bezpieczeństwa każdy obcokrajowiec dostaje takiego "rangera" i jest on obowiązkowy.
Po trekkingu poszwendaliśmy się jeszcze po klasztorach w skałach, zobaczyliśmy miejsce gdzie przechowywana jest Arka Przymierza w Axum i dałem sobie spokój z ogarnianiem wszystkiego samemu, bo to istny koszmar. Ruszyliśmy do Mekele i stamtąd z agencją ETT na Pustynie Danakilską jedno z najcieplejszym miejsc na ziemi. Miejscówka jest świetna, a wspomniana agencja też działa na normalnym poziomie, płacisz raz i nie ma sępienia kasy. Samo Mekele jest chyba najfajniejszym miastem w jakim byliśmy, dużo młodych ludzi, duża uczelnia z potężnym kampusem ogólnie bardzo miło to miejsce wspominamy.
Sumując nasz wypad z kolesia, który miał obojętne podejście do czarnych, stałem się rasistą. W żadnym innym kraju (a zwiedziliśmy ich dość sporo) nie byłem tak traktowany. Dopiero podróżowanie w "złotej klatce" z agencją ETT odcięło mnie od tego całego rasistowskiego syfu.

@trsh dzis wrzucil nowy wpis na insta/fb
@Ramirezvaca tez raz bylem w czarnej Afryce i o ile nie stalem sie rasistą, to wiecej tam nie pojadę, wlasnie ze wzgledu na rasizm miejscowych i totalny brak poczucia bezpieczeństwa. Obrzydliwe sie tam czulem, jak chodzacy bankomat. Po za tym jakies hordy nacpanych murzynow na miescie, wieczorem na plaze lepiej nie isc bo gwalcą. Daj pan spokoj, chlew.
arfordifrikejTytan
131piorunów
Zdecydowanie lepsze bez "ochujeliście czy co?"
@arfordifrikej lepsiejsza wersja.
starebabyjebacprademFanatyk
22piorunówTak się złożyło że lubię podróżować i przy okazji zboczylem z głównej drogi i kupiłem sobie kilka podkładek do jabłoni, tym razem wybór padł na A2 ktore ponoć wegetatywnie się da rozmnożyć co w sumie widać na podkładce skąd wypuściło korzenie.
Zobaczymy jak na niej coś ruszy a jedna sobie zostawię do produkcji podkładek.
Sobie zostawiłem 4 sztuki z 20 resztę opchnalem koledze bo ich poszukiwał, sam będę robił sobie podkładki z pestek antonówki to więcej mi ich nie trzeba.
#ogrodnictwo #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

@starebabyjebacpradem Gdzie sie kupuje takie podkladki?
@starebabyjebacpradem Dzięki za info. Człowiek uczy się całe życie.
SnifferOsobistość
49piorunówChwytajcie duży kubek kapiczuny, bo dzisiejszy wpis jest monstrualny. No ale też opisuje zdecydowanie najdłuższy odcinek trekkingu (wraz ze wschodem słońca przy ikonicznych Torres del Paine), przedstawia śmiertelne zagrożenia czyhające na wędrowców oraz podpowiada jak sobie z nimi poradziłem, a także wyjaśnia skąd w ogóle wziął się tag #polacorojo . Gotowi?
Budzik zadzwonił 30 minut po północy. Dość szybko go wyłączyłem i energicznie zacząłem się ubierać w przygotowane wcześniej ciuchy. Nie potrzebowałem jakiegoś dużego rozruchu mimo wyjątkowo nieludzkiej pory - tak na dobrą sprawę spałem dość płytko i słyszałem krzątaninę innych ludzi jeszcze przez sen. Początkowo myślałem, że to obozowi imprezowicze, którzy celebrowali do późna ukończenie trekkingu (obok Campamento Central znajduje się jeden z dwóch głównych wjazdów do parku, więc bardzo wielu ludzi właśnie tam kończy swoją przygodę). Okazało się jednak, że to podobne wariaty jak ja, szykujące się na wschód słońca przy Base de las Torres (czyli punkcie widokowym na słynne w wieże Torres del Paine). Z tym, że gdy ja dopiero wchodziłem do kuchni w celu ogarnięcia herbaty i szybkiego śniadania, oni już ruszali w drogę. Czyżbym zaczynał za późno? No ale dokładnie taki miałem starannie przygotowany plan na ten zdecydowanie najdłuższy i najbardziej wymagający dzień.
Pierwsze 19 kilometrów tej doby miałem iść na lekko - z campingu w górę pod Base de las Torres, pokonując około 950 metrów przewyższenia, i z powrotem po plecak i bagaże. Później czekał mnie 13-kilometrowy marsz po płaskim do kolejnego pola namiotowego Serón. Razem 32 km wycenione przez ulotkę parkową na 13 godzin wysiłku.
O 1:25 wychodziłem z campingu. Co najmniej o 10 minut za późno względem pierwotnego planu, ale wiedziałem, że to nadrobię. Byłem solidnie nabuzowany i narzuciłem sobie bardzo szybkie tempo. W górze widziałem miliony gwiazd na absolutnie bezchmurnym niebie - zanosiło się na wspaniały wschód słońca! No ale do niego jeszcze kilka godzin, więc wiedziałem, że pogoda może się sfajdać.
Po jakichś 30 minutach zauważyłem w oddali światła czołówek grupy, którą przed wyjściem mijałem w kuchni. Po niecałej godzinie już ich wyprzedzałem. Miałem naprawdę solidne tempo. Z jednej strony bardzo lubiłem chodzić sam, bo nie musiałem się do nikogo dostosowywać, z drugiej - trochę raźniej byłoby w nocy iść w grupie. No i bezpieczniej. Aha wspominałem, że w parku żyją pumy?
Tak, pumy. Duże drapieżne koty, które mogą być groźne dla ludzi. O których piszą we wszystkich parkowych ulotkach, ze wskazaniami co zrobić, gdyby nagle stanąć oko w oko z pumą:
1. Nie uciekać!
2. Stać wyprostowanym, unosząc ręce do góry i w szerz - żeby optycznie zwiększyć swój rozmiar. Idealnie, jeśli przy okazji można rozłożyć szeroko poły od kurtki - tak abyśmy wydali się pumie naprawdę wielkim sk⁎⁎⁎⁎⁎ynem.
3. Jeśli idzie z nami dziecko, koniecznie wziąć je na ręce, ale bez pochylania głowy i tułowia, bo to może dać pumie sygnał do ataku! Trzeba kucnąć z szeroko rozłożonymi rękoma i podniesioną głową, cały czas patrząc na pumę, chwycić dziecko i wstać.
4. Mówić głośno i możliwie tubalnym głosem.
5. Nade wszystko jednak starać się nie spotkać pumy, czyli nie łazić po nocach, gdy te kociambry polują.
No i tak sobie idę sam, samiuteńki nocą na terenach łownych pum i zastanawiam się, czy jednak nie byłoby rozsądniej podłączyć się do kogoś. Tamta grupka już jednak daleko za mną, więc nie ma sensu czekać - najwyżej złapię kogoś wyżej. Kontynuuję marsz będąc już mocniej wyczulony na wszelkie szmery i raz po raz zatrzymuję się, by po nasłuchiwać.
Nagle słyszę jakiś trzask gałązki, dochodzący z zarośli obok szlaku (a więc na pewno nie od turystów). Myślę sobie - to może być cokolwiek. No ale jeśli puma? Ok, na wszelki wypadek zasygnalizuję jej głosem, że jest tu potężny skurwol, z którym nie warto zadzierać
_DZIEŃ DOBRY! JA W SPRAWIE PUMY!_ - huczę basem - _TEJ, CO MA JAJA Z GUMY!_
XDDDDDDDDDD
Sam nie wiem czemu akurat to przyszło mi na myśl jako pierwsze, ale sam z tego śmiechłem srogo i było mi od razu raźniej 😆 Miałem więc swoje zaklęcie, którego użyłem w drodze na górę jeszcze raz lub 2, gdy tylko ogarniało mnie jakieś zwątpienie.
Na campingu Chileno zrobiłem sobie krótką przerwę. Nie żebym jej bardzo potrzebował, ale miałem tak dobre tempo, że gdybym je utrzymał, dotarłbym na punkt widokowy grubo przed wschodem słońca. Może lepiej trochę odczekać tu, gdzie jest niżej i cieplej. No i może doczepię się do jakiejś grupy idącej w górę. W ciągu 20 minut nikt się jednak nie zjawił. Cały camping był pogrążony we śnie. Ruszyłem więc dalej.
Na ostatnim rozwidleniu szlaków widniał znak ostrzegający, że ostatni odcinek jest bardzo trudny i żeby się zastanowić, czy na pewno chce się kontynuować. Nie miałem co do tego wątpliwości, więc po chwili błądzenia w poszukiwaniu dalszej drogi rozpocząłem podejście. Swoją drogą, nie wiem co tam było na tyle trudnego, by o tym ostrzegać. Ot zwykły szlak, jakich w Tatrach bez liku. Nieco strome podejście, ale bez przesady, jakiś fragment, gdzie trzeba iść po wielkich kamieniach na starym osuwisku - to wszystko. Łatwy szlak. Później nauczyłem się, że te wszelkie oznaczenia i ostrzeżenia są raczej dostosowane pod początkującego piechura, który raczej łazi po płaskim, a każde "uuuuuu, bardzo trudny szlak" należy traktować z przymrużeniem oka.
Zaczęło się robić szaro i wtedy dostrzegłem, że jednak powoli zbierają się chmury. Niedobrze, zwłaszcza, że pojawiły się właśnie na wschodzie. Marzenie o ujrzeniu strzelistych pionowych ścian ozłoconych porannym brzaskiem zaczęło się rozpływać. Na tamten moment w ogóle zacząłem się martwić, czy cokolwiek zobaczę - chmury mogły opaść niżej, spowijając absolutnie wszystko. Trudno, co będzie to będzie - mówię sobie.
Po kilkudziesięciu minutach docieram do punktu widokowego. Ikoniczne Torres del Paine toczą nierówną walkę z atakującymi je chmurami. Widzę już, o tym wschodzie słońca mogę raczej zapomnieć. Oby tylko trochę się przewiało, żebym widział te wieże w pełnej krasie.
Na miejscu jest ledwie garstka osób. W oddali widzę fotografów z wielkimi obiektywami, którzy pewnie też marudzą pod nosem, że z fajnych fotek nici. Przechodzę obok dwóch grubo ubranych dziewczyn chroniących się przed podmuchami wiatru za wielkim głazem.
- Nie jest ci zimno? - pytają.
- Nie, ale zaraz będzie, więc może od razu się ubiorę - odpowiadam. Bo faktycznie, przy energicznym podejściu zrobiło mi się tak ciepło, że na punkt widokowy dotarłem w samej koszulce, a nogawki od spodni miałem podciągnięte prawie do kolan, żeby zachować odpowiednią termoregulację. To jednak zdawało egzamin tak długo, jak byłem w ruchu. Stojąc w miejscu dość szybko zaczęło mi się robić chłodno. Nic dziwnego - było może trochę powyżej zera. Ubrałem się odpowiednio i zacząłem rozglądać za jakąś fajną miejscówką do czekania na wschód słońca. Wielki głaz nad samym jeziorem, na który trudno wejść? Idealnie.
Niby jestem już ubrany we wszystkie ciuchy, które wziąłem do plecaka, ale zaczynam odczuwać chłód. Mógłbym połazić trochę, żeby się rozgrzać i zabić czas, ale ja mam jeszcze jednego asa w rękawie. Wyciągam z plecaka moją grubą karimatę oraz puchowy śpiwór, do którego gramolę się po zdjęciu butów. Jest za⁎⁎⁎⁎ście cieplutko i wygodnie, bo głaz jest bardzo równy i prawie płaski. Czuję na sobie zazdrosne spojrzenia zmarzniętych współtowarzyszy świtu, który nie nadejdzie. Zapadam w krótką drzemkę.
Otwieram oczy i patrzę na zegarek - wciąż zostało trochę czasu do wschodu słońca, ale niestety jest pochmurno.
- Dobry pomysł ze śpiworem - słyszę od przechodzącej obok Amerykanki z dużą lustrzanką - Zrobiłam Ci zdjęcie z oddali, bo fajnie się komponowało z widokiem.
Pokazuje mi fotkę (pic rel) i wymieniamy się kontaktem, żeby mogła mi ją później przesłać. Rozmawiamy jeszcze chwilę o warunkach pogodowych, a potem znowu uderzam w kimę. Budzę się już po teoretycznym wschodzie słońca, ale dalej widoki są mizerne. No ale w śpiworze milutko i mimo wszystko chłonę całą atmosferę miejsca i odczuwam z tego wielką przyjemność.
Pierwsi ludzie zaczynają schodzić. Po chwili w miejscu, w którym siedzieli dostrzegam małego lisa, który sprawdza, czy może pozostawili po sobie jakieś okruszki. Może też powinienem już schodzić, bo jednak wciąż długi trekking przede mną, ale po raz kolejny ulegam mocy śpiwora i zamykam oczy.
W końcu budzę się na dobre. Jest już chyba półtorej godziny po wschodzie słońca, z garstki osób zostałem już tylko ja. Ale po chwili nad jeziorkiem pojawia się para, która chyba dopiero tu dotarła. Zachwyceni robią zdjęcia. No i faktycznie, zrobiło się znacznie ładniej. Wciąż są chmury, ale już nie tak nisko. Jeziorko nabrało ładnych barw. Też robię zdjęcia i zaczynam zwijać swoje improwizowane obozowisko. Ostatni rzut okiem dookoła i zaczynam schodzić.
Trochę żałuję, że nie było idealnie, ale też było pięknie. No i uniknąłem tłumów - chilijski przewodnik nie kłamał, gdy poprzedniego dnia ostrzegał przed tabunami ludzi ruszającymi w górę około 9 rano. Może nie było ich tyle, ile w drodze nad Morskie Oko, ale podobnie.
Na niewielkiej przełęczy mijam grupkę osób wgapioną w telefony. Halo, miało nie być zasięgu w całym parku, sam zresztą sprawdzałem w kilku miejscach! No ale jednak - po wyłączeniu trybu samolotowego i ja widzę przychodzące powiadomienia. Daję znać w domu, że wszystko u mnie ok i idę dalej. Wiem już, że nie dotrę na camping przed teoretycznym limitem czasu na wymeldowanie, ale wierzę, że nikt nie wyrzuci mojego namiotu z zawartością.
W końcu docieram i zwijam obozowisko. W międzyczasie zdążyło się wspaniale wypogodzić - zero chmur na niebie. Trochę żałuję, że między bezchmurną nocą i super słonecznym południem przytrafił się taki trochę dupny poranek, akurat gdy ten raz w życiu byłem w miejscu słynącym z magicznych wschodów słońca.
Grzeję sobie wodę na moim turystycznym mikropalniku - przed ruszeniem w dalszą drogę muszę się posilić. Kilkoro podobnych mi maruderów zbiera się do wyjścia. Myjąc kubek spoglądam na stojące obok palnika absurdalnie wielkie pudełko zapałek, które kupiłem w Puerto Natales - 200 sztuk w jednym opakowaniu. No ale przynajmniej nie zabraknie mi do końca trekkingu. Dostrzegam młodego chłopaka, który na chwilę odstawia kijki trekkingowe opierając je o stół. Jeden z kijków osuwa się, zahaczając o rączkę mojego garnka z wodą. Wrzątek zalewa moje wciąż otwarte pudełko zapałek. K⁎⁎wa mać.
Jestem zły, bo wiem, że nawet jeśli postaram się trochę odratować te zapałki (susząc je w rozgrzanym garnczku), mieszanina siarki i fosforu będzie się później kruszyć przy pocieraniu o draskę. Zakłopotany młodzieniec wraca po chwili z zapalniczką i przeprasza za kłopot. Moje wkurwienie powoli ustępuje zmęczeniu.
No nie chce mi się dalej iść. Jestem dość padnięty. Dla absolutnej większości osób udających się do punktu widokowego Base de las Torres jest to jedyny punkt programu na ten dzień - albo po zejściu wsiadają do autobusu i wyjeżdżają z parku, albo zostają na tym samym campingu na kolejną noc. Ale ja nie mam tego komfortu - rezerwację na tę noc mam kilka godzin marszu dalej. Wciągam plecak na plecy i ruszam. Na wyjściu rezygnuję z uzupełnienia wody w bidonie - nie chce mi się targać dodatkowych 500 gramów - tych parę łyków wystarczy do kolejnego strumienia - jest ich wszak pełno dookoła, a woda jest czysta i zdatna do picia (w odróżnieniu od peruwiańskich szlaków, o czym kiedyś w przyszłości).
Czeka mnie jeszcze 13 km marszu. Niby niedużo, ale mam już 19 km w nogach. Do tego ten cholerny ciężki plecak. I to pieprzone słońce. Pali moją skórę niemiłosiernie, mimo że już jestem posmarowany filtrem 50. Trzeba było posmarować się wczoraj, to bym teraz tak nie cierpiał. Oby większość trasy prowadziła między drzewami.
Niestety tak nie jest. Idę lawirując między wysuszonymi, kolczastymi kraczyskami, a pył unosi się spod moich butów. Widzę, że ten krajobraz nie zmieni się jeszcze przez wiele kilometrów. No i gdzie do c⁎⁎ja są strumienie?! Od godziny nie minąłem nawet wilgotnego skrawka ziemi. Sprawdzam na maps.me, że faktycznie tym razem o wodę będzie trudniej. Dopiero w połowie trasy coś powinno być. Klnę siarczyście i idę dalej.
Mijają długie, bolesne chwile. Powłóczę stopami. Słońce maltretuje moje przedramiona i kark. Buffkę mam na łbie, żeby nie dostać udaru, więc szyję staram się chronić opaską merino. Nie mam jednak co zrobić z rękoma. No ok, mogę włożyć czarny polar, puchówkę, albo przeciwdeszczówkę. Odrzucam jednak te pomysły, bo bym się ugotował - jest naprawdę gorąco. Zamiast tego od czasu do czasu rezygnuję z kijków i wykręcam komicznie ręce, byleby tylko słońce nie padało na najbardziej opalone ich fragmenty. W tym całym otępieniu orientuję się, że jakieś 15 metrów temu przechodziłem po mostku nad źródełkiem. Cofam się i piję łapczywie oraz uzupełniam bidon pod korek.
Idę już żwawiej, bo nie ma co marudzić, tylko trzeba napierdalać. Ku mojemu zdumieniu dostrzegam kątem oka 2 osoby podążające moim śladem. Pierwsi ludzie, których widzę od 2 godzin, bo ten odcinek szlaku należy do tzw. wariantu "O" trekkingu, który wybiera niewielki ułamek turystów (większość robi wariant "W", kończący się w miejscu, z którego ruszyłem). Jednak to, co dziwi mnie najbardziej, to że mnie doganiają. Jak to?! Przecież to ja chodzę najszybciej. Skandal!
Przyspieszam trochę, ale oni ewidentnie mnie doganiają. Młode gnojki! XD W końcu puszczam ich przodem.
- Pewnie nie byli dziś przy Base de las Torres, tak jak ja - usprawiedliwiam się przed samym sobą. Po 30 minutach widzę jak odpoczywają w cieniu. - Ha! Gównażeria wydarła do przodu i się zmęczyła! - triumfuję.
Mimo że sam jestem zmęczony, postanawiam celowo opóźnić swój przystanek o co najmniej pół godziny, żeby wyrobić sobie nad nimi przewagę. W końcu siadam, a po 30 sekundach widzę ich uśmiechnięte miny 😆 W końcu odpuściłem, no bo przecież nie będę wdawał się w jakąś wyimaginowaną pseudorywalizację, o której oni nawet nie wiedzą, prawda? Prawda? 😆
W sumie śmieszne, bo będę ich widział w kolejnych dniach wielokrotnie - zarówno wymijając, jak i będąc wymijanym. Polubiłem tych speedrunnerów, mimo że nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa aż do ostatniego dnia.
W końcu po wielu godzinach i kilku postojach dotarłem na camping. Byłem wykończony. W kolejce pod prysznic zagaja do mnie jakiś młody chłopak, który okazuje się być chilijskim studentem.
- You are very, very red - mówi wskazując na moje spalone ręce i twarz
- Si, soy Polaco rojo - moja odpowiedź wywołuje u niego salwę śmiechu. I tak oto zostałem czerwonym polakiem (dobrze, że nie rzułtym, he he).
Wieczorem poznałem jeszcze dziewczynę i 2 przyjaciół tego studenta, bo zaprosili mnie do swojego stolika. Obok siedział jeszcze Amerykanin, samotny wędrowiec jak i ja, i tak się jakoś tego wieczora skumplowaliśmy przy dwóch litrowych kartonikach czerwonego wina Gato Negro, które kupiłem w bardzo przyzwoitej cenie na campingu. Czy to przez grzeczność czy fakt, że jest to najbardziej budżetowe wino w całym Chile, towarzysze zadowolili się raptem paroma łykami tego trunku, więc 1,5 kartonika wydudliłem sam 😆
Pod naporem krążących w żyłach procentów i zrobionych w pełnym słońcu kilometrów, w końcu moje oczy zaczęły się przymykać. Pożegnałem się z moimi nowymi towarzyszami i udałem na w pełni zasłużone spanko.
#podroze #patagonia #chile #gory #trekking #polacorojo

@vcl (╭☞σ ͜ʖσ)╭☞
Fajny wpis, dobrze sie czytalo. Wrzucaj wiecej!
fxdKosmonauta
16piorunówZa⁎⁎⁎⁎ście silna psychika Frana Tudora i as kier

@fxd XDDDD Za⁎⁎⁎ał mu jak na jakieś solówce
@fxd wróciła wróciła moja ukochana liga
Daniell261Tytan
548piorunów
@wymietek równolegle opisałem tą samą patologię :grinning: Jest to mega słabe generalnie. Jak chcesz zarabiać powyżej progu to żeby to miało sens to musisz grubo powyżej. Inaczej stracisz.
myrmekochoriaGURU
96piorunówEugenio Interguglielmi, Katakumby Kapucynów w Palermo, 1895.

Bylem, polecam :smiley: robi wrazenie na zywo
Cadaveri Eccellenti
https://m.youtube.com/watch?v=iFzbxgagSBk
NoMercyZawodowiec
152piorunówKażde nazwisko na mapie zostało umieszczone na podstawie informacji znalezionych w Wikipedii i Wikidata, na potrzeby niedawnego badania opublikowanego w "Nature", w którym próbowano obliczyć stopień popularności danej osoby na podstawie kilku aspektów: Reklama liczby edycji

Rias_GremorySpecjalista
134piorunówPiorun od braci dla braci

gówno dla gimbusów
PE DO I DO O DO ER DO U DO EN