@mannoroth Ja zostałem wychowany na tej przysłowiowej wsi (małe miasteczko) w tego typu otwartym domu i widzę tu 2 strony medalu: z jednej strony zawsze wkurwiali mnie niezapowiedziani goście ale to tacy którzy wpadali sobie na chwilę na kawę do rodziców o 19:00 i tak fajnie im się gadało że siedzieli do 23:00 a jako że w tamtych czasach żyliśmy na małej przestrzeni to my dzieciaki oczywiście braliśmy udział w tych wszystkich spotkaniach towarzyskich bo inaczej się nie dało.
Ale po tym jak ożeniłem się z Warszawianką też denerwuje mnie to że pomimo tego że jej rodzice mieszkają 500m od nas to jeśli chcemy wpaść ich odwiedzić to musimy pisać podanie i robić z tego niewiadomo jak dużą szopkę w stylu oficjalny obiad u rodziców z czerwonym dywanem i 7 daniami bo przecież nie można wpaść na chwilę się przywitać bo mamusia może być zmęczona po pracy albo nie gotowa na gości. To samo babcia, 2 ciocie, siostra cioteczna i cała reszta rodziny i znajomych. I wychodzi na to że znacznie częściej widzimy się z moimi rodzicami którzy mieszkają 200km od nas a jak już odwiedzamy moje miasteczko to w 2 dni widuję się praktycznie z całą moją rodziną bo po prostu lubimy spędzać ze sobą czas, jesteśmy ze sobą zżyci i zawsze możemy na siebie liczyć. I często wygląda to właśnie tak że ktoś dostaje cynk że jesteśmy na weekend i przyjeżdża się przywitać albo my dzwonimy że jesteśmy i czy możemy być za pół godziny na kawie. I wychodzi na to że pomimo tego że jej rodzina mieszka też bardzo blisko nas to widzimy się z nimi tylko na święta albo na jakichś weselach/pogrzebach itp.