@BoJaProszePaniMamTuPrimaSorta @AdelbertVonBimberstein @splash545 Tylko, że to tak nie działa, że jest 1:1 - przykładowo, masz zapotrzebowanie 2000 kcal, zjadasz 2000 kcal i jesteś syty. Zjadasz 1700 kcal i jesteś głodny. Głód nie operuje na bilansie kalorycznym.
Możesz zjeść 2500 kcal i nadal być głodnym. Możesz zjeść 1700 kcal i być najedzonym.
Grubi ludzie są grubi, bo jedzą ponad miarę - bo czują się głodni, mimo że przyjęli już dzienną dawkę kcal. Na przykład między innymi właśnie dlatego, że już mają problemy metaboliczne. Albo mają nawyki żarcia, mimo że nie są głodni (np. miseczka z chipsami czy cukierkami stojąca na stole i podjadanie w międzyczasie). Jednego i drugiego trzeba się pozbyć, a do tego trzeba lepszej strategii niż "nadal jem tak jak jadłem tylko wyliczam kcal". Bo się okazuje, że już o 11.00 te kcal się skończyły i dalej masz do wytrzymania cały dzień, co jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie choćby paru miesięcy redukcji, a reszty życia w ogóle. Zanim nastąpi istotna dla poprawy parametrów metabolicznych redukcja tkanki tłuszczowej, człowiek zrezygnuje. Szczupła sylwetka to nie jest medal dla ludzi o wyjątkowej sile woli. To powinna być konsekwencja wiedzy o prawidłowym i zdrowym odżywianiu.
Tak więc nadal, choćby ta redukcja do trzech posiłków, to już jest jakaś przemyślana strategia. Dodatkowo, odpowiednie bilansowanie pod względęm sytości i wartości odżywczych również pomaga. Możesz mówić że "jesz co chcesz" ale to nie jest prawda, bo też pilnujesz ilości białka, które ma ogromne znaczenie dla sytości. Ciekawe, jak długo byś utrzymał redukcję na samych bułkach z dżemem popijanych colą.
Tak, uczucie głodu można zmniejszyć, wyeliminować, ale znowu, tutaj trzeba jakiejś strategii. Systematycznej dyscypliny posiłków z pilnowaniem przerw między nimi, umówieniem się z samym sobą że "jeszcze godzina do 13.00, zaraz znowu zjesz, wytrzymasz jeszcze tą godzinę".
liczenie, że uda nam się oszukać normalne efekty bycia na długim deficycie kalorycznym
Mi udało się do tego stopnia, że potrafiłam pierwszy posiłek zjeść dopiero o 16.00 bo np. rano jechałam na czczo na badania, potem już korzystając z okazji że jestem w mieście to pozałatwiałam jeszcze inne sprawy, zrobiłam zakupy, wracałam do chaty i zaczynałam dopiero gotować obiad. W pewnym momencie to było nawet przerażające, bo zaczęłam się zastanawiać, czy nie zaczynam wpadać w jakąś anoreksję, bo miałam wygaszone mocno uczucie łaknienia.
Organizm się w końcu przestawia w katabolizm i zaczyna po prostu pobierać sobie energię z tkanki tłuszczowej, zamiast wysyłać co chwilę do mózgu sygnał "weź coś zjedz".