Hejto.pl
Motyw strony
Dodaj post

SnifferOsobistość

Dołączył/a:

  • 66 wpisów
  • 484 komentarzy
  • 48 obserwujących

Osobistość

w Podróże

78piorunów

Było już dawno po zachodzie słońca gdy przekraczałem próg niewielkiej zajezdni autobusowej w Huaraz, zresztą jednej z kilku w tym mieście, jako że prawie każdy przewoźnik miał swoją niezależną bazę, skąd autokary ruszały w różne części kraju. Ze względu na niezbyt precyzyjne informacje w internecie co do dostępności biletów na interesujący mnie kurs do Trujillo, odwiedziłem kilka z nich już dzień wcześniej. Niestety nie było już miejsc w tych super wygodnych autokarach, w których oparcia pochylają się do 140 stopni (a w niektórych całkowicie na płasko!), więc pozostała mi nocna podróż w mniej komfortowych, zbliżonych do standardu Flixbusa warunkach. Na domiar złego praktycznie wszystkie miejsca były zajęte, więc nie miałem co liczyć na wyciągnięcie się na dwóch fotelach i jako takie przespanie nocy.

Na osłodę dostałem selfie od roześmianej Nadege, stojącej pod drzwiami hostelu Black Llama w Limie i trzymającej klucz w ręku. Jeśli, co zrozumiałe, nie pamiętacie Nadege z moich wpisów sprzed ponad roku - to ta dziewczyna, z którą dreptałem na kilku trekkingach w rejonie Huaraz. Jeszcze większym cudem byłoby, gdybyście pamiętali moją historię o kluczach, których zapomniałem oddać wymeldowując się z hostelu Black Llama ponad dwa tygodnie wcześniej i czego nie uczyniłem również jakiś czas później, mimo że znów byłem w Limie, przechodziłem obok i ogólnie bardzo chciałem to zrobić, ale moja chwilowa zaćma sprawiła, że po prostu nie odnalazłem ich w kieszeni plecaka pomimo kilkuminutowych poszukiwań. Wygrzebałem je dopiero, gdy już byłem w drodze do Huaraz. Tak więc gdy usłyszałem, że następnym przystankiem Nadege w podróży będzie Lima i że planuje zatrzymać się w dzielnicy Miraflores, gdzie mieści się ten nieszczęsny hostel, poprosiłem ją o wyświadczenie przysługi i oddanie kluczy w moim imieniu. Miałem nadzieję, że obsługa hostelu nie zareaguje nerwowo - na szczęście według relacji mojej francuskiej koleżanki byli pozytywnie zaskoczeni. Tego wieczora mogłem zamknąć oczy ze spokojniejszym sumieniem, wcześniej racząc się białym winem prosto z butelki, jak to miałem w zwyczaju podczas dłuższych autokarowych podróży (na tamten moment wierząc, że dzięki temu będzie mi się lepiej spało - ale pisząc te słowa po ponad trzech latach i ograniczeniu konsumpcji alkoholu do minimum widzę, że jest zupełnie na odwrót).

Pierwszy etap podróży był męczący. Z autokaru wysiadałem po prawie ośmiu godzinach jazdy z uczuciem zarówno ulgi, że w końcu mogę rozprostować kości, jak i rezygnacji, że czekają mnie jeszcze dwie przesiadki i sumarycznie kilkanaście godzin jazdy, zanim dotrę do miejsca docelowego - miasteczka Mancora, uchodzącego za najbardziej popularny kurort nadmorski w Peru.

Do kolejnego autokaru w stronę Piury miałem jeszcze ponad 3 godziny. W sam raz, żeby na spokojnie zjeść jakieś śniadanie, mimo że póki co centrum niemałego skądinąd miasta wydawało się opustoszałe. Pojedynczy przechodnie przecinający centralny plac pokryty wilgocią, szare mury, szare chmury opatulające okolicę, jakby trwale z nią zrośnięte, niczym stara choroba, której początku nikt nie pamięta i na wyzdrowienie nawet już nie liczy. Czy mogłem napisać "szaro, buro i ponuro"? Mogłem, ale jak już być grafomanem, to pełną gębą.

W autokarze poznałem Izraelkę, która podobnie jak wielu jej krajan robiła sobie właśnie wielomiesięczną przerwę na podróże po zakończeniu obowiązkowej służby wojskowej. Ona też udawała się do Mancory, więc uznaliśmy, że raźniej będzie trzymać się razem, zwłaszcza, że żadne z nas nie było pewne ostatniej przesiadki w mieście Piura - teoretycznie powinniśmy zdążyć na ostatni wieczorny autokar w stronę wybrzeża, ale gwarancji nie było. Najpierw jednak wyzwaniem okazało się zorganizowanie śniadania - wszystko było pozamykane na cztery spusty i nic nie zapowiadało, że coś ma się w tej materii zmienić. Z drugiej strony czego innego spodziewać się w niedzielę przed 7 rano - absolutna większość mieszkańców odpoczywała po trudach tygodnia lub sobotniej nocy - po co więc otwierać podwoje, skoro potencjalnych klientów brak. Na szczęście po kilku minutach zauważyłem ruch w oknie jednej z kawiarni. Drzwi wciąż mieli zamknięte na klucz, bo formalnie lokal ten miał stać się czynny dopiero po około 10 minutach, ale widząc nas, zbłąkanych i głodnych turystów, gapiących się zmęczonymi oczami przez szybę, postanowili wcześniej zaprosić nas w swe progi. Z gościnności skorzystaliśmy skwapliwie, kierując nasze umęczone ciała wpierw do stolika, przy którym złożyliśmy nasze plecaki, a zaraz potem do toalety, jedno po drugim, wydając westchnienia ulgi każdym z końców układu pokarmowego. W każdym razie mówię za siebie.

Posiliwszy się kawą, czy tam herbatą, sam już nie pamiętam, i jakąś gorącą strawą, opłukawszy twarze lepkie od potu i brudu drobinek wszelakich, krążących w powietrzu bez celu, a jednak trafiających bez trudu w lica nasze, wyszliśmy z kawiarni i udaliśmy się na kolejny dworzec autobusowy, jako że powoli zbliżała się godzina odjazdu kolejnego autokaru w stronę Piury. Po zakupie biletów nadaliśmy nasze duże plecaki na stanowisku odprawy pasażerów, prawie jak na lotnisku, i skierowaliśmy się w stronę pojazdu, cały czas rozmawiając o wszystkim i o niczym. Tuż przed wyjściem na peron czekała nas jeszcze kontrola bezpieczeństwa (znów prawie jak na lotnisku) i tam w końcu naszą rozmowę przerwał ochroniarz, który ku mojemu zdziwieniu wyciągnął z mojego podręcznego plecaka butelkę z resztką białego wina, którego nie dopiłem poprzedniego wieczoru. Zupełnie zapomniałem, że je mam.

- Wnoszenie alkoholu na pokład jest zabronione. Proszę włożyć tę butelkę do bagażu, albo wyrzucić - poinstruował Peruwiańczyk.

Chwyciłem butelkę i wróciłem do stanowiska odprawy pasażerów. Najwyraźniej mój duży plecak został już zaniesiony do luku bagażowego. Zresztą wina w butelce było tak niewiele, że bez sensu było bawić się w jego chowanie na później. Dostrzegłem śmietnik tuż przed budynek dworca, ale gdy już do niego podszedłem, pomyślałem - nie no, wyrzucać też szkoda - i naprędce wypiłem te ostatnie dwa łyki przed umieszczeniem butelki w koszu. Odwracając się w stronę drzwi wejściowych poczułem na sobie ciężar czyichś oczu. Oburzone spojrzenie sąsiadujące z gniewnie nastroszonymi wąsami należało jednego z pracowników dworca, który zaczął czynić mi jakieś wyrzuty po hiszpańsku. Niespecjalnie rozumiejąc, o co to te pretensje, podniosłem jedynie bezradnie brwi i kontynuowałem marsz w stronę autokaru. Minąłem kontrolera pokazując mu pusty plecak i już miałem wchodzić na pierwszy stopień pojazdu, gdy usłyszałem rozgorączkowany głos. Odwróciłem się i zdębiałem - na peron, z wyciągniętą ze śmietnika butelką po moim winie, wbiegał tamten oburzony wąsacz i żądał mojego zatrzymania. Uprzejma wcześniej mina kontrolera zmieniła się nie do poznania. Wysłuchawszy relacji swojego kolegi, bardzo poważnym tonem spytał, czy wypiłem to wino.

- No... tak - odpowiedziałem.

- Nie może pan jechać tym autokarem - oświadczył jeszcze poważniej.

- Co? Przecież tam była odrobinka! _Un poco, poquito!_ - pokazywałem palcami o jak niewielkiej ilości mówimy.

- Spożywanie alkoholu jest zabronione - zmarszczone brwi Peruwiańczyka nachodziły na siebie coraz bardziej, niczym płyty tektoniczne, wypiętrzając kolejne warstwy skóry. Cóż, najwyraźniej byłem w tarapatach.

- Przepraszam, nie wiedziałem - starałem się wybronić na tyle grzecznie, na ile się dało. Doświadczenie życiowe podpowiadało zachowanie uprzejmej, czy wręcz podporządkowanej postawy. Było nie było, facet miał w tym momencie pewną władzę nade mną i stawianie się mogłoby sprawić, że by ją wykorzystał. Mimo to, moje tłumaczenia zdawały się go nie obchodzić, bo wciąż nieprzejednanie kręcił głową.

- Przecież on nie jest pijany - na pomoc ruszyła mi Izraelka, starając się wpłynąć na podjętą już, jak się zdawało, decyzję o wykluczeniu mnie z dalszego etapu podróży.

Pracownik przewoźnika poprosił mnie o okazanie paszportu, wyciągnął telefon i zaczął gdzieś dzwonić. - No chyba wzywasz policji? - pomyślałem.

- Mam tu taki problem... obcokrajowiec, Polak... wypił wino... - moja bliska zeru znajomość hiszpańskiego pozwalała mi wyławiać jedynie pojedyncze słowa. Wyglądało na to, że facet rozmawiał ze swoim kierownictwem. Było to w sumie dość absurdalne - czy naprawdę musiałem mieć zgodę centrali na to, by wejść na pokład autokaru? I to tylko dlatego, że wypiłem przed podróżą 2 łyki wina - nie w pojeździe, nawet nie na dworcu, tylko w miejscu publicznym. Czy gdybym wypił kieliszek wina w restauracji koło dworca, też robiliby taki problem? Moje rozważania przerwała reakcja kontrolera na coś, co usłyszał w słuchawce. Zrobił skwaszoną minę i zakończył rozmowę telefoniczną. Spojrzał na mnie spod byka i ledwie widocznym ruchem dłoni wskazał mi drzwi do autokaru. Udało się, mogłem kontynuować podróż.

Po kolejnych kilku godzinach dojechaliśmy do Piury. Tam czekała nas już tylko jedna przesiadka na ostatni tego dnia autobus do Mancory i już można się było rozkoszować pobytem nad morzem. Z tym, że ten ostatni autobus ani miał na myśli być prawdziwy. W sensie widniał na rozkładzie, ale wszyscy dookoła twierdzili, że nie jedzie. Gdy usłyszałem zapewnienia taksówkarzy, że ostatni kurs tego dnia odbył się godzinę wcześniej, zignorowałem je, bo byłem przekonany, że po prostu chcą naciągnąć nas na kurs. Gdy jednak ze stoickim spokojem tę samą informację podała mi kasjerka w okienku biletowym, zrozumiałem że rozkład jazdy swoje, realia swoje. Po raz kolejny w tej podróży stałem przed dylematem - brać drogą taksówkę i dojechać jeszcze tego samego dnia, czy szukać hostelu i pojechać z samego rana znacznie tańszym transportem publicznym. I po raz kolejny niechęć do przeciągania podróży w nieskończoność nakazała skierowanie się w stronę taksówkarzy.

Gdy udało się nam już wynegocjować względnie satysfakcjonującą stawkę, wybrany kierowca spakował nasze plecaki do bagażnika i polecił wsiąść do samochodu. - No, może i drożej, ale przynajmniej zaraz ruszymy, zamiast ślęczeć na dworcu - powiedziałem do Izraelki i zapiąłem pasy. Z tym, że kierowca zamiast również wsiąść do samochodu, zniknął gdzieś nagle w budynku dworca. - Może poszedł po coś do picia - pomyślałem. Musiałby jednak mieć pragnienie słonia, bo nie było go już dobry kwadrans. W końcu wyszedłem z samochodu w poszukiwaniu naszego kierowcy. Długo nie musiałem się rozglądać - siedział jakby nigdy nic i gadał z innymi kierowcami.

- Dlaczego nie jedziemy?

- Jeszcze chwila, spokojnie.

- Czekamy już dobre 15 minut.

- Czekamy na jeszcze jedną osobę.

- Gdzie ona jest? I kiedy będzie?

- Nie wiem, czekamy.

- Ale to jest ktoś konkretny?

- Po prostu czekam na kolejną osobę, żeby mi się opłacił kurs.

- Przecież gdy negocjowaliśmy stawkę, nie mówiłeś, że jeszcze zamierzasz kogoś zabrać!

- Jeszcze maksymalnie jedna godzina.

- O nie, w takim razie rezygnuję!

Dopiero na te słowa zaczął mi poświęcać pełnię uwagi - nawet zwlókł tyłek z krzesła i zaczął za mną iść, bojąc się o utratę całego kursu. W końcu po kolejnych kilku minutach byliśmy w drodze.

Było już po zachodzie słońca gdy kierowca znów zaczął coś do mnie mówić. Wyrwany z lekkiego letargu próbowałem zrozumieć o co mu chodzi. Wydawało mi się, że mówi o jakimś postoju w mieście po drodze. Kierowca wykonał telefon, a ja zacząłem się lekko niepokoić. Po chwili dostałem słuchawkę do ręki - po drugiej stronie usłyszałem głos wypowiadający się całkiem niezłym angielskim

- Dobry wieczór. Jestem właścicielem tej firmy taksówkowej. Kierowca prosił mnie, bym wytłumaczył, że zatrzymacie się jeszcze w miasteczku Sullana, aby poczekać na kolejnego pasażera.

- Dobry wieczór, jakiego pasażera? Czy ten ktoś już tam czeka?

- Nie, po prostu staniecie w centrum i może ktoś się pojawi, kto będzie chciał jechać do Mancory. To zajmie maksymalnie 15-20 minut, a jeśli nikt się nie znajdzie, pojedziecie dalej.

Gdyby nie skrajne zmęczenie, solidnie bym się zagotował.

- Proszę Pana. My już czekaliśmy dobre 20 minut w Piurze, mimo że uzgodniliśmy stawkę za nas dwoje, a na dodatek kierowca twierdził później, że jedzie prosto do Mancory! Jesteśmy w podróży już ponad 24 godziny jadąc z Huaraz i naprawdę chcielibyśmy już dojechać na miejsce i pójść spać.

- Dobrze, rozumiem. W takim razie powiem kierowcy, żeby się nie zatrzymywał.

Szczerze mówiąc oniemiałem. Spodziewałem się jakichś negocjacji, nakłaniania i narzekania, a tymczasem właściciel firmy zgodził się ze mną natychmiastowo. Zdumiewające. Aż zacząłem się zastanawiać, czy mi się to po prostu śni.

W końcu tuż przed północą dojechaliśmy do Mancory. Kierowca zatrzymał się nieopodal dworca autobusowego i rzekł - to tutaj. Zacząłem mu pokazywać na mapie gdzie jest hostel mojej Izraelskiej współtowarzyszki podróży, ale kierowca z kwaśną miną odparł, że nigdzie dalej nie jedzie, bo skoro tu się zatrzymuje autobus, to i on się tu zatrzymał. Spojrzałem na niego z mieszaniną zdumienia i zirytowania. Rozumiałem, że był obrażony na nasz brak zgody na czekanie na kolejnego potencjalnego pasażera, ale myślałem, że skoro jechał tu z nami trzy godziny, mógł ten dodatkowy kilometr (i to dosłownie jeden) jeszcze przejechać. Zwłaszcza, że było już cholernie późno i niezbyt byliśmy pewni bezpieczeństwa w tej mieścinie. Kierowca był jednak nieprzejednany, wcisnąłem mu więc umówioną kwotę w rękę i bez słów pożegnania czy podziękowania oddaliłem się z Izraelką w stronę hosteli. A co, też potrafię strzelać fochy.

Hostel Izraelki znajdował się nieopodal mojego. Postanowiłem ją odprowadzić pod same drzwi z uwagi na późną porę. Drzwi do niewielkiego hosteliku otworzył nieco zaspany facet w rozpiętej koszuli. Nie wyglądał na Peruwiańczyka, ale okazał się faktycznym gospodarzem przybytku i oczekiwał na przyjazd mojej współtowarzyszki podróży.

- W rezerwacji mam informację tylko o jednej osobie... Czy Ty również chcesz zostać na noc?

- Nie, nie. Mój hostel jest kawałek dalej, ale chciałem się upewnić, że koleżanka bezpiecznie dotrze do celu.

- To bardzo miłe! OK, dziękuję, że zadbałeś o mojego gościa. Dobrej nocy!

W tym gospodarzu było coś nietypowego, czego nie potrafiłem na tamten moment wytłumaczyć. Wyglądał jak podróżnik, jego akcent był dość nietypowy, więc na pewno nie pochodził z anglojęzycznego kraju. Może Polak - pomyślałem, ale jednocześnie pokręciłem głową na tę myśl - co Polak miałby robić w jakiejś peruwiańskiej dziurze jako właściciel hostelu. Ano właśnie - dziurze, bo mimo szumnych zapowiedzi, że Mancora to najbardziej znany kurort w Peru, była to mała mieścinka z ledwie kilkoma asfaltowymi ulicami i ogólnie przypominająca wioskę, a mój hostel, polceany tu i ówdzie oferował nocleg w kilku drewnianych chatkach bez oświetlenia. Prostota miejsca wcale mi jednak nie przeszkadzała. Wziąłem szybki prysznic i padłem bez siły na łóżko, by w końcu wypocząć.

Czy w kolejnych dniach Mancora mnie zachwyciła? Zdecydowanie nie. Na wieść o tym, że to jeden z najlepszych nadmorskich kurortów w kraju, spodziewałem się idyllicznych plaż, lazurowej wody, tętniącej życiem promenady i tłumów roześmianych turystów. A jeśli nie wszystkiego na raz, to choćby jednej z tych rzeczy. Tymczasem było po prostu ok - plaża w porządku, choć znacznie wyżej cenię choćby nasze nadbałtyckie. Morze oczywiście cieplejsze niż Bałtyk (i czystsze), więc to na plus, ale w moim top 20 raczej się nie mieściło. Promenady raczej brak i ogólnie ciężko mówić o jakiejś lepiej rozwiniętej infrastrukturze turystycznej - ot mała, nadmorska mieścinka, która sprawiała wrażenie bycia po sezonie lub pod jego koniec. Nie żeby mi to jakoś bardzo przeszkadzało - podobnie braku tłumu turystów nie oceniam negatywnie (wręcz przeciwnie) - po prostu zupełnie czegoś innego się spodziewałem.

Mniej więcej po dobie spędzonej w Mancorze czułem, że mógłbym już wracać. Z tym, że nie było dokąd. Mój samolot do Kolumbii odlatywał dopiero za kilka dni, więc pozostało mi podjąć próbę przekonania się do tego miasteczka.

Spacery plażą nie przynosiły frajdy, bo poza tym, że nie było zbyt pięknie, nie opuszczało mnie przekonanie, że lepiej mieć oczy dookoła głowy. Nie czułem się w 100% bezpiecznie - Angielce z hostelu obok ukradli torebkę ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi gdy siedziała ze znajomymi na plaży (nawet się nie zorientowała) i ogólnie słyszałem, że wokół kręci się sporo trudniących się grabieżami imigrantów z dotkniętej wielkim kryzysem Wenezueli. Konieczność zachowania wzmożonej czujności nie pozwalała ani na zbytni relaks w pozycji poziomej, ani na dalekie samotne wędrówki wzdłuż wybrzeża. Choć raz wybrałem się ze dwa lub trzy kilometry na północ, z dala od miasta, aby dojść na umocniony kamienny falochron i stamtąd pogapić się we wszystkie strony świata. Cóż z tego, skoro gdy tylko wspiąłem się na pierwsze kamienie, nagle jak spod ziemi wyrósł ochroniarz informujący o zakazie chodzenia po tym obiekcie.

Spacer w stronę południową też nie oferował jakichś atrakcji czy choćby spokoju i wystarczającej ilości uroku, by uznać go za bardzo przyjemny. Mijało się raz po raz hostele, bliżej centrum były nieopodal brzegu jakieś knajpki, szkoła surfingu, potem część rybacka, za którą do dalszego spaceru zniechęcały zniszczone sieci rybackie i inne śmieci walające się tu i ówdzie.

Wziąłem w ciągu tych kilku dni jedną lekcję surfingu, ot tak, by ponownie spróbować tego sportu.

Szczerze mówiąc średnio mi on pasował ze względu na znikome umiejętności, ale chciałem zobaczyć, czy może tym razem poczynię jakieś postepy. I o ile podczas lekcji kilka razy udało mi się wstać i sunąć na fali przez kilka sekund, zdawałem sobie sprawę, że to głównie dzięki pomocy instruktora, który wiedział którą falę i kiedy łapać. Gdy po lekcji próbowałem tej sztuki samodzielnie, w ciągu godziny nie udało mi się wstać ani razu, więc zniechęcony, opity słoną wodą i zmęczony wyszedłem w końcu na brzeg.

Ciężko może spodziewać się solidnych postępów, gdy tak realnie miałem w życiu ledwie dwie godzinne lekcje (pierwszą w Portugalii 5 lat wcześniej) i łącznie 4 podejścia do tego sportu (samą deskę, bez lekcji, pożyczałem również na Hawajach i Bali). Co gorsza jednak, jakoś nie czułem radości z podejmowanych prób. Dlatego kolejny raz po Peru do surfingu podszedłem dopiero po 3 latach na Sri Lance, tym razem w końcu załapując mniej więcej o co chodzi i w bardzo przyjaznym dla początkujących miejscu zaliczając kilkanaście kilkudziesięciometrowych przejażdżek na fali. Ale o tym będzie traktować osobna historia mojej samotnej podróży po tej wyspie tuk-tukiem, bez prawa jazdy (a raczej z pożyczonym od pewnego Włocha w hostelu), spisana za kilka lat. Żartuję, pewnie nie będzie mi się chciało niczego skrobać, wszystkiego zapomnę, lub po prostu umrę zanim napiszę pierwsze słowa.

Wracając do Peru i surfingu - po lekcji podszedł do mnie współpracujący ze szkołą fotograf oferując przesłanie mi jednego zdjęcia za 20 soli lub 30 za wszystkie, które mi zrobił. Trochę z grzeczności obejrzałem cały materiał, bo nie planowałem wydawać żadnych pieniędzy, ale dwa ujęcia przykuły moją uwagę - były naprawdę przyzwoite. To znaczy wszystkie zdjęcia były technicznie niezłe, ale na dwóch wyglądałem, jakbym naprawdę surfował i miał wszystko pod kontrolą. Zacząłem się targować.

- Dam 20 za te 2.

- No nie, za 20 możesz dostać jedno. Ewentualnie mogę opuścić do 25 za wszystkie.

- Tyle nie mam - odparłem zgodnie z prawdą.

- No trudno, może po prostu weź to jedno - zaproponował.

- Raczej w tej sytuacji nie wezmę żadnego. Aż tak mi nie zależy - zgrywałem niezainteresowanego - Swoją drogą, nie lepiej Ci sprzedać te zdjęcia za 20, skoro całą robotę już wykonałeś i albo dostaniesz za to pieniądze albo nic?

Fotograf spojrzał na mnie uważniej, krzywo się uśmiechając. Chyba zacząłem go irytować, ale koniec końców się zgodził. Wyciągnąłem garść pieniędzy z kieszeni.

- Przecież tu jest tylko 18,5 soli - rzucił do mnie z wyrzutem.

Ups. Chyba źle wcześniej podliczyłem albo gdzieś mi wypadła moneta, bo byłem przekonany, że mam 19,5 soli.

- Oj, to tylko półtorej sola różnicy - udawałem jakby to nie miało absolutnie żadnego znaczenia, choć zaczęło mi być trochę głupio.

Nic już nie odpowiedział, ale spojrzenie jakim mnie obdarzył tkwi mi w pamięci do dzisiaj. Plażę opuszczałem bogatszy o kilka cyfrowych zdjęć i ciężko zmywalne piętno gringo-sknery.

Co jeszcze można było robić w Mancorze? Jeść ceviche. Ten narodowy przysmak Peruwiańczykow był dostępny w każdej knajpie i raczej nie miałem obaw o jakość czy przede wszystkim świeżość surowej przecież ryby z cebulą, marynowanej w soku z limonki... Nie jestem typem smakosza, ale ceviche zapadło mi bardzo pozytywnie w pamięci.

Na miejscu miałem jeszcze okazję oglądać barażowy mecz między Peru i Australią o awans na mistrzostwa świata piłki nożnej w Katarze. W tym celu udałem się do jednego z barów, aby usiąść pośród lokalsów, wraz z nimi emocjonować się wydarzeniami na boisku i świętować zwycięstwo zapewniające grę na najważniejszej imprezie piłkarskiej na świecie. Mecz był jednak nudny jak flaki z olejem. Dopiero w drugiej połowie Peruwiańczycy zapędzili się pod pole karne rywali na tyle, żeby słychać było okrzyki emocji widzów zgromadzonych przed ekranami telewizorów. Wtedy też dopiero zorientowałem się, że chyba każda knajpa korzysta z innego sygnału, bo okrzyki zza ściany wyprzedzały oglądane przeze mnie wydarzenia o dobre pół minuty. Dopiłem resztkę piwa i zajrzałem do baru obok - tu zegar boiskowy w istocie wskazywał na odrobinę bardziej zaawansowaną fazę meczu, ale znów usłyszałem krzyki z drugiej strony ulicy, mimo że na obserwowanym ekranie jeszcze się nic nie działo - dopiero po kilku sekundach akcja, która mogła dać Peru gola. No nie no - pomyślałem - muszę znaleźć knajpę, która nadaje najbardziej "na żywo", bo co to za przyjemność słyszeć, że zaraz coś się wydarzy. Dziwiło mnie, że innym to nie przeszkadzało.

Koniec końców usiadłem w kawiarni, która zdawała się pokazywać obraz najszybciej z okolicznych miejsc i tam śledziłem rozgrywki do samego końca. Żałowałem jedynie, że w przypadku gola i awansu, akurat w tej kawiarni jakiejś wielkiej eksplozji radości nie będzie, bo siedziała tam garstka starszych ludzi i jeden nastolatek. Reprezentacja Peru rozwiązała jednak ten dylemat nie zdobywając żadnego gola aż do rzutów karnych, w których ostatecznie uległa Australijczykom. Fiesty nie było, a miasteczko wróciło do swojego sennego trybu życia.

Mój pobyt w Mancorze miał jeszcze jeden piłkarski akcent. Wracając pewnego dnia do mojego hostelu zauważyłem parkę oglądającą mecz... Polska-Belgia w ramach Ligi Narodów. Przyznam, że zaskoczył mnie nieco fakt transmisji tego spotkania, a jeszcze bardziej to, że ktoś się katuje tym widowiskiem po drugiej stronie globu.

Może jacyś Belgowie - pomyślałem.

K⁎⁎wa - mruknął facet po właśnie spartaczonej akcji naszej reprezentacji.

Tak właśnie poznałem Mateusza i Martynę, polskich podróżników prowadzących profil @projekt_wyprawa na Instagramie. Super pozytywni młodzi ludzie, którzy spędzają lato pracując na Islandii, a zimę eksplorując różne zakamarki globu. Podróżnicy pełną gębą, a nie taka popierdółka jak ja, która gdzieś była, coś zobaczyła, ale to by było na tyle. A do tego, gdy piszę te słowa, już dwukrotnie ich wideorelacja zagościła na profilu Make Life Harder, co w obecnych czasach jest wyznacznikiem pół-sławy, mówiąc pół-żartem. Ale już zupełnie serio, bardzo fajni ludzie.

Mateusz i Martyna to nie jedyni rodacy, których spotkałem w Mancorze. Otóż gospodarz hostelu, do którego odprowadziłem tuż po przyjeździe tamtą Izraelkę, faktycznie okazał się być Polakiem. Przekonałem się o tym, gdy wraz żoną przyszli do mojego hostelu na jakiś wieczór muzyczny i prowadzili rozmowę po polsku.Też absolutnie niesamowici ludzie, z wyjątkową historią. Oczywiście jedną z pierwszych rzeczy, o które ich spytałem było to, to jakim cudem prowadzą hostel na drugim końcu świata. Ostatecznie okazało się, że nie są faktycznymi posiadaczami przybytku, a “jedynie” przez kilka miesięcy zastępują w roli gospodarza realnego właściciela. A jak do tego doszło? Po prostu odpowiedzieli na ogłoszenie w internecie.

Jeśli dobrze pamiętam nasze rozmowy, Maurycy i Ewa, bo takie imiona noszą bohaterowie tej opowieści, nie mieli jakiegoś ultra bogatego doświadczenia w prowadzeniu hosteli, choć, znów jeśli mnie pamięć nie myli, wynajmowali w Polsce jakieś nieruchomości na AirBnb. W każdym razie, gdy obserwowałem Maurycego w roli gospodarza, wpadając do ich hostelu na śniadanie pewnego dnia, byłem ujęty tym, z jakim zaangażowaniem, ciepłem i olbrzymią dozą życzliwości odnosił się do wszystkich swoich gości. Może i w niewielu miejscach byłem i niewiele widziałem, ale Maurycy był gospodarzem idealnym. Jedyna osoba, która mogła z nim stanąć w szranki, to argentyński właściciel chilijskiego hostelu El Patagonico w Puerto Natales, którego opisywałem już wcześniej. W każdym razie - topka.

Wraz z Ewą, Maurycym, Martyną i Mateuszem udało mi się spędzić jeden “polski” wieczór w hostelu tych drugich, rozmawiając w ojczystym języku, żartując, wymieniając się historiami (choć ja z naszej piątki miałem ich zdecydowanie najmniej) i jakoś tak obudziło to częściowo tęsknotę za rodzimym krajem, w którym miałem znaleźć się już po tygodniu.

Mój pobyt w Mancorze dobiegał końca. W dniu wyjazdu odwiedziłem ponownie Ewę i Maurycego, by się z nimi pożegnać i pojechałem autobusem do Piury, skąd kolejnego dnia odlatywałem do Medellin. Wieczorem jeszcze umówiłem się z Giancarlo - administratorem facebookowej grupy backpackersów eksplorujących Peru, który służył mi parokrotnie rekomendacjami w poprzedzających kilku tygodniach. Postawiłem mu piwo i ceviche w kilku knajpach, które odwiedziliśmy - chociaż tak mogłem mu się odwdzięczyć za wcześniejsze nieocenione rady i słowa otuchy, które tego wieczoru wlał w moje serce w związku z powrotem do trudnej dla mnie rzeczywistości w Polsce. Bo z jednej strony byłem już lekko znużony tułaczką, ale z drugiej nie byłem gotowy na to, by ponownie osiąść w jednym miejscu i to w nowej, bardzo wymagającej roli ojca, którym miałem już po kilku miesiącach zostać.

W Peru spędziłem około miesiąca - podobnie jak w przypadku Chile i Argentyny w poprzednich etapach mojej podróży. Z tych trzech krajów Peru chyba najmniej przypadło mi do gustu. Nie żeby mi się nie podobało, ale po prostu zarówno w Chile jak i Argentynie towarzyszyły mi raczej same zachwyty. W Peru było jednak trochę więcej przeciętnych momentów. A może to już po prostu zmęczenie podróżą tak wpłynęło na moją ocenę. Sam nie wiem. I raczej się już nie przekonam, bo i ile do Chile czy Argentyny bardzo chętnie bym kiedyś wrócił, do Peru raczej już nie. No chyba, że w celu zrobienia trekkingu w Cordillera Huayhuash. Może kiedyś, jeśli starczy życia.

#polacorojo #peru #podroze

Fenomen9piorunów

Za⁎⁎⁎⁎sty tekst.

Wincyj!

Pokaż więcej komentarzy (17)

Osobistość

w Podróże

45piorunów

Mój czas w Huaraz dobiegał końca. Był 10 czerwca 2022 roku i zostało mi około 10 dni w Ameryce Południowej. Teoretycznie mogłem jeszcze pokusić się o kolejną górską eskapadę, ale szczerze mówiąc byłem już znużony. Może nie tyle samymi górami, bo one zawsze budzą mój zachwyt, lecz całokształtem mojej solowej wyprawy po tym kontynencie (a raczej jego skrawkach). Być może też samo miasto Huaraz nie pomagało w nabieraniu sił witalnych - było nudne i brudne. Może nie jakoś ekstremalnie, może nawet też na swój sposób było zadbane, ale po prostu pamiętam je jako miejsce, które zamiast pomagać w odzyskaniu sił po górskich wędrówkach, wysysało je.

Potrzebowałem odrobiny odpoczynku i w tym celu chciałem udać się na kilka dni na wybrzeże, do Mancory, uznawanej za najlepszy kurort w Peru. Został mi jednak jeszcze jeden pełen dzień w Huaraz. Najpierw postanowiłem trochę o siebie zadbać. Stan mojego zarostu pozostawiał wiele do życzenia i nadszedł najwyższy czas, aby go nieco skrócić. Całkowite ogolenie się nie wchodziło w grę - mógłbym doznać szoku po ujrzeniu swojej gładkiej facjaty po ponad dziesięciu latach od ostatniego razu, gdy ogoliłem się na potrzeby amatorskiej sztuki teatralnej. Musiałem więc znaleźć jakiegoś barbera, licząc na to, że jego usługi będą tańsze niż w Rio de Janeiro, gdzie za zwykłe trymowanie bez żadnych udziwnień życzyli sobie ponad 60 reali (czyli mniej więcej tyleż samo polskich złotych). W Rio ostatecznie podjąłem próbę samodzielnego przystrzyżenia brody i wąsów za pomocą maleńkich nożyczek z zakrzywionymi, około centrymetrowej długości ostrzami, co zajęło mi prawie pół godziny i przyniosło efekt jedynie względnie akceptowalny. W Huaraz nie chciało mi się bawić w podobną babraninę i byłem gotów zainwestować 30 soli, czyli nieco ponad 30 zł., co jak na ogólne ceny w Peru i przewidywaną ilość pracy wydawało mi się kwotą i tak wygórowaną - gdybym sam miał swoją maszynkę, zajęłoby mi to nie więcej niż 2 minuty.

Znalezienie barbera nie było trudne - nawet gdybym nie skorzystał z pomocy Google Maps, charakterystyczna dla barberów witryna z podświetlanym biało-czerwono-niebieskim kasetonem reklamowym była z daleka widoczna na jednej z głównych ulic Huaraz. Skrzywiłem się nieco, bo wyszukany wystrój wnętrza i fikuśny fartuch barbera sugerował wysokie ceny.

- Dzień dobry, chciałem przystrzyc zarost. Równomiernie, na jedną długość, powiedzmy 3 mm. Jaki to będzie koszt?
- Bez modelowania i żadnych wzorów?
- Bez, najprościej jak się da.
- 5 soli.

Oczy wyszły mi z orbit. Już prawie rzuciłem, że w takim razie mogą mnie nawet 3 razy obstrzyć, ale po prostu kiwnąłem z zadowoleniem głową. Barber wskazał mi fotel, po czym wezwał z zaplecza pracownicę, by wykonała zlecenie. Sam za taką prostą robotę nie chciał się zabierać.

Dziewczyna szybko podpytała o niezbędne szczegóły i rozpoczęła strzyżenie. Była przy tym bardzo staranna, spędzając na koniec kilkadziesiąt sekund na oczyszczaniu mojej twarzy z obciętych włosów specjalnym pędzlem. Po wszystkim spytała szefa o kwotę, jaką powinna skasować, co było na swój sposób ciekawe - albo mało kto przychodził po taką prostą usługę, albo chciała się upewnić, czy jako gringo nie powinienem zapłacić więcej. Koniec końców byłem bardzo zadowolony z jakości usługi i do tej pory żałuję, że jednak nie zostawiłem napiwku (choć te w Peru nie są normą i od niektórych lokalsów słyszałem, że lepiej by było, gdyby ten amerykański zwyczaj się nie rozpowszechnił).

Gdy już wyglądałem nieco bardziej jak człowiek, postanowiłem udać się na pobliski punkt widokowy, Mirador de Rataquena. Mapa pokazywała, że jest to raczej krótki, godzinny spacer, więc z góry odrzuciłem opcję pojechania tam taksówką, tylko podążałem wyznaczoną trasą. Problem w tym, że trasa po kilkunastu minutach doprowadziła mnie na czyjeś podwórko, więc musiałem zawrócić - nie zamierzałem przechodzić przez czyjś teren tylko dlatego, że według mapy dało się tamtędy przejść. Na dodatek moja obecność nie pozostała niezauważona - podejrzliwe spojrzenia mieszkańców zachęciły mnie do odwrotu.

Chciałem jeszcze spróbować alternatywą drogą - według mapy wystarczyło pójść rownoległą uliczką, ale ta po jakimś czasie znowu wyprowadziła mnie w jakieś dziwne miejsce. Już przechodząc przez dziurę w płocie zastanawiałem się, czy to dobry pomysł. Obawy zdecydowanie nasiliły się, gdy nagle obok mnie pojawił się podobny do pitbulla pies. Jego szczeknięcia nie brzmiały przyjaźnie i mimo, że starałem się nie okazywać w żaden sposób strachu, zdecydowanie nie czułem się komfortowo - byłem na jakiejś pustej działce, w zasięgu wzroku nie było nikogo, więc czy ktoś przybiegł mi z pomocą, gdyby ten kundel z masywną szczęką postanowił mnie zaatakować? Nie przypuszczałem, że to możliwe, bo do tej pory psy w Ameryce Południowej raczej okazywały strach i pełne oddanie, ale wolałem nie ryzykować. Zawróciłem, cały czas obserwując kątem oka tego białego mieszańca. W końcu po parunastu metrach dał mi spokój.

Lekko już poirytowany błądzeniem postanowiłem podążać zgodnie ze wskazówkami nawigacji samochodowej. Była dłuższa, ale przynajmniej miałem pewność, że dojdę do celu. Po jakimś czasie zauważyłem cel mojej wędrówki, i mając pewność, że już nie zabłądzę, zszedłem z ulicy i udałem się najkrótszą drogą do celu - po zboczu porośniętym rzadką roślinnością, niestety nie dość rzadką, żeby przy tym nie podrapać łydek o kłujące krzaki. No cóż, podejmowałem tego dnia niezbyt szczęśliwe decyzje co do trasy.

Ze góry rozpościerał się widok na Huaraz i niezbyt imponujące pobliskie szczyty. Na tamten moment nie było w tym miejscu nic zachwycającego. Chyba nawet nieco żałowałem tego spaceru (zwłaszcza zważywszy na błądzenie i piekące z bólu zadrapania nóg). Zupełnie inny zestaw emocji wyczytałem z twarzy napotkanych na górze osób, które przybyły tu albo na randkę albo rodzinny posiłek - na szczycie znajdowała się restauracja.

Po 30 minutach poczułem, że chyba już zobaczyłem wszystko co chciałem - zdecydowałem się schodzić z powrotem do hostelu i szykować do wieczornego odjazdu autokarem. Pomny niezbyt przyjemnego przedzierania się przez chaszcze, postanowiłem iść inną drogą. Do wyboru miałem albo utwardzoną drogę dla samochodów, prowadzącą dość mocno naokoło, albo bardzo wyraźną ścieżkę w drugą stronę - może wciąż nie najkrótszą, ale wydającą się być pewną opcją.

Jak już wspomniałem, tego dnia nie miałem szczęścia do wybranych dróg - nie inaczej było tym razem. Po kilkunastu minutach dreptania wciąż doskonale widoczną ścieżką, zacząłem zbliżać się do jakichś pojedynczych chatek, postawionych tak jakby na dziko, a w każdym razie dość daleko od zwartej zabudowy rozpoczynającego się kilkaset metrów dalej miasta. Wtedy usłyszałem szczekanie. Najpierw jednego psa, potem drugiego, aż nagle zaczęła ujadać cała sfora, w pełnym tego słowa znaczeniu - spomiędzy tych chatek wybiegło 15-20 czworonogów, różnej maści i wielkości, ale z jedną cechą wspólną - mocno zakorzenionym terytorializmem. Zatrzymałem się natychmiast, bo choć rozum podpowiadał, by niewzruszenie iść dalej, nie okazując żadnego lęku, tak jak choćby podczas pamiętnego nocnego fragmentu trekkingu Santa Cruz, gdy ja i moi towarzysze po prostu zignorowaliśmy ujadanie, w tym wypadku liczba psów sprawiła, że moja pewność siebie wyparowała.

Sytuacja robiła się napięta - psy otoczyły mnie ze wszystkich stron wściekle ujadając, a jeden co chwilę podbiegał pod moje nogi, kłapiąc zębami o milimetry od moich butów, coraz zuchwalej, aż w końcu poczułem szarpnięcie za sznurowadła. Donośnym, niskim i, na ile się dało, spokojnym głosem nakazywałem psom w różnych językach, by mnie zostawiły w spokoju. Moje palce coraz mocniej zaciskały się na rękojeści kija do Gopro, aż pobielały mi kłykcie. Nie chciałem podnosić ręki, żeby nie sprowokować ataku, ale byłem coraz bardziej pogodzony z faktem, że mogę być zmuszony do samoobrony.

Wtem rozległ się krzyk, a połowa psów położyła uszy po sobie. Kątem oka spostrzegłem starszą kobiecinę, która wyszła z jednego z zabudowań i opieprzala psy idąc powoli w moim kierunku. Widząc, że niektóre z czworonogów nie odpuszczają, sięgnęła po kamień i cisnęła go w środek sfory. To zadziałało natychmiastowo - psy rozpierzchły się, coś tam jeszcze szczekając pod nosem, narzekając na swój pieski los. Moja wybawczyni pomstowała jeszcze gniewnie przez chwilę, po czym obróciła się na piecie i wróciła do wnętrza budynku, nie zwracając na mnie większej uwagi. Być może narzekała na głupiego gringo, którego niefrasobliwość zmusiła ją do odciągnięcia od obowiązków domowych i wybawienia go z opresji.

Tamten moment dobitnie uświadomił mi, że nie każdy pies w Ameryce Południowej jest potulny i przyjazny, i im dalej od centrum miast tym odważniej sobie poczynają. Postanowiłem więcej nie zapuszczać się w takie rejony, przede wszystkim jednak przyspieszyłem kroku, by jak najszybciej wejść w bardziej zurbanizowany teren. Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do właściwego miasta, poczułem ulgę, choć dla pewności jeszcze wolałem zrównać krok z miejscową kobietą poganiającą przed sobą osły - tym bardziej, że przy krawężnikach widziałem kolejne bezpańskie psy. Przyznam szczerze, miałem dosyć tego dnia i tego miasta. Z przyjemnością pomyślałem o podróży busem czekającej mnie wieczorem - mimo, że miała trwać kilkanaście godzin i to niestety nie w super komfortowych warunkach (biletów na te bardziej luksusowe autokary już nie było), pozwalała mi uciec daleko od Huaraz. Na niczym innym mi już nie zależało.

#polacorojo #podroze #peru #gory #huaraz

Kosmonauta1piorunów

@Sniffer ja też miałem przygodę tego typu w Peru, przy schodzeniu z wulkanu El Misti. Ląduje się wtedy w takich samych dziko budowanych pierdolniczkach. Wataha psów, a ja mam tylko kij do ich odganiania. Jak mnie okrążyły, to kręciłem się z tym kijem dookoła, czasem trafiając im w pyski. Odpuściły, gdy podniosłem kij do góry.
Poza tym scenki pod tytułem ludzie czekają na marszrutę i rzucają kamieniami w psy, są na porządku dziennym. Nawet nie trzeba mieć kamieni, wystarczy markować rzucanie.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Osobistość

w Podróże

118piorunów

Witajcie po długiej przerwie spowodowanej życiowym wykolejeniem. Może uda mi się dokończyć jakoś te wspomnienia z podróży po Ameryce Południowej, zanim kostucha zabierze mnie w tę ostatnią. A może nie. Dziś o kilkudniowym trekkingu Santa Cruz, w Peru, w rejonie Huaraz, w czerwcu 2022 roku.

--

Po trekkingu nad Laguna 69 miałem ochotę zakosztować czegoś innego - wspinaczki skalnej. Nie po to bowiem targałem z Polski uprząż i buty, żeby tylko raz z nich skorzystać (no ok, buty przydały mi się już w kilku boulderowniach w Ameryce Południowej, ale na sztuczne ściany mogę sobie pójść w Poznaniu). Niestety moje poszukiwania partnera wspinaczkowego nie przebiegały pomyślnie i wyglądało na to, że nie mam planów na kolejny dzień. Przed bezproduktywnym spędzaniem czasu uratowała mnie jednak Nadège (którą opisywałem w poprzednim wpisie, ale jako że było to kilka miesięcy temu, to może warto przypomnieć 🤷).

- Nie chciałbyś zrobić trekkingu Santa Cruz? Planuję się wybrać, ale wolałabym nie iść sama. Mam namiot jakby co!

No cóż, po co siedzieć na tyłku, skoro można połazić po górach. Na zrobienie najsłynniejszego trekkingu w okolicy, Huayhuash, nie starczyłoby mi już czasu zważywszy na planowaną datę opuszczenia rejonu Huaraz, ale prawie trzykrotnie krótszy Santa Cruz wydawał się bardzo ciekawą alternatywą. Blisko 45 km. marszu, 2400 m. łącznie pod górę i 3100 m. w dół - nie robi się pętli, tylko wędruje od wioski Vaqueria do Cashapampy (albo w drugą stronę, ale popularniejszym wariantem jest właśnie kończenie w niżej położonej i znacznie lepiej skomunikowanej Cashapampie). Najwyższym punktem na trasie jest przełęcz Punta Union, na wysokości, bagatela, 4750 m.n.p.m. Według niektórych poradników internetowych warto zakładać cztery noclegi na trasie, choć da się to zrobić spokojnie przy trzech, a jeśli cały trekking rozpoczynać rankiem lub w okolicach południa, to i dwa byłyby wystarczające, jeśli ktoś ma dobre tempo i lubi dużo chodzić.

Na mapie było oznaczonych kilka kempingów, ale zgodnie z tym co czytaliśmy, nie oferowały nic więcej ponad przestrzeń na rozbicie namiotu - żadnej możliwości zakupu żywności, bieżącej wody, nic - typowe warunki polowe. Trzeba się więc było zaopatrzyć w żywność na kilka dni oraz brakujący sprzęt biwakowy i na tym spędziliśmy z Nadège pierwsze godziny przygody. Po wypożyczeniu grubych śpiwórów, zakupie kartusza gazowego i doopatrzenia się w żywność (miałem jeszcze kilka liofilizowanych obiadków, które przywiozłem z Polski) mogliśmy udać się na miejsce odjazdu _colectivos_ w stronę Yungay. Stamtąd miały jeździć dwa razy dziennie inne busy w stronę wioski Vaqueria, na początek szlaku. Na pierwszy nie mieliśmy szansy zdążyć, ale drugi - jak najbardziej.

Już sama jazda do Yungay była pewnego rodzaju przeżyciem. _Colectivos_ rządzą się swoimi prawami - nie mają jasnych rozkładów jazdy. Jak zbierze się wystarczająco dużo osob, to busik rusza, a po drodze i tak zwalnia przy niektórych skrzyżowaniach, trąbi, a "pilot" krzykiem oznajmia kierunek jazdy i zachęca do wejścia na pokład. I nieważne, że w 10 - osobowym busie jest już 15 osób, skoro da się upchnąć jeszcze spokojnie 5 lub 10 więcej - zwłaszcza dzieci jadące, lub wracające ze szkoły mogą się przecież tłoczyć w przejściu, podczas gdy kierowca popierdala 120 km/h rozklekotanym busem przez dziurawe drogi, na których raz po raz wyrasta brutalnie zaprojektowany, betonowy próg zwalniający, zmuszający do zredukowania prędkości do 5 kilometrów na godzinę. Inny świat.

W Yungay czekała nas niespodzianka. Okazało się, że jednak jest ledwie jeden bus dziennie do Vaquerii i zdążył odjechać godzinę wcześniej. No to d⁎⁎a - albo szukamy noclegu i ruszamy o blisko dobę później, albo ogarniamy prywatny transport. Cena podana przez napotkanego na dworcu kierowcę nie zachęca - 200 soli. To kilkukrotnie wiecej, niż gdybyśmy zdążyli na ten wcześniejszy autobus, ale tracenie całego dnia i wizja dodatkowego wydatku na nocleg sprawiają, że nie wydaje się to taka zła inwestycja - mówimy kierowcy, że chcemy się zastanowić. Ten odpowiada, że musi znać odpowiedź w ciągu 45 minut, bo droga jest długa, kręta i kiepskiej jakości, więc później niż o danej godzinie nie rusza. Myślimy - niby to tylko 60 km., ale niech mu będzie - w górach zawsze jedzie się wolniej. Obiecujemy wrócić z odpowiedzią, Nadège idzie coś zjeść, a ja postanawiam posiedzieć na dworcu (choć dworzec to dużo powiedziane - to po prostu pętla, na której zatrzymują się busiki, a jedynym miejscem siedzącym jest przybrudzony murek). Po chwili oczekiwania, bingo - dokładnie to na co liczyłem - zauważam parę turystów z plecakami. Podpytuję, czy zamierzają robić Santa Cruz - odpowiadają twierdząco. Też zaskoczyła ich informacja o braku drugiego _colectivo_, więc wyrazili chęć współdzielenia transportu prywatnego, choć również trochę kręcili nosami na cenę. Próbowałem jeszcze wytargować jakąś symboliczną kwotę od kierowcy, ale ten twardo obstawał przy swojej stawce, nieustannie powtarzając, że droga jest naprawdę kiepska. No nic, zgodziliśmy się na warunki i po kilku minutach pakowaliśmy się do białego, starego kombi.

Pierwsze paręnaście kilometrów trasy było trochę gówniane, ale nie odbiegało aż tak od peruwiańskich standardów. Dopiero później zrozumieliśmy, co kierowca miał na myśli mówiąc, że dalej droga jest naprawdę kiepska. Gigantyczne dziury, między które bałbym się wjechać solidnym samochodem terenowym a co dopiero rozklekotanym kombi, wielkie kamienie rozsiane po całej szerokości, konkretne stromizny i mega ciasne zakręty. Kierowca znał każdą dziurę i głaz na pamięć, ale i tak lawirowanie między przeszkodami wymagało od niego niesamowitego skupienia i zwalniania niekiedy do zera - zwłaszcza po zmroku, bo przejechanie tego odcinka zajęło nam prawie 4 godziny. Gdy dojechaliśmy w końcu na miejsce, wysadził nas pod drzwiami gospodarza oferującego jedzenie i nocleg (informując go przy okazji, że pojawili się klienci) i ruszył z powrotem w stronę przełęczy - w domu miał być grubo po północy. I nagle kwota, którą od nas skasował za tę eskapadę wydała się całej naszej czwórce bardzo atrakcyjna jak na włożony przez niego wysiłek i negatywny wpływ na zawieszenie samochodu.

W "gospodzie" nie było luksusów. Ciemna izba, oświetlana lichą żarówką, kurz, zimno, wychodek na zewnątrz. Zamówiliśmy do jedzenia to co było, czyli jakąś zupę i sam już nie pamiętam co. Obie rzeczy były raczej niezbyt smaczne, ale gorące i tanie. Tego nam było trzeba przed dalszym marszem po zmroku - tak, planowaliśmy przejść jeszcze kilka kilometrów i nocować już na trasie trekkingu. Gospodarz był bardzo zdziwiony i odradzał ten pomysł, przestrzegając przed wioskowymi psami. Na tamten moment myślałem, że to tylko taka zagrywka, żebyśmy zostali i zapłacili za nocleg. Podobnego zdania byli moi współtowarzysze marszu, więc grzecznie podziękowaliśmy i po posileniu się, zebraliśmy się w drogę.

Było całkowicie ciemno, ale światła czołówek i aplikacja z mapą wystarczały do odnalezienia początku szlaku. Planowaliśmy przejść jedynie jakieś 7 km. po w miarę płaskim terenie i rozbijać namioty na jednym zdjęciu pierwszych miejsc oznaczonych jako kemping. Po drodze zaczął padać deszcz, więc w tych jakże uroczych warunkach szło nam wędrować, zastanawiając się raz po raz, czy jednak nie lepiej było zostać w wiosce, tym bardziej, że co rusz z mijanych wciąż pojedyńczych zabudowań wypadały ujadające psy. Staraliśmy się nimi nie przejmować, mimo że podbiegały prawie pod nogi i wydawały się nawet nieco agresywne - zupełnie inaczej niż inne psy napotkane przeze mnie w Ameryce Południowej. Dopiero w kolejnych dniach zrozumiałem, że wioskowe psy bardzo różnią się usposobieniem od tych błąkających się po miastach i trzeba faktycznie na nie uważać. Ale o tym kiedy indziej.

Pół godziny po minięciu ostatnich zabudowań aplikacja wskazywała, że teoretycznie jesteśmy już na polu biwakowym. Problem w tym, że nie widzieliśmy absolutnie niczego, co by na to wskazywało. Żadnej tabliczki, żadnej polowej toalety, żadnych śladów po poprzednich namiotach - nic. Po chwili zauważyliśmy jakiś kamienny krąg, na którym spoczywały pojedyncze deski, ale to wszystko. Połaziliśmy trochę to w lewo, to w prawo i zdecydowaliśmy w końcu, że rozbijemy się na dziko w jakimś w miarę płaskim terenie. Poszukiwania odpowiedniego miejsca też trochę zajęły, bo cały teren był upstrzony końskimi odchodami - głównie już starszymi i wyschniętymi, ale i tak woleliśmy poszukać kilku względnie czystych metrów kwadratowych. Gdy to się udało, w końcu położyliśmy się spać.

O poranku obudziło nas rżenie. Wyjrzałem na zewnątrz i ujrzałem stado dzikich koni, pasących się ledwie kilka metrów od namiotu. Było pięknie, choć zimno i dość wilgotno. Po szybkim śniadaniu rozejrzeliśmy się dokładniej po okolicy w poszukiwaniu przeoczonego pola namiotowego, ale okazało się po prostu, że tym polem był fragment polany, niczym nie różniący się od reszty otoczenia. Poznaliśmy też przeznaczenie kamiennego kręgu - to była... toaleta. Dwumetrowy dół obmurowany kamieniami, parę desek tworzących platformę do kucnięcia i tyle. Wszystko na widoku.

Zwinęliśmy z Nadège nasz namiot i przygotowaliśmy się do drogi. Parka, z którą dotarliśmy tu z Yungay planowała ruszyć trochę później, bo całość trasy rozkładali na cztery noclegi, a więc nie musieli aż tak się spinać. My mieliśmy do przejścia jakieś 16 km. - niby niedużo, ale czekało nas pokonanie Punta Union, czyli wspomnianej przełęczy na wysokości 4750 m.n.p.m. Pożegnaliśmy się i w końcu ruszyliśmy.

Marsz przebiegał bardzo sprawnie i w miłych okolicznościach przyrody. Na jednej ze ścieżek musieliśmy ustąpić pierwszeństwa stadku osłów i koni idących z naprzeciwka. Nasza obecność na szlaku trochę je skonfundowała, bo momentalnie się zatrzymały i dopiero, gdy ustąpiliśmy im drogi, ruszyły powoli dalej.

Przed podejściem pod przełęcz zrobiliśmy sobie mały biwak - trzeba się było posilić przed intensywniejszym wysiłkiem. Zanim to jednak nastąpiło, zlokalizowałem źródło wody pitnej. Niby od jakiegoś czasu szliśmy tuż obok strumyka, ale moja mapa wskazywała konkretne miejsce, z którego czerpanie wody miało być bezpieczniejsze. I faktycznie - już idąc w stronę tego pewniejszego źródła zauważyłem, że kuszący swoją dostępnością strumień obok był w górnym biegu zanieczyszczony końskim łajnem. Warto więc było się przejść tych kilka minut i czerpać wodę wypływającą wprost spomiędzy skał. Wciąż jednak dla bezpieczeństwa należało ją przegotować przed spożyciem.

Podejście pod przełęcz było dość męczące, ale pogoda i widoki dopisywały, więc parliśmy przed siebie. Po dotarciu na górę oczom naszym ukazało się przepiękne jeziorko Taullicocha i górujące nad nim szczyty, piętrzące się na wysokość ponad 6000 m. Zatrzymaliśmy się na dłuższy moment, by popodziwiać widoki i pokontemplować, każde na swój sposób.

Dzień powoli chylił się ku końcowi, więc w końcu musieliśmy ruszać dalej. Od najbliższego kempingu dzieliły nas dwie godziny schodzenia, a my na dodatek mieliśmy plan iść jeszcze trochę dalej, tak by kolejnego dnia móc jeszcze odbić od głównego szlaku i zaliczyć jezioro Arhuaycocha z widokiem na górę Alpamayo. Po pewnym czasie jasne stało się, że nie dotrzemy przed zmrokiem na pole biwakowe pod Alpamayo i będziemy musieli rozbić się na dziko. Problem w tym, że przez dłuższy czas nie widzieliśmy ani kawałka względnie płaskiej powierzchni. W końcu jednak udało się - tuż obok ścieżki natrafiliśmy na idealne miejsce - równe, porośnięte trawą, nieobsrane, mimo że nieopodal pasły się ciekawskie osiołki, które od razu podeszły bliżej, by sprawdzić co kombinujemy. Sielanka - niczego więcej nie było nam trzeba. Rozbiliśmy namiot i zagotowaliśmy wodę na obiad. Jedliśmy już w świetle naszych czołówek i przy wyraźnie spadającej temperaturze.

Po posiłku zdecydowałem się jeszcze poszukać jakiegoś źródła wody, jako że zużyliśmy wszystkie nasze zapasy. Widziałem na mapie i słyszałem duży potok w dole, ale prawdopodobnie straciłbym ponad godzinę zanim dotarłbym z powrotem do namiotu. Postanowiłem więc pójść dalej ścieżką pod górę licząc na obecność jakiegoś mniejszego źródełka. Nadège próbowała mnie odwieść od zamiaru wychodzenia samemu po zmroku, ale chciałem zrobić chociaż jakieś rozeznanie w sytuacji. Na szczęście źródełko znalazłem już po 10 minutach marszu, więc po napełnieniu bidonów wróciłem do obozu, zagotowałem wodę, żeby mieć już zdatną do picia wodę na rano i poszedłem spać.

W nocy obudził mnie dziwny hałas. Słyszałem deszcz kapiący na dach namiotu, ale oprócz tego coś jeszcze - jakieś duże zwierzę tuż przy wejściu! Zamarłem w bezruchu zastanawiając się co to może być. Po chwili wszystko stało się jasne - osły dobrały się do resztek jedzenia, ktore Nadège zostawiła w worku na śmieci. Wyskoczyłem ze śpiwora i wypełzłem na zewnątrz. Było ledwie kilka stopni Celsjusza i padało, tymczasem ja w samych bokserkach przeganiałem osły spod namiotu, zbierałem porozrzucane śmieci i zawiesiłem je w zabezpieczonym worku na drzewie, poza zasięgiem osłów. Po tej krótkiej interwencji mogłem znów położyć się spać.

Poranek wyglądał podobnie do poprzedniego. Zmęczeni, z podkrążonymi oczyma, ubrani najcieplej jak się da, zjedliśmy śniadanie. Potem zwinęliśmy mokry namiot - nie było sensu czekać aż wyschnie na słońcu, bo zanim to pojawiłoby się ponad otaczającymi nas zewsząd szczytami, minęłyby jeszcze ze dwie godziny. W teorii moglibyśmy zostawić go rozbitego i pójść nad wspomniane jezioro, ale Nadège nie chciała ryzykować, bo namiot kosztował ją ponad 500 euro - cena spora, ale i namiot był faktycznie ultra lekki. Postanowiliśmy sobie jednak nieco ułatwić - zamiast targać ze sobą wszystkie bagaże w górę i potem w dół w to samo miejsce, postanowiliśmy ukryć część rzeczy w jakichś krzakach i pójść nad jezioro na lekko. Okazało się to trochę bardziej wymagające niż myślałem, bo chciałem ukryć bagaże zarówno przed ludźmi, jak i zwierzętami. W końcu znalazłem wielki głaz, na który zwierzę by nie wlazło, a jednocześnie wystarczająco na uboczu, by naszych bagaży nie znalazł i nie przywłaszczył żaden człowiek. Niby w górach nie spodziewaliśmy się kradzieży, zwłaszcza przy tak niewielkim ruchu na szlaku, ale woleliśmy dmuchać na zimne.

Droga nad jezioro zajęła nam jakieś dwie godziny. Na górze rozłożyliśmy płachtę namiotu, żeby wysechł, a sami podziwialiśmy w spokoju widoki. Gdy już się wystarczająco nasiedzieliśmy, zwinęliśmy suchy już ekwipunek i wróciliśmy po nasze bagaże, czekające w stanie nietkniętym tam, gdzie je zostawiliśmy. Mogliśmy iść dalej. Po drodze przechodziliśmy jeszcze przez pole wielkich głazów i oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił wleźć na jeden z nich. Tradycyjnie też zejście okazało się znacznie trudniejsze niż wejście, więc Nadège musiała mi delikatnie pomóc, żebym się nie połamał. Nigdy się nie nauczę, żeby odpuszczać takie pomysły. Zrobiliśmy jeszcze selfie z kolejną gromadką osłów i ruszaliśmy w stronę głównego szlaku. Teren powoli się wypłaszczał - szliśmy doliną najpierw wzdłuż brzegu jeziora, a później wypływającego z niego potoku, w stronę kolejnego, ostatniego już przystanku na nocleg. W międzyczasie zjedliśmy jeszcze obiad, popędzani przez rozpadujący się deszcz.

Po paru godzinach dotarliśmy do pola namiotowego, innego od wszystkich dotychczasowych - miejsca do rozbijania się wciąż były takie sobie, ale na terenie kempingu znajdował się zadaszony kibelek, a nawet sklepik! Co prawda był to tylko szałas z produktami typu coca cola, chipsy i krakersy, ale i tak byłem pod wrażeniem (jednocześnie zastanawiając się, czy gościowi w ogóle opłaca się tam przychodzić, skoro szlakiem wędrowało może kilkanaście osób dziennie, a od najbliższej cywilizacji dzieliło nas kilka godzin marszu).

Nie skorzystałem z oferty sklepu, ale żywo zainteresowałem się polowym sanitariatem. Od mojej ostatniej poważniejszej potrzeby minęło już ponad 50 godzin. Zwyczajowo mam znacznie krótsze interwały, ale dotychczasowy brak odpowiednich warunków spowodował, że moje ciało samo wstrzymało pewne procesy trawienne - może to przez to, że wciąż miałem traumę po przymusowym pójściu w krzaki w drodze na Kilimandżaro w 2018 r. Mój zachwyt zadaszonymi kibelkami trwał krótko. Wszystkie 4 szalety miały po prostu niewielką dziurę w betonowej pokrywie stanowiącej podłogę, a na dodatek otwory te były prawie całkowicie zatkane kamieniami, co jednak nie przeszkodziło poprzednim odwiedzającym próbować wcelować w liche szczeliny, jak się domyślacie - bezskutecznie. Wyparowałem z tych toalet szybciej niż się dało, ale wcześniejsza nadzieja na spokojne posiedzenie zainicjowała ruchy perystaltyczne jelit, których czułem, że długo nie powstrzymam. Podpytałem sklepikarza o toalety, a ten wskazał tylko na piętrzące się nieopodal rumowisko skalne i rzekł - _piedras_. No cóż, chcąc nie chcąc poszedłem we wskazanym kierunku, pieczołowicie wybierając skały odpowiadające moim wyrafinowanym potrzebom. Dalszych szczegółów oszczędzę.

Postanowiliśmy nie zostawać na tym kempingu, tylko kontynuować marsz przez jakieś półtorej godziny, zbliżając się już dość mocno do końca szlaku. Nie bylibyśmy w stanie ukończyć go przed zmrokiem, zresztą woleliśmy spędzić kolejną noc wśród natury, a nie w jakiejś wiosce, więc tuż przed zachodem słońca rozbiliśmy nasz ostatni obóz, w bardzo urokliwym miejscu nad samym potokiem. Kawałek dalej swój namiot ustawiła wyprzedzona przez nas wcześniej parka - dobrze się złożyło, bo gdy gotowałem wodę na herbatę, skończył nam się gaz w kartuszu, więc dobrze było mieć sąsiadów z zapasem paliwa.

Po spokojnej nocy przyszedł czas na ostatnie kilka kilometrów trasy - tu już raczej nie było spektakularnych widoków - ot końcówka szlaku prowadząca do punktu końcowego, czyli wioski Cashapampa. Gdy dotarliśmy na miejsce, skierowaliśmy nasze kroki do sklepiku w celu kupienia czegoś zimnego do picia i zorientowana się, jak wydostać się do cywilizacji. To okazało się dość proste, bo jak spod ziemi wyrósł Peruwiańczyk pokazujący swojego busika i komunikującego, że ruszymy jak tylko pojawią się jeszcze choćby dwie osoby, a że nasi sąsiedzi z poprzedniego noclegu wyruszali niedługo po nas, czekaliśmy jedynie około pół godziny.

Tak oto mój trekking Santa Cruz dobiegł końca. Czy było trudno? Moim zdaniem nie. Byłem już dobrze zaaklimatyzowany, więc wysokość nie stanowiła problemu, dzienny dystans do pokonania nie był wyzwaniem, trudności technicznych szlak nie posiada, więc głównym dyskomfortem pozostawał dla mnie brak toalet na trasie. No, dodam jeszcze do tego zdradliwe kamienie na szlaku, z których wiele nie było stabilnie osadzonych, a przez to w najmniej oczekiwanych momentach potrafiły się solidnie zakołysać pod stopą grożąc piechurowi wywrotką. I faktycznie - na jednym z takich kamieni straciłem równowagę i poleciałem na tyłek - niby w miarę kontrolowany sposób, ale tak nieszczęśliwie, że jeden z kijów trekkingowych, którymi się asekurowałem, wygiął się po zaklinowaniu w szczelinie między kamieniami, a na przytroczonej do plecaka kamerce gopro pojawiło się pęknięcie na ekranie (jak się później okazało - odejmujące wodoszczelność z listy jej właściwości). Kij udało mi się jakoś naprostować i wyklepać tak, że prawie nie było sladu, a kamerkę wymieniłem po kilku tygodniach w ramach opłaconej subskrypcji. Czy miło wspominam? Tak, to był bardzo przyjemny trekking z pięknymi widokami, a spanie praktycznie na dziko dodawało taką nutkę podróżniczej przygody.

To by było na tyle. Czy na kolejny wpis przyjdzie czekać znów ponad 2,5 miesiąca? Czas pokaże.

#polacorojo #podroze #peru

Osobistość23piorunów

1. Miejsce rozbicia namiotu na ostatni nocleg - idylla.
2. Po prawej w tle góra Artesonraju, która zainspirowała do stworzenia logotypy Paramount Pictures
3. Ostatnie metry przed dotarciem na przełęcz Punta Union

Fanatyk11piorunów

Będę miał co czytać w pracy, ostatni dzień przed wolnym.
I zdrowia życzę, nie wiem co się dzieje, ale oby było lepiej.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Podróże

56piorunów

Bus miał przyjechać po mnie do hostelu o 5:10 rano. Zbiegłem z pokoju po schodach dopiero o 5:11, ale nie sądziłem, by to miał być problem. Gdy jednak przez kolejne 10 minut nikt się nie pojawiał, zacząłem się lekko stresować. No ale jak to tak - byli przed czasem i odjechali w mniej niż 60 sekund po umówionej godzinie? Olewając, bądź co bądź, klienta? Wierzyć mi się nie chciało. Napisałem do Nadege - Francuzki, którą poznałem dwa dni wcześniej przy jeziorze Churup i z którą zgadałem się na wypad nad jezioro 69, korzystając usług z tej samej agencji. Jej odpowiedź była uspokajająca - z 15 minutowym opóźnieniem busik odjechał właśnie spod jej hostelu i zmierzał w moją stronę.

_Laguna Sesenta y Nueve,_ czyli inaczej Jezioro 69, oddalona była o blisko 90 kilometrów od Huaraz. Innymi słowy jechało się tam prawie 3 godziny, a na końcu czekał jeszcze całkiem przyjemny, około 6,5 kilometrowy trekking z 850 metrami przewyższenia, oczywiście w jedną stronę. Niedługo przed docelowym parkingiem zatrzymaliśmy się jeszcze przy innym jeziorze, na brzegu którego rosły dość fotogeniczne, powykręcane drzewa o jasnej korze. Po tym krótkim postoju i dotarciu na początek szlaku w stronę docelowej atrakcji, wysluchaliśmy jeszcze komunikatu o godzinie zbiórki i ruszyliśmy z Nadege przed siebie.

Francuzka była dobrym kompanem wędrówki - małomówna, nie narzekająca, lubiącą iść szybkim tempem. Jeśli już muszę iść w góry w czyimś towarzystwie, to najchętniej takim. Oczywiście od czasu do czasu zamieniliśmy ze sobą kilka zdań, a nawet mogę się pokusić o stwierdzenie, że prowadziliśmy przez jakiś czas rozmowę, ale odbywało się to poniekąd za obupólną zgodą - jakoś tak wyczuwaliśmy nawzajem, kiedy ta druga osoba wolałaby pomilczeć, a kiedy można o coś zagadać. Tak jak wtedy, gdy mijaliśmy charakterystyczne, rozłożyste drzewo i oboje mieliśmy ochotę je skomentować dokładnie w tej samej chwili. Z tą różnicą, że w oczach Francuzki było ono baśniowe i magiczne, a w moich - wyglądało złowieszczo i brakowało na nim wyłącznie wisielca.

Po, sam już nie pamiętam jak długim, czasie dotarliśmy nad jezioro. Mimo chmur, jego szmaragdowa barwa była niezwykle soczysta - zastanawiałem się, o ile bardziej imponujsco wyglądałoby to wszystko, gdyby dodatkowo wyszło słońce. Nie dane nam było się przekonać - pogoda była daleka od idealnej. Dobrze chociaż, że nie padało i że wciąż byliśmy poniżej pułapu chmur - w przeciwnym razie nie byłoby czego podziwiać.

W punkcie widokowym spędziliśmy sporo czasu - nasze tempo pozwoliło nam dotrzeć w to miejsce na długo przed naszą grupą z busa. Z perspektywy czasu zapomniałem o jednym detalu - jezioro znajduje się na wysokości 4600 metrów nad poziomem morza, a więc dotarcie nad nie wymaga pewnej kondycji i aklimatyzacji. Na szczęście mieliśmy i jedno i drugie. W każdym razie znaleźliśmy sobie jakieś ustronne miejsce, dokąd już prawie nie docierały głosy innych turystów, i w milczeniu podziwialiśmy widoki.

- Lubię w takich miejscach pomedytować przez kilka minut - głos Nagede przerwał ciszę.
- Ja nie medytuję. Ale gdy już się wyciszę w miejscu takim jak to, puszczam sobie przez słuchawki taką jedną piosenkę, która pozwala mi intensywniej odczuwać zarówno otoczenie jak i całą sytuację - odparłem.
- To właściwie też jest forma medytacji - zauważyła po chwili namysłu.

Nigdy w ten sposób o tym nie myślałem, ale miała rację. Okazało się więc, że nawet taki prosty chłop jak ja, medytuje. Na swój sposób, ale jednak.

Po jakimś czasie do naszego ustronnego kącika zawitał inny turysta, najpewniej ciekawy, co takiego sprowadziło nas w to miejsce. Widok mu się najwyraźniej mocno spodobał, bo zaczął fotografować okolicę jak natchniony. Po chwili zwrócił się z prośbą o zrobienie mu zdjęcia. Gdy po minucie robienia kilkunastu ujęć z różnych perspektyw chciałem mu oddać telefon, ten poprosił o zrobienie jeszcze kilku dodatkowych. I potem jeszcze kolejnych. Cały czas w tej samej, nieco pretensjonalnej pozie z szeroko rozpostartymi ramionami i potwornie sztucznym uśmiechem, który zdawał się być doklejony na stałe do jego twarzy, choć natychmiast znikał, gdy tylko opuszczałem dłoń dzierżącą telefon, zbudowany przez małe chińskie rączki tylko po to, by uwiecznić jego nieśmiertelny wizerunek na tle... a już pal sześć to tło, wizerunek po prostu - to on tu był najważniejszy. Gdy po zrobieniu łącznie kilkudziesięciu zdjęć jegomość odpuścił mi w końcu i pozwolił spocząć na kamieniu, miałem wrażenie, że wciąż widzę go przed oczyma, z rozpostartymi ramionami i firmowym uśmiechem numer pięć, różniącym się od pozostałych jedynie detalami dostrzegalnymi pod mikroskopem elektronowym, a i to nie zawsze. Ostatecznie okazało się, że nie mam omamów, bo oto 20 metrów dalej zaczepił innego nieszczęśnika, prosząc o identyczne zdjęcia, w identycznej pozie, ze swoim nieśmiertelnym uśmiechem i tak chodzą od kamienia do kamienia pstrykając miliony fotek aż po dziś dzień. Chyba.

W drodze powrotnej postanowiliśmy z Nadege odbić na boczną odnogę szlaku - na mapie widzieliśmy grupę niewielkich stawów, od których teoretycznie dzielił nas półgodziny spacer. Obserwując tempo najwolniejszych piechurów z naszej grupy, prowadzonej przez opiekuna wycieczki, wiedzieliśmy, że możemy sobie ze spokojem pozwolić na taką małą eskapadę. Zaczęliśmy więc wcielać ten plan w życie.

Gdy tylko skręciliśmy z głównego szlaku, jasne stało się, że mało kto wpada na podobny pomysł. Ścieżka była ledwie widoczna, gdzieniegdzie gubiliśmy ją, nie zdając sobie sprawy, że w rzeczywistości biegnie o kilka metrów obok. Nie rezygnowaliśmy, bo widoczność była dobra i wystarczyło iść na azymut.

Po kilkunastu minutach marszu naszych uszu dobiegł dziwny i nagły łoskot. Rozejrzeliśmy się dookoła i choć w pierwszej chwili nie rozumieliśmy, na co patrzymy, po dwóch uderzeniach serca stało się to jasne - lawina! Odległa, bardziej przypominająca wodospad, niż masy białego puchu sunące zboczem góry, ale niewątpliwie patrzyliśmy na tony śniegu, wyłaniające się z chmur, spowijających górne partie pobliskiego szczytu i przewalające się z hukiem przez skalny próg w przepaść, której dna z tej perspektywy nie widzieliśmy. Spektakl ten trwał ponad minutę i był piękną nagrodą za zboczenie z głównego szlaku.

Po jakimś czasie dotarliśmy nad pierwszy z grupy stawów. Dookoła nie było żywej duszy i panowała absolutna cisza. Spojrzeliśmy na zegarek - wciąż mieliśmy pewien zapas czasu do momentu, w którym powinniśmy wracać. Nadege postanowiła wykorzystać te chwile na kontemplację. Ja zdecydowałem się poszukać ścieżki prowadzącej ku reszcie oczek wodnych - powinny być tuż obok. Po paru minutach skapitulowałem - okolica była dość podmokła i niełatwo było nawigować w tym terenie. W tym tempie nie zdążyłbym dotrzeć do tych stawów. Gdy wróciłem do Nadege, mieliśmy jeszcze jedną decyzję do podjęcia - albo wracamy dokładnie tą samą drogą do głównego szlaku, albo ufamy mapie i intuicji oraz idziemy kontynuacją tej odnogi, bo i tak łączy się ona z głównym szlakiem po jakimś czasie. Rzecz w tym, że nigdzie nie widzieliśmy dalszej ścieżki, a iść na ślepo w obcym terenie i przy ograniczonym czasie byłoby nierozsądnie. Wróciliśmy więc po wcześniejszych śladach.

Gdy dotarliśmy do głównego szlaku, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy ostatnimi turystami wracającymi spod jeziora 69. Widzieliśmy w oddali grupki turystów zmierzajacych w dół, w stronę parkingu, ale nikogo nie znajdował się już górnych partiach szlaku. Nie było powodów do paniki - wiedziałem, że przy naszym tempie na spokojnie dotrzemy pod busa o czasie. Nadege była nieco bardziej sceptyczna, bo od ostatnich ludzi dzielił nas kawał drogi.

- Widzisz tamtego gościa w jaskrawej czerwonej kurtce? Tam, hen daleko przed grupą zamykającą stawkę? - zapytałem.
- Ach ten! Ledwo co, ale widzę.
- Założę się, że nawet jego wyprzedzimy bez spiny - starałem się ją uspokoić.

No i faktycznie, nie minęło 45 minut, a mijaliśmy go rześkim krokiem, wcześniej wyprzedzając po drodze opiekuna naszej grupy i kilkunastu innych wolniejszych piechurów.

Docierając już do dna doliny i mając znów zapas czasu, postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze w bardzo malowniczym miejscu - na zielonej trawie, mocząc stopy w meandrującym potoku. Każde w miejscu, które uznało za "idealne", w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie. Gdy tak siedziałem sobie pod urokliwym drzewem i gapiłem się przed siebie, podszedł do mnie jeden z turystów wracających w stronę parkingu.

- Niesamowite miejsce sobie wybrałeś na odpoczynek. Bardzo fotogenicznie to wyglądało, więc pozwoliłem sobie zrobić ci zdjęcie. Mogę ci je przesłać jeśli chcesz.

No jasne, że chciałem. Co prawda zapamiętałem to miejsce jako piękniejsze, niż to wyszło na zdjęciu i zdecydowanie uważam, że moja zgarbiona postać nie dodaje mu uroku, ale pamiątka jest.

W hostelu byłem dopiero po 19. Zmęczony, ale zrelaksowany. Mimo niezbyt dobrych warunków pogodowych i widoków, które wcale nie wgniatały w ziemię, to był niezwykle przyjemny dzień.

#polacorojo #podroze #peru #huaraz

Osobistość12piorunów

Skoro jesteśmy przy drzewach, to ostatnią serię zacznijmy tymi powykręcanymi, z początku relacji, a do tego dorzućmy widoczek z bocznej odnogi szlaku i zakończmy perspektywą, którą miałem odpoczywając tuż przed powrotem na parking.

Autorytet3piorunów

Niby zwykły dzień, a wyszła całkiem niezła wyprawa! Przepiękne krajobrazy, lawina oraz nawet śmieszny piesek na zdjęcie się załapał :slightly_smiling_face:
Co do innych form medytacji, to właśnie sobie uświadomiłem, że ja też tak mam 😅

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Głupiehejtozabawy

123piorunów

Lubisz czytać ciekawe wpisy i komentarze innych?

A gdyby tak wziąć losowego Tomka lub Kasię na tapetę i zrobić im PSYHEJTOLIZĘ?

Przecież każdy lubi posłuchać czegoś o sobie, a niektórzy lubią rozebrać na czynniki pierwsze innych..

Dlatego zapraszam serdecznie wszystkich do #glupiehejtozabawy pt PSYHEJTOLIZA

Zasady są proste:

1. Piorunujesz ten wpis.
2. Dzisiaj, czyli 13.02.24 o godzinie 17ej hejtolosem wylosujemy jednego pacjenta z rangą minimum ZAWODOWIEC (gdy ilość piorunków będzie mniejsza niż 20), lub dwóch pacjentów (gdy ilość piorunków będzie większa niż 20).
3. Wylosowani pacjenci zostaną poddani PSYHEJTOLIZIE, czyli ocenie swojej działalności i osoby na podstawie profilu Hejto przez chętnych PSYHEJTOLITYKÓW we wpisie wyłaniającym pacjentów.
4. PSYHEJTOLIZA technicznie polega na zawołaniu pacjenta po zrobieniu research'u na jego koncie i opisaniu go wedle swojego uznania i sumienia.
5. Pełną dowolność psyhejtolizy zostawiamy psyhejtolitykom.
6. Udział w zabawie to zgoda na krytykę jak i miłe słowa, a biorący udział są świadomi, że wszelkie diagnozy nie mają pokrycia w jakikolwiek sposób w medycznych i/lub zdrowotnych aspektach.

PSYHEJTOLIZA to świetna okazja do zobaczenia jak nas widzą, co o nas piszą, jak i do spróbowania swoich sił jako dociekliwy i spostrzegawczy użytkownik portalu.
Może skłonić do autorefleksji, pracy nad sobą.. A może nawet usunięcia konta..

Zabawa ma charakter zabawy, więc wszelkie nacechowane smacznym (lub nie) humorem wpisy są również mile widziane.

Sprawdźmy jak niecodzienną menażerią jesteśmy :exploding_head:

FAQ.
- Chcę dać pioruna dla zasięgu, ale nie chcę brać udziału
- Luzik, napisz w komentarzu, że nie chcesz brać udziału w losowaniu

- Jestem u ciebie na czarno i nie mogę wziąć udziału w zabawie. Co teraz?
- Zawołaj mnie przez innego użytkownika to uwolnimy Barabasza

- Mam za niską rangę :confused:
- No to dobijaj migusiem i dawaj do nas

UPRZEJMIE PROSZĘ TEŻ O PIORUNOWANIE DLA ZASIĘGU ZABAWY I INFO O TYM W KOMENTARZU JEŚLI NIE CHCESZ BRAĆ UDZIAŁU. Z GÓRY DZIĘKÓWKA

#glupiehejtozabawy

Gruba ryba2piorunów
Pokaż więcej komentarzy (35)

Osobistość

w Podróże

97piorunów

Bardzo wczesnym rankiem mój autokar dotarł do Huaraz. Nie powiem, wyspałem się całkiem przyzwoicie w moim ultra wygodnym fotelu, rozkładanym prawie na płasko. Jedynie wypite przed snem wino powodowało uczucie lekkiego zasuszenia, ale nie był to pełnoprawny kac.

Ulice miasta były praktycznie puste - co prawda było dopiero chwilę po 6 rano, ale mimo wszystko był piątek, a więc dzień roboczy. W sumie nie znam zbyt dobrze rytmu dnia pracujących Peruwiańczyków, więc może już zostawmy ten temat. W każdym razie przechodziłem przez główny plac miasta (również pusty o tej porze) i jakoś tak tęskno mi było za Cuzco, które było wielokrotnie bardziej urokliwe. Huaraz praktycznie niczym się nie wyróżniało, zdawało się być nudne i... brudne. Jeden z niewielu ludzi, którzy pojawili się w zasięgu mojego wzroku, wyniósł worek ze śmieciami i rzucił go na kupkę innych worków znajdujących się przy ulicy. Stan pozostałych worków i walających się dookoła rozmaitych śmieci sugerował, że to nie był akurat dzień wywozu - te worki nie czekały aż ktoś je stamtąd zabierze. Jedynymi, których obchodził ich los, były bezpańskie psy, które dobierały się do nich w poszukiwaniu pożywienia.

Dotarłem do mojego hostelu. Było wciąż bardzo wcześnie, zdecydowanie przed godziną meldunku, ale nie miałem co ze sobą podziać. Miałem nadzieję, że będę mógł chociaż zostawić duży plecak zanim wyruszę na poszukiwania śniadania. Okazało się jednak, że moje łóżko już na mnie czeka, bo hostel nie narzekał na nadmiar gości (to było zresztą powodem, dla którego kilka dni później przeniosłem się w inne miejsce, ale o tym innym razem).

Gospodarz hostelu uczynnie opowiedział mi o najpopularniejszych turystycznych destynacjach w okolicy. Moją uwagę przykuła Laguna Churup, znajdująca się zaledwie 14 kilometrów od hostelu - wyglądało na to, że mógłbym się tam udać jeszcze tego samego dnia. Gdy podzieliłem się tym pomysłem z gospodarzem, ten zerknął na zegarek i powiedział, że ostatnie _colectivo_ odjeżdżają w tamtym kierunku za około pół godziny. Przez chwilę pomyślałem, że w razie czego mogę iść całą trasę pieszo od hostelu, ale pokonanie tego dystansu w obie strony przed zmrokiem było mało realne, między innymi ze względu na 1700 metrów przewyższenia po drodze. Szybka kalkulacja - do miejsca skąd odjeżdżały _colectivos_ szło się 25 minut. Teoretycznie miałem 5 minut zapasu, ale byłem bez śniadania i bez prysznica. Stwierdziłem, że raczej dam radę kupić coś na szybko przed wejściem do busika, a tymczasem wskoczyłem pod prysznic i przebrałek się w trekkingowe ciuchy. Z hostelu wychodziłem już lekko spóźniony, dlatego przez pół trasy musiałem truchtać. Gdy dotarłem na miejsce wskazane mi wcześniej przez gospodarza hostelu, ostatni bus akurat szykował się do odjazdu. A więc zdążyłem w ostatniej chwili. Kątem oka patrzyłem na lodówkę z napojami tuż obok, ale nie chciałem opóźniać odjazdu.

- Na pewno ktoś stoi ze straganem na parkingu przy początku szlaku - pomyślałem. Tak było faktycznie we wszystkich miejscach, które do tej pory odwiedzałem. Ale nie tutaj.

Busik wysadził wszystkich na zupełnym pustkowiu. Rozglądałem się za jakąś opcją kupna wody lub czegokolwiek innego, ale w zasięgu wzroku nie było absolutnie niczego. Spytałem kierowcy, czy znajdę w okolicy jakiś sklep lub czy na szlaku będzie można kupić wodę, ale ten kiwał przecząco głową. Byłem w d⁎⁎ie. Miałem ze sobą jakieś przekąski i kilka łyków wody, ale już wtedy czułem się lekko odwodniony, bo w ciągu poprzednich 12 godzin wypiłem jedynie butelkę wina. Czekało mnie więc małe wyzwanie. Nie zamierzałem się zamartwiać - ludzie potrafią wytrzymać bez wody przez wiele dni - przecież nie byłem gorszy. Zresztą z tego miejsca szło się tylko 5 kilometrów w jedną stronę, w tym kilometr przewyższenia - to był raczej spacer. Pomyślałem też, że być może woda ze strumieni będzie zdatna do picia, jednak napotkany po drodze pracownik parku roześmiał się tylko i powiedział, że on by jej nie pił. Wśród powodów, dla których nawet woda z górskich źródeł w Peru nie nadaje się do picia wymienia się obecność metali ciężkich oraz zanieczyszczenia powstałe na skutek pasącego się (i srającego gdzie popadnie) bydła. Jako że nie miałem w planach zatrucia i wielodniowej biegunki, postanowiłem poczekać z uzupełnieniem płynów do powrotu do Huaraz.

Ku mojemu zadowoleniu na trasie pojawił się odrobinę bardziej wymagający fragment, zabezpieczony łańcuchami. Fajnie było pohasać wszystkimi czterema kończynami po skałach. Mojego entuzjazmu nie podzielali turyści spotkani tuż przed początkiem tego odcinka - Niemka była wyraźnie przestraszona, choć jej peruwiański towarzysz starał się ją uspokoić. W połowie drogi obejrzałem się za siebie - ledwo co przeszli kilka kroków i dziewczyna z drżącymi nogami twierdziła, że dalej nie idzie. Postanowiłem cofnąć się, by im pomóc - trasa nie była tak trudna, żeby nie dała rady - to była bardziej kwestia umysłu. Pokazałem jak należy stawiać stopy na kilku kolejnych metrach, jak używać rąk i jak odpoczywać, gdy dopada zwątpienie. O dziwo peruwiański towarzysz dziewczyny również słuchał uważnie i nawet dopytywał gdzie powinien zrobić krok. Gdy udało się pokonać połowę odcinka, zrobiło się nieco bardziej stromo. Zaoferowałem Niemce wniesienie jej plecaka na samą górę, bo widziałem, że jego obecność ją stresuje. Po dwóch minutach byłem już z powrotem, by asystować nowo poznanym towarzyszom. W końcu udało się całej naszej trójce wejść na górę. Pogratulowałem im świetnej postawy, by ich nieco podbudować.

Po kolejnych kilkunastu minutach dotarliśmy do jeziora Churup. Nie powiem, całkiem urokliwe miejsce z ładnym kolorem wody i górami dookoła, ale nie były to widoki, które szturmem zdobyły moje serce i wryły się w pamięć. Ot, przyjemna miejscówka, żeby trochę pochillować, z czego korzystało już kilka osób nad brzegiem jeziora. Ja postanowiłem podejść na kolejny punkt widokowy odległy o półtorej kilometra. Czasu miałem jeszcze w zapasie.

Gdy nastała pora powrotu, zebraliśmy się w kilkuosobową grupę i ruszyliśmy w stronę początku szlaku. Udało nam się znaleźć alternatywną ścieżkę omijającą ten trudny fragment, z czego kilka osób cieszyło się niezmiernie. W dobrych humorach dotarliśmy do punktu zbiórki. Tam czekał już busik, co prawda nie ten sam, którym przyjechałem, ale gdy kupowałem bilet w obie strony powiedziano mi, że mam wsiadać w cokolwiek, co będzie zbierało turystów - wszyscy przewoźnicy byli ze sobą dogadani. I faktycznie, gdy okazałem swój "bilet" nowemu kierowcy, ten po prostu kazał wsiadać do środka.

Po powrocie do Huaraz udaliśmy się w piątkę do jakiejś knajpy. Oprócz mnie, Niemki i jej peruwiańskiego towarzysza była jeszcze wysoka Francuzka i jej koleżanka, sam już nie pamiętam skąd. Jedząc (i zwłaszcza w moim przypadku pijąc) rozmawialiśmy o dalszych planach na pobyt w Huaraz, choć nie było to łatwe ze względu na nieznośnie głośno grający telewizor (nota bene była to praktycznie norma w peruwiańskich jadłodajniach). Część osób planowała odpoczywać kolejnego dnia. Ja byłem żądny przygód. Podobobnie rzecz się miała z wysoką Francuzką, postanowiliśmy więc wykupić wycieczkę nad kolejne malownicze jezioro - Laguna 69. Jezioro 69. Z Francuzką. He he.

#polacorojo #podroze #peru

Fanatyk8piorunów

Jak zwykle dobrze się czyta i piękne widoki 👍

Fanatyk5piorunów

Zacne jeziorko, pogooglslem sobie i niby zwykle, ale sam kolor wody na tle gór dodaje mu majestatu. Nie miałeś myśli aby z niego się napić?

I inne pytanie - czy gdzieś wpisywałeś wcześniej swoje wspomnienia? Dzienniczek? Notatnik? Cholernie dużo pamiętasz, ja bym nie był w stanie odtworzyć tyle szczegółów dzień w dzień.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Osobistość

w Podróże

90piorunów

Żegnałem się z Cuzco. Po powrocie poprzedniego wieczora z Machu Picchu zdążyłem się jedynie trochę wyspać, zjeść śniadanie, wziąć główny bagaż i już trzeba było wyruszać w stronę lotniska. Moim kolejnym celem wyprawy były górzyste rejony Huaraz, dokąd z Limy miał mnie zabrać jadący całą noc autobus.

Nie miałem jakoś spektakularnie dużo czasu do odlotu, dlatego chciałem dla wygody i spokoju ducha wziąć Ubera. Niestety po raz kolejny żaden z kierowców nie chciał zaakceptować kursu na lotnisko (podobnie miałem w drugą stronę - tuż po przylocie do Cuzco). Pozostała mi więc podróż za pomocą _colectivo,_ z tym że najpierw musiałem dojść na odpowiedni przystanek, co zjadło mi około kwadransa. Później czekałem na busik jadący we właściwą stronę, co nie było aż tak proste, bo nie miały one swoich rozkładów jazdy, a więc nie byłem pewien, w co dokładnie mam wsiąść. Zanim w końcu pojawił się właściwy pojazd minęło kolejnych 10 minut. Zaczęło mi się już robić trochę gorąco, bo do zamknięcia odprawy zostało jeszcze tylko z 40 minut, a najkrótsza droga na Google Maps wskazywała na 25 minut jazdy. To jednak byłoby zbyt proste, gdyby mój bus jechał najkrótszą z możliwych tras, więc z przerażeniem spoglądałem, jak skręcamy nie tam gdzie trzeba. Spytałem współpasażerow moim łamanym hiszpańskim, czy na pewno jedziemy na lotnisko - potwierdzili. Pozostało więc mieć nadzieję, że w końcu to _colectivo_ przestanie esować po całej dzielnicy, tylko ruszy prosto do celu. Czasu było coraz mniej, więc gdy już w końcu zaczęliśmy się zbliżać, wrzuciłem plecak na plecy i ustawiłem się przy drzwiach, gotowy by wyskoczyć i pobiec w stronę budynku. Powstrzymali mnie współpasażerowie.

- Nie teraz! Na następnym!

Popatrzyłem zdziwiony i nieufny, bo przecież dokładnie w tym miejscu wychodziłem z lotniska jakieś 10 dni wcześniej.

- Terminal odlotów jest na następnym przystanku - doprecyzowali.

Podziękowałem grzecznie i dzięki ich radzie nie straciłem kolejnych 5 minut na truchcie do właściwego wejścia. Udało się.

W Limie lądowałem przed południem, natomiast mój autokar ruszał w stronę Huaraz dopiero około 23. Miałem więc kilka godzin na ponowne zwiedzanie stolicy Peru, choć aż tak mi się nie chciało - nie jest to specjalnie urokliwe miasto moim zdaniem. No ale koniec końców lepsze połażenie po mieście, niż gnicie ponad 10 godzin w centrum handlowym, przy którym mieścił się dworzec autobusowy. Miałem też pewną misję do wykonania - oddanie kluczy, które przypadkiem gwizdnąłem z hostelu podczas poprzedniego pobytu w Limie.

Wdrażanie planu w życie zacząłem od wzięcia Ubera i udania się na dworzec autobusowy - liczyłem na to, że będę mógł już odprawić duży plecak, bo łażenie z nim po mieście nie należałoby do przyjemnych.Gdy przedstawiłem moją prośbę pracownikowi przewoźnika, ten zrobił wielkie oczy.

- Ale ten autokar odjeżdża dopiero za 12 godzin. Odprawa jest możliwa na godzinę przed odjazdem. 
- Czyli nie ma żadnej przechowalni w okolicy?

Facet podrapał się po głowie, kazał chwilę poczekać i wkrótce wrócił z wiadomością, że mogę zostawić plecak u nich w kanciapie. Podziękowałem pięknie i już miałem mu wręczyć mój bagaż, gdy coś mnie tknęło i postanowiłem sprawdzić, czy na pewno mam te klucze od hotelowego pokoju w małym plecaku. No nie ma! Ale by było - misterny plan, żeby oddać te nieszczęsne klucze, a zostałyby w głównym bagażu. Przeczesuję główny bagaż i... też ich nie ma. Przepadły jak kamień w wodę. Jeszcze raz sprawdzam mały plecak - nic. No cholera jasna, przecież wczoraj miałem je w ręce! Pracownik przewoźnika autokarowego patrzył na mnie z powoli rosnącą irytacja - chciał mi wyswiadczyć przysługę na moją wyraźną prośbę, a ja tu robię wielkie przepakowanie. W końcu dałem za wygraną i oddałem ten plecak do przechowania. Raz jeszcze podziękowałem i skwaszony pomaszerowałem jakieś półtorej kilometra w stronę przystanku autobusowego, skąd miałem dotrzeć do centrum.

Okolice Plaza Norte, czyli rzeczonego centrum handlowego, nie wyglądały zbyt przyjaźnie. Dwupasmowa, hałaśliwa arteria wzdłuż której nie prowadziły chodniki, ale i tak na poboczach kręciło się trochę ludzi, którym moja wrodzona ostrożność kazała się bacznie przyglądać. To był taki rejon, w który turyści się nie zapędzali, bo tu prawie nic nie było. Nawet za dnia szło mi się tamtędy z duszą na ramieniu.

W końcu dotarłem na przystanek i pojechałem w stronę dwóch najbardziej turystycznych i bezpiecznych dzielnic Limy leżących nieopodal siebie - Miraflores oraz Barranco. Jako, że tą pierwszą poznałem już podczas poprzedniego pobytu w mieście, tym razem wysiadłem o kilka przystanków dalej, by zwiedzić drugą. Tak jak według kilku osób, których relacje przeczytałem w internecie, Barranco jest znacznie bardziej urokliwe od Miraflores, tak po półtorej godzinie chodzenia tam nie miałem pojęcia, o co mogło im chodzić. Poza jednym ładnym muralem nie zauważyłem niczego godnego uwagi. Może skręcałem w złe uliczki, nie wiem.

Z tego wszystkiego postanowiłem po prostu przejść się wzdłuż wybrzeża do Miraflores - tamta trasa była dość przyjemna widokowo, więc postanowiłem ją powtórzyć i zjeść coś na znanym mi terenie. Chcąc nie chcąc, przechodziłem obok hostelu, w którym nocowałem wcześniej. Raz jeszcze sprawdziłem plecak i kieszenie - że też zgubiłem gdzieś te pieprzone klucze!

Dzień chylił się ku końcowi, więc po posiłku postanowiłem przemieścić się w stronę Plaza Norte i tam czekać na odjazd mojego autokaru. Rozmyślałem, czy nie wziąć Ubera, bo to jednak bezpieczniej w takiej dzielnicy po zmroku, ale żądna przygód część mnie powiedziała - pojadę autobusem i podejdę ten ostatni, niezbyt atrakcyjny odcinek pieszo - przynajmniej będą jakieś emocje. No i faktycznie, do teraz dobrze pamiętam spacer wzdłuż tej drogi, gdy ściskając w ręce kij od Gopro w celach samoobrony, szedłem w stronę centrum handlowego, zadając sobie pytanie raz po raz, czy dziwny facet naprzeciwko to jakiś zbój, czy zwykły przechodzień i czemu do licha nie wziąłem Ubera.

W końcu dotarłem do centrum handlowego, gdzie kupiłem jakieś przekąski na drogę oraz butelkę wina na dobry sen. Niby fotele w autokarze były ultra wygodne, bardzo szerokie i rozkładające się prawie na płasko, ale ogólnie ciężko mi się śpi w podróży, więc wolałem mieć wspomaganie na wszelki wypadek. Czekając na odjazd autokaru zauważyłem, że pasażerowie innego rejsu przechodzą kontrolę bezpieczeństwa i ich podręczne bagaże są sprawdzane. Okazało się, że panował zakaz przewożenia alkoholu w kabinie. Nie chciałem rozstawać się z moją butelczyną, więc ukryłem ją wewnątrz cienkiego śpiwora, który miałem ze sobą. Gdy przyszła pora na kontrolę mojego bagażu, pracownik przewoźnika pomacał go tylko ze wszystkich stron i nie napotykając na nic twardego kiwnął głową i wpuścił mnie do środka. Rozkokosiłem się na moim szerokim miejscu, zaciągnąłem zasłonkę oddzielajacą mnie od korytarza, opuściłem oparcie fotela prawie na płasko i przymknąłem oczy. Pomyślałem, że może zamiast raczyć się winem, po prostu włączę sobie muzykę do snu. Chwyciłem plecak i sięgnąłem do kieszeni, w której trzymałem słuchawki, a tam... pierdolone hostelowe klucze! Przez cały dzień miałem je przy sobie!

Chwilę później otwierałem butelkę wina. Stwierdziłem, że jednak na trzeźwo tego nie zniosę.

#polacorojo #podroze #peru

GURU10piorunów

Fajny opis i przygoda. Zaobserwowałem...

ale

...nie chce stać się hejtowym poliwodą jednak WZIĄĆ nie wziąść. Jakby można było wziąść to można było by też braść. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Góry

40piorunów

Siema,
To już ostatni (czwarty) wpis o Babiej Górze - chyba, że mi odbije i obskoczę ją znowu. Jak zwykle zachęcam do czytania i obserwowania tagu #piechurwedruje :hiking_boot:
---------
Szczyt: Babia Góra (Beskid Żywiecki)
Data: 13 marca 2022 (niedziela)
Staty: 15.5km, 5h25, 760m przewyżyszeń

W lutym 2022 byłem już na Babiej Górze na wschodzie słońca z tatą i nie planowałem ponownie jej odwiedzać w najbliższym czasie. O tamtej wycieczce dowiedziała się jednak koleżanka, która całkiem niedawno zaczęła swoją przygodę z górami (byłem z nią na Pilsku w 2021, o czym pisałem w jednym z poprzednich wpisów) i uznała to za fajną opcję. Z racji krótkiego doświadczenia nie czuła się jednak na tyle komfortowo, żeby iść samej, więc napisała do mnie, czy nie chciałbym wybrać się z nią na wschód po raz drugi - długo nie trzeba było mnie namawiać.

Planowana trasa miała być dokładnie taka sama jak poprzednio, więc wiedziałem mniej więcej jak się przygotować. Rozpoczęło się szukanie odpowiednich warunków pogodowych, które miały trafić się równo miesiąc po mojej wycieczce z tatą. Pamiętając, jak długo musieliśmy wtedy czekać na górze na wschód, i jak bardzo wtedy zmarzliśmy, oraz biorąc poprawkę na świetną kondycję koleżanki, postanowiłem nie zakładać żadnego czasowego bufora bezpieczeństwa i planowałem wszystko na styk.

Do przełęczy Krowiarki dojechaliśmy ok. 3:30. Aut było już mnóstwo i musieliśmy zostawić samochód na niższym parkingu. Chętnych na oglądanie wschodu było pełno i cały czas przybywało nowych. Wzięliśmy potrzebny sprzęt (stuptuty, kijki, kominiarki, latarki, raczki do plecaka) i ruszyliśmy w drogę.

Tak jak poprzednio, na Sokolicę wychodziło się w kolejce. Gdy tylko się dało, wyprzedzaliśmy trochę wolniejszych turystów. Koleżanka nadawała bardzo szybkie tempo, a ja zacząłem słabnąć. Po raz kolejny chciałem iść szybciej, niż pozwalał mi na to organizm, i wkrótce poczułem jak moje nogi zaczęły robić się coraz bardziej chwiejne.

Zakręciło mi się w głowie i postanowiłem doładować się batonem energetycznym. Zacząłem człapać dalej pod górę czując się na prawdę źle, a część osób, które wcześniej wyprzedziłem, teraz zaczęła wyprzedzać mnie. Było mi głupio, ale co było robić - moja forma znów okazała się bardzo nierówna.

Doszedłem na Sokolicę, gdzie od jakiegoś czasu czekała koleżanka, trochę zdziwiona tym, że tak długo zajęło mi wejście. Odsapnąłem chwilę i ruszyliśmy dalej w stronę Babiej. To był ostatni raz przed szczytem, gdy widziałem koleżankę - wyglądało na to, że dla niej był to tylko spacerek, i jak kozica pognała dalej. Ja jeszcze chwilę czułem się osłabiony, ale niebawem energia wróciła i znowu szło się fajnie. Nie wiem z czego wynikał ten nagły spadek sił.

Za Sokolicą trasa robiła się już bardziej kameralna. Ludzie szli małymi grupkami albo osobno, w każdym razie było znacznie więcej przestrzeni. Warunki pogodowe były o wiele lepsze niż miesiąc wcześniej, bo wietrzyk był delikatny. Kontynuowałem wspinaczkę, która była już samą przyjemnością. Śnieg miło skrzypiał pod butami, księżyc świecił na niebie, na odległych zboczach widać było poruszające się światełka. Trasa była wydeptana i raczki ani razu nie były potrzebne.

Spokojnym chodem dotarłem na Babią Górę i zacząłem rozglądać się za koleżanką. Szybko się odnaleźliśmy - okazało się, że czekała na mnie jakieś 20 minut, tempo miała na prawdę imponujące. Popatrzyłem na zegarek: do wschodu zostało niecałe pół godziny. Znaleźliśmy fajne miejsce, usiedliśmy na piankowych matach, przykryliśmy się kocami termicznymi i, z kubkami gorącej herbaty w dłoniach, czekaliśmy na wschód.

Jasno zaczęło robić się już od jakiegoś czasu i mrok powoli, acz skutecznie, spychany był na północ. W końcu słońce zaczęło nieśmiało wychylać się zza horyzontu, ale nie wyglądało to tak spektakularnie jak poprzednim razem ze względu na chmury, które trochę je przysłoniły. Mimo to i tak było przyjemnie i cieszyłem się, że mogę tego doświadczać.

Po pewnym czasie zdecydowaliśmy, że czas zawijać się z powrotem. Zrobiliśmy sobie zdjęcie pod słupem z tabliczką (stopień jego oblodzenia zmalał drastycznie w ciągu miesiąca) i opuściliśmy szczyt. Tym razem to ja wysunąłem się na przód, bo koleżanka nie miała jeszcze wprawy w schodzeniu. Mi natomiast szło się znakomicie, bo śnieg fantastycznie amortyzował kroki.

Nawet nie wiem kiedy, a znalazłem się na przełęczy Brona. Poczekałem chwilę na koleżankę i ruszyłem dalej. Do schroniska z przełęczy kawałek trasy pokonałem dupoślizgiem, reszta trasy to był już przyjemny spacer. Wkrótce dotarła tam też prowodyrka całej wyprawy, która chciała przybić sobie pieczątkę do #koronagorpolski. Zjedliśmy coś, napiliśmy się i niebieskim szlakiem wróciliśmy do przełęczy Krowiarki.

Cała wycieczka była bardzo sympatyczna, poza nieprzyjemnym dla mnie fragmentem nagłego osłabienia na samym początku. Widoki były spoko, jednak, jak już pisałem przy którejś okazji, w dni wolne na Babiej wschód ogląda ogromna masa ludzi, więc jeśli ktoś liczy na kameralną atmosferę, to lepiej niech poszuka innego szczytu. Ja w każdym razie w najbliższym czasie na pewno nie będę się tam znowu wybierać - no, chyba, że ktoś znowu napisze, że szuka towarzystwa...

Trasa dla zainteresowanych.

#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #beskidzywiecki #babiagora

Osobistość2piorunów

@Piechur super zdjęcia i bardzo fajnie napisana relacja.

A ludzi faktycznie sporo :hushed:

Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Podróże

135piorunów

Po raz kolejny podczas tej wyprawy mój budzik zadzwonił nieludzko wcześnie, ale tak jak przy poprzednich razach czułem niesamowitą ekscytację, teraz dominowało zmęczenie i jakiś niewytłumaczalny marazm. A przecież tego dnia miałem oglądać Machu Picchu - jedno z dwóch miejsc, poza Patagonią, które koniecznie chciałem odwiedzić podczas mojej podróży do Ameryki Południowej. Skąd więc ten niedobór entuzjazmu? Być może brał się on z braku wiary, że to hiperturystyczne miejsce z pieczołowicie wyznaczonymi ścieżkami zwiedzania, ścisłymi regułami i tabunem ludzi, zapewni mi choć w połowie tak pięknych emocji, jak na przykład trekking po parku Torres del Paine, szlaki w okolicach El Chalten, wspinaczka na Pedra da Gavea, czy choćby dopiero co ukończony Salkantay Trail. Ten wyjazd pozwolił mi zrozumieć, w jakich okolicznościach czuję się naprawdę wolny i szczęśliwy. Wycieczka na Machu Picchu zdawała się nie do końca spełniać te kryteria.

Zwlokłem z łóżka się nieco ospale i hostel opuściłem kwadrans później niż zakładałem. Mój bilet pozwalał mi wejść na teren zaginionego miasta Inków między 6 i 7 rano. Planowałem być pod bramami jako jeden z pierwszych, dlatego musiałem się sprężać. Tak właściwie to nie musiałem, ale chciałem, z niewyjaśnialnych racjonalnie przyczyn - tak już mam, że lubię na szczyty docierać jako pierwszy. Choć nie na wszystkie (he he). Miałem do przejścia jakieś 4 kilometry, w tym 500 metrów podejścia w pionie - idealnie na poranny rozruch. Pod bramy miasta dało się też wygodnie dojechać autobusem kosztującym jakieś 20 dolarów, ale moja dusza Poznaniaka nie zezwalała na takie zbyteczne wydatki, no i przede wszystkim nie przyjechałem w Andy jeździć autobusami - uwielbiam wszelakiego rodzaju łażenie po górach i satysfakcja z dotarcia na jakiś punkt widokowy jest wielokrotnie większa, jeśli towarzyszy temu wysiłek fizyczny.

Okazało się, że już na starcie marszu nieco pomyliłem trasę. Tuż obok hostelu przebiegała linia kolejowa, której kilkaset metrów dalej zaczynała towarzyszyć równolegle droga prowadząca pod same bramy parku (zresztą szedłem tym odcinkiem ledwie dwa dni wcześniej, gdy kierowałem się do Aguas Calientes). Ze względu na panujące wciąż ciemności i fakt, że moja najtańsza czołówka z Decathlonu nie pozwalała się rozeznać w otoczeniu dalszym niż dwa metry, przegapiłem moment, w którym należało zejść z chodnika wiodącego wzdłuż torów w stronę tej drogi właśnie. Chodnik skończył się w miejscu, w którym od drogi oddzielały mnie jakieś chaszcze i stromizna nasypu kolejowego. Żeby nie tracić czasu na cofanie się, ani nie przedzierać przez zarośla, postanowiłem kontynuować marsz wzdłuż torów - pamiętałem, że gdzieś dalej będzie łagodne zejście. O czym jednak nie wiedziałem, najpierw trzeba było przejść wydrążonym w skale wąskim tunelem. U jego wylotu widniała tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie śmierci - faktycznie, gdyby ktoś znajdował się w tunelu akurat gdyby przejeżdżał przez niego pociąg, nie byłoby się gdzie schować - za ciasno. Przystanąłem, wstrzymałem na chwilę oddech i zacząłem nasłuchiwać otoczenia. Jedyne co dobiegało moich uszu, to szum krwi pędzącej napęczniałymi od energicznego marszu żyłami. Z pewnością w odległości nawet kilku kilometrów nie jechał żaden pociąg, mogłem więc bez obaw wejść do tunelu, swoją drogą - niezbyt długiego.

Po pewnym czasie udało mi się dotrzeć do drogi i punktu kontrolnego - zanim dotarło się na górę pod same bramy Machu Picchu, trzeba było jeszcze przejść mostem nad rzeką Urubamba i okazać strażnikowi parku bilet wstępu oraz paszport. Punkt kontrolny właśnie został otwarty i dopiero zaczął przepuszczać czekających pod nim ludzi - przede mną dotarło tu już około 30 osób. Kawałek za mostem zaczynało się strome podejście pod górę wąską ścieżką dla pieszych (nieopodal ścieżki wiła się serpentynami droga dla autobusów). Dość szybko zacząłem wyprzedzać kolejne osoby, choć nie zawsze było to możliwe ze względu na szerokość ścieżki. Nie forsowałem tempa jakoś znacznie, ale szedłem moim typowym, energicznym krokiem bez przystanków. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku minutach sam zostałem wyprzedzony. Takie rzeczy zdarzają mi się wyjątkowo rzadko, więc z uznaniem patrzyłem na plecy niespecjalnie młodego, ale ewidentnie wysportowanego gościa, który połykał kolejne metry bez cienia zadyszki.

Pod bramami parku byłem kilka minut przed otwarciem. Jakimś cudem czekało tu już jakieś 10 osób, wyglądających na względnie wypoczęte - musieli się tu dostać trochę wcześniej. Ja z kolei byłem spocony fest. Miałem ze sobą suchą koszulkę na przebranie (właściwie to miałem cały swój bagaż, z którym szedłem szlakiem Salkantay), ale postanowiłem zmienić ciuchy dopiero po wygaszeniu gwałtowności przebiegających procesów termoregulacji - w przeciwnym razie ta druga koszulka też byłaby po chwili mokra, a mimo wszystko było dość rześko.

Na terenie Machu Picchu nie dało się zgubić - precyzyjnie wytyczone ścieżki, ogrodzone gdzie trzeba barierkami ze sznurków, subtelne, lecz łatwo dostrzegalne drogowskazy i stojący co kilkadziesiąt metrów pracownicy obsługi, wskazujący turystom drogę w zależności od posiadanych przez nich biletów. Góra Wayna Picchu? W prawo. Cytadela? Prosto. I tak dalej.

Po zaledwie kilku minutach docieram do miejsca, skąd rozpościera się widok znany z pocztówek i tysięcy zdjęć Machu Picchu krążących po internecie. Nawet drewniane tabliczki na szerokim trawiastym tarasie sygnalizują, że to właśnie tu warto pstryknąć fotkę. Warunki pogodowe jednak nie zachwycają - jest dosyć szarawo, a charakterystyczna góra znajdująca się w tle inkaskiego miasta i dodająca mu niesamowitego uroku, tym razem częściowo niknie w chmurach. Przymierzam się do zdjęć, ale to co widzę w obiektywie nie powala. Słyszę dość stonowane ochy i achy turystów obok. Chyba też liczyli na coś więcej. Po kilku minutach ruszają za swoimi wynajętymi przewodnikami, zgodnie z dalszym kierunkiem zwiedzania. Ja nie zdecydowałem się na przewodnika - czy to przejaw ignorancji i przeciętnego zainteresowania historią (troszkę się to u mnie zmieniło od czasów pisania matury właśnie z historii), czy też skąpstwo, nie pozwalające na ponoszenie "zbędnych wydatków", czy chęć zwiedzania we własnym tempie i możliwość np. zostania w tym punkcie widokowym przez kolejnych kilka godzin w oczekiwaniu na lepsze warunki pogodowe - wszystkie odpowiedzi są prawidłowe. Nie ukrywam jednak, że ta trzecia opcja miała największą wagę i przyniosła też najwięcej korzyści.

Jednym z powodów kupienia przeze mnie biletu zezwalającego na wstęp o 6 rano była możliwość obejrzenia Machu Picchu w różnych porach dnia, a jak się też finalnie okazało - podziwiania go w pełnej krasie po kilku godzinach słabej widoczności. Wcześniej doczytałem, że nikt z obsługi nie zmusza do przechodzenia dalej - jedyne ograniczenie dotyczące przemieszczania się stanowiło, że nie można się cofać - szlak był jednokierunkowy. I faktycznie, gdy postanowiłem przetestować te zasady w praktyce, po kilku krokach zostałem powstrzymany przez jednego z pracowników.

- W górę nie wolno, tylko w dół!
- A mogę chociaż podejść w tamto miejsce? To tylko 10 metrów stąd.
- Nie, szlak jest jednokierunkowy.

I tak oto wróciłem na trawiasty taras.

Do wieczornego pociągu w stronę Ollantaytambo (skąd ruszałem dalej do hostelu w Cuzco) miałem jeszcze ponad 12 godzin. Teoretycznie mogłem zostać w Machu Picchu prawie do jego zamknięcia, co następowało o 17:00. Szkopuł w tym, że toalety znajdowały się jedynie przy wejściu, musiałem więc spożywać wodę w rozsądnych ilościach, aby moich planów rozkokoszenia się na dłużej w głównym punkcie widokowym nie zrujnowały potrzeby fizjologiczne. Nie, wylanie się na terenie świętego miasta Inków nie wchodziło w rachubę 😉 Przyznam jednak, że i tak odrobinę zakłóciłem powagę tego miejsca, na co spoglądam teraz z lekkim wstydem. Otóż postanowiłem wyjąć z plecaka i powiesić na kamiennym murku moją wilgotną od potu koszulkę, żeby odrobinę przeschła. Zrobiłem to raczej w ustronnym miejscu, żeby się nie rzucało w oczy (ten taras był naprawdę długi i szeroki), ale i tak po kilkunastu minutach dobiegł mnie głos jednego z przewodników, który wskazując na moje ciuchy szukał winowajcy. Pokornie podszedłem i przeprosiłem, unikając jego gromiącego wzroku. Na szczęście żadne reperkusje mnie nie spotkały - po prostu dokańczałem suszenie siedząc na trawie i rozkładając wciąż odrobinę wilgotną koszulkę na kolanach.

Zdarzeń przykuwających uwagę pracowników kompleksu było więcej, choć już na szczęście bez mojego udziału. Najczęściej interweniowali z powodu... robionych zdjęć. Może to budzić zdumienie, ale niektóre zachowania lub pozy były zakazane. Na przykład popularne wśród wszelakiej maści instagramerów podskoki (aby być uchwyconym na zdjęciu w locie) - gdy tylko którykolwiek z pracowników dostrzegał takie zachowanie, już z daleka krzyczał "stop!", energicznie podchodził, tłumaczył, że podskoki są niedopuszczalne i... kazał usuwać zdjęcie. Dokładnie tak - żądał pokazania kilku ostatnich fotografii i nie odchodził dopóki dany gagatek, lub gagatkini, nie wykasowali tych, które łamały regulamin. Na pytania co jest złego w podskokach, odpowiedź brzmiała - bo jest to niebezpieczne dla stabilności gruntu. Tak jak absurdalnie może to brzmieć, coś w tym jest. Te trawiaste tarasy były co prawda wzmocnione kamiennymi murkami, ale wszystko to zostało zbudowane przez Inków setki lat temu i z tego co później doczytałem, osunięcia ziemi w Machu Picchu i okolicach nie były niczym nowym. A że podskoki mimo wszystko generują wyraźnie większe obciążenie dla podłoża niż zwyczajne chodzenie - wszystko składało się nie miarę sensowną całość. Może jedna podskakująca osoba aż takiej krzywdy by nie wyrządziła, ale gdyby to była grupa - sytuacja mogłaby być zupełnie inna. A czemu kazali kasować zdjęcia? Zapewne po to, by nie rozprzestrzeniały się po sieci i nie inspirowały rzesz turystów do podobnych zachowań.

Ograniczeń co do zdjęć było więcej - głośnego sprzeciwu i żądań usuwania fotografii doczekała się np. para, w której mężczyzna unosił swoją partnerkę 20 centymetrów ponad ziemię, dziewczyna pozująca na leżąco, czy facet bez koszulki. W tych wypadkach jako powód interwencji podawana była powaga miejsca - bardzo ważnego w historii i kulturze Peruwiańczyków. Wyglądało zatem na to, że fiaskiem zakończą się moje własne plany posiadania zdjęcia w dość nietypowej pozie, o którego zrobienie proszę ludzi w różnych ciekawych częściach świata. Z pewnością obsługa parku natychmiast by zaprotestowała. Pomyślałem jednak - a co tam, spróbuję ich przechytrzyć. Uważnie obserwowałem pracowników patrolujących teren i gdy tylko droga odwrotu stała otworem - prześlizgnąłem się pod prąd jednokierunkowego szlaku o dwa tarasy wyżej. Tu z racji nieco gorszego widoku i niewielkiej ilości miejsca praktycznie nikt się nie zatrzymywał - nie było więc też czujnych pracowników obsługi. Poczekałem chwilę na pojawienie się dwójki turystów i poprosiłem ich o uwiecznienie mojego absolutnie haniebnego występku 😉 Nie ma to jak próżność. W każdym razie misja zakończyła się sukcesem i tak oto wróciłem niezauważony na główny taras.

Będąc wciąż przy temacie zdjęć - wcale nie tak łatwo o ludzi, którzy pstrykną przyzwoitą fotkę. Prosiłem kilka różnych osób o przysługę i albo ktoś palec wsadził w obiektyw, albo walił foty nie bacząc na to, że właśnie ktoś wlazł w kadr, albo ucinał najważniejsze elementy krajobrazu. No prosisz kogoś - "na tle tej góry" - po czym na zdjęciu widzisz, że szczyt został zdekapitowany i wygląda jak pół d⁎⁎y zza krzaka. Jobla idzie dostać. Mnie jak ktoś prosi o foty, to robię z 10 ujęć, ustawiając ludzi tak jak trzeba i choć fotografem nie jestem, ani żadnego kursu nie kończyłem (zresztą nie mam nawet aparatu poza tym w telefonie), takie zwykłe pamiątkowe zdjęcia wychodzą mi w miarę nieźle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o wszystkich innych turystach. Gdy już więc bardzo mi zależy na posiadaniu dobrej pamiątki ze sobą w roli głównej (a nie zdarza się to aż tak często), pokazuję jak dokładnie ma wyglądać kadr, proszę by dana osoba pomogła mi się ustawić precyzyjnie na tle X czy Y i wtedy szanse na zadowalający efekt są niezerowe.

Po niecałych czterech godzinach mojego koczowania w głównym punkcie widokowym w końcu wyszło trochę słońca. Sielanka nie trwała zbyt długo, ale wystarczająco, by i zrobić kilka zdjęć i po prostu pogapić się przed siebie w spokoju. Gdy już powoli rozmyślałem, czy jest sens dalej siedzieć w tym samym miejscu czy iść dalej, na trawiastym tarasie pojawili się osobliwi goście - lamy. Przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego mogą sobie one hasać jak chcą po całym kompleksie i czy ściągnięto je tam po to, żeby było bardziej klimatycznie dla turystów - tak jak na na Tęczowej Górze, gdzie w kilku miejscach stali lokalsi z lamami i alpakami gotowymi do pozowania do zdjęć za pieniądze. Lamy z Machu Picchu nie były jednak dorobkiewiczami - po prostu były u siebie. Zwierzęta te zostały udomowione jeszcze przed czasami inkaskimi i na terenie Machu Picchu przechadzaly się od zawsze - to ich naturalne środowisko. Najwyraźniej ich wpływ na stan murów i innych elementów zabytku klasy zero oceniono jako w najgorszym wypadku neutralny, skoro wciąż mogą się tam spokojnie przechadzać. Właściwie to wyręczają ludzi w utrzymaniu przystrzyżonej trawy, więc w pewnym sensie pomagają dbać o ten teren.

Wracając do historii - gdy tylko w punkcie widokowym pojawiły się lamy, oczyma wyobraźni widziałem już kadr, w którym lama beztrosko spogląda przed siebie, a w jej tle prezentuje się zaginione miasto Inków. Niestety gdy tylko dwie lamy ustawiły się w idealnym dla mnie miejscu, otoczył je tłum ludzi pragnących zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ich piski i energiczne kroki szybko zniechęciły zwierzęta, które wycofały się na bezpieczny perymetr. Wciąż jednak były blisko, więc istniała bardzo realna szansa, że podejdą raz jeszcze. Licząc, że tak właśnie będzie, postanowiłem pozostać w punkcie widokowym jeszcze przez chwilę. Co prawda siedziałem tam już od czterech godzin, ale co tam - widoki były bardzo przyjemne, a mi się nie spieszyło. Lepsze to niż siedzenie w knajpie w Aguas Calientes w oczekiwaniu na pociąg.

Po jakichś dwóch godzinach lamy powróciły w najbardziej fotogeniczne miejsce. Tym razem na szczęście znajdujący się obok turyści nie byli nachalni, więc zwierzęta mogły się spokojnie rozgościć. Czuły się bardzo swobodnie wśród ludzi, więc nawet gdy ktoś ostrożnie do nich podchodził, aby zrobić sobie selfie, nie protestowały. Dawały się nawet głaskać. Zastanawiałem się, czy obsługa parku nie będzie powstrzymywać ludzi przed zbliżaniem się do zwierząt, ale nic takiego nie miało miejsca. Dopóki ktoś nie przekroczył jakiejś niewidzialnej granicy w zachowaniu, nie interweniowali, a nawet pomagali robić pamiątkowe zdjęcia z lamą. Mi samemu udało się wykonać kilka fajnych fotografii lam na tle gór i samego inkaskiego miasta, cyknąłem też na życzenie zdjęcia paru osobom w otoczeniu tych przemiłych zwierząt, ale zanim ktoś mi się odwzajemnił, lamy ponownie odeszły kilkadziesiąt metrów dalej. Miałem z nimi co prawda jakieś zdjęcia, ale nie byłem z nich w pełni usatysfakcjonowany, bo albo ktoś pchał mi się w kadr, albo poproszona o zrobienie fotografii osoba zupełnie nie zwracała uwagi na kompozycję i tło. Najlepiej wyglądały zrobione przeze mnie selfiaki, ale potencjał był wyraźnie większy. Postanowiłem więc czekać dalej.

Po blisko 8 godzinach mojego siedzenia na tym samym trawiastym tarasie, lamy pojawiły się w punkcie widokowym po raz trzeci. Tym razem nie bawiłem się w żadne konwenanse, tylko od razu poprosiłem osobę wyglądającą na najbardziej ogarniętą o zrobienie takiego, a nie innego zdjęcia. Szczęśliwie ludzi było wtedy akurat dość niewiele, więc nikt mi nie właził w kadr. No i w końcu udało się! Nie żeby to było najlepsze zdjęcie świata, ale było wystarczająco dobre, aby służyć za miłą pamiątkę. Jako że moja misja zakończyła się sukcesem, po odwzajemnieniu przysługi byłem wreszcie gotów ruszać dalej. Było już po godzinie 14. Przejście reszty trasy zwiedzania zajęło mi około godzinę. Nie liczcie tu na jakieś dłuższe opisy - już wystarczająco się napłodziłem jeśli chodzi o tekst w tym wpisie. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś wykazał się wystarczającą determinacją i cierpliwością, żeby dotrwać do tego fragmentu. Poprzestanę na bardzo zdawkowym - "też było bardzo ładnie".

Po godzinie 15:30 wychodziłem z terenu Machu Picchu. Czekała mnie albo jazda drogim autobusem, albo spacer tą samą drogą, którą tam dotarłem. Wybór był banalnie prosty - już się wystarczająco nasiedziałem tego dnia. Schodzenie było szybkie, lekkie i przyjemne (moje kolana pewnie lekko by protestowały czytając te słowa, ale kto by ich tam słuchał). Gdy już dotarłem do Aguas Calientes, wstąpiłem na jakiś nieco lepszy obiad, aby odpowiednio zacelebrować ten dzień, a później powolnym krokiem udałem się na stację kolejową, skąd odjeżdżał mój pociąg do Ollantaytambo.

Na dworcu było mnóstwo ludzi - zarówno turystów, jak i Peruwiańczyków. Szczerze wątpiłem, by wszyscy płacili identyczną stawkę za bilet. Najwyraźniej okoliczni mieszkańcy jechali innym pociągiem, niedostępnym dla obcokrajowców. Ja w każdym razie długo szukałem tańszej opcji powrotu z Aguas Calientes, ale dla gringos takich jak ja dostępne były tylko bilety po 50 dolarów, dające wstęp do "luksusowego, panoramicznego pociągu". Ale cóż mi było po przeszkleniach, skoro było już ciemno - i tak niczego nie dało się po drodze zobaczyć. Luksusowość przejazdu też była wyolbrzymiona - ot standard europejski.

Pociąg dojeżdżał wyłącznie do Ollantaytambo, a stamtąd czekało mnie jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogi do Cuzco. Na szczęście, gdy decydowałem się na bilet na pociąg, nie kombinowałem, tylko kupiłem opcję z opłaconym już transferem do miasta docelowego. Niby wiedziałem, że nieco taniej będzie znaleźć transport na własną rękę, ale już nie chciałem się w to bawić i zapłaciłem za spokój ducha i komfort. Faktycznie, po wyjściu z pociągu podróżnych otoczyła chmara busiarzy i taksówkarzy oferujących swoje usługi za kwotę niższą niż ta, którą już zapłaciłem, ale różnica była relatywnie niewielka. Nie miałem więc czego żałować.

Dzieląc się już ostatnią anegdotą, w pociągu siedziałem obok grupy młodych Anglików. Mieli identyczne bilety z łączonym transferem jak ja, więc konduktorka poinstruowała nas uprzejmie, że zaraz po zatrzymaniu się pociągu mamy wysiąść i podążać za nią w stronę opłaconego autobusu. Pokazała tabliczkę, której mieliśmy szukać nad głowami i spytała czy wszystko jest jasne. Kiwnąłem głową, bo prościej wytłumaczyć się nie dało. Brytyjczycy jednak wyglądali na skonfundowanych, więc jeszcze raz wyłożyła im wszystko jak kawa na ławę. Niby podziękowali za doprecyzowanie, ale miałem jakieś dziwne wrażenie, że nie ogarniali do końca. A przecież konduktorka posługiwała się angielskim, a więc ich ojczystym językiem. Skoro ja wszystko idealnie zrozumiałem, czemu oni mogli mieć z tym problem? W każdym razie w Ollantaytambo pociąg zatrzymał się, wszyscy wysiadają, zaczynam iść za konduktorką trzymającą w górze wyraźnie widoczny znak i słyszę kątem ucha, że jedna z dziewczyn z brytyjskiej grupy sygnalizuje swoim ziomkom, że idzie do sklepu. Nie przejmuje się tym zbytnio, bo myślę że może tylko wodę chce kupić i że jej znajomi trzymają rękę na pulsie, żeby nie zgubić reszty grupy. Dochodzimy do autobusu 200 metrów dalej, konduktorka po kilku minutach zaczyna liczyć ludzi i... oczywiście brakuje Brytyjczyków. Podchodzę, mówię, że wchodzili po drodze do jakiegoś sklepiku i że mogę po nich pobiec. Babka kiwa głową, obiecuje nie ruszać beze mnie, więc biegnę do sklepiku, przy którym ostatnio widziałem niesfornych Anglików. Tam jednak ich nie ma. Sprawdzam obok i jeszcze dalej i jeszcze jeden - nic. Zarzucam poszukiwania, bo nie jestem przecież ich prawnym opiekunem - chcę wrócić do hostelu i się wyspać. Wchodzę do busa, mówię kobiecie, że nigdzie ich nie widzę, a ta decyduje o odjechaniu bez nich na pokładzie.

- Może zdecydowali się wrócić na własną rękę. Albo woleli zostać na noc w Ollantaytambo - kwituje.

Jej decyzja mnie cieszy, bo nie tracimy czasu, tylko ruszamy w stronę Cuzco. W hostelowym łóżku ląduję dopiero chwilę przed północą i zasypiam jak kamień.

#polacorojo #podroze #peru #machupicchu #mojezdjecie

Fanatyk8piorunów

>Zdziwiłbym się, gdyby ktoś wykazał się wystarczającą determinacją i cierpliwością, żeby dotrwać do tego fragmentu.

Hehe. Poza tym to chyba pierwsze Twoje #pokazmorde na hejto. Jakoś nie przypominam sobie innych. A fotki ładne. Zdziwiła mnie niednokierunkość szlaku.

A najbardziej to, że miałeś tak sporo wydarzeń... A nadal tyle detali pamiętasz. W którym roku podróżowałeś i finalnie ile zajęła Twoja podróż? Bo tyle opowiadania jakbyś tam z 3 lata mieszkał. To bym chyba intensywny czas.

Twórca2piorunów

Świetnie się czyta, dzięki!

Pokaż więcej komentarzy (31)

Osobistość

w Podróże

52piorunów

Po bardzo przyjemnej nocy w wygodnym łóżku przyszedł jeszcze wspanialszy poranek. Niedługo przed świtem niebo zalało się intensywną, pomarańczową barwą. Na tym soczystym tle czarne kontury górskich szczytów wyglądały niczym szczerby na przekuwanym na nowo ostrzu.

Tym poetyckim wstępem witam się z wami, tak jak dzień 30 maja 2022 roku witał mnie w prostym, ale jakże wygodnym domku w Llactapata Lodge, na trasie mojej wędrówki do Machu Picchu szlakiem Salkantay. Wędrówki wykraczającej poza schemat przemieszczania się z punktu A do B, nawet jeśli punktem B miał być jeden z nowych siedmiu cudów świata. To była moja osobista wędrówka wgłąb siebie, na zewnątrz, znów do środka, aż poza granice wcześniejszego poznania mojego prostego acz zawiłego jestestwa, które starałem się zdefiniować na nowo i wyznaczyć mu cel. Czy mi się udało? O tym nie dowiecie się w żadnym wpisie. Tego nie wiem sam.

Dość już chyba tego patosu, wszak nie jestem ani filozofem ani pisarzem. Jestem zwykłym gościem, który gdzieś tam pojechał, coś tam zobaczył i oto dzieli się swoimi wspomnieniami - chyba najbardziej sam ze sobą.

Poranek w Llactapata Lodge był przepiękny. Zjadłem śniadanie i po prostu niespiesznie chłonąłem atmosferę tamtego miejsca i widoki. Nie musiałem nigdzie pędzić. Miałem tego dnia ledwie 15 kilometrów do przejścia - tyle mnie dzieliło od _Machupicchu pueblo_, miasteczka położonego nieopodal głównej atrakcji turystycznej o takiej samej nazwie (choć warto zaznaczyć, że znacznie bardziej spopularyzowana jest nieoficjalna nazwa miasta, _Aguas Calientes_, pochodząca od znajdujących się tuż obok gorących źródeł)_._ Siedziałem więc sobie przed domkiem i gapiłem to na góry, to na konie i osły pasące się na polanie, a to sobie jeszcze kanapkę z awokado zamówiłem, a to piwko wysączyłem w samo południe (a co sobie miałem żałować!). Do całkowitej idylli brakowało tylko anihilacji wstrętnych muszek gryzących moje nogi do krwi.

W końcu poczułem, że już się napatrzyłem i że mogę ruszać dalej. Tym bardziej, że na część kempingową dotarli tragarze z namiotami dla jakiejś najwyraźniej licznej grupy zorganizowanej i ich krzątanina nieco zakłócała mi odbiór otoczenia. A miało zrobić się jeszcze bardziej tłoczno. I pomyśleć, że przez kilkanaście godzin miałem to miejsce prawie na wyłączność.

Przez pierwsze kilometry ostatniego odcinka Salkantay Trail obniżałem wysokość aż dotarłem do doliny rzeki Urubamba. Tu trasa wypłaszczała się i... zaludniała. Nieopodal bowiem mieściło się miasteczko Santa Teresa, do którego bardzo wielu turystów, zmierzających finalnie do Machu Picchu, docierało autobusami i stamtąd albo pieszo, albo korzystając z częściowego podwiezienia za pomocą _colectivo,_ udawali się w stronę Aguas Calientes. Tak jak więc przez poprzednie dni cieszyłem się względną samotnością, tak po dotarciu do doliny miałem w zasięgu wzroku kilkadziesiąt osób.

Trasa prowadziła wzdłuż linii kolejowej, poprowadzonej na początku XX wieku, przecinając ją kilkukrotnie, a obok płynęła wspomniana już rzeka Urubamba. Po pewnym czasie zza zakrętu zaczęły wyłaniać się pierwsze zabudowania Aguas Calientes. A potem kolejne i kolejne, coraz bliżej siebie, aż przerodziły się w gęsto pakowane, turystyczne miasteczko. Knajpa na knajpie, stragan obok straganu, turysta turystę turystą pogania. Takie peruwiańskie Krupówki (których nota bene szczerze nie cierpię, choć szczęśliwie od dziesięciu lat ich nie odwiedziłem, mimo kilkunastu wyjazdów w Tatry).

W tym niezbyt ciekawym mieście miałem spędzić popołudnie i całą kolejną dobę, bo bilet do Machu Picchu miałem kupiony dopiero na jeszcze kolejny dzień. Planując trekking Salkantay celowo dałem sobie dzień zapasu na nieprzewidziane sytuacje, które ostatecznie się nie wydarzyły. Udać się do Machu Picchu o dzień wcześniej nie mogłem, bo bilet miałem już kupiony z wyprzedzeniem. Zresztą - nazajutrz prognozy pogody zwiastowaly deszcz, a w dniu, w którym ja miałem odwiedzić to słynne starożytne miasto teoretycznie można było liczyć na przejaśnienia. Więc w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo być w Machu Picchu i praktycznie go nie widzieć ze względu na chmury, to tak średnio, bym powiedział.

Chodząc ulicami miasteczka i rozglądając się za jakimś sensownym miejscem na obiad, nagle wpadłem na mojego współlokatora z hostelu w Cuzco - na oko pięćdziesięcioletniego Niemca o aparycji naburmuszonego sąsiada, co to zawsze wszystko wie lepiej. Nie wiedziałem, że go tu spotkam, bo jakoś za dużo ze sobą nie rozmawialiśmy, nie licząc sytuacji, w której narzekał na hałasujących nocą Francuzów zza ściany, a ja przyznawałem mu rację, bo w sumie faktycznie śmiali się w niebogłosy grubo po północy, podczas gdy próbowałem się wyspać przed wczesnoporannym wyjazdem na Vinicuncę. Właściwie to Niemiec też nie był idealnym współlokatorem, bo chrapał i zostawiał wielką kałużę w łazience po prysznicu. No i często chciał mnie zagadywać, co jako introwertykowi nadającemu na zupełnie innych falach średnio mi odpowiadało. Stąd gdy spotkałem go w Aguas Calientes, wymieniłem z nim zaledwie kilka zdań, pytając na kiedy ma kupione bilety na Machu Picchu i po cichu modląc się, żeby nie zaproponował spędzenia razem czasu w mieście. Szczęśliwie po tej chwili rozmowy więcej go nie widziałem. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że go jakoś bardzo nie trawiłem. Miał np. imponującą i w sumie zaskakującą jak na jego ogólną aparycję kolorową dziarę na połowie nogi i ogólnie szacun, że podróżował solo zamiast pierdzieć w stołek (choć właśnie mi się przypomniało, że nie tylko chrapał w nocy). Po prostu tak mam, że z niektórymi osobami (żeby nie powiedzieć większością) nie czuję bluesa i przebywanie w ich towarzystwie bardzo mnie męczy.

Wolny dzień w Aguas Calientes poświęciłem na załatwianie spraw typu kupno biletów lotniczych (po powrocie do Cuzco zamierzałem ruszać dalej w świat) i na odwiedzenie gorących źródeł. Przed wejściem do ciepłej wody postanowiłem jeszcze obejrzeć wodospad, który znajdował się kawałek ponad basenami termalnymi (co ciekawe, musiałem się wpisać do książki wyjść, a serio to było zaledwie kilka minut spacerem pod górę). Wodospad d⁎⁎y nie urywał, więc zszedłem na dół, zapłaciłem za wejście na termy i po chwili zanurzyłem się w jednej z kilku betonowych sadzawek wypełnionych mętną wodą o zróżnicowanej temperaturze i charakterystycznym zapachu. Przez cały trekking targałem ze sobą w moim małym plecaku szorty kąpielowe właśnie w tym celu.

Na basenach można było zamówić jeden z kolorowych drinków o niebagatelnych nazwach, które kelner przynosił bezpośrednio do pluskających się ludzi. Też się skusiłem, obserwując radość jaką drinki te sprawiły bawiącej się kilkuosobowej rodzinie obok. Celebrowali tę chwilę i życie ogólnie, pomyślałem więc, że może i ja nie będę dusigroszem i sobie dogodzę. Wszak siedziałem sobie pod gołym niebem w termalnej wodzie w egzotycznym kraju, po kilkudziesięciokilometrowym trekkingu i nazajutrz miałem odwiedzić jeden z nowych siedmiu cudów świata. To faktycznie zasługiwało na celebrację. Szkoda, że pogoda nie przyłączyła się do mojego świętowania, bo zaczął padać intensywny deszcz, rozwadniając nieco mojego drinka i zmuszając mnie do jego wyzerowania szybciej, niż to pierwotnie planowałem.

Po wyjściu z basenów chciałem coś zjeść. I to nie byle co, bo jeden ze specjałów kuchni peruwiańskiej - _cuy_, czyli inaczej... świnkę morską. Niestety w bardziej budżetowych knajpach królowały proste i popularne dania, w dwóch wyglądających na bardziej wykwintne teoretycznie świnka morska była w menu, ale w postaci jakiegoś gulaszu, a więc równie dobrze mógł to być kurczak i nie poznałbym różnicy. Koniec końców zaniechałem poszukiwań, bo byłem już głodny fest i zjadłem już sam nie pamiętam co.

Pod koniec dnia wybrałem się jeszcze spanikowany do, uwaga, budynku ministerstwa kultury, bo to tam udzielano informacji na temat różnych tras zwiedzania Machu Picchu. Byłem nieco zdenerwowany, bo za cholerę nie rozumiałem, czy bilet, który kupiłem już wiele dni wcześniej, pozwoli mi obejrzeć to, na czym mi najbardziej zależało. Do wyboru było bowiem kilka tras, które nic mi nie mówiły i dopiero na miejscu doczytałem, że część z nich omija najsłynniejszy punkt widokowy, widoczny na wszystkich pocztówkach. W ministerstwie uspokojono mnie, że dotrę tam gdzie chcę, więc już z opanowanym tętnem wracałem do hostelu szykować się do spania. Mój bilet upowazniał mnie do wstępu do Machu Picchu między 6 i 7 rano, a że do bram parku należało jeszcze przedreptać jakieś 4 km (i zrobić 500 metrów podejścia w pionie), czekała mnie bardzo wczesna pobudka.

#polacorojo #podroze #peru #salkantay #mojezdjecie

Osobistość10piorunów

Wincyj fot:

1. Baseny termalne
2. Wodospadzik tuż obok
3. Pomnik na głównym placu miasta

Osobistość10piorunów

Jeszcze wincyj :

1. Jeszcze jeden widoczek z Salkantay Lodge
2. Stan nóg po spędzeniu kilku godzin wśród wrednych muszek, również tamże
3. Most kolejowy w drodze do Aguas Calientes

Pokaż więcej komentarzy (3)

Kosmonauta

w Podróże

12piorunów

Ostatnie mrozy przypomniały mi, że kiedyś miałem lepsze krążenie. Pogoda podobna do obecnej, eleganckie -15C do -20C mrozu. Ja polarek, rowerowa kurtka przeciwdeszczowa i rowerowe dziurawe rękawiczki z długimi palcami. Było mi całkiem ciepło :smiley:

Wycieczka na nartach na Parang w 2021. Wszyscy wiedzieli już, że Covid to nie jest wirus, który wybije ludzkość, ale wariactwo z zakazami przemieszczania się dalej trwało. W Rumunii było wówczas lajtowo, otwarte knajpy i wyciągi.
#podroze #narty #rumunia

nie ma jeszcze tagu

Gruba ryba0piorunów

>eleganckie -15C do -20C mrozu. Ja polarek, rowerowa kurtka przeciwdeszczowa i rowerowe dziurawe rękawiczki z długimi palcami

@globalbus w punkt. właśnie szukam rękawiczek na rower i to w dziale aplinistycznym, bo dedykowane zimowe rowerowe już nie dają rady, a na d⁎⁎ie dresik, na klacie potówka i kurteczka i starcza...kurła starość

Zawodowiec1piorunów

Też może kiedyś takie mrozy to była normalka a teraz to rzadkość to człowiek był przyzwyczajony.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Podróże

153piorunów

Kochani, dziś będzie o moim chyba najpiękniejszym noclegu w całym Peru. Zapraszam, jeśli nie do lektury, to chociaż do zerknięcia na zdjęcia.

---

Kolejny dzień trekkingu Salkantay w stronę Machu Picchu miał dwa warianty. W pierwszym robiło się około 18 kilometrów niezbyt skomplikowanej trasy, głównie w dół, do wioski Lucmabamba i tam zostawało na nocleg. W drugim wydłużało się drogę o kolejne 7 km. z prawie kilometrem do podejścia w pionie i kończyło się na jednym z kempingów nieopodal odkrywki archeologicznej Llactapata. Wiele osób wybiera krótszy wariant, żeby to podejście zrobić na świeżo kolejnego dnia, jednak ja byłem z góry nastawiony na dotarcie dalej, bo z uzyskanych wcześniej informacji wynikało, że nocleg w Llactapata jest absolutnie wspaniały. Uprzedzając fakty (choć pewnie już same się uprzedziły dzięki załączonym zdjęciom) - tak właśnie było.

Wyruszyłem z Chaullay wkrótce po śniadaniu - bez spiny, ale też bez zbędnego ociągania się. Kilka grup zdążyło wyjść niedługo przede mną. Początek tego odcinka nie był zbyt oczywisty. Widziałem na mapie, że albo można dość szybko dojść do drogi dla pojazdów i nią pokonać pierwszy fragment trasy, albo pójść jakimś skrótem, co do którego nie miałem pewności czy gdzieś się nie urywa. Stwierdziłem, że bezpieczniej będzie pewnie pójść nieco nudniej, ale nie zabłądzić. Rzecz w tym, że prawdopodobnie źle skręciłem wychodząc z samego kempingu i gdzieś po 15 minutach zorientowałem się, że jednak podążam rzeczonym skrótem. Postanowiłem kontynuować marsz, bo w oddali widziałem drogę, którą pierwotnie chciałem podążać i wydawało mi się że dostrzegam też miejsce, w którym mój skrót powinien się z nią łączyć. Po jakimś czasie ścieżka zaczęła być coraz mniej wyraźna, aż dotarłem na sypkie, kamieniste zbocze, skąd w istocie wystarczyło zejść kilkadziesiąt metrów i być już na głównej drodze. Tak też uczyniłem, zaliczając jeszcze nieco wstydliwe poślizgnięcie się na kamieniach, skutkujące upadkiem na tyłek.

Kolejny fragment trasy był nudny, bo szło się wzdłuż drogi, którą raz po raz przejeżdżał jakiś samochód. Dopiero po pewnym czasie szlak turystyczny odbijał w lewo, prowadząc wśród drzew typową ścieżką dla pieszych. Prawie że na starcie tej ścieżki lokalna kobiecina oferowała na mini straganie napoje, jakieś owoce i kanapki. Od mojego opuszczenia kempingu wciąż nie minęło zbyt wiele czasu - nie byłem ani głodny ani spragniony, więc nie zdecydowałem się na żaden zakup, choć pewnie każdy klient był dla tej kobiety na wagę złota. Dopiero sto-kilkadziesiąt minut później, gdy słońce mocno już grzało, a mój poziom energii zaczął się wyraźnie obniżać, zdecydowałem się na krótki postój przy kolejnym, już nieco bardziej stacjonarnym sklepiku przy jakimś gospodarstwie. Posiliłem się kanapką z serem i awokado, dwoma bananami i najprostszyn z możliwych lodów wodnych w postaci zamrożonego napoju wlanego do wąziutkiej foliowej torebki.

Idąc dalej wyprzedziłem kilkuosobową grupę zorganizowaną, której przewodnik akurat pokazywał ludziom jakąś roślinę, sugerując jej powąchanie i opowiadając historię jej uprawy. Pomyślałem przez chwilę, że idąc solo omijają mnie takie lokalne ciekawostki. Z drugiej strony bardzo ceniłem sobie swoją niezależność, brak konieczności dostosowania tempa marszu do najwolniejszego członka wyprawy, zaoszczędzone pieniądze no i samotność samą w sobie, która miała dla mnie pewne działanie terapeutyczne.

Po jakimś czasie dotarłem do Lucmabamby - niewielkiej wioski/mieściny, w której potencjalnie mogłem zatrzymać się na nocleg. Było jednak wciąż wystarczająco wcześnie, żeby na spokojnie przejść pozostałe 7 km. i zakończyć dzień zgodnie z planem w Llactapata Lodge. W Lucmabambie postanowiłem się jedynie nieco posilić. Miałem nadzieję na zamówienie czegoś na ciepło, ale znów jedyne co dało się kupić to kanapka z serem, jajkiem i awokado oraz owoce. Dobre i to.

Na wyjściu z Lucmabamby zostałem jeszcze zaczepiony przez jakieś dziecko pytające, czy szukam tutaj noclegu. Pokiwałem przecząco głową i ruszyłem w górę - w stronę przełęczy, za którą mieścił się mój docelowy przystanek na ten dzień.

Podejście nie było specjalnie strome ani wymagające, choć oczywiście mając już kilkanaście kilometrów w nogach i niemałą wilgotność powietrza przy relatywnie wysokiej temperaturze - można się było trochę zmęczyć. Nie miałem jednak co narzekać - w pewnej odległości przede mną widziałem parę lokalsów w średnim wieku, którzy taszczyli w rękach torby wypełnione po brzegi zakupami spożywczymi - też zmierzali w stronę przełęczy. Zanim ich dogoniłem, kobieta przekazała mężowi swoją torbę, odbiła ścieżką w nieco inną stronę a on sam kontynuował żmudny marsz pod górę. No, nie do końca sam, bo towarzyszył mu krok w krok niewielki psiak - prawdopodobnie nie przybłęda, bo mężczyzna zdawał się raz po raz coś do niego mówić w raczej przyjazny sposób.

Gdy już się zbliżałem, mężczyzna postanowił zatrzymać się i zaczekać aż nie znajdę w odległości umożliwiającej zagajenie. Zanim otworzył usta zastanawiałem się o co może chodzić. Czy o pomoc z torbami? A może prośba o jałmużnę, bo facet wyglądał raczej na ubogiego? Z rozważań wyciągnął mnie jego głos:

- Idziesz w stronę Machu Picchu?
- Tak, robię Salkantay Trail.
- Za przełęczą mam łóżka do wynajęcia i obserwatorium, z którego jest widok na Machu Picchu. Zapraszam do Mesa Pata. 
- Dziękuję, ale mam już plan na nocleg.
- Gdzie?
- Llactapata Lodge.

Wyraz jego twarzy oddawał mieszaninę rozczarowania i irytacji. Brud jego stóp, odzianych w stare sandały, nabrał dodatkowej czerni płynącej z jego zranionego, dumnego serca. Trochę miałem wyrzuty sumienia, bo być może dla niego każdy gość był istotnym źródłem dochodu, zapewniającego byt jego rodzinie, tymczasem ja udawałem się do profesjonalnego ośrodka noclegowego, który dało się znaleźć nawet na bookingu i który raczej nie narzekał na brak ruchu. Zapewne ciężko mu było konkurować z Llactapata Lodge, zwłaszcza, że do jego miejsca trzeba było nieco odbić ze szlaku - który z piechurów by na to wpadł? Z drugiej strony byłem dość podekscytowany noclegiem w Llactapata Lodge, bo na zdjęciach prezentował się świetnie. Oczywiście nie miałem pewności czy znajdzie się dla mnie miejsce (nie miałem żadnej rezerwacji), ale wcale mnie to nie zrażało - w najgorszym wypadku cofnąłbym się kilka minut i odszukał to Mesa Pata. Nie zamierzałem jednak z góry zmieniać oryginalnych planów tylko dlatego, że facetowi mogło zrobić się przykro. Życie.

Niedługo po minięciu przełęczy trafiłem jeszcze na jakieś fragmenty starych inkaskich budowli, a po kolejnym kwadransie byłem już przy bramie wejściowej do Llactapata Lodge. Natychmiast zacząłem się cieszyć, że nie zmiękło mi serce i nie podążyłem za obładowanym torbami Peruwiańczykiem z Mesa Pata. To co ujrzałem prezentowało się niesamowicie. Szeroka polana, na której pasły się konie i osły, domki letniskowe wyglądające wielokrotnie bardziej komfortowo niż warunki zastane w dwóch poprzednich miejscach noclegowych (ok. o to nie było specjalnie trudno), no i przede wszystkim ten genialny widok szczytów górskich z majaczącymi w oddali zabudowaniami słynnego miasta Inków, Machu Picchu. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Młody chłopak, którego znalazłem w budynku stanowiącym jadalnio-recepcję, wręczył mi kluczyk do mojego domku, przyjął zamówienie dotyczące kolacji oraz śniadania i wydał zimne piwo z lodówki. Byłem wniebowzięty. Wypiłem piwo na ławce przed domkiem, zapatrzony w niewyobrażalnie piękny krajobraz i wszedłem do domku. Domki były dwuosobowe, ale wiele wskazywało na to, że będę tej nocy sam, bo póki co nikt inny nie pojawił się w ośrodku. Luksusowo! Na dodatek w domkach były łazienki z darmową gorącą wodą (przypominam, że na poprzednich kempingach ciepły prysznic był za dodatkową opłatą). Byłem wniebowzięty po raz drugi. Będąc precyzyjnym - domki same z siebie to był raczej mocno średniawy standard jak na warunki polskie - coś na kształt raczej tanich ośrodków wypoczynkowych nad morzem zbudowanych jeszcze w czasach PRLu. Na szlaku który jednak właśnie pokonywałem, były niezwykle _fancy._ No i te widoki, absolutna pierwsza klasa światowa.

Po relaksującym prysznicu przebrałem się w czysty komplet ciuchów, znów pogapiłem w krajobraz i o wyznaczonej godzinie poszedłem na kolację. Ostatecznie okazało się, że gości jest czwórka - ja, także samotnie wędrująca Holenderka, którą poznałem już pierwszego dnia trekkingu w Soraypampie oraz jeszcze jedna parka Holendrów, która dzień wcześniej nocowała w Lucmabambie. Co ciekawe, parka ta robiąc rezerwację z wyprzedzeniem poprzez booking (chcieli mieć pewność, że będą dla nich miejsca) zapłaciła o kilkadziesiąt procent więcej za nocleg niż my, piechurzy w trybie YOLO, liczący po prostu, że się uda. A udało się idealnie, bo każde z nas miało swój całkiem prywatny domek do dyspozycji.

Po zmroku temperatura dość znacznie spadła, a że w nogach miałem zrobionych tego dnia 25 kilometrów z przewyższeniami, dość szybko postanowiłem wgramolić się pod koc w moim luksusowym domku i zasnąć. Kolejnego dnia czekało mnie kolejnych 15 km. marszu prowadzącego już do miasta Machu Picchu Pueblo, skąd dwa dni później miałem wchodzić na teren właściwego, inkaskiego, historycznego miasta, stanowiącego jeden z siedmiu nowych cudów świata. Ale o tym następnym razem.

#polacorojo #podroze #peru #salkantay #mojezdjecie

Osobistość2piorunów

@Sniffer Świetnie się czyta. Prowadzisz bloga może? Moi przyjaciele lecą w kwietniu i chętnie by poczytali. Nie siedzą na hejto niestety.

Tytan2piorunów

@Sniffer Zazdro, marzy mi się wycieczka do Peru (machu picchu) tylko pytanie kiedy na to mnie będzie stać ¯\\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

Pokaż więcej komentarzy (24)

Osobistość

w Podróże

69piorunów

Po niespiesznym dniu spędzonym nad jeziorem Humantay, kolejny miał by już nieco bardziej wymagający. 20 kilometrów do przejścia, z łącznym podejściem niby tylko 1200 metrów w pionie, ale za to z dotarciem na wysokość ponad 4600 metrów nad poziom morza, gdzie znajduje się przełęcz Salkantay - najwyżej położone miejsce na całej trasie tego trekkingu. Po osiągnięciu przełęczy miało już być z górki i to dosłownie - wioska Challuay, w której planowałem zatrzymać się na kolejny nocleg, mieściła się na 2600 m.n.p.m.

Poranek na campingu w Soraypampa był rześki. Po śniadaniu zarzuciłem plecak na plecy i ruszyłem w stronę przełęczy. Było chwilę przed 8 rano i szlakiem już podążało kilkanaście osób, w większości członkowie dwóch grup zorganizowanych. Niezależnych piechurów była garstka.

Opuszczając wioskę zauważyłem, że podąża za nami pocieszny pies. Wyglądał na bardzo zadowolonego, że ktoś go zabiera na spacer. Gdy oddaliliśmy się już dobry kwadrans od ostatnich zabudowań, przewodnik jednej z grup zaczął namawiać psa na powrót do wioski. Pies jednak nic sobie z tego nie robił i lazł za nami. Przewodnik w końcu wzruszył ramionami i cała grupa wraz z psem pięła się w górę kolejne metry. Niektórzy z turystów podejmowali jeszcze próby wskazania mu drogi powrotnej, ale sam też już w końcu przestałem obserwować sytuację - przełęcz czekała.

Po pewnym czasie wysforowałem się na samotne prowadzenie. Nie żebym za wszelką cenę chciał być pierwszą osobą na przełęczy, ale też nie czułem zmęczenia, więc gdy inni robili krótkie przerwy, ja cały czas szedłem przed siebie.

Po prawie dwóch godzinach podchodzenia trafiłem na nieco bardziej płaski, trawiasty teren, na którym spoczywało kilkanaście wielkich głazów. Okolica była na tyle urokliwa, że mimo wciąż dużych pokładów energii i bliskości samej przełęczy, postanowiłem się zatrzymać i porozkoszować widokami. No i oczywiście wleźć na jeden z tych głazów. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił - zawsze jak widzę jakieś trudne do wdrapania się miejsca, włażę na nie. Im bliższy granicy moich umiejętności problem do pokonania, tym lepiej. Zazwyczaj kończy się to tak, że zaraz po wejściu myślę sobie - ufff, udało się, ale do cholery jak ja stąd teraz zejdę 😅 Tak było i tym razem - widząc moje zmagania podczas zejścia, dwóch przechodzących obok piechurów zaoferowało mi pomoc, naprowadzając moją stopę na malutki stopień, którego nie sposób było dostrzec schodząc. Teoretycznie mogłem po prostu zeskoczyć ma ziemię z wysokości półtorej metra, ale podłoże nie było całkowicie równe i trochę się obawiałem, że mogę sobie skręcić kostkę. Kiedyś mnie pewnie los pokara za takie pomysły.

Ostatecznie na boulderowym biwaku spędziłem blisko godzinę, dając się wyprzedzić kilkudziesięciu osobom. W końcu ruszyłem na przełęcz i po kwadransie stałem pod tabliczką wskazującą na wysokość 4629 m.n.p.m. Widoki stąd były dość surowe - księżycowy krajobraz skał poddawanych erozji od setek tysięcy lat, nad którymi górowała ośnieżona sylwetka Nevado Salkantay - szczytu pnącego się na wysokość 6271 m.n.p.m., którego pozostająca w cieniu masywna ściana zrobiła złowrogie wrażenie.

Zanim rozpocząłem mozolne schodzenie w stronę wioski, postanowiłem jeszcze zaufać mojej mapie w telefonie, która sugerowała obecność niewielkiego stawu tuż obok. Wystarczyło nieco odbić od głównego szlaku i zrobić około półgodzinną pętlę. Ostatecznie okazało się, że żadnego stawu nie było (przynajmniej nie o tej porze roku). Również szlak tak na dobrą sprawę nie istniał - szło się po prostu po wielkich kamieniach na azymut, sprawdzając co parę chwil na telefonie, czy zbacza się z trasy czy nie. Czy było to dobrze zainwestowane pół godziny - pewnie nie, ale nie zamierzałem się tym przejmować.

Zejście w stronę Challuay było dość monotonne i znacznie mniej urokliwe widokowo niż podejście na przełęcz. Podsłuchałem przechodzącego obok przewodnika, że oto niedługo zejdziemy na poziom dżungli i będzie się ona ciągnęła aż do samego Machu Picchu. Mi osobiście słowo dżungla kojarzy się z absolutnie tropikalnymi warunkami, tymczasem przed nami po prostu od pewnego poziomu zaczynał się teren zalesiony, ale ok.

Schodzenie do wioski zajęło mi jakieś 2,5 godziny. Łącznie całą trasę przewidzianą na ten dzień udało się przejść w 6 godzin, wliczając godzinę na biwakowanie i pół na ten odrobinę bezsensowny detour. Czyli właściwie na dużym luzie i bez spiny (zapewne dzięki wcześniejszej dobrej aklimatyzacji).

W wiosce byłem pierwszym tego dnia piechurem. Bardzo łatwo zlokalizowałem kemping, składający się z kilku budynków i przestrzeni na rozbijanie namiotów. W głównym budynku mieściło się bardzo kilka prostych pokoi z dwoma łóżkami i do jednego z tych właśnie pokoi mnie zakwaterowano. Bardzo żałuję, że nie zrobiłem ani jednego zdjęcia budynków i pokoju - wtedy wydawało mi się to absolutnie niegodne uwagi, ale teraz wspominam, że miało swój smaczek. Pokoiki były bardzo małe - łóżka, zajmowały jakieś 80% przestrzeni. Poza tym było tam niezbyt szczelne okno, podłoga z nieheblowanych desek, wiszący na rozizolowanym kablu kontakt i tyle. Obsługa kempingu (peruwianska rodzina z małymi dziećmi) mieszkała jeszcze skromniej - jeśli dobrze pamiętam, ich "komnaty" nie miały nawet okien, a jedynie duży otwór w ścianie. Psiakrew, że też nie robiłem zdjęć! Z drugiej strony, nie jestem typem człowieka, który robi fotki innym ludziom i warunkom w jakich żyją, bo uważam, że może to być trochę niegrzeczne.

Kemping miał do zaoferowania ciepły prysznic (płatny 10 soli), dostęp do WiFi (również 10 soli), piwo (ceny nie pamiętam) i oczywiście kolację oraz śniadanie. Skusiłem się na wszystko poza ciepłym prysznicem 😅. Miałem uzasadnioną potrzebę kontaktu z domem, więc po uiszczeniu opłaty, zobojętniała Peruwianka z kempingu wzięła mój telefon i wpisała na nim hasło do WiFi (żebym przypadkiem nie podał tego hasła innym turystom za darmo 😉).

Gdy tak surfowałem po internecie, zbliżyła się do mnie mała, umorusana dziewczynka - córka jednej z osób zawiadujących kempingiem. Początkowo trzymała się na dystans, jakby obawiając przybysza o nietypowym dla niej wyglądzie, ale ostatecznie ciekawość zwyciężyła. Podpełzła z pustą butelką po Coca Coli, którą od kilku minut się bawiła i kontynuowała jej sensoryczną eksplorację trzymając ją na moich kolanach. Zastanawiałem się, czy za chwilę nie przybiegnie jej matka i nie zabierze jej ode mnie (czy to obawiając się mojego złego wpływu na jej dziecko 😉 czy też żeby oszczędzić mi zawracania gitary, gdy się relaksowałem), ale nic takiego nie miało miejsca. Dziewczynka sama po kilku minutach przeniosła się w inny rejon podwórka.

Po jakimś czasie na kemping zaczęły docierać inne osoby, wliczając tych, z którymi spędziłem wcześniejszą noc w baraku w Soraypampa. Poza tym pojawili się też tragarze większych grup zorganizowanych, którzy rozkulbaczyli osiołki i zaczęli rozbijać namioty. Nagle wśród tej całej krzątaniny zauważyłem psa - tego samego, który rano towarzyszył nam na pierwszych kilometrach trasy. Czyli jednak dotarł aż tutaj! Wkrótce czworonożnego przybysza dostrzegły miejscowe burki, które natychmiast podbiegły do niego z zaciekawieniem i nieco agresywnie terytorialnym nastawieniem. "Nowy" zdawał sobie sprawę, że jest jedynie intruzem i wyraźnie dawał znać, że uznaje ich wyższość i przewodnictwo. Po chwili zapanował spokój. Zastanawiałem się, co dalej będzie z tym psem i czy to norma, że kundelki wędrują sobie ot tak z jednej wsi do drugiej, towarzysząc turystom. No i kto o nie później dba? Jak zdobywają pożywienie?

A propos pożywienia - byłem już całkiem głodny. Od śniadania miałem okazję posilić się jedynie batonami zbożowymi i galaretkami energetycznymi - na dostarczenie cukru i elektrolitów podczas wysiłku to wystarczało, ale zdecydowanie chciałem zjeść coś konkretniejszego. Na szczęście zbliżała się już pora wydawania zakupionej wcześniej kolacji. Nie pamiętam już co to było (chyba ryż z czymś tam), ale udało się trochę posilić. No właśnie - trochę. Gdy więc do niewielkiego budynku stanowiącego kuchnię weszli poznani wcześniej Francuzi i zaczęli gotować wielki gar makaronu z sosem, zaczęła mi lecieć ślinka. Swoją drogą podziwiam ludzi, którym wędrując chce się nie tylko targać ze sobą jedzenie do ugotowania, ale też stać przy garach i pichcić.

Nakladali sobie naprawdę wielkie porcje i gdy już każdy z nich miał przed sobą górę makaronu, jeden z nich odezwał się do mnie i siedzącej obok Holenderki:

- Macie ochotę? Zostało nam jeszcze trochę w garnku, a szkoda, żeby się zmarnowało.

Dziewczyna podziękowała twierdząc, że już się najadła, ale ja z wielkim zadowoleniem skorzystałem z oferty. Po chwili gigantyczna porcja makaronu wylądowała i na moim talerzu. Pomyślałem, że nie ma szans, abym to zjadł, ale ku mojemu zdziwieniu - wciągnąłem całe. Najwyraźniej organizm potrzebował kalorii. W podzięce za poczęstunek zaoferowałem swoje usługi przy zmywaniu, z czego Francuzi skwapliwie skorzystali. Zmywać nawet lubię, a i tak po zmroku nie było tam nic ciekawego do robienia 😉

Po tak obfitej kolacji byłem gotów do spania. Robiło się coraz chłodniej, więc możliwość rychłego wpełznięcia pod kołdrę była bardzo kusząca. Okazało się, że w pokoju jestem sam - mimo wielu nocujących na kempingu turystów nie musieli nikogo dokoptować do mnie. Można więc rzecz, że spałem w warunkach premium 😉 Prawdziwe luksusy czekały na mnie na kolejnym noclegu, ale o tym w następnym wpisie, już w 2024 roku.

#polacorojo #podroze #peru #salkantay #mojezdjecie

Tytan2piorunów

Bardzo przystępnie opisujesz swoje przeżycia, nie masz ochoty napisać książki? Tak lekko się to czyta. Ale co z psem? Wyruszył z wami, a dalsze losy nieznane 😛

Pokaż więcej komentarzy (9)

Osobistość

w Podróże

74piorunów

Dobra Kochani, objedzeni? To czas spalić te kalorie. Zapraszam na początek wirtualnego trekkingu Salkantay 😉

-----

W końcu nadszedł czas na główny cel mojej wizyty w Peru - obejrzenie Machu Picchu. No, nie od razu. Co prawda mógłbym się tam udać w najprostszy sposób, czyli pociągiem z opisywanego już Ollantaytambo, ale ja planowałem nieco urozmaicić sobie tę przygodę i dostać się pod bramy jednego z 7 nowych cudów świata pieszo, podążając jedną z dwóch kilkudniowych tras trekkingowych.

Ta bardziej znana to Inka Trail, wiodąca śladami, przygotujcie się na szok i niedowierzanie, Inków 😉. Idzie się około 35 km, po drodze mijając pozostałości inkaskich konstrukcji sprzed setek lat. Ze względu na walory historyczne, chęć ochrony odkryć archeologicznych przed zniszczeniem i popularność szlaku, obecnie wejście na niego jest limitowane. Dziennie może na nim przebywać 500 osób, wliczając przewodników, tragarzy, kucharzy i innych osób stanowiących członków obowiązkowych ekspedycji - zrobienie Inka Trail na własną rękę jest zabronione - trzeba korzystać z usług licencjonowanej agencji, co oczywiście swoje kosztuje. Nigdy nie byłem fanem łażenia w tak zorganizowanych grupach i przepłacania za to, więc średnio byłem zainteresowany tym wariantem dotarcia pod Machu Picchu. Może i dobrze, bo miejscówki na trekking tym szlakiem rozchodzą się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, więc nawet gdybym pałał żądzą podążania Inka Trail, musiałbym obejść się smakiem.

Alternatywą trasą dotarcia pod Machu Picchu jest tak zwany Salkantay Trail. Liczący blisko 80 km długości, wymagający zrobienia w sumie prawie 6 km. podejścia w pionie (zejścia jest nawet trochę więcej), wspinający się na maksymalną wysokość ponad 4600 m.n.p.m. szlak miał być mniej obfity atrakcje historyczne, ale znacznie ciekawszy widokowo. Jak dla mnie idealnie. A że nie panowały tu żadne limity co do liczby odwiedzających czy wymagania dotyczące sposobu przemieszczania się (wynajęcie agencji nie było konieczne, jeśli ktoś miał ochotę iść w pełni samodzielnie - jego sprawa), mogłem się na niego udać z dnia na dzień.

Oczywiście udając się na Salkantay Trail wciąż można skorzystać z usług jednej z wielu agencji, które w kwocie kilkuset dolarów dbały o zakwaterowanie, wyżywienie i opiekę przewodnika na trasie. Ja jednak wybrałem tryb YOLO, przeczytawszy wcześniej na jednej z facebookowych grup, że oznaczenie szlaku raczej nie pozostawia wielu wątpliwości co do tego, którędy iść, a znalezienie noclegu i opcji wyżywienia też nie powinno nastręczać żadnych trudności, bo po drodze przechodzi się przez kilka wiosek, które są przygotowane na obecność turystów. Oczywiście jakieś tam ryzyko istniało, że akurat danego dnia będzie bardzo wielu turystów na szlaku i może być ciężko z miejscami noclegowymi, ale nie zamierzałem się tym przejmować. Moją metodą miało być pojawianie się w tych wioskach jako jeden z pierwszych piechurów. Ostatecznie więc na 5-dniową wyprawę udawałem się z małym plecakiem, mając ze sobą jedynie z 2 komplety bielizny merino na zmianę, polar, kurtkę przeciwdeszczową, cienką puchówkę, czapkę, cienkie rękawiczki, długie oraz krótkie spodnie trekkingowe, okulary przeciwsłoneczne, czołówkę, powerbanka, kamerkę Gopro, batony energetyczne, butelkę wody, ręcznik z mikrofibry, śladowe ilości kosmetyków oraz... szorty kąpielowe (wiedziałem, że na końcu trekkingu będę miał okazję skorzystać z gorących źródeł). W sumie długa lista rzeczy, ale zmieściła się dość łatwo do małego, 30-litrowego plecaka z Decathlonu. Nie brałem ze sobą ani śpiwora ani konkretniejszego jedzenia - odpowiedni wikt oraz warunki noclegowe miałem mieć zapewnione w wioskach leżących na trasie szlaku. Taką przynajmniej miałem nadzieję.

Teoretetycznie początek szlaku pieszego ma miejsce w miejscowości Mollepata. W praktyce jednak absolutna większość turystów zaczyna trekking w wiosce Soraypampa, znajdującej się tuż przy jednej z większych naturalnych atrakcji tej części Peru - jeziorze Humantay. Powody są prozaiczne - pierwsze 13 km trasy jest podobno raczej nudne i prowadzą w niewielkiej odległości od drogi dla samochodów, a w dodatku dotarcie do Mollepaty za pomocą busików colectivo było wówczas dosyć utrudnione ze względu na trwające od miesięcy roboty drogowe. Znacznie łatwiej i niewiele drożej było dostać się z jedną z agencji dowożących ludzi prawie pod Laguna Humantay, niż tłuc się samodzielnie do Mollepaty tylko po to, by przedreptać kilkanaście kilometrów trasą o wątpliwym uroku. I ja postanowiłem tutaj nieco "oszukać" i skrócić trekking - zaoszczędzony w ten sposób czas zamierzałem spędzić niespiesznie nad jeziorem Humantay i mieć też pewien margines na dotarcie pod samo Machu Picchu (rozchodzące się dość szybko bilety wstępu miałem już kupione, więc nie było odwrotu - musiałem dotrzeć na miejsce przed 1 czerwca).

Zostawiłem mój duży plecak w Cuzco, w hostelu, w którym do tej pory spałem, wykupiłem wycieczkę pod jezioro Humantay i kolejnego dnia wcześnie rano ruszałem już busem w stronę przygody. Słowem wyjaśnienia - wykupując wycieczkę od razu zaznaczyłem, że zabieram się z nimi wyłącznie na parking w Sorampaya i nie będę wracał ani potrzebował opieki przewodnika. Dzięki temu udało mi się zbić cenę o jakieś 10 lub 15 soli. Miałem mieć jednak w cenie śniadanie po drodze, co akurat mnie urządzało. No i wysiadamy z busika przy jakiejś przydrożnej knajpie, gdzie mieliśmy opłacone proste śniadanie, idę za resztą do środka, a tu mnie powstrzymuje przewodnik twierdząc, że mi śniadanie nie przysługuje, a jedynie transport. Podziałało to na mnie jak płachta na byka, bo w biurze agencji mówiono mi coś innego. Na szczęście miałem też potwierdzenie na WhatsApp, że moja cena 70 soli obejmuje śniadanie, więc pokazałem mój telefon przewodnikowi i rzuciłem, żeby sam teraz wyjaśniał to z centralą jeśli chce (przy założeniu, że ktoś odbierze jego telefon o 6 rano) i niezależnie co postanowi - ja wchodzę do środka i jem śniadanie. Więcej mnie nie niepokojono 😉

Po dotarciu na parking w wiosce Sorampaya moim głównym zadaniem było zaklepanie noclegu. Było wciąż wcześnie - nieco po 9 rano, ale wolałem nie ryzykować, że gdy wrócę znad jeziora, wszystkie wolne miejsca będą zajęte przez zorganizowane grupy lub niezależnych piechurów takich jak ja. Sorampaya jest naprawdę mikro wioską, więc rozeznanie się w sytuacji nie było trudne. Właściwie to ta osada składa się głównie z miejsc noclegowych dla turystów - czy to na kempingu, czy w aspirujących do miana luksusowych przeszklonych kabinach, z których można podziwiać rozgwieżdżone niebo nocą (a raczej można by było, gdyby te szyby były czyste, a umazane wszechobecnym pyłem). Uzyskawszy informację na temat warunków cenowych i noclegowych w pierwszym miejscu i zorientowaniu się, że drugie przyjmuje wyłącznie grupy zorganizowane, cofnąłem się do poprzedniej miejscówki, by już przyklepać sobie na spokojnie ten nocleg i nie szukać dalej. Nie oczekiwałem jakichś luksusów - miałem tu jedynie przespać noc i zjeść coś ciepłego. Zdecydowałem się na tańszą opcję noclegową - w ciemnym baraku, w którym stały zbite z desek piętrowe łóżka, mieszczące łącznie 10 osób. Jako alternatywę miałem jeszcze dwuosobową kabinę, za którą jednak musiałbym zapłacić 4 razy więcej. Bez sensu, choć wygoda oczywiście większa.

Zaraz po zaklepaniu noclegu i zapisaniu się na kolację oraz śniadanie, udałem się w stronę jeziora Humantay, dokąd ciągnęły już zastępy jednodniowych turystów. Do przejścia było trochę ponad 3 km. i 500 m. przewyższenia. Idealnie na poranny rozruch, choć wielu jednodniowych turystów narzekało po drodze, że jest to "bardzo wymagający szlak" - najwyraźniej rzadko gdziekolwiek chodzą. Ok, byliśmy na wysokości 4000 m., więc faktycznie jeśli ktoś przybył tu bez aklimatyzacji, mógł trochę cierpieć.

Gdy dotarłem nad jezioro miałem przed sobą prawie cały dzień. Nie musiałem się spieszyć jak wszyscy inni turyści, którzy zostawali w punkcie widokowym jakieś 45 minut i schodzili z powrotem do busów. Gdybym chciał, mógłbym tam siedzieć aż do zmroku. I taki też pomysł zrodził się nie mojej głowie. Nie zamierzałem jednak sterczeć bez ruchu - na to było w sumie nieco za zimno. Postanowiłem więc obejrzeć to jezioro ze wszystkich możliwych perspektyw.

Laguna Humantay ma kształt wrzeciona. No dobra, może przesadziłem z porównaniami - po prostu jest dość podłużne. Główny szlak pieszy prowadzi do pierwszego krótkiego boku jeziora (drugi kończy się pod jednym ze stromych żlebów góry Humantay, wysokiej na 5638 m.). Wzdłuż dłuższych boków wznoszą się stromawe zbocza o dość wyrazistych grzbietach - niczym wały przeciwpowodziowe, nie zezwalające jezioru na rozlanie się po okolicy. Na tych właśnie grzbietach widać było wąskie ścieżki wydeptane przez turystów takich jak ja - mających nieco więcej czasu na eksplorowanie okolic jeziora.

Doszedłem najpierw na kraniec jednego zbocza, a potem wracając przez główny punkt widokowy - na kres drugiego. I poszedłem dalej, wspinając się nieco wyżej, pod czoło wielkiej, ośnieżonej góry, pokrytej częściowo lodowcem. Oczywiście nie pchałem się jakoś wysoko - ot, żeby popodziwiać widoki z innej perspektywy. Chciałem się położyć na trawie i pogapić na tę wielką górę, albo na jezioro od drugiej strony, ale... wszędzie leżały krowie placki na różnym etapie zaschnięcia. To było dość fascynujące, że krowy nic sobie nie robiły ze stromizny terenu i jak gdyby nigdy nic pasły tu i ówdzie, zostawiając po przetrawieniu swojej sytuacji życiowej, i nie tylko, cząstkę siebie, również tu i ówdzie. Koniec końców znalazłem przyjemne miejsce do poleżenia, ale wierzcie mi - szukałem długie minuty.

Czas spędzony na górze nie dłużył mi się nic a nic. Przez kilka godzin byłem jedynym człowiekiem nad jeziorem. Dopiero pózniejszym popołudniem pod punkt widokowy zaczęły docierać pojedyncze osoby, które również miały w planach zrobienie całego trekkingu trasą Salkantay. Gdy poczułem, że już w wystarczający sposób ponapawałem się otoczeniem, zacząłem schodzić w kierunku tafli jeziora i dalej - w stronę kempingu. Na miejsce dotarłem niedługo po zachodzie słońca.

Wieczór był zimny. Po zjedzeniu ciepłej kolacji chciałem jeszcze wziąć prysznic, ale darmowa opcja uwzględniała wyłącznie zimną wodę. Nie zamierzałem przepłacać, więc po umyciu strategicznych części ciała byłem gotowy do snu. Wdrapałem się na moje łóżko w ciemnym, zimnym baraku, w którym do nocy szykowało się już kilka innych osób i zasnąłem pod gruba warstwą kołder i kocy. Po tym raczej relaksacyjnym dniu, kolejny zapowiadał się bardziej wysiłkowo - trasa miała prowadzić przez przełęcz położoną najwyżej na całej długości trekkingu. Trzeba więc było dobrze wypocząć, nim jeszcze przed wschodem słońca miał rozdźwięczeć mój budzik.

#polacorojo #podroze #peru

Osobistość11piorunów

I jeszcze schematyczna mapka szlaku ze wskazaniem przewyższeń

Lider2piorunów

@Sniffer zmęczyłem się od samego scrollowania tego wpisu

Pokaż więcej komentarzy (17)

Gruba ryba

w Hydepark

26piorunów

Siema,
W dzisiejszym #piechurwedruje :hiking_boot: ostatnia wycieczka z 2019 roku, o której chciałem Wam opowiedzieć. Zdjęć mam z niej mało, ale jest o tyle istotna, że była to moja pierwsza w pełni nocna wyprawa, od której zaczęło się późniejsze szaleństwo. Zapraszam! 😊
---------
Szczyt: Turbacz (Gorce)
Data: 16/17 listopada 2019 (sobota/niedziela)
Staty: 16.5km, 5h30, 820m przewyższeń

Był listopad i wielkimi krokami zbliżał się termin narodzin Myszorka. Zaczynało się robić trochę nerwowo, dodatkowo miałem dziwną sytuację w pracy i szukałem jakiegoś ujścia dla gromadzącej się negatywnej energii. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby pójść gdzieś w góry, ale dla odmiany - nocą. Inspiracją byli moi koledzy, którzy na takiej wyprawie byli kilka lat wcześniej.

Zadzwoniłem do kuzynostwa i po krótkich ustawieniach była gotowa zarówno ekipa, jak i termin. Wraz z kuzynką i kuzynem zdecydowaliśmy, że naszym celem zostanie Turbacz - był w miarę blisko, a poza tym należał do zbioru szczytów z #koronagorpolski, do którego to klubu w tamtym momencie należeliśmy już wszyscy.

Na parking w Koninkach zajechaliśmy około 19 i wyposażeni w czołówki rozpoczęliśmy poszukiwania drogi. Na początku źle skręciliśmy z parkingu i doszliśmy pod wyciąg, także musieliśmy się cofnąć, aby wejść na właściwy już niebieski szlak.

Rozpoczęliśmy wspinaczkę, z której nie pamiętam zbyt wiele poza tym, że moja kupiona dzień wcześniej najtańsza latarka z Decathlona nie nadawala się do świecenia nawet przy sikaniu. W porównaniu do mocnej latarki kuzyna przy mojej miałem wrażenie, że tam, gdzie nią oświetlam, jest ciemniej. Postanowiłem wtedy zamówić sobie mocniejszą czołówkę jak tylko wrócę do domu.

Tak czy inaczej, w swoim tempie sukcesywnie zdobywaliśmy wysokość, a przy rozmowie czas mijał szybko. Dotarliśmy tak do Diabelskiego Kamienia znajdującego się przy Czole Turbacza. Księżyc świecił jasno oświetlając pięknie znajdującą się tam Halę. Wpadliśmy na pomysł, żeby włączyć muzykę z Władcy Pierścieni (temat z Uruk Hai), zgasiliśmy latarki i przez kilka minut biegliśmy polaną w zupełnej ciemności - klimat był niesamowity.

Minęliśmy ołtarz polowy i bardzo, bardzo błotnistą drogą poszliśmy do schroniska. Zrobiliśmy tam dłuższą przerwę na gorącą herbatę i posiłek, przybiliśmy także pieczątki do książeczek. W telewizji leciał chyba jakiś mecz, bo pamiętam, że na stołówce było pełno rozemocjonowanych ludzi. W końcu stwierdziliśmy, że czas uderzyć na szczyt i spakowaliśmy rozłożone bambetle.

Na Turbaczu znaleźliśmy się dokładnie o 23. Zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych zdjęć pod obeliskiem i czerwonym szlakiem rozpoczęliśmy drogę powrotną. Po drodze minęliśmy turystę, który szedł tej nocy w pojedynkę - zrobiło to na nas spore wrażenie, a mi w głowie zakorzeniła się idea samotnych nocnych wędrówek.

Dalszej części trasy niestety nie pamiętam, ale przy Obidowcu musieliśmy skręcić na zielony szlak, bo mam w głowie jakieś zamglone obrazy mijanego wyciągu narciarskiego. Całą wycieczkę wspominam bardzo dobrze - z kuzynostwem spędziliśmy na prawdę fajne chwile, warunki były super, a dodatkowo ten wypad otworzył przed nami nowe możliwości jeśli chodzi o nocne górskie eskapady.

Trasa dla zainteresowanych.

#gory #podroze #wedrujzhejto #gorce

Osobistość4piorunów

@Piechur Proszę mi tu nie szkalować najtańszej czołówki z Decathlonu! Moja oświetlała mi drogę na Mont Blanc, Kilimandżaro, w Patagonii, na pustyni Atacama, na Jawie, Islandii, w Dolomitach czy też naszych polskich górach i... robiła to faktycznie bardzo przeciętnie 😆 Ale wystarczająco dobrze, by jej na razie nie zmieniać, choć faktycznie jak idę czasem obok kogoś z porządniejszą czołówką, to różnica jest wielka. Właściwie to faktycznie - ta najtańsza pozwala zobaczyć to co pod stopami, ale niewiele dalej. Czego teraz używasz?

Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Podróże

151piorunów

Po kilku dniach aklimatyzacji przyszedł czas na wyprawę na Tęczową Górę Vinicunca, wznoszącą się na wysokość 5200 m.n.p.m. (tak dokładniej, to na punkt widokowy na 5038 m.).

Napisałem "wyprawę", choć precyzyjniej byłoby opisać to jako wycieczkę - busy dowożą turystów na parking znajdujący się jakieś 3,5 kilometra od docelowego punktu widokowego, więc do przejścia jest relatywnie niewiele. Z drugiej strony każdy krok na wysokości 5 km. jest dość męczący, a tu trzeba było jeszcze pokonać prawie 400 metrów w pionie.

Na zwiedzanie mieliśmy ściśle określony czas (coś za co nie lubię zorganizowanych wycieczek), ale wystarczał on spokojnie na podziwianie widoków. Wcześniej rozpatrywałem jeszcze, czy nie wolę udać się na tę górę nieco bardziej niezależnie, ale wymagało to niesamowitego kombinowania - najpierw jazda autokarem przez kilka godzin, potem branie taksówki, żeby pokonać ostatnie 2 godziny drogi - nawet przy 4 osobach wychodziło wyraźnie drożej niż zorganizowana wycieczka w 15 osób, a przecież byłem sam. Dodatkowo - górę ponownie otwarto dla zwiedzających dopiero jakiś tydzień wcześniej, więc lepiej było zabrać się z jakąś ogarniętą agencją, niż jechać niezależnie po to, by na miejscu się dowiedzieć, że jednak znowu zamknięte.

Czemu dostęp na górę był wcześniej zamknięty? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Góra leży między terenami należącymi do dwóch klanów, kontrolujących drogi dojazdowe na parkingi pod górą. Klany te kłóciły się o podział zysków za opłaty za wstęp, co doprowadziło do kilkutygodniowego zablokowania dróg. Na szczęście dla mnie rodziny doszły do porozumienia i atrakcja znów była dostępna dla turystów.

Vinicunca leży ponad 100 kilometrów od Cuzco, z czego ostatnie kilkanaście to jazda po górskich wertepach. Wycieczka zaczynała się więc bardzo wcześnie - zbiórka byla o 4:30 rano. O 6:30 zatrzymaliśmy się na proste śniadanie w opłaconym wcześniej miejscu i jechaliśmy dalej. Tu mała anegdotka - widząc, że przy knajpie tej zatrzymało się kilka identycznych busików zrobiłem zdjęcie numerów rejestracyjnych mojego, żeby się nie pomylić wracając. No i traf chciał, że po śniadaniu nasza pilotka chciała wsiąść do złego busa (bo nasz przeparkował) i potem skonsternowana szukała właściwego, w czym zaradny "ja" pomógł.

O 10 byliśmy na parkingu pod górą , na którym ponownie mieliśmy się spotkać o 13:30. Chętnym rozdawali jeszcze kije do podpierania się przy chodzeniu, ale nie widziałem żadnego powodu, by się w takowy zaopatrzyć. Po skorzystaniu z prowizorycznej toalety (niby muszle były, ale już bez wody i wszelkie nieczystości leciały bezpośrednio do dołu pod tymiż sławojkami, a każdy wchodzący dostawał napełnione wiaderko wodą w celu spłukania tego co naprodukował) zacząłem marsz w stronę punktu widokowego w towarzystwie dwóch innych względnie młodych turystów (nie żebym ja był młody, ale oni byli i nie odstawali kondycją). Właściwie to na górę szły tłumy ludzi z dziesiątek busów - taki urok popularnego miejsca. Niektórzy decydowali się na pokonanie tego dystansu na grzbiecie muła, bo sami nie czuli się wystarczająco na siłach na tej wysokości - jak wspominałem w poprzednich wpisach, aklimatyzacja robi różnicę. Skorzystanie z transportu kopytnego oczywiście swoje kosztowało.

Po godzinie marszu byliśmy na miejscu - całkiem nieźle jak na 3,5 km. trasy z 400 m. przewyższenia na tej wysokości. Z punktu widokowego góra faktycznie wyglądała kolorowo - może nie tak jak na wielu zdjęciach, które można znaleźć w internecie (z nałożonymi filtrami), ale akurat to co ja tu wrzucam to surowe, nieobrobione fotki. Mam też takie z filtrami, ale nie wiedzieć czemu, hejto nie chce ich przyjąć (mimo, że są mniejsze).

W kolejce do zdjęcia na punkcie widokowym stało kilkadziesiąt osób. Będąca w naszej trójce dziewczyna też chciała tam stanąć, ale gdy dowiedziała się, że czas oczekiwania na swoją kolej to jakieś 40 minut, odpuściła. Tym bardziej, że udowodniłem jej, że stając trochę obok tej kolejki ma się prawie identyczne ujęcie i to bez wchodzenia w kadr tym, którzy w końcu doczekali się swojej kolejki w "głównym punkcie". Zrobiliśmy więc sobie zdjęcia w 2 minuty nikomu nie wadząc i podeszliśmy wyżej, gdzie moim zdaniem widoki były jeszcze ciekawsze, a i ludzi było znacznie mniej. Cały teren dookoła był niezwykle malowniczy - nie tylko sama Tęczowa Góra.

Po półtorej godzinie przebywania w punkcie widokowym zbieraliśmy się powoli do zejścia. Tymczasem na górę dotarła nasza pilotka, towarzysząca najwolniejszym piechurom. Skorzystałem z okazji i podpytałem ją o znajdujące się tuż obok Valle Rojo, czyli czerwoną dolinę - widziałem na mapie, że punkt widokowy na dolinę jest praktycznie o rzut beretem - wystarczyło nieco odbić w lewo podczas wracania na parking i wspiąć się o 100 metrów wzwyż. Pani przewodnik powiedziała, że jeśli czuję się na siłach, to mogę tam iść, bylebym zdążył w ciągu godziny pojawić się na parkingu. Było to jak najbardziej do zrobienia, więc pomysł ten od razu zacząłem wcielać w życie. Moi dotychczasowi towarzysze stwierdzili, że nie chce im się po raz kolejny podchodzić tak wysoko, więc ruszyłem sam dziarskim krokiem.

Podejście na punkt widokowy na Valle Rojo nie było skomplikowane - ot kawałek do przejścia pod górę po nieco sypkiej ścieżce. Co ciekawe, tuż przed przełęczą, na której był punkt widokowy, wyrósł jak spod ziemi lokalny "bileter", pobierający chyba 10 soli za możliwość wejścia na przełęcz. Przewodniczka o tym wspominała, ale zdziwiłem się widząc gościa po prostu siedzącego na kamieniu i pobierającego gotówkę od każdego zapuszczającego się w tę stronę. Tuż za mną podchodził jakiś facet z aparatem z dużym obiektywem i przerażony stwierdził, że nie ma przy sobie gotówki. Próbował ubłagać biletera o możliwość wejścia chociaż na chwilę, ale ten był nieugięty. Widząc rozpacz w oczach fotografa spytałem lokalsa, czy 8 soli wystarczy, bo tyle mi zostało. Dobiliśmy targu, a fotograf wylewnie mi dziękował (ostatecznie w punkcie widokowym po kilkunastu minutach zjawili się jacyś jego znajomi z gotówką, więc dostałem całą kwotę z powrotem).

Sama czerwona dolina była naprawdę niesamowita. Intensywność czerwieni skał przyprawiała o zdumienie, zwłaszcza gdy była zestawiona z czernią i zielenią pozostałych elementów krajobrazu. Naprawdę magiczne miejsce, które zapadło mi w pamięć chyba bardziej niż sama Vinicunca. Niestety nie mogłem być w tym punkcie widokowym zbyt długo, bo musiałem zdążyć na parking na godzinę zbiórki. Przeciągałem moment ruszenia tak długo jak się dało, nastawiając się na zbieganie części drogi w dół. Każda sekunda spędzona na górze była warta dodatkowego wysiłku podczas zejścia. Koniec końców byłem na parkingu jakieś 60 sekund po umówionym czasie zbiórki, ale i tak byłem dopiero drugą osobą na miejscu spośród kilkunastu innych pasażerów. Około 14:00 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Cuzco, docierając na miejsce niedługo przed zmrokiem.

#polacorojo #podroze #peru

Fanatyk5piorunów

Piękne miejsce, piękne widoki. Ech trzeba było się uczyć na programistę i móc pracować zdalnie :stuck_out_tongue_closed_eyes: zazdroszczę i mam nadzieję kiedyś się tak wybrać

Kosmonauta1piorunów

@Sniffer znowu przypominasz mi Peru, ehh.
btw, takich kolorowych górek jest w Peru bardzo dużo, ale ta jedna jest najbardziej popularna. Ludzie zwykle łączą to z trekkingiem po Ausungate.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Osobistość

w Podróże

82piorunów

Trekking na Inti Punku na wysokości prawie 4000 metrów przygotował mnie już nieco na zmierzenie się z wyższą o ponad kilometr Tęczową Górą, ale stwierdziłem, że spędzę jeszcze jeden dzień w Cuzco, by organizm miał nieco więcej czasu na aklimatyzację. Z drugiej strony chciałem coś jeszcze zwiedzić, więc po krótkim rozeznaniu się w temacie postanowiłem wyskoczyć na kilka godzin poza miasto i zobaczyć Salineras de Maras, czyli kompleks setek salin, których historia sięga czasów inkaskich.

Jeśli zastanawiacie się, czym są saliny, spieszę z odpowiedzią, że są to niewielkie sztuczne oczka wodne o prostokątnym kształcie, służące do pozyskiwania soli. Działa to tak, że wysokozmineralizowana słona woda, bijąca ze znajdującego się tam naturalnego źródła, jest rozprowadzana po takich właśnie oczkach wodnych, rozsianych po uformowanych przez człowieka ziemnych tarasach, po czym odparowuje wystawiona na działanie promieni słonecznych, zostawiając w ciągu kilku dni warstwę soli. Proces jest powtarzany przez około miesiąc i gdy już zbierze się wystarczająco gruba warstwa, sól jest starannie zbierana z podłoża.

Żeby tam dotrzeć, wsiadłem do autobusu jadącego do miejscowości o uroczej nazwie Urubamba, tam znalazłem _colectivo_ jadące w stronę znanego mi już Ollantaytambo, zaznaczając kierowcy, że będę wysiadał już po kilku minutach we wsi Mocopata. Tak, wiem, szczegóły te są wam potrzebne jak rybie rower. W każdym razie po niedługim czasie wysiadłem z colectivo płacąc zawrotną kwotę bodajże 2 soli i używając aplikacji Maps.me skierowałem się na początek szlaku pieszego. Właściwie ciężko to chyba nazwać szlakiem - ot ścieżka umożliwiająca dotarcie pieszo do tejże atrakcji turystycznej, do której znakomita większość turystów podjeżdżała samochodami i busikami od drugiej strony. Ja jednak samochodu nie miałem, a przepłacać za zorganizowaną wycieczkę ani taksówkę nie zamierzałem. Zwłaszcza że trasa była do przejścia w godzinę w jedną stronę.

Słońce w zenicie na bezchmurnym niebie przygrzewało solidnie, więc mimo umiarkowanej temperatury powietrza na tej wysokości, szło się nieźle spocić podczas marszu. W końcu dotarłem do celu.

Czy saliny zrobiły na mnie wrażenie? Raczej średnie , ale moje oczekiwania względem tego miejsca i tak były niskie. To co mnie pozytywnie zaskoczyło, to że wejście na główny punkt widokowy, znajdujący się poniekąd na zamkniętym terenie, było darmowe - zbliżając się do tego miejsca i widząc z oddali grupy turystów chodzące zgodnie z oznakowaniem wskazującym kierunek zwiedzania, byłem przekonany że w budce na wejściu pobierają opłaty. Tak jednak nie było. Podobne zdziwienie wyrazili inni piesi turyści, którzy akurat pojawili się przy "kasach", które kasami nie były.

Na miejscu spędziłem raptem kilkanaście minut, obserwując krzątającycych się po tarasach pracowników odpowiedzialnych za proces pozyskiwania soli. W końcu ruszyłem w drogę powrotną.

Tak jak przed południem znalezienie _colectivo_ z Urubamby nie było trudne, tak z powrotem musiałem liczyć na to, że akurat coś będzie jechać i raczy się zatrzymać. Nie było bowiem mowy o jakichkolwiek rozkładach jazdy. Starałem się więc po prostu łapać przejeżdżające obok busy, jednocześnie idąc w kierunku Urubamby. Po kwadransie w końcu udało mi się złapać okazję i dojechałem do miasteczka. Jako, że do odjazdu autobusu do Cuzco miałem jeszcze godzinę, wstąpiłem do miejscowej knajpki dla lokalsów na coś do jedzenia. Moja obecność spotkała się z zainteresowaniem i dużą życzliwością grupy miejscowych, którzy głośno rozmawiając przy stole, dopijali domowej roboty napój dziwnego koloru, na który i ja się skusiłem, choć koniec końców rozczarowałem miałkością smaku. Jedzenie też niezbyt mi podeszło, ale przynajmniej uzupełniłem kalorie, opędzając się od much i oglądając siermiężny teledysk do jeszcze siermiężniejszej, swojskiej muzyki, którą określiłbym jako wypadkową zmieszania bawarskich piosenek i disco polo, tyle że w peruwiańskiej odsłonie.

I to tyle na dziś. Coraz ciężej znaleźć mi czas na pisanie, ale mam nadzieję, że na kolejny odcinek nie będziecie musieli czekać miesiąc. Choć akurat do opisania może być sporo, więc kto wie.

#polacorojo #podroze #peru #cuzco

Osobistość3piorunów

@Sniffer o widzisz, Ty tu kolejny wpis, a my już zdążyliśmy wrócić spowrotem do Polski z naszej wycieczki do Peru :smiley: Tak jak pisałeś, w tych bardziej turystycznych miejscach nie bylo problemu z komunikacją, bo raczej większość osób potrafi tam wydukać kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Gorzej w bardziej odludnych miejscach, bo tam trzeba uruchamiać swoje umiejetnosci mima. W kazdym razie wyjazd uznajemy za udany. Wprawdzie nie podrozujemy w tTwoim trekkingowym stylu, bo zwyczajnie nie mielismy na to czasu, ale odwiedzilismy chyba wiekszosc punktow typu 'must see', czyli Lima (miasto max na dwa dni), Museo Larco, Cuzco, Sacsayhuaman, tęczowa góra, Maccu Picchu, ana koniec Iquitos i 4dniowa wyprawa do dżungli amazońskiej, która była dla nas chyba najlepszym doświadczeniem z całej tej wyprawy. Peru jako miejsce na wycieczkę jest całkiem ok, ale jako kraj i społeczeństwo ma jeszcze daleką i wyboistą drogę przed sobą, bo targa tymi ludźmi mnóstwo sprzecznych emocji. A na zdjęciu pajączek, co wyszedł sobie nocą z norki.

Pokaż więcej komentarzy (15)