Widzę komentarze twierdzące, że tego typu zachowanie jest fajnym odstresowywaczem i wentylem gdzie można dać upust swoim emocjom. Sam niegdyś uważałem podobnie, że to tak trzeba sobie, od czasu, do czasu warknąć, przeklnąć, że to tak zdrowo, niż to w sobie dusić. Gdy zacząłem się uczyć jak funkcjonuje ludzka sfera emocjonalna, okazało się, że jest to założenie błędne. To właśnie postanowienie dziecka z mema jest mądre, tylko niestety nikt tego dziecka nie nauczył jak ma sobie radzić z własnymi stanami emocjonalnymi, a później efekt jest chociażby jak na załączonym obrazku. I jeżeli ktoś sobie teraz myśli, że on będzie sobie tylko wyzywać u siebie w aucie na innych uczestników ruchu drogowego i nie doprowadzi go to za następne naście, czy dziesiąt lat do jeszcze wyższego poziomu frustracji, zgryźliwości i narzekania na wszystko i wszystkich jak pan Eustachy Motyka, to być może ma rację, bo pan Motyka jest postacią przerysowaną i niedoścignionym wzorem, lecz to właśnie są działania idące w tym właśnie kierunku.
Podstawowym błędem myślenia większości współczesnych ludzi z naszego kręgu kulturowego jest to, że musimy funkcjonować na emocjonalnej sinusoidzie. Czyli raz nas coś wzburza, później musimy się jakoś wyżyć itd. Lecz jest to zachowanie takiej małpki na sznurku, którą ktoś ciągnie w jedną stronę, ona reaguje, potem coś w drugą i znów jest reakcja. A naturalnym stanem ludzkiej psychiki jest harmonia i życie w zgodzie z sobą, bez względu na to co tam ktoś zrobił, lub co się stało.
Ale do brzegu, zachowania tego typu zamiast nas uspokajać, to tak naprawdę dodają nam kolejny bodziec do wzburzenia stanu naszego umysłu. A to jak się zachowujemy w aucie zależy tylko i wyłącznie od nas. Ponieważ jest to sytuacja łatwa i powtarzalna, na którą można się psychicznie przygotować, bo zawsze znajdzie się ktoś kto coś źle zrobił na drodze i w 90% przypadków nie jest to działanie intencjonalne, jest to zwyczajny ludzki błąd, który każdy czasem popełnia. Właśnie sytuacje na drodze mogą być fajnym polem do treningu opanowania i cierpliwości.
Gdy uda nam się zachować spokój na drodze, to właśnie wtedy po iluś takich sukcesach, jazda może stać się czymś prawdziwie odstresowującym, bo jedzie się wtedy w całkowitym chillu, bez względu na to co też na drodze się nie zdarzy. W taki to sposób jazda autem może stać się codzienną chwilą prawdziwego relaksu i wytchnienia. A później wyćwiczone w ten sposób opanowanie możemy próbować przełożyć na inne aspekty naszego życia. Ciężko jest ćwiczyć opanowanie na wrzeszczącej żonie, czy płaczącym dziecku, bo są to osoby, z którymi mamy silną więź emocjonalną. A z innymi kierowcami na drodze? No właśnie, z założenia są to ludzie nam obojętni, dlatego jest to łatwe. Trzeba tylko zdawać sobie z tego sprawę i włożyć w to odrobinę wysiłku i dzięki tak głupiej i prozaicznej sytuacji, lecz konsekwentnie powtarzanej, można się stać trochę lepszą wersją siebie.