Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bookmeter

Lider

w Książki

18piorunów

899 + 1 = 900

Tytuł: Czynnik alchemiczny

Autor: Tomasz Stawiszyński

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wielka Litera

Format: ebook

Liczba stron: 192

Ocena: 6/10

Mam z tą książką dokładnie ten sam problem, co z wieloma eksperymentami literackimi: przez większość czasu nie byłem pewien, czym ona właściwie jest. Powieścią? Esejem filozoficznym? Zbiorem intelektualnych ćwiczeń myślowych? A może wszystkim po trochu? I paradoksalnie właśnie ta niejednoznaczność jest jednocześnie jej największą siłą i największą słabością.

Punktem wyjścia są wydarzenia rozgrywające się na Korfu, ale bardzo szybko okazuje się, że fabuła nie jest tutaj najważniejsza. Stawiszyński tworzy kolejne historie, warianty historii, a czasem nawet hipotetyczne sytuacje osadzone wewnątrz innych hipotetycznych sytuacji. W pewnym momencie trudno już rozstrzygnąć, co jest opowieścią, co komentarzem do opowieści, a co jedynie eksperymentem autora. Dla jednych będzie to fascynujące, dla innych irytujące.

A jednak książka ma w sobie coś, co nie pozwala jej odłożyć. Mimo że wielokrotnie łapałem się na myślach "dokąd to właściwie zmierza?", "jak się zakończy?" cały czas chciałem czytać dalej. Jest w tym jakaś przewrotna umiejętność autora - nawet jeśli czytelnik nie do końca rozumie reguły gry, to nadal chce uczestniczyć w kolejnych rozdaniach/partiach.

Najciekawsze są oczywiście filozoficzne rozważania. Tytułowy "czynnik alchemiczny" staje się próbą uchwycenia tego, co wymyka się racjonalnym opisom świata. Stawiszyński nieustannie pyta o sens, przypadek, przeznaczenie, znaczenie zbiegów okoliczności i o to, czy w otaczającej rzeczywistości istnieje coś więcej niż tylko suma zdarzeń. Problem w tym, że często bardziej interesują go same pytania niż poszukiwanie odpowiedzi. To książka, która nie prowadzi czytelnika za rękę i nie daje mu komfortu domknięcia większości wątków.

Momentami miałem też wrażenie, że autor celowo zaciera granicę między opowieścią a filozoficzną dygresją. Niektóre fragmenty przypominają klasyczną powieść, inne niemal wykład lub rozmowę prowadzoną przy stole przez ludzi próbujących zrozumieć świat. Efekt jest interesujący, ale również sprawia, że książka bywa nierówna i trudna do uchwycenia jako całość. Mnóstwo tu też powtórzeń, nie zliczę ile razy słyszymy, jakby w tle, głos sprzedawcy owoców, którego studium zajmuje się autor. Jakby tylko on, a właściwie oni, on i członkowie wycieczki, którą odbywa, jako jedyni go widzieli i słyszeli. Ale nawet raz nie spróbował czegoś od niego kupić, żeby rozwiać te wątpliwości, co ostatecznie robią za niego inni turyści - brytyjczycy siedzący przy stole obok, którzy zaczynają przedrzeźniać jego owocowe nawoływania.

Ostatecznie bardziej doceniam "Czynnik alchemiczny", niż go lubię. To książka inteligentna, pełna ciekawych tropów i pytań, ale jednocześnie momentami zbyt zagubiona we własnych konstrukcjach. Czytałem ją z zainteresowaniem, lecz po zakończeniu bardziej zostałem z poczuciem obcowania z eksperymentem niż z pełnoprawną powieścią. To jedna z tych książek, które bardziej prowokują do myślenia niż dostarczają satysfakcji z samej historii. I być może właśnie taki był jej cel.


2222 wpis ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

GURU

w Dyskusje

27piorunów

898 + 1 = 899

Tytuł: Kosogłos

Autor: Suzanne Collins

Kategoria: literatura młodzieżowa

Format: ebook

ISBN: 9788372784919

Liczba stron: 376

Ocena: 7/10

Prywatny licznik: 14/30

Trzecia część igrzysk śmierci. Tutaj, pojawia się już sporo wątków politycznych, rebelii i wojny.

Dalej trzyma poziom, nawet przeczytana drugi raz po 10 latach. Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po raz pierwszy raz po "Balladę ptaków i węży" oraz "Wschód słońca w dniu dożynek". To dla tych pozycji, przeczytałam trzy pierwsze części ponownie. I bawiłam się jeszcze lepiej niż za pierwszym razem. 😁

Gruba ryba0piorunów

jak w porównaniu do filmu?

GURU

w Książki

36piorunów

897 + 1 = 898

Tytuł: Zamek z piasku, który runął

Autor: Stieg Larsson

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Format: ebook

ISBN: 9788375541267

Liczba stron: 784

Ocena: 7/10

Prywatny licznik: 13/30

Bardzo dobre zakończenie trylogii Millenium. Co prawda, w mojej opinii już nie trzymała tak w napięciu jak poprzednie części ale nadal spoko się czytało. Żałuje jedynie, że nie przeczytałam jej bezpośrednio po zakończeniu drugiej części którą przeczytałam rok temu. Nazwiska już mi się mieszały kto był kim.

Historia zakończona w odpowiedni sposób.

Świetna seria, będę ją każdemu polecać.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Mistrz3piorunów

@Trypsyna "czwartej" części nie będziesz próbować? 😉

(i bardzo dobrze)

Gruba ryba2piorunów

@bojowonastawionaowca Ponad 2100 stron trylogii wciągnąłem chyba w jakieś 10 dni, a od 4. części odbiłem się jak kauczuk od betonu xD

Pokaż więcej komentarzy (5)

Osobistość

w Dyskusje

41piorunów

896 + 1 = 897

Tytuł: Lot nad kukułczym gniazdem

Autor: Ken Kesey

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Albatros

Format: audiobook

ISBN: 9788382154207

Liczba stron: 368

Ocena: 9/10

CZYM WŁAŚCIWIE JEST KUKUŁCZE GNIAZDO ?

Zawsze zastanawiał mnie ten tytuł, domyślam się, że pochodzi on od idiomu z Angielskiego. U nas w Polsce znane jest pojęcie kukułczego Jaja ale to mi nie pasuje bo owszem jaja istnieją, ale gniazda kukułcze już nie, chyba że takie przejęte przez przerośnięte pisklę można nazwać już kukułczym gniazdem. Interpretacje nałożę swoją i uznam, że lot nad kukułczym gniazdem to lot nad czymś co w naturze nie powinno istnieć - w tym przypadku odnosi się to do ludzkiego usposobienie, który zboczył gdzieś w nie tą stronę co trzeba i zaczął hamować ludzkie instykty i prawdziwą naturę prowadząc do karykatory człowieka, który z tym czym miałbyc pierwotnie nie ma już za wiele wspólnego...

Bardzo ale to bardzo podobało mi się przedstawienie walki jednej skrajności uosobienia; zasad, reguł i dyscypliny - czyli wielkiej cycatej oddziałowej z skrajnym uosobieniem hedonizmu i wolności czyli McMurophym.

Te dwa wilki nieustannie ze sobą walczyły zadając sobie coraz to większe ciosy. Jedno nie mogło istnieć bez drugiego więc jedyne jak mogła się skończyć ta krwawa bitwa to pyrrusowym zwycięstwem jedno z nich, a kto wygrał? Tą odpowiedź już sam sobie wybiera odbiorca. Dla mnie wygrała oddziałowa, poniosła koszty, które nie były warte tej bitwy, więc tak na prawdę to ona już do końca jej życia będzie ponosić jej konsekwencje. Los McMurophiego i tak był przesądzony, nie był to świat w którym mógłby się odnaleźć a tym samym nie jest to świat gdzie wolności i hedonizm może istnieć bez żadnych konsekwencji, taka utopią nie ma prawa istnieć tak samo jak nie ma prawa istnieć Kukułcze gniazdo taka już po prostu jest natura.

Abstrahując od przekazu to styl i fabuła była przecudowana, odświeżę sobie film bo pamiętam, że też mi się podobał. Dałabym tej książce 10/10 ale taką ocenę daje tylko tym dziełom, które zmieniły moj światopogląd. Kilka razy zaśmiałam się słuchając tej powieści. Aż sobie wyobrażałam tych pacjentów w psychiatryku, którzy nagle zaczynają się świetnie bawić, piją whisky z opiekunem i obracają panienki. Niezwykle obrazowy styl pisania, ale bez zbędnego przersotu formy. Czasem wystarczylo jedno zdania, a wyobraźnia robiła swoje. Polecam!

Gruba ryba12piorunów

@Cori01 poza tum cuckoo oznacza też szaleńca, więc cuckoos nest to po prostu siedlisko wariatów. Gra słowna.

Osobistość4piorunów

@plemnik_w_piwie podoba się dla mnie to wyjaśnienie, ale chyba swoje też lubię

Pokaż więcej komentarzy (4)

Lider

w Książki

14piorunów

895 + 1 = 896

Tytuł: Krucyfiks

Autor: Chris Carter

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: audiobook

Liczba stron: 424

Ocena: 8/10

Pierwszy tom serii z Robertem Hunterem jest dla mnie jednocześnie jednym z najlepszych i jednym z najsłabszych przykładów tego, czym później stanie się cała seria. Najlepszych, bo już tutaj widać wszystkie elementy, które przyciągnęły mnie do niej jako czytelnika: brutalne zbrodnie, mroczny klimat, szybkie tempo i śledztwo prowadzone przez niezwykle inteligentnego detektywa. Najsłabszych, bo patrząc z perspektywy kolejnych tomów, Carter dopiero się rozkręca.

W Los Angeles pojawia się seryjny morderca pozostawiający na ofiarach charakterystyczny podpis w postaci krucyfiksu. Robert Hunter i jego nowy partner Carlos Garcia szybko odkrywają, że mają do czynienia nie tylko z wyjątkowo brutalnym sprawcą, ale również kimś, kto doskonale zna policyjne procedury i wydaje się zawsze być o krok przed śledczymi. Hunter już wcześniej tropił zabójcę o identycznym modus operandi, ale przez aresztowanie podejrzanego obciążonego masą dowodów i śmierć partnera, śledztwo zostało zakończone, a "sprawca" skazany. Niestety okazuje się, że albo wrócił zza grobu, albo ma naśladowcę, albo to nie jego aresztowano. Im dalej w historię, tym bardziej osobisty staje się ten pojedynek detektywów z mordercą.

Już tutaj widać, że Carter nie zamierza oszczędzać czytelnika. Opisy zbrodni są mocne, momentami wręcz szokujące. Autor potrafi wykorzystać brutalność do budowania atmosfery zagrożenia. Nie jest to jeszcze poziom późniejszych tomów i ich brutalnośći, ale fundament pod całą serię został położony bardzo solidnie.

Największym problemem "Krucyfiksu" jest chyba to, że późniejsze części są po prostu lepsze. Carter z książki na książkę coraz sprawniej budował intrygi, tworzył bardziej niepokojących antagonistów i mocniej rozwijał samego Huntera. W efekcie debiut serii trochę traci przy bezpośrednim porównaniu. Widać też kilka typowych dla pierwszego tomu uproszczeń i schematów, które później autor będzie potrafił lepiej maskować.

Mimo tego książkę czyta się znakomicie. Tempo jest wysokie, napięcie utrzymuje się niemal przez cały czas, a sam Robert Hunter od początku wyróżnia się na tle wielu innych policyjnych bohaterów. Nie jest kolejnym zgorzkniałym detektywem z problemem alkoholowym, tylko człowiekiem, którego największą bronią jest umysł. Jest też jedna scena, w której olewa policyjne procedury i zostawia gangsterów sam na sam z pedofilami, dając im wymierzyć sprawiedliwość po za systemem.

To bardzo dobry początek jednej z moich ulubionych serii o seryjnych mordercach. Paradoksalnie fakt, że uważam go za najsłabszy tom, mówi więcej o jakości późniejszych części niż o samym Krucyfiksie. Gdyby nie to, co Carter napisał później, pewnie oceniłbym tę książkę jeszcze wyżej. Choć dalej jest to wybitny kryminał.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Książki

13piorunów

894 + 1 = 895

Tytuł: Szatańskie tango

Autor: László Krasznahorkai

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

Do placu Kościelnego nie było na ulicy żywej duszy, aż nawet Petrina zauważył: „Co się tu dzije? Ogłosili stan wyjątkowy?” „Nie, po prostu jest jesień – odparł ze smutkiem Irimiás. – Wszyscy siedli przy piecach i wstaną dopiero wiosną. Będą godzinami stać przy oknach, aż do zmierzchu. Będą tylko jeść, pić i obłapiać się w łóżku pod kołdrą. Aż wreszcie poczują, że dłużej już tak nie można, zbija dzieci na kwaśne jabłko albo skopią kota i znowu się na jakiś czas uspokoją. Tak to już jest, osiołku.”

Czasami, chyba po to żeby podbudować sobie ego, nachodzi mnie ochota żeby przeczytać jakiegoś noblistę, o ile nie jest to Henryk Sienkiewicz. Tak było i tym razem. To właśnie to, że pan Krasznahorkai dostał w roku 2025 Nagrodę Nobla spowodowało, że, już od jakiegoś czasu, miałem ochotę po którąś z jego książek sięgnąć. No i ostatnio pojawiła się okazja.

Zaczęło się nieźle. Autor roztoczył przede mną wizję jakiejś zapadłej pełnej błota węgierskiej dziury – osady, która, jak się później okazuje, była zlikwidowana (co to miało znaczyć, nie zostało w książce wyjaśnione, może chodziło o coś z historii Węgier?; sam jednak pomysł takiej likwidacji bardzo przypadł mi do gustu). W tej zlikwidowanej osadzie zostało kilkoro niedobitków (zawsze przecież znajdą się ludzie, którzy nie będą sobie umieli ze zmianą sytuacji poradzić), których życie wydaje się być tak samo rozpadające się jak to, co z osady zostało. Spędzają więc kolejne dnie na piciu, sypianiu ze sobą (w różnych konfiguracjach), czekaniu na pieniądze ze sprzedaży bydła (i kombinowaniu jak tu przy rozliczeniu oszukać innych żeby zgarnąć więcej dla siebie). Jednym słowem (a raczej dwoma) – marazm i degrengolada.

Okazuje się, że „niech ktoś” to podejście nie tylko polskie, ale i węgierskie (wszak Polak, Węgier – dwa bratanki). Do osady dociera wiadomość, że powraca do niej uznany (chyba) kiedyś za zmarłego Irimiás. Irimiás pracował kiedyś w maszynowni i w ogóle umiał sobie poradzić ze wszystkim, nic więc dziwnego, że w mieszkańców na wieść o powrocie Irimiása wstępuje nadzieja – przyjdzie Irimiás i nam zrobi. Irimiás rzeczywiście przychodzi i robi. Robi tyle, że roztacza wizję i obiecuje. Mieszkańcy osady ulegają, wierzą w przemowę Irimiása – to chyba była dla mnie największa wartość tej książki, obserwacja pana Krasznahorkaia dotycząca tego jak szybko z marazmu można przejść do hurraoptymizmu, a później zahaczając po drodze o rozczarowanie powrócić dokładnie tak samo zgorzkniałym do tego samego, co było wcześniej (opowieść spięta jest świetną klamrą kompozycyjną, która tak podobała mi się już wcześniej, i w Gnieździe światów pana Marka Huberatha, i w Krainie Chichów pana Jonathana Carolla).

Pomimo wspaniałego pomysłu, mimo niezłych umiejętności narracyjnych autora, książka podobała mi się tak raczej nie za bardzo. Za dużo w niej, moim zdaniem, wszystkiego, za mało w niej, moim zdaniem to wszystko łączy się ze sobą i za mało jedno z drugiego wynika. Wydaje mi się, że dla mnie ta książka jest po prostu za bardzo artystyczna, a w dodatku w nurcie za którym raczej nie przepadam. Tę teorię zdałoby się potwierdzać istnienie zrealizowanego na jej podstawie filmu, który trwa niemal siedem i pół godziny! – książka ma 340 stron czcionką jednak nie najmniejszą. Nie bardzo mam ochotę ten film oglądać, tak względu na to, co w tej książce przeczytałem – obawiam się, że mógłby to być obraz w rodzaju „filmu o facecie na łódce”, jak i ze względu na jego długość. Wydaje mi się, że lepiej ten czas spożytkować inaczej – na przykład na lekturę ostatniego tomu Septologii pana Jona Fosse, noblisty z roku 2023, co pozwoli mi nie tylko nie zmarnować kolejnych siedmiu godzin, ale również podbudować mojego ego, że jednak jestem w stanie z przyjemnością czytać noblistów i może nawet ich zrozumieć. Choćby po swojemu.

Lider

w Książki

20piorunów

893 + 1 = 894

Tytuł: Duma i uprzedzenie

Autor: Jane Austen

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Format: ksiażka papierowa

Liczba stron: 448

Ocena: 6/10

W sumie spoko, ale tak jak na obrazku, spotkania w pokojach i plotkowanie. Szacunek dla Austen, bo musiało być solidne wtedy 200 lat temu i trzyma się nawet ok.

Film obejrzałem po i spoko, ale książkę oceniam lepiej, bo detale lepiej te historię kleją, chociaż 400 stron spotkań to xd

Lider0piorunów

@Deykun to czekam na recenzję "Do latarni morskiej" xD

Pokaż więcej komentarzy (2)

Mistrz

w Książki

30piorunów

892 + 1 = 893

Tytuł: Dziwne stany Ameryki

Autor: Martyna F. Zachorska

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: ebook

Liczba stron: 288

Ocena: 6/10

Link do LubimyCzytać:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5220495/dziwne-stany-ameryki

13 rozdziałów (chciałam początkowo nazwać je esejami, ale... to jednak po prostu rozdziały) o zjawiskach, które w mniemaniu autorki opowiadają o Ameryce jako specyficznym obszarze kulturowym. Mamy tu między innymi dziecięce pokazy piękności, sitcomy, fast food, megakościoły.

Dla kogoś, kto nie ma na co dzień styczności z amerykańską kulturą i doniesieniami zza oceanu z Reddita, ta książka może być nawet interesująca. Ale dla mnie było tu trochę za dużo oczywistości, żebym wyniosła z niej jakąś wartość.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider1piorunów

@Wrzoo dzień dobry, choć to już wieczór. 😉

Pokaż więcej komentarzy (2)

Mistrz

w Książki

33piorunów

891 + 1 = 892

Tytuł: Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna

Autor: Andrzej Andrysiak, Janusz Kucharski

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Krytyka Polityczna

Format: książka papierowa

Liczba stron: 304

Ocena: 5/10

Link do LubimyCzytać:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5228128/na-obrzezach-jak-zmienia-sie-polska-lokalna

Lubię książki o Polsce prowincjonalnej. Ale to nie jest jedna z tych książek.

To jest książka o Radomsku. O tym, co się ostatnio działo w Radomsku. I w sumie tylko tam.

Dziennikarze "Gazety Radomszczańskiej" napisali książkę na podstawie swoich prac śledczych o działaniach lokalnych polityków, księży, o szkołach. Ale no... nie można powiedzieć, że dzięki opisowi tego, co się działo w Radomsku, można zrozumieć zmiany zachodzące na prowincji całego kraju. Północ różni się od południa, a zachód od wschodu.

To, co się dzieje w Radomsku, dotyczy Radomska. I o ile nie jest się wybitnie zainteresowanym Radomskiem, ciężko tu odnaleźć przyjemność z czytania.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba1piorunów

Wracałem kiedyś przez Radomsko.

Pod wiaduktem było wąsko. 😉

Pokaż więcej komentarzy (4)

Mistrz

w Książki

31piorunów

890 + 1 = 891

Tytuł: Graficzki. Nieopowiedziane historie polskich projektantek grafiki użytkowej 1945-1989

Autor: Alicja Kobza

Kategoria: Biografia, autobiografia, pamiętnik

Wydawnictwo: Karakter

Format: książka papierowa

Liczba stron: 344

Ocena: 8/10

Link do LubimyCzytać:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5226049/graficzki-nieopowiedziane-historie-polskich-projektantek-grafiki-uzytkowej-1945-1989

Tomaszewski, Świerzy, Śliwka... Tych wybitnych projektantów grafiki użytkowej zna większość osób interesujących się m.in. polską szkołą plakatu. Ale mamy też szerokie grono graficzek. Zapomnianych przez historię, mniej nagradzanych, a przecież ciężko pracujących.

Ta książka oddaje im hołd. Napisana jest bez zadęcia, bez feminocentryzmu, za to skupia się na kobietach jako osobach. Na ich sztuce, którą kojarzymy z okładek książek, opakowań cukierków, papieru do pakowania.

Pozycja bogato ilustrowana, i — jak to na Karakter przystało — wydrukowana w najwyższej jakości. Bo oni po prostu umieją w książki.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Sum

w Książki

21piorunów

889 + 1 = 890

Tytuł: Urwany ślad. Zaginieni w amerykańskich parkach narodowych

Autor: Jon Billman

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Czarne

Format: audiobook

ISBN: 9788383961873

Liczba stron: 320

Ocena: 4/10

Reportaż o zaginięciach na terenach parków narodowych w USA i Kanadzie. Jego osią są poszukiwania 22-letniego Jacoba Graya, który zaginął w kwietniu 2017 roku w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton (okolice znanych z sagi Zmierzch miast Port Angeles i Forks), w których autor uczestniczył. Niestety, historia Jacoba miała smutny finał, ponad rok później jego ciało przypadkowo znaleziono nad jeziorem Hoh na terenie parku.

Kolejny reportaż z Serii amerykańskiej podejmujący interesujący, ważny i praktycznie nieobecny w mainstreamie temat, którego autor kompletnie nie potrafił dowieźć. Ta książka edycji na oczy nie widziała, panuje w niej kompletny chaos narracyjny. Billman co prawda próbował nadać swojemu dziełu jakąś tam strukturę, ale ostatecznie kompletnie wymieszał wszystkie historie zaginionych osób, jakie miał w zanadrzu (część nawet nie dotyczyła obecnych w tytule północnoamerykańskich parków narodowych), do tego dorzucił garść niepotrzebnych dygresji i niemówiących nic nikomu porównań. Dodatkowo zabrakło mu krytycyzmu w sprawie rozpowszechnionych wśród przećpanych Jankesów urojeń na temat „nadnaturalnych przyczyn” niewyjaśnionych zniknięć w rodzaju sraskłacza i ufoków porywających ludzi na eksperymenty. Właśnie dlatego daję tak niską ocenę – nie cierpię reportaży, które zamiast być spójną, klarowną historią, przypominają gadkę pijanego wujasa na weselu, który pod wpływem procentów pomylił wszystkie fakty, a część pewnie w ogóle zmyślił.

Szkoda, bo temat zaginięć w amerykańskich parkach narodowych, a zwłaszcza tego, jak kiepsko tamtejsze służby porządkowe ogarniają takie sprawy (m.in. przez rozbicie kompetencji na pierdyliard podmiotów, które w krytycznych momentach same siebie blokują) jest niezmiernie ważny i dobrze napisany reportaż mógłby się przyczynić do rozpoczęcia ogólnokrajowej debaty na temat poprawy systemu - wszak trzeba pamiętać, że w przypadku zaginięć pierwsze dni są krytyczne dla powodzenia akcji poszukiwawczej. A tak dzieło Billmana ma tyle siły przebicia, co losowy podcast true crime.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Mistrz1piorunów

@Telezajaczek jakie były inne reportaże z serii amerykańskiej, których Twoim zdaniem autorzy nie dowieźli? Bo przeglądam historię Twoich wpisów i średnio widzę

Sum0piorunów

@bojowonastawionaowca "Brudne lata trzydzieste" Egana (wrzucane na bookmeter w 2k24) i "Dreamland" Quinonesa. Recki tego drugiego nigdzie nie wrzucałam, ale tam jedynie połowa reportażu była o kryzysie opioidowym, druga to były niemal identycznie brzmiące historie różnych młodych Juanów i Pablo co szmuglowali herę do US.

Jedyny reportaż z tej serii, który mogę polecić, to "Nomadland" (vide bookmeter 2k25).

A, jeszcze "O mułach i ludziach" Crewsa było spoko (też bookmeter '25) ale to nie reportaż, tylko klasyczna biografia i zaliczanie tego przez Czarne do serii reportażowej uważam za spore nadużycie z ich strony.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

15piorunów

888 + 1 = 889

Tytuł: Kandydat

Autor: Jakub Żulczyk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10

*

Całe swoje życie robił wszystko, by traktowano go poważnie. W końcu został Prezydentem. Ale nawet bycie Prezydentem nic nie zmieniało – wciąż miał to okropne podejrzenie, że wszyscy się z niego śmieją, gdy tylko odwraca głowę.

Etap marketingu zaczął się jeszcze zanim ta książka pojawiła się na rynku. Pamiętam, że pomysł na jej promowanie bardzo mi się spodobał – pan Żulczyk poinformował wówczas, że napisał książkę o prezydencie, a jej tytuł będzie jednowyrazowy. Jeśli los sam daje człowiekowi takie szanse, to należy je wykorzystywać, tak uważam. Nie wiem na ile ta kampania reklamowa była skuteczna, ale akurat mnie przypadła ona do gustu.

Później – jej, to już rok temu! – miałem okazję być na spotkaniu z panem Żulczykiem, spotkaniu dotyczącym Kandydata właśnie_._ O ile autor nie zdradzał, co naturalne, szczegółów (ani nawet chyba nie zdradzał ogółów, o ile dobrze pamiętam) dotyczących fabuły, tak opowiadał trochę o pierwowzorach występujących w książce postaci (to akurat jest baaardzo czytelne, nawet jeśli ktoś w ogóle nie interesuje się polityką, ale nie żyje całkowicie odcięty od świata gdzieś w leśnej ziemiance) i mówił również dużo o tym, jak braki z dzieciństwa, szczególnie brak takiej zwykłej, bezwarunkowej miłości rodziców do dziecka wpływa na późniejsze tego dziecka życie. I chyba właśnie o tym jest ta książka. Albo ja się tamtą rozmową tak bardzo zasugerowałem, że interpretacja autora wpłynęła na moją jej interpretację.

Cała akcja książki zamyka się w jednym dniu, w dniu drugiej tury wyborów prezydenckich. Obecnemu, jeszcze urzędującemu Prezydentowi sondaże dają sporą przewagę nad Tym Drugim. Wszystko wydaje się już być rozstrzygnięte, aż tu nagle (inaczej nie byłoby przecież całej historii) pojawia się informacja o tym, że pewien Reporter wszedł w posiadanie materiałów, które mogą skompromitować Prezydenta i że właśnie próbuje te materiały sprzedać. Tak rozpoczyna się ta książka.

Kandydat opowiedziany jest za pomocą śledzenia w ciągu tego jednego dnia dwóch bohaterów – Prezydenta i Reportera. Obaj są zmęczeni, obaj mają dość, obaj chcieliby już odpocząć. Obaj jednak robią swoje bo swoje robić trzeba. Za oboma ciągnie się też ich przeszłość, bo obaj w swoim życiu sporo nagrzeszyli. Żadnego z tych dwóch bohaterów nie udało mi się polubić, żadnemu nie kibicowałem. Może trochę im współczułem, bardziej jednak Prezydentowi niż Reporterowi, a współczułem mu tym bardziej, im bardziej poznawałem jego historię. Jasne, Prezydent zrobił rzecz bardzo złą, jasne, sprawa została zatuszowana, ale było to wynikiem tego, że Prezydent od początku, od samego dzieciństwa był przez kogoś rozgrywany. Świetnie udało się panu Żulczykowi stworzyć postać człowieka, który (tak mi się wydaje) został wepchnięty na to miejsce, na którym się znalazł. Jego chyba największą winą (Prezydenta, nie pana Żulczyka) było to, że był pierdołą i nie umiał się postawić. Z drugiej jednak strony nikt go przecież tego nie nauczył.

W ogóle w tej książce nie ma chyba postaci, którą można by polubić, a jeśli już pojawiają się takie, a pojawiają się dwie, to jest ich w tym wszystkim na polubienie zbyt mało, choć na współczucie wystarczająco. Mimo tego Kandydat to dość ciekawa książka pokazująca, że w polityce są co najmniej dwie prawdy – ta prawdziwa i ta na pokaz. Nie jest to może pan Tom Clancy, daleko Kandydatowi do tego, ale fabularnie wszystko się zgadza, językowo jest nieźle, a czytelniczo książka potrafi wciągnąć – ja wciągnąłem ją w ciągu jednego dnia i nie miałem ochoty jej odkładać.

GURU

w Bazar

21piorunów

887 + 1 = 888

*

Tytuł: All the Ash We Leave Behind

Autor: C. Robert Cargill

Seria: **Sea of Rust**

Kategoria: fantasy, science fiction, post apo

Wydawnictwo: Orion Publishing Co

Format: audiobook

Długość: 2h 49min

Liczba stron: 117

Ocena: 7/10

*

All the Ash We Leave Behind jest bezpośrednim dopełnieniem historii rozpoczętej w Day Zero i bez jej znajomości nie ma sensu po nią sięgać. Akcja rozgrywa się pięć lat po wybuchu wojny i o ile o Day Zero można było powiedzieć, że było mieszanką różnych tonów i nastrojów, tak tutaj pozostaje już tylko mrok i depresja. Tam wciąż tliła się jeszcze jakaś nadzieja, tutaj trudno jej szukać.

Co ciekawe, przez sporą część historii nie jest do końca jasne, kto właściwie jest głównym bohaterem. Autor świadomie igra z tym pomysłem i kilkukrotnie podważa przekonanie, że odpowiedź jest oczywista. W pewnym momencie pewność, że musi chodzić o Pounce’a, zaczyna się rozpadać. Bo Pounce nie był jedyny i nie był wyjątkowy.

All the Ash We Leave Behind jest wyraźnie krótsze od pozostałych książek z serii, dlatego trudno oczekiwać po nim szczególnie rozbudowanej lub wielowątkowej historii. Choć może to zbyt surowa ocena, bo książka ma swoje mocne momenty. Już sam tytuł odnosi się do jednego z pytań, które zadaje sobie główny bohater: czy pył opadający na jego łapy zawiera w sobie cząstkę tego, którego utracił? W ogóle co zrobić, gdy straciło się sens własnego istnienia? Gdy nie ma już nikogo, kogo należałoby chronić?

To prawdopodobnie najbardziej przygnębiająca część całej serii i paradoksalnie uważam to za jej zaletę. Historia kończy się pięknym cytatem, ale pozostawia czytelnika z... hm... No z dziwnym uczuciem, no. Dobra, smutek. To uczucie, to smutek. Chyba?

AtAWLB to moim zdaniem lepsza historia niż Day Zero, więc jeśli komuś spodobała się tamta książka, zdecydowanie warto dać szansę również tej.

*

Kolejność czytania wygląda tak:

1. **Sea of Rust** [30 lat po śmierci ostatniego człowieka]

2. **Day Zero** [Pierwszy dzień wojny]

3. All the Ash We Leave Behind [5 lat od rozpoczęcia wojny]

*

>

GURU

w Bazar

24piorunów

886 + 1 = 887

*

Tytuł: Day Zero

Autor: C. Robert Cargill

Seria: **Sea of Rust**

Kategoria: fantasy, science fiction, post apo

Wydawnictwo: Orion Publishing Co

Format: audiobook

Długość: 8h 32min

Liczba stron: 304

Ocena: 6.5/10

*

Książka "Day Zero" chronologicznie rozgrywa się przed Morzem Rdzy, ale powstała kilka lat później i... nie polecałbym czytania zgodnie z kolejnością wydarzeń. Nie chodzi nawet wyłącznie o to, że jest to po prostu słabsza historia, która może zniechęcić do dalszego sięgnięcia po inne tytuły z serii, a to, że zawiera spoilery i Morze Rdzy trochę na tym straci.

Książka przedstawia historię robota-niani, który przypomina tygrysa i dziecka, które musi ocalić podczas "Dnia Zero", czyli początku wojny robotów z ludźmi - wydarzenia znanego już z Morza Rdzy. Pounce (Skoczek?) należy do tych maszyn, które nie zbuntowały się przeciwko ludzkości. Ezra, ośmioletni chłopiec uratowany przez robota, staje się centrum całej opowieści, która w praktyce obejmuje niemal jeden, bardzo długi dzień. Formalnie jest to trochę więcej niż doba, ale niewiele.

I tutaj pojawia się dla mnie zasadniczy problem. Sam pomysł pokazania Dnia Zero z perspektywy takiego robota uważam za interesujący, jednak obecność Ezry sprawia, że książka zawisa gdzieś pomiędzy dwoma tonami. Nie jest do końca poważną historią, ale jednocześnie trudno byłoby polecić ją młodszemu czytelnikowi. Świat Morza Rdzy jest skrajnie brutalny i przygnębiający, dlatego umieszczenie w jego centrum dziecka wydało mi się momentami pójściem na fabularną łatwiznę.

Być może przemawia przeze mnie również pewien niedosyt. Chętnie zobaczyłbym tę historię opowiedzianą z kilku perspektyw: Pounce’a, kogoś ze sztabu kryzysowego i robota stojącego po przeciwnej stronie konfliktu. Pozwoliłoby to spojrzeć na ten sam dzień z różnych punktów widzenia i nadać wydarzeniom większą skalę. Oczywiście stworzyłoby to własne problemy, bo autor musiałby pewnie odejść od bardzo bliskiej narracji prowadzonej z perspektywy głównego bohatera.

Mimo tego narzekania moja ocena to 6,5/10. Dlaczego? Bo książka ma własny klimat i pod pewnymi względami wydaje mi się zaskakująco świeża. W tym świecie właściwie nie istnieją szczęśliwe zakończenia. Już Morze Rdzy jasno pokazuje, jaki los czeka ludzkość, więc Pounce od początku znajduje się na przegranej pozycji. Na moją ocenę wpłynęło również to, że ta historia działa znacznie lepiej po przeczytaniu All the Ash We Leave Behind, którego recenzję też zamierzam za chwilkę dodać.

W ogóle im dłużej myślę o tej serii, tym bardziej wywołuje ona we mnie trudną do określenia melancholię, czy inne pieruństwo. Z pozoru są to dość proste opowieści, ale kryją w sobie sporo pytań filozoficznych i nie dotyczą one wyłącznie robotów. Pounce przechodzi coś na kształt kryzysu wieku średniego i próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kocha dziecko, dla którego jest gotów oddać życie, ponieważ został tak zaprogramowany, czy też po Dniu Zero - kiedy roboty zostały uwolnione od swoich ograniczeń - pojawił się w tym element własnej woli. Czy fakt, że coś daje mu szczęście, automatycznie oznacza, że powinien to odrzucić tylko dlatego, że było częścią jego pierwotnego programu? Sporo tego w tej serii. Tu jest podane jakby mniej subtelnie, ale jak widać po mnie, działa.

Czy polecam? To zależy. Jeśli komuś wyjątkowo przypadło do gustu Morze Rdzy i chce zobaczyć historię pierwszych około trzydziestu dwóch godzin po Dniu Zero, wtedy prawdopodobnie tak. Zwłaszcza jeśli połączy się tę książkę z All the Ash We Leave Behind, które stanowi wartościowe dopełnienie całej historii.

*

Kolejność czytania wygląda tak:

1. **Sea of Rust** [30 lat po śmierci ostatniego człowieka]

2. Day Zero [~ Pierwszy dzień wojny]

3. All the Ash We Leave Behind [5 lat od rozpoczęcia wojny]

*

>

Lider1piorunów

Brzmi ciekawie, muszę w końcu wydać kredyty z Audible ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

GURU1piorunów

@WujekAlien lektor w DZ i AtAWLB bywa... Lekko udziecinnia tę historię. Mnie to nie przeszkadzało, bo chłop potrafi zrobić wiele głosów i przez to łatwiej było się nie gubić, ale mam wrażenie, że ta książka trochę traci powagi przez niego. Innymi słowy najpierw sobie odpal próbkę. Bo to jak z Wojtkiem Żołądkowiczem. Jedni kochają (ja), a inni nienawidzą tego, jak czyta książki. XD

Na Storytelu czyta Vikas Adam. Nie wiem czy ten sam jest na Audible.

Lider1piorunów

@Dziwen dzięki, słuszna uwaga, sprawdzę na Audible i Storytelu

Pokaż więcej komentarzy (3)

Lider

w Książki

28piorunów

885 + 1 = 886

Tytuł: Oko potwora

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: audiobook

Liczba stron: 176

Ocena: 7/10

Oko potwora jest znacznie bardziej kameralne, spokojniejsze i przede wszystkim dużo bardziej filozoficzne niż inne książki Dkaja, które czytałem. Sama fabuła rozwija się powoli, momentami wręcz leniwie, ale mam wrażenie, że nie akcja jest tutaj najważniejsza. Kluczowe są pytania, które książka zadaje - o sens istnienia, miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu.

Dukaj bardzo długo buduje atmosferę kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Nie chodzi nawet o klasyczne spotkanie z kosmitami, ale bardziej o zderzenie człowieka z czymś, czego nie potrafi opisać ani pojąć. I właśnie wtedy książka działa najlepiej - kiedy zamienia się w filozoficzną dysputę o naturze świadomości, samotności i granicach ludzkiego poznania.

Momentami miałem wręcz skojarzenia bardziej z klasycznym science fiction w stylu Lema niż z nowoczesnym techno-thrillerem. To jedna z tych historii, gdzie odpowiedzi są mniej ważne od samych pytań. Dukaj zostawia dużo przestrzeni na interpretację i nie próbuje wszystkiego tłumaczyć czytelnikowi, co bardzo dobrze współgra z motywem obcowania z czymś większym od człowieka.

Ogromnie dużo daje też forma audiobooka. I mam wrażenie, że tutaj jest to wręcz integralna część doświadczenia. Poza głosem lektora dostajemy specjalnie przygotowane głosy radiowe, komunikaty i stylizowane transmisje, które sprawiają, że całość brzmi bardziej jak zapis wydarzeń niż klasyczna powieść. Dzięki temu filozoficzne rozważania i poczucie izolacji bohaterów działają jeszcze mocniej.

To książka powolna i momentami bardzo kontemplacyjna, więc na pewno nie każdemu podejdzie. Jeśli ktoś oczekuje dynamicznego sci-fi pełnego akcji, może się odbić. Ale jeśli wejdzie w ten rytm i pozwoli historii wybrzmieć, dostanie bardzo ciekawą opowieść o człowieku poszukującym sensu w kosmosie.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Koneser3piorunów

"miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu." czyli to o czym jest połowa albo lepiej w Solaris. Jak wypada porównanie tych tytułów?

Lider1piorunów

@Sofon chciałbym odpowiedzieć, ale Solaris czytałem wieki temu, może przeczytam jeszcze raz niedługo, to dam znać ;)

Gruba ryba1piorunów

@WujekAlien

Kluczowe są pytania, które książka zadaje - o sens istnienia, miejsce człowieka wobec czegoś niewyobrażalnie większego i o to, jak bardzo nasze postrzeganie rzeczywistości zależy od ograniczeń własnego umysłu.



Dukaj bardzo długo buduje atmosferę kontaktu z czymś obcym i niezrozumiałym. Nie chodzi nawet o klasyczne spotkanie z kosmitami, ale bardziej o zderzenie człowieka z czymś, czego nie potrafi opisać ani pojąć.

To faktycznie brzmi bardzo jak Lem.

Jeszcze do tego audiobook z Kosiorem. Zapisane na listę.

Lider1piorunów

@saradonin_redux audiobook wypada świetnie, szczególnie te nagrania/radio robią robotę, ma się wrażenie, jakby się było rzeczywiście na statku kosmicznym pośrodku niczego

Pokaż więcej komentarzy (5)

Lider

w Książki

19piorunów

884 + 1 = 885

Tytuł: Fortuna

Autor: Michael McDowell

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

Liczba stron: 272

Ocena: 6/10

Piąty tom sagi Blackwater jest dla mnie zdecydowanie najspokojniejszą częścią całej historii. Po wcześniejszych tomach, gdzie coraz mocniej zaczynały przebijać się elementy grozy, zjawisk nadprzyrodzonych i mrocznych rodzinnych tajemnic, tutaj McDowell wyraźnie przesuwa ciężar w stronę rodzinnej sagi i codziennego życia Caskeyów. Horror - o ile w ogóle chcemy jeszcze używać tego słowa przy tej serii - się w tym tomie ulotnił.

I to jest jednocześnie największa zaleta i wada tego tomu. Z jednej strony nadal świetnie czyta się obserwowanie relacji w rodzinie, walki o wpływy, drobne konflikty i tego specyficznego klimatu południa USA, który McDowell buduje fenomenalnie od pierwszego tomu. Blackwater od początku było przecież bardziej southern gothic i sagą rodzinną niż pełnoprawnym horrorem.

Z drugiej strony mam wrażenie, że Fortuna momentami za bardzo zwalnia. W poprzednich częściach nawet spokojniejsze fragmenty miały gdzieś pod spodem poczucie niepokoju i świadomość, że coś "nadnaturalnego" czai się pod powierzchnią. Tutaj tego napięcia jest wyraźnie mniej. Seria coraz bardziej skupia się na majątku, rodzinnych interesach i codziennym funkcjonowaniu kolejnych pokoleń Caskeyów. A trzeba przyznać, że Caskeyowie w tym tomie śpią na hajsie. Są właścicielami niemal wszystkiego w okolicy, a na ich ziemii odkrywane są co raz to większe pokłady ropy, które przynoszą im milionowe zyski, dużo większe niż tartak.

Oczywiście nadal obecna jest aura tajemnicy wokół Elinor i całego związku kobiecej części rodziny z rzeką, ale wszystko staje się bardziej subtelne, mniej agresywne i mniej "grozowe". Mam wręcz wrażenie, że McDowell świadomie pokazuje, jak nadprzyrodzoność została wchłonięta przez codzienność tej rodziny. Jedynym elementem grozy, jest poród bliźniąt, z których jedno, od razu po urodzeniu, jest inne i łaknie "powrotu" do wody.

To nadal bardzo dobrze napisana książka. McDowell wciąż ma niesamowitą lekkość prowadzenia narracji i budowania postaci. Nawet kiedy niewiele się dzieje, dalej chce się śledzić losy bohaterów. Problem polega tylko na tym, że po mocniejszych wcześniejszych tomach oczekiwałem trochę większego ciężaru emocjonalnego, a w zanadrzu jest już tylko 1 - ostatni tom sagi.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Książki

19piorunów

883 + 1 = 884

Tytuł: Ocalone w tłumaczeniu

Autor: Stanisław Barańczak

Kategoria: publicystyka literacka, eseje

Ocena: 9/10

*

Mówię tu dużo (i, obawiam się, niezbyt interesująco dla osób nie będących zapalonymi miłośnikami wersologii – a takie, choć może to dziwić, stanowią podobno większość społeczeństwa) o rymach [...]

Tak już mam, że kiedy coś mnie zafascynuje, zaraz chcę się dowiedzieć jak to jest zrobione. To właśnie z tego powodu podglądam treningi akrobatów, których wcześniej oglądałem na jakimś festiwalu sztuki ulicznej, to z tego powodu miałem kiedyś przyjemność być prezenterem i realizatorem studenckiej rozgłośni radiowej (takiej z koncesją, nadającej w eterze, nie w Internecie). To z tego powodu zdarza mi się chadzać na spotkania albo czytać wywiady z autorami literatury i to z tego powodu bardzo interesują mnie niuanse pracy tłumacza. Do dziś doskonale pamiętam wrażenie, jakie zrobił na mnie artykuł pana Filipa Łobodzińskiego o tym jak zmagał się z tłumaczeniem tekstu Like a rolling stone pana Boba Dylana, choć trafiłem na niego dobrych kilka lat temu. Ostatnio coś podobnego zafundował mi pan Barańczak, tylko w znacznie bardziej zaawansowanej i obszernej formie.

Książka, a czytałem jej wydanie trzecie, poprawione i znacznie rozszerzone, zawiera teksty dotyczące teorii tłumaczenia, które autor pisywał przy rozmaitych okazjach – czy to dla celów seminaryjnych, czy do prasy (również niejako w samoobronie przed zarzutami, głównie przy tłumaczeniu Szekspira). To wydanie trzecie, z roku 2004 wzbogacone jest dodatkowo jeszcze o ostatni rozdział – o antologię czterdziestu tekstów „nieprzetłumaczalnych” z wyjaśnieniem tej „nieprzetłumaczalności”, a na końcu z ich już wykonanymi przez pana Barańczaka tłumaczeniami (no dobra – przekładami, bo to jednak różnica).

Fascynująca to była lektura, choć niesamowicie trudna, a pan Barańczak wielkim tłumaczem był! Niemal cała książka wychodzi od słów pana Roberta Frosta, że poezją jest to, co ginie w tłumaczeniu. Pan Barańczak, moim zdaniem, zdaje się zadawać kłam temu twierdzeniu. Porównując sobie oryginały (tam, gdzie byłem w stanie je zrozumieć) z proponowanymi przez niego tłumaczeniami uważam, że praca, którą wykonał pozwoliła przełożyć na język polski wszystko to, co w oryginalnych tekstach było ważne. Przy okazji autor tłumaczy czytelnikowi dlaczego właśnie tak a nie inaczej, niejednokrotnie (a właściwie to zawsze) wychodząc daleko poza tłumaczony utwór. Sięga bowiem nie tylko do całości twórczości autora oryginału, ale i do prądów panujących w literaturze w danej epoce, a robi to po to, żeby przekład był wierny nie tylko w treści, nie tylko w formie, ale i w czymś co ja nazwałbym duchem utworu.

Jeśli przyjąć tę książkę jako edukacyjną, to należałoby wówczas założyć, że człowiek uczy się na błędach, a uczyć się najlepiej – wiadomo! – na błędach cudzych. Świetnym tego przykładem jest wiersz The Tyger pana Williama Blake’a, którego przedstawione są trzy polskie tłumaczenia (pana Romana Klewina, pana Józefa Waczkowa oraz pana Adama Pomorskiego). Każdy z tych przekładów jest dokładnie przeanalizowany, w każdym zostały wskazane wady i zalety. Na koniec pan Barańczak proponuje swoje własne tłumaczenie i rzeczywiście różnica w jakości jest odczuwalna.

To, co na pewno zapamiętam z tej książki to dwie rzeczy. Po pierwsze coś, co pan Barańczak nazywał dominantą semantyczną utworu, bo jasnym jest, że poezji nie da się przełożyć jeden do jednego. Zanim w ogóle zacznie się pracę trzeba najpierw zdecydować (najlepiej prawidłowo, a to już bywa trudne) co bezwzględnie należy w tłumaczeniu ocalić, a gdzie można pójść na kompromis (choć zdarza się, że tłumacząc można napisać utwór lepszy niż oryginał – inny język daje zupełnie inne możliwości, choć w tej sprawie należy raczej stosować podejście „co zrobiłby autor, gdyby jego język dawał mu takie możliwości, jakie tłumaczowi daje język, na który utwór jest tłumaczony, a nie starać się być lepszym czy poprawiać autora). Ta wiedza przyda mi się gdyby kiedyś przyszło mi do głowy próbować jakiś utwór przełożyć samodzielnie, gdybym natomiast miał ochotę zająć się rzeczą wcale nie łatwiejszą, czyli krytyką cudzych tłumaczeń, wówczas chciałbym pamiętać o postulowanym przez pana Barańczaka sposobie oceny tłumaczeń. Polega ona na tym, że wiersz czytamy najpierw jako samodzielny utwór, zupełnie niezależny od oryginału i oceniamy jego wartość artystyczną. Dopiero kiedy ten test da wynik pozytywny należy zastanowić się nad oddaniem sensu i znaczeń oryginału. Cóż, poezja już taka jest – forma jest równie ważna co treść, a czasami nawet ważniejsza.

Choć lektura była trudna (te wszystkie jamby i trocheje, echolalie, aliteracje, a jeszcze i obce języki!), książkę czytało mi się bardzo dobrze. Nie tylko dlatego, że temat mnie interesuje, ale i dlatego, że autor wiele spraw podaje z humorem. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie rozdziału „Wiatr porywisty na wysokości pupy” traktującego o zabawnych wpadkach tłumaczy (napisanego zresztą we wspaniałej formie praktycznego poradnika złego tłumaczenia), ale i dystans do siebie samego, bo jak bez dystansu (ale i pewnej buty, że „ja zrobię to lepiej”) porywać się na tłumaczenie czegoś, co nie tylko już zostało przetłumaczone, ale to poprzednie tłumaczenie na dodatek zostało już ogólnie uznane i weszło do kanonu (trochę się przy okazji dostało innym tłumaczom, szczególnie panu Słomczyńskiemu, ale – moim zdaniem – całkiem zasłużenie).

Kolega, który polecił mi tę książkę, polecił mi ją słowami „tobie się będzie podobać, ty lubisz dziwne książki”. Miał rację (przynajmniej w kwestii, że będzie mi się podobać, w pozostałych kwestiach nie zajmuję stanowiska). Czy ja bym ją komuś polecił? Nie wiem. Może tym, którzy mają na coś takiego ochotę. No i jeszcze może liczącym sylaby formalistom, bo z tej książki można się dowiedzieć wielu rzeczy nie tylko o tłumaczeniu, ale i o poezji w ogóle. A w kwestii tłumaczenia można się z niej dowiedzieć na przykład dlaczego angielskie równanie 10 + 8 + 10 = 28 można (a nawet warto) na język polski przełożyć jako 13 + 11 + 13 + 3 = 40.

Jeśli zaś miałbym się czegoś w tej książce czepić, to wyłącznie tego, że wiele informacji i stwierdzeń się w niej powtarza. Nie powinno to co prawda dziwić, wszak składa się ona z zebranych tekstów pisanych w różnym czasie i pod różne adresy, a każdy z tych tekstów miał istnieć i być spójny i logiczny samodzielnie. Myślę jednak, że wydając to wszystko w jednym tomie można było się pokusić o jakąś redakcję - książka byłaby wtedy być może nieco przystępniejsza.

EDIT:

A, jest też rozdział o tłumaczeniu poezji polskiej na języki obce. Że też nigdy nie przyszło mi do głowy, że w tę stronę to też działa.

Gruba ryba

w Książki

21piorunów

882 + 1 = 883

Tytuł: Była raz wojna; Bomby poszły

Autor: John Steinbeck

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

Ja w ogóle nie wiem co to za pomysł żeby wydawać te dwie książki w jednym tomie. Z tego powodu podzielę wpis na dwie części, bo inaczej nie będzie w tym żadnego sensu.

*

BYŁA RAZ WOJNA

Nie chcę twierdzić, że korespondenci kłamali. Wcale tak nie było. Wszystko, co zanotowano w tej książce zdarzyło się rzeczywiście. Nieprawda tkwi w tym, o czym w niej nie wspomniano.

Pan Steinbeck był na wojnie. Był korespondentem wojennym, tak jak inny z wielkich amerykańskich pisarzy, pan Ernest Hemingway. Mimo, że wojna ta sama, bo obaj oglądali II wojnę światową, to podejścia tych dwóch autorów, a co za tym idzie i ciężar ich relacji (a także powieści) skupia się na czymś innym. Pan Hemingway pisał o człowieku – o jego bohaterstwie i wyobcowaniu, pan Steinbeck zaś, choć też pisał o człowieku, to jednak o jego „ludzkich” cechach – o przyjaźni, współpracy i o życiu pod bombami.

Była raz wojna to zbiór tekstów z pobytu autora w czasie wojny w Anglii, Afryce oraz we Włoszech. To zestaw miniaturek skupiających się głównie na codziennych sprawach nie tylko żołnierzy, ale i mieszkańców Dover, gdzie pan Steinbeck trafił. Najbardziej chyba poruszyły mnie właśnie te relacje dotyczące życia cywilów w mieście, w którym bombardowania stały się normą (o tym mówi jeden z tekstów, Ludzie z Dovru). Bardzo przypominały mi one książkę, którą czytałem już jakiś czas temu – Sarajewskie Marlboro pana Miljenko Jergovića, która bardzo mi się podobała (w senie poruszyła mnie). Była raz wojna też mnie poruszyła, ale trochę jednak mniej.

Na dodatek teksty te podane są świetnym, obrazowym językiem, a wydanie które czytałem (Prószyński i S-ka) opatrzone jest wstępem autora, z którego czytelnik może dowiedzieć się co nieco o pracy korespondenta wojennego i o okolicznościach wydania tych relacji w formie książkowej.

*

BOMBY POSZŁY

Łatwo też dowieść, że kadeci uchodzą za bardzo atrakcyjnych. Gdy tylko zostają wysłani do jakiegoś nowego ośrodka, bardzo szybko monopolizują czas i myśli ładnych młodych kobiet z okolicy.

O ile Była raz wojna zrobiła na mnie wrażenie bardzo pozytywne, tak Bomby poszły też zrobiły wrażenie, tylko że zupełnie odwrotne. Nie byłem w stanie uwierzyć, że pan Steinbeck (a kilka jego książek przeczytałem i cenię bardzo wysoko) był w stanie napisać coś takiego. Bomby poszły to twór propagandowy, toporny, mający na celu zachęcić młodych Amerykanów do wstępowania do Sił Powietrznych. Napisany językiem prostym, wręcz prostackim, przedstawiający Siły Powietrzne jako elitę zupełnie bez wad, a młodych Amerykanów jako wspaniałych i nadających się idealnie do tego żeby do tej formacji wstąpić, co ma uczynić ich jeszcze wspanialszymi. Jedyną chyba zaletą książki Bomby poszły jest wstęp do niej napisany przez pana Jamesa H. Mereditha wyjaśniający okoliczności jej powstania i motywy, które kierowały autorem oraz zajmujący się problemem tego, czym jest propaganda (z delikatnym zarysem historii propagandy i negatywnego nacechowania tego słowa). Wstęp czytałem z zainteresowaniem, przez samą książkę nie przebrnąłem. Przerwałem ją po dwóch i pół rozdziału (z dziewięciu) – pan Steinbeck skutecznie przekonał mnie może nie do tego, że Amerykanie i Siły Powietrzne są takie wspaniałe, ale przede wszystkim do tego, że nie ma co się niczego więcej już dalej spodziewać.

Gruba ryba0piorunów

@George_Stark kiepska ocena, chyba muszę sprawdzić ten odcień Steinbecka

Gruba ryba1piorunów

@ciszej To jest wypadkowa obu tych książek. Pierwsza jest bardzo dobra, druga fatalna. Jeśli chcesz sprawdzić drugą, to na własną odpowiedzialność. Ja swoje napisałem i umywam ręce. 😉

Gruba ryba0piorunów

@George_Stark i wlasnie za to bookmeter jest fajny - czuję się ostrzeżona

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

18piorunów

881 + 1 = 882

Tytuł: Dziady i dybuki

Autor: Jarosław Kurski

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 4/10

*

Golem mojej mamy wypowiedział posłuszeństwo żydowskim przodkom. Mama ostentacyjnie deklamowała w towarzystwie, że „nie znosi czosnku”, choć nigdy go nie wyczuwała, gdy dodawany był do potraw.

Ja takich książek nie lubię i w życiu bym sam z siebie tych Dziadów i dybuków nie przeczytał, no ale wylosowały się jako lektura w klubie książkowym, to nie miałem wyjścia. Wyjście za to miał pan Jarosław Kurski (tak, brat Jacka), który wyszedł z punktu, a punktem tym była reakcja jego matki na zdanie dotyczące wypowiedzi o Żydach pana Lecha Wałęsy, które to zdanie w książce o panu Wałęsie pan Kurski zamierzał zawrzeć. Ta reakcja matki skłoniła pana Kurskiego do poszukiwań, do rozgrzebania przeszłości swojej rodziny i Dziady i dybuki to właśnie efekt (albo opis) tych poszukiwań.

Książka, choć mnie się nie podobała (o powodach za chwilę), ma świetny tytuł, bo jak trafniej można nazwać grzebanie po cmentarzach, to wyciąganie z grobów żydowskich przodków, którzy bardzo chcieli (w większości) być Polakami? Książka ma też podtytuł, a ten podtytuł brzmi Opowieść dygresyjna. Nie jest już tak piękny jak tytuł, jest równie jednak trafny.

To, co wynika z trafności tego podtytułu, to chyba mój największy zarzut do książki pana Kurskiego. Czytało mi się ją zwyczajnie źle. O ile doceniam ogrom wykonanej pracy, o ile doceniam bezstronność (a przynajmniej mam wrażenie tej bezstronności) w opowieści o własnej rodzinie, tak autor podał mi to wszystko w sposób absolutnie dla mnie niestrawny. To mnóstwo osób, które przewinęły się w tej opowieści w pewnym momencie zaczęło mi się zlewać w jedno i nie wiedziałem już do końca kto jest kim, przynajmniej bez sięgania do uproszczonych drzew genealogicznych umieszczonych na końcu książki (może trzeba było sobie w czasie lektury robić notatki?). Na moją uwagę o panującym w książce chaosie, w czasie spotkania dostałem odpowiedź, że w Dziadach i dybukach zachowana jest chronologia, tylko jest to chronologia odkrywania przez autora kolejnych faktów. To prawda, sam w czasie czytania tego nie zauważyłem, niemniej taka chronologia w żaden sposób nie porządkuje chaosu.

Kolejny zarzut, jaki mam do tej książki, to jej warstwa językowa. Dziady i dybuki są według mnie książką językowo niespójną. Od języka reportażu autor przechodzi nagle do stylizacji archaicznej, którą stosuje jednak wybiórczo. W efekcie czytelnik dostaje miszmasz stylistyczny, a mnie to akurat denerwuje. Podobnie zresztą dzieje się z figurami retorycznymi. O ile jestem jeszcze w stanie przełknąć (choć staje mi w gardle) tego „golema polskości”, tak porzucanie i wracanie do tej metafory w sposób przypadkowy to już dla mnie za dużo.

Co do samej treści Dziadów i dybuków, to jeśli ktoś posiada wiedzę o dwudziestoleciu międzywojennym (bo o tym okresie głównie mowa) bliższą źródłom historycznym niż romantyzowanej wizji literackiej dotyczącej tego okresu, to nie znajdzie tutaj nic nowego ponad to, co już wie. Owszem, są tutaj historie pojedynczych osób, jednak nie są one (o ile ci ludzie nie są czytelnikowi w jakiś sposób bliscy) jakoś szczególnie wyjątkowe (może poza Luisem Namierem), co jeszcze nie byłoby wadą, gdyby zostały przedstawione w sposób literacki (choć wtedy trzeba by nazwać tę książkę powieścią) – brakowało mi w tych wszystkich nazwiskach, datach i faktach oprócz porządku również emocji, ale to jest zarzut natury osobistej, wynikający z tego, co ja w książkach lubię, a nie natury ogólnej.

Podsumowując: dla mnie Dziady i dybuki to świetny materiał wyjściowy do powieści, jeśli tylko ktoś taką powieść umiałby napisać (fikcja może być bliższa prawdy niż sama prawda – tutaj zgadzam się z panem Twardochem i panem Myśliwskim). Ja lubię kiedy w opowieści mam coś co mnie przez nią prowadzi. To dlatego w czasie spotkania porównałem sobie tę książkę do dwóch dzieł pana Dehnela – Lali, która mi się nie bardzo podobała (bo nie bardzo miało mnie co przez nią prowadzić) i _Łabędz_i_,_ które podobały mi się bardzo (bo prowadziła mnie przez nią porcelana) – a w Dziadach i dybukach autor niczego takiego mi nie dał.

*

W czasie spotkania byłem w mniejszości, której się ta książka nie podobała. Ci, którym się też nie podobała podnosili podobne do mnie argumenty, głównie dotyczące chaosu. Ci, którym się podobała, zwracali uwagę również na jej „piękny język”, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Fanatyk1piorunów

@George_Stark rzuciłam tę książkę po stu stronach, nudna była jak flaki z olejem

Gruba ryba2piorunów

@KatieWee I takiego wsparcia merytorycznego bym w tym klubie książki potrzebował! 😉

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Książki

20piorunów

880 + 1 = 881

Tytuł: Szafa

Autor: Olga Tokarczuk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10

*

Wzruszam się, kiedy tu sprzątam, bo zdumiewa mnie, że można być w sposób, jakby się w ogóle nie było.

Szafa jest krótka, bo Szafa składa się z trzech tylko opowiadań. A że potrzebowałem książki krótkiej, takiej na jeden późno rozpoczynający się wieczór, zachęcony wpisem kolegi @wewerwe-sdfsdfsdf (nie że treścią tego wpisu, raczej samym faktem jego publikacji i tym, że dowiedziałem się z niego, że taka książka w ogóle istnieje) postanowiłem do Szafy sięgnąć.

W Szafie znalazłem trzy opowiadania: Szafę (to jakiś rodzaj incepcji?), Numery i DEUS EX. Najbardziej podobała mi się Szafa operująca chyba wyłącznie nastrojem, bo o co w tym opowiadaniu chodzi, to nie mam pojęcia, choć jest napisane ładnie. Chyba że jest w nim jakaś głębsza metafora, ale jakoś jej nie dostrzegłem (albo potrafiłbym dopasować ich około siedemnastu, tylko że każdą trochę na siłę). Otóż w Szafa opowiada o tym, że małżeństwo kupuje szafę, a później się w niej zamyka.

Numery, też całkiem niezłe i najdłuższe z wszystkich trzech opowiadań, to historia pokojówki, która sprząta piętro w hotelu. Ma na tym piętrze kilka pokoi, a w każdym z nich ktoś mieszka. Po pozostawionych przez gości śladach, po przedmiotach i po bałaganie pokojówka-narratorka snuje opartą na obserwacjach i domysłach opowieść o tych pokoi lokatorach. Więc może Numery to nie historia pokojówki, ale opowieść pokojówki? Smaczku dodaje (o ile to prawda, bo nie sprawdzałem, i być może tylko wydaje mi się, że gdzieś tak kiedyś czytałem), że pani Tokarczuk zanim na dobre zajęła się literaturą (albo zanim środowisko literackie zajęło się panią Tokarczuk i ją doceniło) pracowała w Wielkiej Brytanii właśnie jako pokojówka.

Numery to opowiadanie, które podobało mi się niemal tak jak Szafa, choć akurat w Numerach dokładnie wiadomo o co chodzi. To może być Numerów zaleta. Ale może to być też ich wada.

Na końcu tego zbiorku znajduje się tekst pod tytułem DEUS EX. To historia informatyka, który zajmuje się tym, że tworzy grę, w której tworzy świat. Później tym światem chwilę steruje, a jeszcze później sterować przestaje i ten świat podąża swoją drogą i nie kończy się to dobrze. To, co mnie bardzo raziło w tym opowiadaniu, to lekkość reaserchu, z jakim to opowiadanie zostało napisane. Widać, niestety, że pani Tokarczuk nie wie (a przynajmniej kiedy to opowiadanie pisała nie wiedziała) wiele o komputerach. Widać, że o coś tam kogoś tam spytała, ten ktoś być może nawet jej coś tam opowiedział, ale tekst bije po oczach płytkością i naiwnością jeśli chodzi o aspekty techniczne komputerów i może to ten zgrzyt powoduje, że jeśli jest w nim coś więcej, to to coś więcej pod tą naiwnością ginie. Jeśli zaś chodzi o samą treść, to w temacie „opowiadań kreacjonistycznych” daleko pani Tokarczuk choćby do tego, co zrobił pan Zajdel w swojej Relacji z pierwszej ręki.

Szafa jest krótka, to taka lektura na jeden wieczór (chyba że ktoś chce się na siłę doszukiwać w niej głębi, to można czytać ją i przez dwa tygodnie) i w jeden wieczór ją przeczytałem. To był całkiem miły wieczór, ale niczego w moim życiu nie zmienił. Nie pomyślałem przy lekturze o niczym nowym, na nic nie spojrzałem z innej perspektywy. Miałem w czasie lektury trochę przyjemności estetycznej, bo pani Tokarczuk potrafi pisać ładnie, ale gdybym tamtego wieczora po prostu wcześniej usnął, to myślę, że straciłbym niewiele, a może nawet bym coś zyskał, bo wyspałbym się wtedy trochę bardziej niż zwykle.

Lider4piorunów

@George_Stark

>Tokarczuk

>literatura piękna

Pick one 😂

Gruba ryba5piorunów

@NiebieskiSzpadelNihilizmu

**Literatura piękna** – rodzaj dzieł literackich o charakterze artystycznym; typ piśmiennictwa (także dzieł ustnych), do którego zalicza się wszystkie teksty o dominującej funkcji estetycznej języka, a więc dzieła literackie, w odróżnieniu od literatury użytkowej, tj. tekstów o charakterze informacyjnym, publicystycznym, naukowym itp.

Literatura_pi%C4%99knaWikipedia
Lider2piorunów

@George_Stark no okej, tylko wciąż- można napisać skończone gówno używając jak to definicja ujęła "funkcji estetycznej języka", albo innego stosowanej przez takiego Brauna grandilokwencji, żeby brzmieć mądrze, ładnie i udawać. Będzie brzmieć mądrze? Jak najbardziej. Będzie brzmieć ładnie? Oczywiście. Będzie brzmieć elitystycznie? A jakże. Czy to zmieni fakt, że pod spodem to dalej będzie skończone barachło, tylko dla niepoznaki przypudrowane? Powiem tak- możesz sobie na kartofla mówić jaśmin do porzygu, ale żadna ilość tych zaklęć nie sprawi, że nagle zacznie wyglądać i pachnieć jak jaśmin. I dzieła Tokarczukowej to właśnie taki kartofel. A sama autorka już wiele razy pokazała, że to właśnie robi, przy okazji gardząc otwarcie każdym, kto nie czyta tych jej wypocin, za co nieprzypadkowo dorobiła się określenia "arystokarczuk", a ostatnio- używając AI do pisania jakichś prymitywizmów. I naprawdę uważam, że danie jej tego Nobla- pomijając już całą tyradę za co ona go niby dostała- było bardzo złym ruchem, który wyrządził wiele złego. Bo jak inaczej nazwać to, że trafiła do kanonu szkolnych lektur (again- pominę zupełnie tu moje zdanie na temat TEGO wynalazku).

Gruba ryba0piorunów

@NiebieskiSzpadelNihilizmu

No nie musi Ci się podobać. Mnie też nie musi. Ale warto czasami zapoznać się nawet ze słabym pisarstwem żeby umieć docenić dobre, przynajmniej ja tak uważam i ja tak czytam. A pani Tokarczuk umie pisać ładnie. Czy mądrze, to zupełnie inne sprawa, ale ładnie, tak uważam, umie. No i nie wszystko musi być mądre. Czasami wystarcza, że jest ładne.

Pokaż więcej komentarzy (4)