Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#mojezdjecie

Fanatyk

w Fotografia

71piorunów

"Zimowa" droga mleczna nad Los Poleos, park narodowy Teide, po lewej udalo sie nawet zlapac galaktyke Andromedy. Niestety przywialo piasek z Sahary i widac go na zdjeciu.
Fuji xt30 + Viltrox 13mm 20s F1.8 z filtrem do redukcji zanieczyszczenia swiatlem.

    

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Fotografia

76piorunów

Dzisiejszy poranek z widokiem na Wyspy Krwiożercze, Ajaccio,

- sam wiesz...

Pokaż więcej komentarzy (11)

Mocarz

w Fotografia

17piorunów

   

Autorytet3piorunów

Aż mi się przypomniały w głowie te filmy jak Wojciech Major Suchodolski chodził i pokazywał nam te spańjałe kościoły białostockie ogulem… święta lipka, guadalupe, andrzeja boboli, i tak dalej… a tu na zdjęciu chyba katedra wniebowzięcia jest.
https://youtu.be/u6Dfd8cB4Ug?si=ePvDYoD76TBqkkml

pokazuje wam #kononowicz #major #suchodolski #szkolna17Zakaz kopiowania, kopie będą zgłaszane do usunięcia. 🛑🛑🛑 Wszelkie materiały (treści, teksty, ilustracje, zdjęcia itp.) przedstawione na tym kanale są obję...YouTube
Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Fotografia

48piorunów

  

Fanatyk1piorunów

Pozwolenie od pani na zdjęcie było?

Gruba ryba1piorunów

@Acrivec No właśnie nie. Mam nadzieję, że się tutaj nie odnajdzie i mnie nie pozwie. W sumie to się nawet zastanawiam, jakie konsekwencje mogą spotkac mnie za publikowanie zdjęć osób, ktore się na to nie zgodziły (bo ich nie pytałem oczywiście). Cała  się opiera na robieniu takich zdjęć. Ciekawe.

Gruba ryba3piorunów

@adamszuba ja jestem drażliwy na takie tematy ale to generalnie zależy czy sąd uznałby starte na wizerunku czy też nie.

Na przykład ja nie mam Facebooka i w necie są dosłownie cztery zdjęcia mojej twarzy. Czyli już jest precedens, że chciałem swój wizerunek rozpowszechniać co przy tego typu fotografiach które nie są komercyjne oznaczałoby tyle że sprawa raczej byłaby umorzona. Jednakże przy lepszym prawniku to mógłby sprawę ciągnąć i doszukiwać się jednak budowania swojej przyszłej kariery komercyjnej poprzez takie publikacje i tworzenie swojego profilu co już miałoby konsekwencje finansowe. Jak duże, nie powiem, bo sam nie wiem. No i jednak kwestia tego czy sąd nie uznałby szkody wizerunkowej gdyby zdjęcie rozeszło się viralem i stałbym się rozpoznawalny co jest uciążliwe w prawdziwym życiu. Jeżeli nie chciałbym później tego jakoś spieniężyć to już kary są rzędu dziesiątek tysięcy złotych minimum. Ktoś kto w ogóle nie ma swoich zdjęć w necie to ogólnie można to podciągnąć pod obrazę uczuć religijnych jak ktoś jest sprytny albo coś podobnego.

Ale realnie mówiąc to raczej szansę na konsekwencje są bardzo niskie jeżeli nie publikujesz ich na dużych portalach społecznościowych jak FB, Instagram czy X.

Zresztą może coś na ten temat powie @GordonLameman bo on się akurat na pewno lepiej na tym zna nawet jeżeli to nie jest jego specjalizacja.

Gruba ryba1piorunów

@DiscoKhan Kilka fotek wrzuciłem też na insta ಠ_ಠ
Fotografowie uliczni, których obserwuję wrzucają ciągle zdjęcia innych osób. Tysiące zdjęć. Nawet wystawy robią. A nawet sprzedają te zdjęcia.

Gruba ryba2piorunów

@adamszuba bo mają prawników dobrych i bo szansa na to że ktoś się zczai jest zerowa.

Albo raczej była zerowa do niedawna. Jak ludzie zaczną szukać swoich wizerunków po necie przez AI to się zrobi zabawnie.

Tylko ja też pisałem tylko z perspektywy polskiego prawa. Zaś przy międzynarodowych sprawach? No to już jest wyższa szkoła jazdy. Nie każdego będzie stać żeby zatrudnić prawnika który się za to weźmie. Bo jasne, sprawę się może i wygra ale najpierw trzeba w nią włożyć 500 tysięcy euro, takie są realia jak fotograf sam ma dobrego prawnika.

Gruba ryba0piorunów

@DiscoKhan Powyższe zdjęcie zrobiłem we Włoszech. A sfotografowałem Japonkę. Szanse na to, że trafi na swoje zdjęcie są marne. Ale nawet jeśli, to chyba najpierw powinna się skontaktować ze mną, zanim pójdzie do sądu....

Fanatyk0piorunów

@adamszuba 
nie musi się z tobą kontaktować, ale…. Nie mam pojęcia jak wygląda prawo włoskie w tej kwestii. Podejrzewam jednak że jest nieco bardziej restrykcyjne :smiley:

co cię może spotkać? Teoretycznie raczej konsekwencje finansowe.

Gruba ryba0piorunów

@tosiu to dawaj prawdziwy stan rzeczy tosiek. Akurat prawa własności intelektualnej kojarzę pobieżnie ale mnie oświeć ekspercie. Dawaj, nie krępuj się, wypunktuj mnie Janusz.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Fotografia

15piorunów

Italian fasion.
  

Fenomen3piorunów

@DiscoKhan faktycznie trochę zgredzisz 😆 gość wygląda trochę playboyowato ale ma na prawdę dobry set, nie nazwałbym go awangarda więc i się nie zdezaktualizuje z czasem, a babka w żółtym płaszczu już w ogóle super.

Gruba ryba1piorunów

@pigoku babka w płaszczu wygląda świetnie i z tym nie mam problemu ale to jest plejbojowate? xd

Wiem, że ja potrafiłem się w Holandii tak ubrać w dosyć tanie ciuchy od Coolcata że mogłem podejść do 5 dziewczyn, zapytać je o drogę, przedstawić się i wszystkie na przywitanie po rękach wycałować, żadna nie protestowała. Pleubojowato musi być względnie dopasowane a nie workowate żeby sylwetką się pochwalić. No i agresywne kolory a nie takie neutralne, ewentualnie jakieś zmysłowe jak fioletowy.

Mi to wygląda trochę na stylówe a'la alfons który jeszcze nie do końca wyczuł klimat xd

Fenomen3piorunów

@DiscoKhan ok, nie będziemy się kłócić bo przecież o jakiegoś włoskiego, podstarzałego playboja (albo nie). Niemniej wolałbym być chyba podstarzałym alfonsem, który nie wyczuwa klimatu ale właśnie wyrusza w miasto na pizze, wino i napalone polki z erasmusa niż tylko podstarzałym w tym smutnym kraju pomiędzy wschodem, zachodem, północą i południem, gdzie najbliższą dobra pizze mogę dostać w odległości 70 km.
Choć przynajmniej wino mam lepsze bo w biedrze kupuję hiszpańskie a włoskie to siki 😆

Gruba ryba1piorunów

@pigoku wina kupuj mołdawskie, tanie ale są fenomanle, w Lidlu powinny być. Generalnie bałkańskie są bardzo dobre, żeby lepsze dostać to nawet nie francuskie tylko raczej kalifornijskie albo chilijskie trzeba dorwać. Dobre francuskie to są w takich cenach że to głowa mała, sam nie piłem tych najlepszych ale ponoć i tak te z Ameryk lepsze.

No i gruzińskie rzecz jasna. Głównie trzeba patrzeć na kraj pochodzenia, bo koniec końców zrobienie zwykłego wina to nie jest wcale żadna filozofia. Ilość słońca i jakość gleby ma znaczenie. Akurat Włochy mają glebę kiepską xd

Gruba ryba1piorunów

@pigoku poza tym to ja obecnie bym wcale we Włoszech nie chciał na stałe mieszkać. Przezoeczość znacznie wyższa niż w Polsce no i naprawdę trzeba mieć dobrą pracę żeby żyć w miarę przyzwoicie tam, bo wszystko drogie, od wynajmu po ubrania. Jedzenie chyba jeszcze w miarę.

Pokaż więcej komentarzy (13)

Mocarz

w Hydepark

56piorunów

   

Gruba ryba0piorunów

Jaki to obiektyw?
Poza tym, tak mi się skojarzyło i to bynajmniej nie przez niebo (pic) Widziałeś ten film?

Gruba ryba0piorunów

@MarcusViking 
Dokładnie "niestety" :stuck_out_tongue_winking_eye: Możesz to jeszcze naprawić. To "Vidocq" z 2001. Nie pożałujesz. Historia jak historia (chociaż nie jest jakaś zła, zwłaszcza na tle dzisiejszych produkcji), ale realizacja.. "Zdjęcia"* dokładnie. Nie widziałem takiego filmu przedtem ani nigdy potem. Nie mówię, że nie ma takich. Ja nie widziałem.

*tak, zdjęcia są w cudzysłowie :slightly_smiling_face:

Mocarz0piorunów

@KLH2 dzięki za polecenie, postaram się zobaczyć, jak oczywiście gdzieś go znajdę w internecie bo na żadnej platformie streamingowej go nie ma 😛

Pokaż więcej komentarzy (9)

Gruba ryba

w Hydepark

34piorunów

Warto było wybrac sie w górki na wschod:)

Gruba ryba1piorunów

@nxo przepięknie, mój tegoroczny plan podróży zahacza o Korsykę - oby udało się go zrealizować :smiley:

Gruba ryba0piorunów

@ciszej oO zajefajnie, polecam, gdyby trzeba było polecic jakies gorko, szlaki, miasteczka, to jestem do usług:)
No i oczywiście jak będziesz w okolicy Propriano to hejtopiwo obowiazkowo:)

Pokaż więcej komentarzy (3)

Osobistość

w Podróże

135piorunów

Po raz kolejny podczas tej wyprawy mój budzik zadzwonił nieludzko wcześnie, ale tak jak przy poprzednich razach czułem niesamowitą ekscytację, teraz dominowało zmęczenie i jakiś niewytłumaczalny marazm. A przecież tego dnia miałem oglądać Machu Picchu - jedno z dwóch miejsc, poza Patagonią, które koniecznie chciałem odwiedzić podczas mojej podróży do Ameryki Południowej. Skąd więc ten niedobór entuzjazmu? Być może brał się on z braku wiary, że to hiperturystyczne miejsce z pieczołowicie wyznaczonymi ścieżkami zwiedzania, ścisłymi regułami i tabunem ludzi, zapewni mi choć w połowie tak pięknych emocji, jak na przykład trekking po parku Torres del Paine, szlaki w okolicach El Chalten, wspinaczka na Pedra da Gavea, czy choćby dopiero co ukończony Salkantay Trail. Ten wyjazd pozwolił mi zrozumieć, w jakich okolicznościach czuję się naprawdę wolny i szczęśliwy. Wycieczka na Machu Picchu zdawała się nie do końca spełniać te kryteria.

Zwlokłem z łóżka się nieco ospale i hostel opuściłem kwadrans później niż zakładałem. Mój bilet pozwalał mi wejść na teren zaginionego miasta Inków między 6 i 7 rano. Planowałem być pod bramami jako jeden z pierwszych, dlatego musiałem się sprężać. Tak właściwie to nie musiałem, ale chciałem, z niewyjaśnialnych racjonalnie przyczyn - tak już mam, że lubię na szczyty docierać jako pierwszy. Choć nie na wszystkie (he he). Miałem do przejścia jakieś 4 kilometry, w tym 500 metrów podejścia w pionie - idealnie na poranny rozruch. Pod bramy miasta dało się też wygodnie dojechać autobusem kosztującym jakieś 20 dolarów, ale moja dusza Poznaniaka nie zezwalała na takie zbyteczne wydatki, no i przede wszystkim nie przyjechałem w Andy jeździć autobusami - uwielbiam wszelakiego rodzaju łażenie po górach i satysfakcja z dotarcia na jakiś punkt widokowy jest wielokrotnie większa, jeśli towarzyszy temu wysiłek fizyczny.

Okazało się, że już na starcie marszu nieco pomyliłem trasę. Tuż obok hostelu przebiegała linia kolejowa, której kilkaset metrów dalej zaczynała towarzyszyć równolegle droga prowadząca pod same bramy parku (zresztą szedłem tym odcinkiem ledwie dwa dni wcześniej, gdy kierowałem się do Aguas Calientes). Ze względu na panujące wciąż ciemności i fakt, że moja najtańsza czołówka z Decathlonu nie pozwalała się rozeznać w otoczeniu dalszym niż dwa metry, przegapiłem moment, w którym należało zejść z chodnika wiodącego wzdłuż torów w stronę tej drogi właśnie. Chodnik skończył się w miejscu, w którym od drogi oddzielały mnie jakieś chaszcze i stromizna nasypu kolejowego. Żeby nie tracić czasu na cofanie się, ani nie przedzierać przez zarośla, postanowiłem kontynuować marsz wzdłuż torów - pamiętałem, że gdzieś dalej będzie łagodne zejście. O czym jednak nie wiedziałem, najpierw trzeba było przejść wydrążonym w skale wąskim tunelem. U jego wylotu widniała tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie śmierci - faktycznie, gdyby ktoś znajdował się w tunelu akurat gdyby przejeżdżał przez niego pociąg, nie byłoby się gdzie schować - za ciasno. Przystanąłem, wstrzymałem na chwilę oddech i zacząłem nasłuchiwać otoczenia. Jedyne co dobiegało moich uszu, to szum krwi pędzącej napęczniałymi od energicznego marszu żyłami. Z pewnością w odległości nawet kilku kilometrów nie jechał żaden pociąg, mogłem więc bez obaw wejść do tunelu, swoją drogą - niezbyt długiego.

Po pewnym czasie udało mi się dotrzeć do drogi i punktu kontrolnego - zanim dotarło się na górę pod same bramy Machu Picchu, trzeba było jeszcze przejść mostem nad rzeką Urubamba i okazać strażnikowi parku bilet wstępu oraz paszport. Punkt kontrolny właśnie został otwarty i dopiero zaczął przepuszczać czekających pod nim ludzi - przede mną dotarło tu już około 30 osób. Kawałek za mostem zaczynało się strome podejście pod górę wąską ścieżką dla pieszych (nieopodal ścieżki wiła się serpentynami droga dla autobusów). Dość szybko zacząłem wyprzedzać kolejne osoby, choć nie zawsze było to możliwe ze względu na szerokość ścieżki. Nie forsowałem tempa jakoś znacznie, ale szedłem moim typowym, energicznym krokiem bez przystanków. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku minutach sam zostałem wyprzedzony. Takie rzeczy zdarzają mi się wyjątkowo rzadko, więc z uznaniem patrzyłem na plecy niespecjalnie młodego, ale ewidentnie wysportowanego gościa, który połykał kolejne metry bez cienia zadyszki.

Pod bramami parku byłem kilka minut przed otwarciem. Jakimś cudem czekało tu już jakieś 10 osób, wyglądających na względnie wypoczęte - musieli się tu dostać trochę wcześniej. Ja z kolei byłem spocony fest. Miałem ze sobą suchą koszulkę na przebranie (właściwie to miałem cały swój bagaż, z którym szedłem szlakiem Salkantay), ale postanowiłem zmienić ciuchy dopiero po wygaszeniu gwałtowności przebiegających procesów termoregulacji - w przeciwnym razie ta druga koszulka też byłaby po chwili mokra, a mimo wszystko było dość rześko.

Na terenie Machu Picchu nie dało się zgubić - precyzyjnie wytyczone ścieżki, ogrodzone gdzie trzeba barierkami ze sznurków, subtelne, lecz łatwo dostrzegalne drogowskazy i stojący co kilkadziesiąt metrów pracownicy obsługi, wskazujący turystom drogę w zależności od posiadanych przez nich biletów. Góra Wayna Picchu? W prawo. Cytadela? Prosto. I tak dalej.

Po zaledwie kilku minutach docieram do miejsca, skąd rozpościera się widok znany z pocztówek i tysięcy zdjęć Machu Picchu krążących po internecie. Nawet drewniane tabliczki na szerokim trawiastym tarasie sygnalizują, że to właśnie tu warto pstryknąć fotkę. Warunki pogodowe jednak nie zachwycają - jest dosyć szarawo, a charakterystyczna góra znajdująca się w tle inkaskiego miasta i dodająca mu niesamowitego uroku, tym razem częściowo niknie w chmurach. Przymierzam się do zdjęć, ale to co widzę w obiektywie nie powala. Słyszę dość stonowane ochy i achy turystów obok. Chyba też liczyli na coś więcej. Po kilku minutach ruszają za swoimi wynajętymi przewodnikami, zgodnie z dalszym kierunkiem zwiedzania. Ja nie zdecydowałem się na przewodnika - czy to przejaw ignorancji i przeciętnego zainteresowania historią (troszkę się to u mnie zmieniło od czasów pisania matury właśnie z historii), czy też skąpstwo, nie pozwalające na ponoszenie "zbędnych wydatków", czy chęć zwiedzania we własnym tempie i możliwość np. zostania w tym punkcie widokowym przez kolejnych kilka godzin w oczekiwaniu na lepsze warunki pogodowe - wszystkie odpowiedzi są prawidłowe. Nie ukrywam jednak, że ta trzecia opcja miała największą wagę i przyniosła też najwięcej korzyści.

Jednym z powodów kupienia przeze mnie biletu zezwalającego na wstęp o 6 rano była możliwość obejrzenia Machu Picchu w różnych porach dnia, a jak się też finalnie okazało - podziwiania go w pełnej krasie po kilku godzinach słabej widoczności. Wcześniej doczytałem, że nikt z obsługi nie zmusza do przechodzenia dalej - jedyne ograniczenie dotyczące przemieszczania się stanowiło, że nie można się cofać - szlak był jednokierunkowy. I faktycznie, gdy postanowiłem przetestować te zasady w praktyce, po kilku krokach zostałem powstrzymany przez jednego z pracowników.

- W górę nie wolno, tylko w dół!
- A mogę chociaż podejść w tamto miejsce? To tylko 10 metrów stąd.
- Nie, szlak jest jednokierunkowy.

I tak oto wróciłem na trawiasty taras.

Do wieczornego pociągu w stronę Ollantaytambo (skąd ruszałem dalej do hostelu w Cuzco) miałem jeszcze ponad 12 godzin. Teoretycznie mogłem zostać w Machu Picchu prawie do jego zamknięcia, co następowało o 17:00. Szkopuł w tym, że toalety znajdowały się jedynie przy wejściu, musiałem więc spożywać wodę w rozsądnych ilościach, aby moich planów rozkokoszenia się na dłużej w głównym punkcie widokowym nie zrujnowały potrzeby fizjologiczne. Nie, wylanie się na terenie świętego miasta Inków nie wchodziło w rachubę 😉 Przyznam jednak, że i tak odrobinę zakłóciłem powagę tego miejsca, na co spoglądam teraz z lekkim wstydem. Otóż postanowiłem wyjąć z plecaka i powiesić na kamiennym murku moją wilgotną od potu koszulkę, żeby odrobinę przeschła. Zrobiłem to raczej w ustronnym miejscu, żeby się nie rzucało w oczy (ten taras był naprawdę długi i szeroki), ale i tak po kilkunastu minutach dobiegł mnie głos jednego z przewodników, który wskazując na moje ciuchy szukał winowajcy. Pokornie podszedłem i przeprosiłem, unikając jego gromiącego wzroku. Na szczęście żadne reperkusje mnie nie spotkały - po prostu dokańczałem suszenie siedząc na trawie i rozkładając wciąż odrobinę wilgotną koszulkę na kolanach.

Zdarzeń przykuwających uwagę pracowników kompleksu było więcej, choć już na szczęście bez mojego udziału. Najczęściej interweniowali z powodu... robionych zdjęć. Może to budzić zdumienie, ale niektóre zachowania lub pozy były zakazane. Na przykład popularne wśród wszelakiej maści instagramerów podskoki (aby być uchwyconym na zdjęciu w locie) - gdy tylko którykolwiek z pracowników dostrzegał takie zachowanie, już z daleka krzyczał "stop!", energicznie podchodził, tłumaczył, że podskoki są niedopuszczalne i... kazał usuwać zdjęcie. Dokładnie tak - żądał pokazania kilku ostatnich fotografii i nie odchodził dopóki dany gagatek, lub gagatkini, nie wykasowali tych, które łamały regulamin. Na pytania co jest złego w podskokach, odpowiedź brzmiała - bo jest to niebezpieczne dla stabilności gruntu. Tak jak absurdalnie może to brzmieć, coś w tym jest. Te trawiaste tarasy były co prawda wzmocnione kamiennymi murkami, ale wszystko to zostało zbudowane przez Inków setki lat temu i z tego co później doczytałem, osunięcia ziemi w Machu Picchu i okolicach nie były niczym nowym. A że podskoki mimo wszystko generują wyraźnie większe obciążenie dla podłoża niż zwyczajne chodzenie - wszystko składało się nie miarę sensowną całość. Może jedna podskakująca osoba aż takiej krzywdy by nie wyrządziła, ale gdyby to była grupa - sytuacja mogłaby być zupełnie inna. A czemu kazali kasować zdjęcia? Zapewne po to, by nie rozprzestrzeniały się po sieci i nie inspirowały rzesz turystów do podobnych zachowań.

Ograniczeń co do zdjęć było więcej - głośnego sprzeciwu i żądań usuwania fotografii doczekała się np. para, w której mężczyzna unosił swoją partnerkę 20 centymetrów ponad ziemię, dziewczyna pozująca na leżąco, czy facet bez koszulki. W tych wypadkach jako powód interwencji podawana była powaga miejsca - bardzo ważnego w historii i kulturze Peruwiańczyków. Wyglądało zatem na to, że fiaskiem zakończą się moje własne plany posiadania zdjęcia w dość nietypowej pozie, o którego zrobienie proszę ludzi w różnych ciekawych częściach świata. Z pewnością obsługa parku natychmiast by zaprotestowała. Pomyślałem jednak - a co tam, spróbuję ich przechytrzyć. Uważnie obserwowałem pracowników patrolujących teren i gdy tylko droga odwrotu stała otworem - prześlizgnąłem się pod prąd jednokierunkowego szlaku o dwa tarasy wyżej. Tu z racji nieco gorszego widoku i niewielkiej ilości miejsca praktycznie nikt się nie zatrzymywał - nie było więc też czujnych pracowników obsługi. Poczekałem chwilę na pojawienie się dwójki turystów i poprosiłem ich o uwiecznienie mojego absolutnie haniebnego występku 😉 Nie ma to jak próżność. W każdym razie misja zakończyła się sukcesem i tak oto wróciłem niezauważony na główny taras.

Będąc wciąż przy temacie zdjęć - wcale nie tak łatwo o ludzi, którzy pstrykną przyzwoitą fotkę. Prosiłem kilka różnych osób o przysługę i albo ktoś palec wsadził w obiektyw, albo walił foty nie bacząc na to, że właśnie ktoś wlazł w kadr, albo ucinał najważniejsze elementy krajobrazu. No prosisz kogoś - "na tle tej góry" - po czym na zdjęciu widzisz, że szczyt został zdekapitowany i wygląda jak pół d⁎⁎y zza krzaka. Jobla idzie dostać. Mnie jak ktoś prosi o foty, to robię z 10 ujęć, ustawiając ludzi tak jak trzeba i choć fotografem nie jestem, ani żadnego kursu nie kończyłem (zresztą nie mam nawet aparatu poza tym w telefonie), takie zwykłe pamiątkowe zdjęcia wychodzą mi w miarę nieźle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o wszystkich innych turystach. Gdy już więc bardzo mi zależy na posiadaniu dobrej pamiątki ze sobą w roli głównej (a nie zdarza się to aż tak często), pokazuję jak dokładnie ma wyglądać kadr, proszę by dana osoba pomogła mi się ustawić precyzyjnie na tle X czy Y i wtedy szanse na zadowalający efekt są niezerowe.

Po niecałych czterech godzinach mojego koczowania w głównym punkcie widokowym w końcu wyszło trochę słońca. Sielanka nie trwała zbyt długo, ale wystarczająco, by i zrobić kilka zdjęć i po prostu pogapić się przed siebie w spokoju. Gdy już powoli rozmyślałem, czy jest sens dalej siedzieć w tym samym miejscu czy iść dalej, na trawiastym tarasie pojawili się osobliwi goście - lamy. Przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego mogą sobie one hasać jak chcą po całym kompleksie i czy ściągnięto je tam po to, żeby było bardziej klimatycznie dla turystów - tak jak na na Tęczowej Górze, gdzie w kilku miejscach stali lokalsi z lamami i alpakami gotowymi do pozowania do zdjęć za pieniądze. Lamy z Machu Picchu nie były jednak dorobkiewiczami - po prostu były u siebie. Zwierzęta te zostały udomowione jeszcze przed czasami inkaskimi i na terenie Machu Picchu przechadzaly się od zawsze - to ich naturalne środowisko. Najwyraźniej ich wpływ na stan murów i innych elementów zabytku klasy zero oceniono jako w najgorszym wypadku neutralny, skoro wciąż mogą się tam spokojnie przechadzać. Właściwie to wyręczają ludzi w utrzymaniu przystrzyżonej trawy, więc w pewnym sensie pomagają dbać o ten teren.

Wracając do historii - gdy tylko w punkcie widokowym pojawiły się lamy, oczyma wyobraźni widziałem już kadr, w którym lama beztrosko spogląda przed siebie, a w jej tle prezentuje się zaginione miasto Inków. Niestety gdy tylko dwie lamy ustawiły się w idealnym dla mnie miejscu, otoczył je tłum ludzi pragnących zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ich piski i energiczne kroki szybko zniechęciły zwierzęta, które wycofały się na bezpieczny perymetr. Wciąż jednak były blisko, więc istniała bardzo realna szansa, że podejdą raz jeszcze. Licząc, że tak właśnie będzie, postanowiłem pozostać w punkcie widokowym jeszcze przez chwilę. Co prawda siedziałem tam już od czterech godzin, ale co tam - widoki były bardzo przyjemne, a mi się nie spieszyło. Lepsze to niż siedzenie w knajpie w Aguas Calientes w oczekiwaniu na pociąg.

Po jakichś dwóch godzinach lamy powróciły w najbardziej fotogeniczne miejsce. Tym razem na szczęście znajdujący się obok turyści nie byli nachalni, więc zwierzęta mogły się spokojnie rozgościć. Czuły się bardzo swobodnie wśród ludzi, więc nawet gdy ktoś ostrożnie do nich podchodził, aby zrobić sobie selfie, nie protestowały. Dawały się nawet głaskać. Zastanawiałem się, czy obsługa parku nie będzie powstrzymywać ludzi przed zbliżaniem się do zwierząt, ale nic takiego nie miało miejsca. Dopóki ktoś nie przekroczył jakiejś niewidzialnej granicy w zachowaniu, nie interweniowali, a nawet pomagali robić pamiątkowe zdjęcia z lamą. Mi samemu udało się wykonać kilka fajnych fotografii lam na tle gór i samego inkaskiego miasta, cyknąłem też na życzenie zdjęcia paru osobom w otoczeniu tych przemiłych zwierząt, ale zanim ktoś mi się odwzajemnił, lamy ponownie odeszły kilkadziesiąt metrów dalej. Miałem z nimi co prawda jakieś zdjęcia, ale nie byłem z nich w pełni usatysfakcjonowany, bo albo ktoś pchał mi się w kadr, albo poproszona o zrobienie fotografii osoba zupełnie nie zwracała uwagi na kompozycję i tło. Najlepiej wyglądały zrobione przeze mnie selfiaki, ale potencjał był wyraźnie większy. Postanowiłem więc czekać dalej.

Po blisko 8 godzinach mojego siedzenia na tym samym trawiastym tarasie, lamy pojawiły się w punkcie widokowym po raz trzeci. Tym razem nie bawiłem się w żadne konwenanse, tylko od razu poprosiłem osobę wyglądającą na najbardziej ogarniętą o zrobienie takiego, a nie innego zdjęcia. Szczęśliwie ludzi było wtedy akurat dość niewiele, więc nikt mi nie właził w kadr. No i w końcu udało się! Nie żeby to było najlepsze zdjęcie świata, ale było wystarczająco dobre, aby służyć za miłą pamiątkę. Jako że moja misja zakończyła się sukcesem, po odwzajemnieniu przysługi byłem wreszcie gotów ruszać dalej. Było już po godzinie 14. Przejście reszty trasy zwiedzania zajęło mi około godzinę. Nie liczcie tu na jakieś dłuższe opisy - już wystarczająco się napłodziłem jeśli chodzi o tekst w tym wpisie. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś wykazał się wystarczającą determinacją i cierpliwością, żeby dotrwać do tego fragmentu. Poprzestanę na bardzo zdawkowym - "też było bardzo ładnie".

Po godzinie 15:30 wychodziłem z terenu Machu Picchu. Czekała mnie albo jazda drogim autobusem, albo spacer tą samą drogą, którą tam dotarłem. Wybór był banalnie prosty - już się wystarczająco nasiedziałem tego dnia. Schodzenie było szybkie, lekkie i przyjemne (moje kolana pewnie lekko by protestowały czytając te słowa, ale kto by ich tam słuchał). Gdy już dotarłem do Aguas Calientes, wstąpiłem na jakiś nieco lepszy obiad, aby odpowiednio zacelebrować ten dzień, a później powolnym krokiem udałem się na stację kolejową, skąd odjeżdżał mój pociąg do Ollantaytambo.

Na dworcu było mnóstwo ludzi - zarówno turystów, jak i Peruwiańczyków. Szczerze wątpiłem, by wszyscy płacili identyczną stawkę za bilet. Najwyraźniej okoliczni mieszkańcy jechali innym pociągiem, niedostępnym dla obcokrajowców. Ja w każdym razie długo szukałem tańszej opcji powrotu z Aguas Calientes, ale dla gringos takich jak ja dostępne były tylko bilety po 50 dolarów, dające wstęp do "luksusowego, panoramicznego pociągu". Ale cóż mi było po przeszkleniach, skoro było już ciemno - i tak niczego nie dało się po drodze zobaczyć. Luksusowość przejazdu też była wyolbrzymiona - ot standard europejski.

Pociąg dojeżdżał wyłącznie do Ollantaytambo, a stamtąd czekało mnie jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogi do Cuzco. Na szczęście, gdy decydowałem się na bilet na pociąg, nie kombinowałem, tylko kupiłem opcję z opłaconym już transferem do miasta docelowego. Niby wiedziałem, że nieco taniej będzie znaleźć transport na własną rękę, ale już nie chciałem się w to bawić i zapłaciłem za spokój ducha i komfort. Faktycznie, po wyjściu z pociągu podróżnych otoczyła chmara busiarzy i taksówkarzy oferujących swoje usługi za kwotę niższą niż ta, którą już zapłaciłem, ale różnica była relatywnie niewielka. Nie miałem więc czego żałować.

Dzieląc się już ostatnią anegdotą, w pociągu siedziałem obok grupy młodych Anglików. Mieli identyczne bilety z łączonym transferem jak ja, więc konduktorka poinstruowała nas uprzejmie, że zaraz po zatrzymaniu się pociągu mamy wysiąść i podążać za nią w stronę opłaconego autobusu. Pokazała tabliczkę, której mieliśmy szukać nad głowami i spytała czy wszystko jest jasne. Kiwnąłem głową, bo prościej wytłumaczyć się nie dało. Brytyjczycy jednak wyglądali na skonfundowanych, więc jeszcze raz wyłożyła im wszystko jak kawa na ławę. Niby podziękowali za doprecyzowanie, ale miałem jakieś dziwne wrażenie, że nie ogarniali do końca. A przecież konduktorka posługiwała się angielskim, a więc ich ojczystym językiem. Skoro ja wszystko idealnie zrozumiałem, czemu oni mogli mieć z tym problem? W każdym razie w Ollantaytambo pociąg zatrzymał się, wszyscy wysiadają, zaczynam iść za konduktorką trzymającą w górze wyraźnie widoczny znak i słyszę kątem ucha, że jedna z dziewczyn z brytyjskiej grupy sygnalizuje swoim ziomkom, że idzie do sklepu. Nie przejmuje się tym zbytnio, bo myślę że może tylko wodę chce kupić i że jej znajomi trzymają rękę na pulsie, żeby nie zgubić reszty grupy. Dochodzimy do autobusu 200 metrów dalej, konduktorka po kilku minutach zaczyna liczyć ludzi i... oczywiście brakuje Brytyjczyków. Podchodzę, mówię, że wchodzili po drodze do jakiegoś sklepiku i że mogę po nich pobiec. Babka kiwa głową, obiecuje nie ruszać beze mnie, więc biegnę do sklepiku, przy którym ostatnio widziałem niesfornych Anglików. Tam jednak ich nie ma. Sprawdzam obok i jeszcze dalej i jeszcze jeden - nic. Zarzucam poszukiwania, bo nie jestem przecież ich prawnym opiekunem - chcę wrócić do hostelu i się wyspać. Wchodzę do busa, mówię kobiecie, że nigdzie ich nie widzę, a ta decyduje o odjechaniu bez nich na pokładzie.

- Może zdecydowali się wrócić na własną rękę. Albo woleli zostać na noc w Ollantaytambo - kwituje.

Jej decyzja mnie cieszy, bo nie tracimy czasu, tylko ruszamy w stronę Cuzco. W hostelowym łóżku ląduję dopiero chwilę przed północą i zasypiam jak kamień.

    

Fanatyk8piorunów
Zdziwiłbym się, gdyby ktoś wykazał się wystarczającą determinacją i cierpliwością, żeby dotrwać do tego fragmentu.

Hehe. Poza tym to chyba pierwsze Twoje  na hejto. Jakoś nie przypominam sobie innych. A fotki ładne. Zdziwiła mnie niednokierunkość szlaku.

A najbardziej to, że miałeś tak sporo wydarzeń... A nadal tyle detali pamiętasz. W którym roku podróżowałeś i finalnie ile zajęła Twoja podróż? Bo tyle opowiadania jakbyś tam z 3 lata mieszkał. To bym chyba intensywny czas.

Osobistość5piorunów

@Atexor chyba już wcześniej gdzieś pojawiła się morda (pierwsze wejście na Pedra da Gavea) 😉

Faktycznie trochę tych detali jeszcze pamiętam, choć to są wszystko wydarzenia z 2022 roku. Ale zaraz przeniesiemy się w rejon Huaraz i na ten moment aż tyle nie kojarzę z poszczególnych dni. Pewnie patrząc na zdjęcia coś sobie przypomnę.

Cała podróż była podzielona na 2 etapy - styczeń 2022 w Chile, potem powrót do Polski i w Ameryce Południowej lądowałem w połowie kwietnia tego samego roku, by po 2 miesiącach i 1 tygodniu być z powrotem w kraju. Czyli łącznie nieco ponad 3 miesiące.

No i dziękuję za przeczytanie całości!

Pokaż więcej komentarzy (31)

Gruba ryba

w Fotografia

29piorunów

Ostatnim razem, tuż po opuszczeniu parkingu pod Rusinową Polaną chwilę po zachodzie słońca moim oczom ukazał się taki oto widok na Tatry, nie mogłem odpuścić więc pognałem z aparatem ;)

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Hydepark

36piorunów

Takie halo wokół księżyca.
Widzę to normalnie na żywo.

  

Pokaż więcej komentarzy (12)