Moim zdaniem:
1. Zarówno ja jak i (wydaje mi się) państwo przyjęliśmy rodzinę (małżeństwo kobiety z mężczyzną) jako bazę, jako jedność. W tym konserwatywnym pojęciu rodziny jako jednostki można przyjąć, że przeciętny mężczyzna dłużej nadaje się do pracy, niż przeciętna kobieta, a skoro razem tworzą jednostkę, to bardziej te jednostkę interesuje suma wieku emerytalnego, niż wiek emerytalny pojedynczych składowych. Osobiście cieszę się, że moja matka, żona, kiedyś córka wcześniej pójdą na emeryturę, dzięki pracy mojej, mojego ojca, syna.
2. Poświęcenie kobiety, aby nosić dziecko w brzuchu, potem je urodzić, wychowywać, jest dużo większe, niż poświęcenie ojca (generalizując, wiadomo że są tragiczne matki i święci ojcowie). Niższy wiek emerytalny dla kobiet jest ukłonem w ich stronę.
Rozumiem również drugą stronę, bo sam się długo do niej zaliczałem. Jestem w stanie zaakceptować opcję, gdzie obie płci mają podwyższony wiek emerytalny, jeśli byłoby to podparte np. załamaniem ZUS. Jestem też w stanie zaakceptować rozwiązanie, gdzie kobieta nabywa niższy wiek emerytalny z każdym dzieckiem, przekonany zmianą tendencja w społeczeństwie co do rodzenia dzieci.