Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

mkbiegaOsobistość

Dołączył/a:

  • 332 wpisów
  • 676 komentarzy
  • 1 obserwujących

Fanatyk

w Sport

33piorunów

Gwiazdy grzmią: przegięcie. Tak ukrócą "ujęcia odsłaniające"

— To było grube przegięcie — denerwuje się na łamach WP SportoweFakty Joanna Jóźwik. — Widziałam kiedyś perfidne zbliżenia na pupy dziewczyn podczas mistrzostw Polski juniorów młodszych — wtóruje jej u nas Pia Skrzyszowska. Powstały szczegółowe wytyczne, jakich kadrów

Lider

w Hejtopiwo

52piorunów

II HejtoPiwo Grudziądz – to już pojutrze!

25.07.26 na Plaży Miejskiej Rudnik o godzinie 18:00. Na chwilę obecną mamy 14 potwierdzonych uczestników.

Kwestia organizacyjna: za rezerwację miejsca na ognisko + drewno Moriw liczy sobie 200zł. Proponuję zrzutę po 20zł i zakupię za to też kiełbasę, chleb i jakieś sosy. Za całość wykładam ja, zrzutka dobrowolna już na miejscu. Jakieś piwka, bądź inne napoje we własnym zakresie.

24.07.26 biforek dla chętnych na grudziądzkim rynku o godzinie 18:00. Posiedzimy pewnie w jakimś ogródku piwnym.

W sobotę dam jeszcze znać czy nie pojawimy się wcześniej na plaży, żeby popływać czy pograć w siatę.

Do zobaczenia! 😁

Pokaż więcej komentarzy (22)

Fenomen

w Wszechrzecz

46piorunów

Jak rozmawiam z różnymi ludźmi to przy tematach związanych z urzędami itp. zawsze słyszę, że "a bo ci urzędnicy, to są tacy-owacy, nieuprzejmi itp.".

A teraz : Ludzie pracujący w urzędach w większości są mili*.

A teraz pytanie do Was. Jak to widzi ?

*-tylko trzeba tez byc miłym dla nich 🙃

Czy pracownicy urzędów (itp.) z reguły są mili?

  • Tak72% (281 głosów)
  • Nie12% (48 głosów)
  • Check engine16% (64 głosy)

393 głosów

Pokaż więcej komentarzy (39)

Inspirator

w Hydepark

104piorunów

Ostatnio popełniam chyba błąd, bo postuję na grupie mojego miasta na

Doznaję naprawdę szoku jak ludzie siedzący na tej platformie nie mają żadnego kręgosłupa moralnego (wiem, że każdy to wie, ale jak się dostaje odpowiedzi na swój własny post, to jest inny poziom zdziwienia). Zawsze muszą stanąć w kontrze i upierać się przy swoim, nawet jak nie mają racji. Bronią postaw, które nie mają podparcia ani w moralności, ani w prawie.


Kobieta stanęła na miejscu dla rodzin z dziećmi pod Lidlem swoim wielkim SUVem. Wychodzi z auta w pojedynkę, idzie do sklepu, wraca do auta. Zwracam jej uwagę to ignoruje. Piszę o tym na grupie miasta to lecą wyzwiska w moją stronę i słowa poparcia dla zachowania kobiety.

Miałem sytuację, że gość jechał mi prosto na czołówkę. Parę kilometrów dalej powtórka. Co chwilę ktoś jeździ 90km/h w terenie zabudowanym itd. Napisałem o tym na grupie, to lecą same "haha" i teksty w stylu "na złość będę jeszcze szybciej jeździł"

Ludzie... Aż strach pomyśleć kogo mijam na ulicy. Wydaję mi się, że nie mam żadnego znajomego z takim gwoździem w głowie. Gdzie Ci ludzie się ukrywają

Pokaż więcej komentarzy (60)

Osobistość

w Sztafeta

24piorunów

23 536,49 + 19,20 = 23 555,69

Witam serdecznie,

Co też przespana noc robi z człowiekiem. Dzisiaj dzień sprawdzianu, a cała jednostka przedstawiała się następująco:

- 3km rozgrzewki

- 8 minut sprawności,

- sprawdzian na 2 km

- 1km na odzyskanie oddechu

- 6x1km w tempie maratońskim

Sprawdzian zrobiłem nie na 100%, bo okazało się, że pierwszy kilometr czmyknalem za wolno, drugi był szybszy i miałem jeszcze wciąż zapas. Ostatecznie wyszło mi 7.05 na tym odcinku i dziś była dyspozycja żeby te 7minut złamać, no ale nie wyszło.

A potem kilometrówki? Myślałem że będę rzeźbił, a zegarek mnie często upominał, że w zasadzie to trochę za szybko lecę.

Po tych gorących dniach, 15 stopni rano to też było niezłe orzeźwienie, które zdecydowanie mi pomogło. Jutro tylko jakiś funkcjonalny trening i tydzień odklepany.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Osobistość

w Sztafeta

26piorunów

23 372,44 + 14,54 = 23 386,98

Bieg z wczoraj. Tragedia jak nie wiem co, temperatura niby odpowiednią, ale samopoczucie przy tempie 5:50 jakby mnie ktoś właśnie buldożerem przejeżdżał. No rzeźbiłem niesamowicie.

Moja teoria to efekt nieprzespanych nocy przy upałach, gdzie w sypialni miałem w zasadzie 28 stopni i wstawałem spocony bardziej niż po treningu, a moje HRV gryzło gruz. A w łóżku nie byłem w stanie spędzić więcej niż 6h.

Ale mimo to trening odpalony, teraz w najbliższych dniach powinno być nieco lepiej, ale przed kolejnym sezonem to się rozejrzeć za klimatyzacja...

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Bieganie

267piorunów

Debiut i Zwycięstwo – Ultramaraton 101 km

Wystartowaliśmy kilka minut po 21:00. Temperatura przyjemna, słońce już zaszło, jeszcze całkiem widno było. Pierwsze kilometry wzdłuż morza, po plaży na przemian z wbieganiem po górkach kępy Redłowskiej i klifów Orłowskich. Po 5 kilometrze czas na pierwszy żel. Generalnie miałam taką zasadę, aby przyjmować coś do jedzenia co 5-6 kilometrów (Miałam ze sobą żele, batoniki, żelki i ciasteczka zbożowe). Pod drzewami już zauważalnie ciemno, czołówka poszła w ruch. Trasa pokręciła nas po Kolibkach. Koło dyszki wsunęłam batonika. Zdobyłam „kolegę” który mi towarzyszył do 54 kilometra. Okazało się, że nie ma żadnego sportowego zegarka z wgranym GPX, zatem leci tak jak znajdzie oznaczenie trasy (odważnie). Zostałam jego nawigatorem. 1 Punkt odżywczy na 13 km. Uzupełnienie softflasków na maksa, wsunęłam 2 kawałki sera, dwa paluszki, banana, kilka chipsów. Spojrzałam na mapę trackerów uczestników i zauważyłam, że chyba jestem pierwszą babą (chyba, bo na początku dosyć świrowały te nadajniki i niektórych pokazywało absurdalnie daleko). Dobra, to trzeba się zbierać. Na punkcie spędziłam nie całe 5 minut. Złapałam jeszcze krówkę na drogę.

Kilometr 14-15 – wykręciłam prawą kostkę. Poczułam charakterystyczne, nie mocne, chrupnięcie w kostce (miałam zza czasów szkolnych 2x skręconą kostkę i znam dobrze ten moment). Przez ułamek sekundy już miałam, a co jak to będzie już DNF? To fajny miałaś ultramaraton. Dwóch Panów (w tym koleżka) od razu mnie złapali z troski, gdyż delikatnie się przewróciłam pod wpływem przekręcenia kostki za co dziękuję. Stwierdziłam, że lecę dalej, „rozbiegam”. No i faktycznie, po 300-400 metrach kulejącego truchtu ból zszedł. Dalej na punktach obserwowałam tą kostkę, czy pod wpływem chwilowego odpoczynku kostka nie zaczyna puchnąć, bądź pod wpływem powrotu do pracy nie odczuwam jakiegoś strukturalnego bólu. Nic takiego nie wystąpiło w trakcie biegu.

Generalnie nie patrzyłam na cały dystans na zasadzie „ile mam jeszcze do zrobienia”. Dzieliłam wszystko na zasadzie „od punktu odżywczego do kolejnego punktu”. Jak wybiegałam z pierwszego punktu, to wiedziałam, że mam teraz do zrobienia 19-20 km do kolejnego i tego się trzymałam. Jeszcze 15 km, jeszcze dyszka, o już mniej niż dyszka, o jeszcze tylko 3, jeszcze 1 to pewnie zaraz będę widziała go w zasięgu wzroku. Czasem w skali całości widziałam pewne „check pointy” typu, przy 25 – o już ¼, przy 33 – już 1/3 – przy 50 – o, już większość za mną. No i tak tak sobie żyłam od punktu do punktu.

Ciemność wszędzie, noc wszędzie. Czołówka chodzi non stop. Nie chcę drenować baterii, więc jak biegnę/maszeruje odpalona jest na mniejszej mocy. W momenci gdy jest zbieg – odpalam na mocniejsze świecenie. Nie chcę mocno drenować baterii (miałam na zmianę, ale chciałam dopiero zmienić na spokojnie na punkcie odżywczym, gdzie nie będę musiała się bujać z oświetleniem rąk). Koleżka trzyma się mnie stale. Biegnie jakieś kilka metrów za mną. Jak przechodzę do marszu, to on również. Generalnie nie przeszkadza mi to, w sumie to nawet się cieszę że nie jestem sama w lesie, jest mi trochę raźniej bo dookoła nie widziałam żadnych biegaczy na horyzoncie. Czasem zamieniamy parę słów, informuję go gdy np. zapowiada się większa górka. Podczas wchodzenia na jedną z nich, koleżka mówi że na tych biegach ultra to faktycznie te kijki by się przydały. Mówię że moje czekają na mnie na przepaku, bo w drugiej połowie będzie dużo chamskich podejść, teraz jest lajcik. Koleżka mówi że nie ma przepaku i z rozmowy wyszło, że to jest jego pierwszy ultramaraton. Spytałam się go, czy nie myślał o tym aby najpierw zrobić coś krótszego typu 50-70 km, na co stwierdził że po prostu ta stówka się do niego od razu uśmiechnęła. Btw, to nie był jakiś młody koleś – na moje oko, około 40 latek. Miał ze sobą również (na szczęście) 1 softlaska, z czego zażartował bo zastanawiał się czy jest sens aby go brał.

Dobiegliśmy na drugi punkt odżywczy na 32-33 km. Zapytałam się wolontariuszy, czy była tu przede mną jakakolwiek inna baba z dystansu 100km. Odpowiedź brzmiała że nie, jestem pierwsza. Fajnie fajnie, czyli trzeba działać sprawnie. Zrobiłam siku w toi toiu, zjadłam zupę pomidorową i wypiłam herbatę zrobioną z granulatu. Chyba coś jeszcze przekąsiłam ale już nie pamiętam. Uzupełniłam płyny w softflaskach, wymieniłam baterię w czołówce. Zabrałam ze sobą dwa żele firmy Ale. Pod koniec mojego pobytu przybiegły 2 babeczki z dystansu 100 km. Wiedziałam, że muszę uciekać. Na punkcie spędziłam około 9 minut.

Odliczanie do kolejnego punktu odżywczego (wraz z przepakiem) – 22 kilometry przede mną. Odcinek między 40 a 50 kilometrem był trochę cięższy dla mnie. Byłam zmęczona, ale pod kątem snu. Podczas marszu, czułam oczy jak do snu, podczas truchtu było trochę lepiej. Ciemność dookoła też nie pomagała. Przyszło mi na myśl czy by już nie spożyć żelu z kofeiną dla pobudzenia, ale stwierdziłam że „przemęcze” się jeszcze te kilka kilometrów do kolejnego punktu, bo w planie było po nim przyjąć go. Sporo również było odcinków ewidentnie mniej uczęszczanych przez ludzi (w końcu już bardziej po okolicznych wiochach biegaliśmy) więc te podłoże też było dla mnie nie zbyt bezpieczne. Ścieżki z dużą ilością liści bądź wysokiej trawie, krzaczkach. Z uwagi na „nieuwagę” wcześniej i incydent kostkowy wolałam trochę przejść te mniej czytelne ścieżki.

Miałam nawet delikatne omamy pod koniec. Nie były to na pewno halucynacje, ale mózg już łatwo przyswajał dosyć niecodzienne rzeczy. Biegnąc sobie lasem, już niebo robiło się coraz jaśniejsze i powoli można było poszczególne kształty wyszczególniać swoim wzrokiem - Zauważyłam jakąś kłodę z 50 metrów przede mną, obok trasy. Na tej kłodzie był jakiś kształt i mój mózg przyjął oraz zaakceptował informację że to jakaś czarnowłosa typiara, nawet widziałam jak ręką ruszyła co mnie "utwierdziło" że to nie są omamy. W momencie jak przebiegałam, okazało się że to były korzenie z innego konaru opierający się o ten konar nr 1. Miałam bekę, że nawet nie przyszło mi na myśl nic racjonalnego typu - hmm mamy 3:00 i to by nie było zwyczajne że jakaś laska w środku lasu w jakiejś dziurze może tu siedzieć. xD

W okolicach 50 kilometra zrobiło się już wystarczająco jasno, że można było już wyłączyć czołówkę. Wybiegliśmy już na otwartą przestrzeń wśród pól. Koleżka chyba robił się już zmęczony, bo odległość między nami się zwiększała. Wybił 50 kilometr – najs półmetek za mną. I wtedy pojawił się on, punkt odżywczy nr 3 wraz z przepakiem.

Klasycznie uzupełnienie softflasków. Kubek kawy (czas zażyć kofeinę i odpalić ogień w d⁎⁎ie, wcześniej nie przyjmowałam w ogóle kofeiny jak i przed biegiem również nic). Kubek napojów. Pierogi ruskie haps, ser w kawałkach, mini pączusie i coś jeszcze, ale już nie pamiętam. Obsługa mówi, że kobieta nr 2 ma jakieś 2 km do punktu. Trza się streszczać. Odpalam przepak, uzupełniam jedzonko, zabieram powebanka wraz z kablem i przejściówką do Garmina i kijki do biegania. Poza tym w przepaku miałam jeszcze: buty na zmianę, spodenki na zmianę, 2 pary skarpet, chusteczki, plastry – wszystko awaryjnie.

Biorę w łape pół drożdżówki i zaczynam etap kolejny, 24 km.

Czuję się mocno nakręcona faktem, że dalej utrzymuję K1. Odpala mi się lekka rywalizacja. Zadebiutować i wygrać? I’m in. Przyjmuję zaraz żel z kofeiną (200mg kofeiny). Po kilometrze już ~murzyn~ pigmentododani piłuje kraty. Po chwili znalazłam „ustronne” miejsce. Dreptam sobie na płaskim i z górki. Na podejściach nie forsuje się, aktywnie maszeruje z kijkami. Zaczynają się chamskie podejścia. Nie patrzę się nawet w górę, skupiam wzrok na wysokości stóp i spokojnie krok za kroczkiem przemieszczam się wraz z wsparciem kijków. Pragnienie zaczyna rosnąć, od 70 kilometra nie mogę się doczekać punktu odżywczego. Mam jeszcze trochę płynów, ale muszę powoli je oszczędzać. Te 7-8 kilometrów delikatnie mi się dłuży. Na 77 km za każdym zakrętem wyczekuję już punktu.

W końcu jest i on, ostatni punkt odżywczy. Uzupełniam softflaski, piję sporo płynów. Siku w toi toiu. Jem wszystkiego po trochu co jest dostępne na punckie. Dziewczyny z obsługi mnie informują, że mam około 25 minut przewagi od kolejnej kobiety na trasie. Na punkcie spędziłam nie całe 10 minut. Trochę opita i podjedzona ruszam. Siły witalne powracają. Odpalamy final countdown, lecimy już do mety, już tylko lekko ponad półmaraton.

Do 85 kilometra jest naprawdę za⁎⁎⁎⁎ście. Wiadomo, czuję jakieś zmęczenie – ale czy by było to po 40, 60 czy 80 kilometrach – czułam się tak samo. Również całkiem fajną ogólną stawkę w zawodach utrzymywałam. Kręciłam się koło 20 slota na prawie 100 osób które wystartowało. Na 85 kilometrze pojawia się ściana płaczu (boczne wejście na długą góre w Gdyni), które jest przeokrutne. Na podejściu nie widać szczytu, profil bardzo stromy i do tego brak ścieżki, trzeba po starych liściach się przemieszczać. Po kilku minutach walki jestem na szczycie. I pojawia się on – kryzys.

Fizyczny – Nie jestem w stanie biec. Prawa stopa zaczęła mi się odzywać podczas biegu. Czułam taki „strukturalny” ból między piętą z kostką. Zmartwiłam się, czy to nie jest jakieś przemęczenie i nadwyrężenie naruszonej już kostki 70 kilometrów temu. Po jakimś czasie i druga stopa dokładnie w tym samym miejscu zaczęła mnie boleć więc uspokoiło mnie to pod kątem tamtej myśli. Po prostu, jakieś zmęczenie strukturalne. No nic, maszeruje zatem, i próbuję podtruchtać co jakiś czas chociaż te 100-200 metrów.

Wtedy wchodzi on, kryzys mentalny. Zaczęło się robić gorąco, ale nie odczuwałam tego. W lesie dosyć schowanie byliśmy od słońca. Bezpośrednio temperatura nie przeszkadzała mi. Ale tak bardzo chciało mi się pić. Nigdy nie miałam takiego pragnienia. Marzyłam o tym, by wziąć i haustem coś wypić ile się da. Miałam w softflaskach jeszcze sporo płynów, ale musiałam to rozsądnie rozdysponować aby do mety mi starczyło. To mnie tak mentalnie bolało, że nie mogę się napić. Co brałam łyk wody, to po chwili czułam suchość w ustach. Kryzys mentalny wzmagał też fakt, że przez to, że będę więcej maszerować i tym samym droga do mety zajmie mi więcej czasu – naszły i obawy czy w ogóle to co mam to czy mi starczy?

Przy którymś zejściu z lasu, przed 90 kilometrem, pojawił się on. Wybawca.

Obcy koleś, przyjechał z zgrzewkami wody i rozdawał je zawodnikom. Bardzo mu podziękowałam, bardzo tego potrzebowałam. Naraz wypiłam ciągiem. Po chwili od razu lepiej mi się zrobiło. Za jakieś 5 kilometrów spotkałam drugiego Pana w środku lasu który miał baniak wody i również pomagał zawodnikom. Również skorzystałam z pomocy. To nie były osoby z organizacji biegu. Jestem bardzo im wdzięczna za taką pomoc.

Człapałam się jakoś, kilometr za kilometrem. Sporo ludzi, zdecydowanie „żywszych” mijało mnie, byli to zawodnicy z krótszych dystansów. Co było dla mnie ciekawe, chyba tylko 1 biegacz z mojego dystansu wyprzedził mnie podczas mojego marszu. Czyli nie tylko ja umierałam. Na początku tego piekła, miałam w głowie, że mogę sporo wypaść z stawki.

95 kilometr, 96 kilometr, 97 kilometr, wielkie odliczanie do końca. Jest i on 99 i zaraz 100 kilometr. Do mety tylko 1,5 kilometra. Trasa już sprowadza do miasta. Jestem na chodniku, zmierzam do mety. Chcę podbiec, ale jest to bardzo bolesne. Dopiero na ostatnich 450 metrach, zaczynam truchtać – wiem że muszę to przecierpieć, to już koniec. Wbiegam na murawę Stadionu Rugby po godzinie 12:30, Speaker mnie woła przez mikrofon. Przekraczam linię mety. I dostaję kubeł zimnej wody na łeb :grinning:

Tak o to, pokonałam dystans 100 kilometrów. Zrobiłam to. A nawet i wygrałam – nie tylko wśród uczestniczek ale i sama z sobą.

Czy jest coś co zrobiłabym lepiej? Na pewno na takie warunki zabrałabym więcej pojemników na napój. Miałam 2 softflaski po 500 ml, jak dotąd na zawodach zawsze mi starczyły od punktu do punktu z zapasem – tak tutaj ewidentnie wraz z rosnącą temperaturą było tego za mało. Bukłak do kamizelki biegowej wraz z softflaskiem to absolutne minimum.

Dziękuję za wsparcie. Było mi przeogromnie miło czytając wasze komentarze.

Trypsyna

oraz dodaję nowy tag na tego typu posty jakby ktoś chciał podzielić się swoimi przygodami w przyszłości

Pokaż więcej komentarzy (65)

Gruba ryba

w Sztafeta

123piorunów

22 652,13 + 112,54 = 22 764,67

Piątkowy start w Ultramaratonie na dystansie 160 km. Start w piątek o 10.00 na Starym Rynku w Pucku, meta w Gdyni przy Stadionie Rugby.

Niestety nie udało się ukończyć biegu, na ~112 km podjąłem decyzję o zejściu z trasy.

Przy opisie biegu podzielę trasę na segmenty między punktami odżywczymi:

SEGMENT 1 (start – punkt 1, 25 km trasy)

Tak jak wspomniałem wcześniej, bieg zaczął się w dzień o 10 rano. Już wtedy było gorąco jak cholera. Ruszyłem zdecydowanie za szybko: okolice 5:30/km w taką pogodę skutecznie wbijało mnie już w strefę 3 tętna. Miejscami wpadałem nawet w próg… Przez pierwsze 17 kilometrów biegłem poniżej 6:00/km co było bardzo dużym błędem z perspektywy czasu. Dopiero na 18 kilometrze stwierdziłem że długo tak nie pociągnę, było za gorąco a dzień dopiero się zaczynał.. Dopiero wtedy zwolniłem znacząco, tętno jednak nie chciało spadać w dół.

SEGMENT 2 (punkt 1, 25 km trasy – punkt 2, 51 km)

Dalszy ciąg biegu w totalnej lampie. Tutaj już biegłem o wiele spokojniej, przez większość trasy leciałem samemu. Około 40 km zacząłem odczuwać pierwszy kryzys, zaczynało mi lekko łamać mięśnie w nogach. Nie panikowałem, dbałem o nawodnienie i przyjmowanie pokarmu na trasie. Dobiegłem do punktu odżywczego na 50 km – tam postawił mnie na nogi wspaniały, przesolony, rosół. Najlepszy rosół jaki jadłem w swoim życiu XD.

SEGMENT 3 (punkt 2, 51 km – punkt 3, 73 km PRZEPAK)

Dalsza część biegania, przechodziłem tu już często w bieg przeplatany marszem. Gorąco było co raz bardziej odczuwalne i doskwierała mi za mała ilość wody ze sobą na trasie (1,5L to było za mało na +-25km). Odczuwałem już dosyć mocno zmęczenie mięśni nóg. W tym segmencie trasy spotkałem się z Patrycją Bereznowską, z którą biegłem wspólnie przez jakiś lekko ponad kilometr. Poplotkowaliśmy sobie, wymieniliśmy się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi trasy. Bardzo fajne spotkanie :D

SEGMENT 4 (punkt 3, 73 km PRZEPAK – punkt 4, 98 km)

Przepak na 73 km był zbawieniem. Miałem przygotowane tam ubrania na zmianę. Umyłem sobie stopy, zmieniłem skarpetki i koszulkę. Podjadłem sporo (kabanosy, ser, arbuz, paluszki). Wziąłem także z przepaku swoje kijki. Do tej pory na każdym z przepaków słyszałem, że wyglądam bardzo dobrze jak na przebyty dystans. Tak samo było i tutaj. Nie było po mnie widać zmęczenia, miałem jasny umysł, myślałem czysto i logicznie. Miałem dobry humor. Po wyruszeniu z punktu czułem się jak nowo narodzony – biegłem pracując jednocześnie kijkami. Odczuwałem nowe siły. Na tym odcinku powitała mnie także noc. Samotny bieg w lesie jest bardzo klimatyczny, lubię to. Sił wystarczyło jednak do okolic 92 kilometra. Tutaj zaczął się największy jak dotąd kryzys – jakakolwiek praca nóg sprawiała już ból. Ciężko było chodzić i podbiegać. Walczyłem, byle tylko dotrwać do następnego punktu odżywczego.

SEGMENT 5 (punkt 4, 98 km – zejście z trasy ~112 km)

Na czwartym punkcie odżywczym spędziłem dużo czasu, chyba coś około 25 minut. Miałem nadzieję, że jak konkretnie sobie podjem i odpocznę to odzyskam trochę sił. Niestety pobyt na punkcie nie był w stanie już mnie postawić na nogi. Odcinek od 98 do 112 km był bardzo męczący. To było już bardzo powolne chodzenie, czasami musiałem siadać na ziemi bo poza nogami bolały mnie już plecy. Potłuczone palce u stóp co raz bardziej dawały się we znaki. Brak snu dawał mi się również we znaki, zdarzyło mi się kilka przewidzeń – widziałem sylwetki ludzi między drzewami, wydawało mi się że widzę fotografów czających się w krzakach w nocy xd. Zdjęcie plecaka z pleców było nie lada wyzwaniem, wymiana baterii w czołówce zajęła mi chyba z 5 minut… W tym momencie byłem świadomy już tego, że jestem zmęczony fizycznie i psychicznie. A dodatkowo ciało odmawiało mi posłuszeństwa – zdarzały mi się kilometry, które pokonywałem w ~17 minut. Po kilku takich kilometrach podjąłem decyzję o zejściu z trasy. Miałem o tyle szczęście, że byłem jakieś 2 kilometry od cywilizacji. W przeciwnym wypadku musiałbym dojść do następnego punktu odżywczego, do którego miałem jeszcze 8 kilometrów. Na to, jak się wtedy czułem, było to po prostu niemożliwe.

Moje przemyślenia po biegu:

- za szybko zacząłem, pierwsze 3h to był bieg w Z3/Z4. Jeśli miałbym biec ponownie to biegłbym zdecydowanie wolniej (najpewniej po prostu pod tętno, tak aby być w Z1/Z2)

- żołądek współpracował ze mną wyśmienicie, podczas biegu mogłem jeść wszystko. Na trasie jadłem co 30 minut (żele / żelki jeśli czułem że potrzebuję objętości w żołądku),

- dla biegu w temperaturze ~30 st. C, 2L wody to minimum (dla 25 km odcinka),

- moje ukochane buty trailowe HOKA Speedgoat 5 nie są odpowiednie pod długie dystanse (100 km i więcej). Zauważyłem, że są one odpowiednie do szybkiego biegania w trailu, ale na krótszych dystansach. Im dalej tym gorzej (bardzo obijają mi palce). Przy krótszych biegach ultra nie miałem tego problemu.

- mimo DNF, jestem zadowolony z tego że wziąłem udział w biegu i mimo trudnych warunków i błędów jakie popełniłem byłem w stanie dociągnąć do 112 km.

Chciałbym również bardzo Wam wszystkim podziękować za doping podczas zawodów! Jesteście w pytę!

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Osobistość2piorunów

@scorp szacun Panie za takie bieganie!

mimo DNF, jestem zadowolony z tego że wziąłem udział w biegu i mimo trudnych warunków i błędów jakie popełniłem byłem w stanie dociągnąć do 112 km.

O właśnie to, patrząc na warunki pogodowe, które były to dokonałeś rzeczy naprawdę wielkiej. Szacun!

Pokaż więcej komentarzy (39)

Osobistość

w Sztafeta

34piorunów

22 619,87 + 6,93 + 1,63 + 10,70 + 13,00 = 22 652,13

Dzień dobry, nadaje z nowej rzeczywistości,

Cały tydzień biegowy w moim wykonaniu, w tym 8x1km, zabawa biegowa 10x1'/1' i zawody z wczoraj przy 32 stopniach.

Ból uda już mi tak nie doskwiera jak wcześniej w tym miesiącu, kilometrówki już nawet nie pamiętam w jakim tempie, bo ogarnąłem to tylko z telefonu.

Zabawa biegowa już że sprawnym zegarkiem, ponownie zaufałem firmie Coros, na razie pozytywne wrażenia, ale coś więcej to mogę powiedzieć później. Zabawa biegowa już z nieco podbitym tempem poniżej 3.45, bez bólu, co dawało dobry prognostyk. Więc rozpocząłem cykl waterloadingu, co by mi nie zabrakło na weekend.

Oprócz rzecz jasna pogody, choć ta okazała się nieco łaskawsza nic to, czym się sugerowałem (czyli nawet 35 w trakcie biegu).

Bieg trzech plaż w zasadzie biegam regularnie od paru lat i tradycyjna trasa została zmieniona na bardziej leśna - ponadto więcej kurtyn wodnych i az 2 punkty z wodą na 7km trasie - duże ukłony za to!

Tym razem planowalem bardziej zachowawcze tempo, żeby potem nie odczuć. Tym razem był to strzał w dziesiątkę. W zasadzie, większość biegu pokonałem w tempie około 4.00, wyprzedziłem kilka osób, których niestety od gorąca przytkało, dobrze się czułem cały bieg i mogłem spokojnie finiszować po plazy jeszcze wyprzedzając. Triumf nad sobą, bo nie dałem się podpalić na starcie i nie goniłem nikogo. Nawet pierwsze kilometry z uśmiechem i żartami.

I tak dobry humor pozwolił mi wygrać drugi do kolekcji leżaczek a także kilka fantów - a to wszystko za 3 miejsce w mojej kategorii wiekowej. Solidne punkty zdobyte do ligi biegowej!

A dziś tylko regeneracja i basen. Udanej niedzieli!

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Hydepark

44piorunów

Dzień dobry,

W zasadzie to tak trochę wracam na portal, a zrobiłem sobie dość dłuższą przerwę. Stresy w życiu i w pracy powodowały to, że człowiek sobie jeszcze bardziej dowalił różnymi bodźcami, w tym również social media, i mózg był po prostu ugotowany. Stąd przerwa w jakiejkolwiek aktywności do czasu, aż głowa się nieco uspokoi. A że jeszcze oprócz pracy etatowej ciągnąłem dodatkową, to strasznie się wypalałem.

No i to chyba ten moment, kiedy mogę znowu wrócić i coś dawać od siebie, a nie tylko lurkować sobie i przepalać czas, jak to miałem w zwyczaju. A że dużo się działo, to czas upuścić troche frustracji z siebie:
- auto, które w teorii sie nie psuje (Volvo here) zaczeło strasznie dziwne rzeczy z elektryka pieprzyć, że bujałem się z tym przez 4 miesiące po warsztatach, co chwila wracając. Na koniec, jak już wszystko zrobione i nawet 2 trasy dłuższe miałem za sobą, przyjebałem w sarne jadąc o 4 rano na szkolenie (dosłownie 15km od domu). Także laweta zamiast szkolenia.
- młodemu wywaliły ostro alergie podczas tej wiosny - ale udało się chociaż ogarnąć testy, które będzie miał dopiero za miesiąc. Za to 2 razy z rodzinką byliśmy już na SOR
- dokładnie wtedy, kiedy zabrałem się za remont łazienki na piętrze i wyniosłem wszystko i skułem płytki, pod brodzikiem na parterze rozszczelniła się rura i zalała mi całą piwnicę. Oczywiście, demontaż części łazienki wszedł w grę.
- zegarek Coros se wziął i se umarł. Przestał działać przycisk głowny, więc nic nie można było zrobić. I jako domorosły zwolennik probowałem sobie go naprawić. Niestety, nie obejrzałem tutoriala żadnego wcześniej i otwierałem go dokładnie z tej strony, gdzie najbliżej jest taśma od ekranu, której poszarpałem ścieżki, więc mam teraz ciemny ekran ale z funkcją wibracji
- a do tego mniejsze urazy i słaba regeneracja sprawiły, że stoję w miejscu z formą.


Ale nie dzieją się same złe rzeczy:
- Zrezygnowałem z pracy dodatkowej na rzecz awansu w moim korpo. Śmieszna rzecz, bo w pracy dodatkowej też proponowano mi awans. Nie robię już też nadgodzin, więc czas poświęcam albo na doładowanie baterii, albo na rodzinę (albo na remont!).
- zamieniłem przemiłą konwersacje z supportem Coros i dostałem od Pani rabat na nowy zegarek w wysokości 20%
- sam naprawiłem wyciek oleju w Volvo spod pokrywy zaworów (brzmi to jak poważna sprawa, ale dokręciłem jedną srubę o ćwierć obrotu. Mekanik here)
- dostałem na urodziny drukarkę 3D i coś tam się bawie, chociaż głownie gotowce lecą
- zacząłem lekko romansować ze
- miałem parę razy farta i dwa razy byłem na podium w OPEN na 5km
- pojechałem z pracy na rajd Kaszebe Runda swoim rowerem MTB i załapałem się w TOP 15 wyścigu na 70km (to pierwszy raz kiedy przejechałem więcej niż 30km na strzała)

Nie powiem, że teraz jest dobrze, ale jest inaczej. I postanowiłem, że jeśli odwiedzam portal, to też po to, żeby dać cegiełkę od siebie, albo nie wchodzić wcale.
Mega się cieszę, że hejtostats @Marvina tak ładnie wygląda obecnie i że dużo osób tego używa, ja pewnie też niebawem zacznę. A starą sztafetę po prostu zaoram, jak domenka wygaśnie.

Cele na kolejne pół roku?
- przeżyć w zdrowiu
A resztę i tak dowiozę

A i przepraszam, że na PW nikomu nie odpisałem.

Pokaż więcej komentarzy (9)

Osobistość

w Sztafeta

23piorunów

39 554,48 + 11,43 + 6,81 = 39 572,72

wczorajsze bieganko na biezni i dzisiejszy trening 'biegaj w krakowie' i magiczne cwiczenia typu skipy wieloskoki

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

Pokaż więcej komentarzy (3)