Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Historia

Kategoria: Nauka

  • 685 członków
  • 3279 wpisów

Lider

w Historia

28piorunów

Wczorajsza teoria o Słowianach okazała się kontrowersyjna, od dzisiejszej mogą pospadać wam papcie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
_
Czy Mieszko I był Czechem?

Monarchowie konstruowali sobie genealogie długie i wspaniałe, nie przejmując się ich wiarygodnością. My poznajemy te wykładnie w wersjach zapisanych przez kronikarzy.

W Polsce zrobił to zatrudniony na początku XII wieku cudzoziemiec, którego nazywamy tradycyjnie Anonimem Gallem. To jemu zawdzięczamy pierwszą informację o pięciu przodkach Mieszka I, tj. Chościsku, Piaście, Siemowicie, Lestku i Siemomyśle. Niestety, żadnego z nich nie wspomina żadne inne źródło, co sprawia, że tych początków Piastów nie da się potwierdzić.

Wobec braku wiarygodnych źródeł pochodzenie Mieszka I może być tylko przedmiotem uczonych domysłów. Świadectwa archeologiczne wskazują, że jego poprzednicy zbudowali nad środkową Wartą niewielką organizację terytorialną, którą on konsekwentnie poszerzał. Nie wiemy, kim byli, ale trudno uwierzyć, że w środku puszcz wielkopolskich nie wiadomo skąd pojawiła się nagle lokalna elita dysponująca praktyczną wiedzą o tworzeniu organizacji terytorialnej.

Mit początku zanotowany w XII wieku przez Galla w legendzie dynastycznej informuje o odebraniu władzy w Gnieźnie jakiemuś księciu Popielowi. Miało się to zdarzyć cztery generacje przed Mieszkiem I, a więc około osiemdziesięciu–stu lat wcześniej, co dawałoby ostatnią ćwierć IX wieku. Tymczasem archeologia wskazuje, że przed trzecią dekadą X wieku nie ma w środkowej Wielkopolsce żadnych śladów jakiejś organizacji terytorialnej, a gród gnieźnieński na pewno jeszcze wtedy nie istniał. Można więc podejrzewać, że przekazana przez Galla genealogia była „propagandowym” produktem dworu piastowskiego, który wzorem innych dynastii europejskich promował odpowiednio zmitologizowane i postarzone dzieje rodu monarszego.

Datowanie początków głównych grodów wielkopolskich i imponująca skuteczność zorganizowania „z niczego” w drugiej ćwierci X wieku nad środkową Wartą silnej infrastruktury niewielkiego państewka uzasadnia podejrzenia, że niezbędna wiedza logistyczna została przez twórców tego planu „zaimportowana” z terenów, gdzie takie organizacje terytorialne już wówczas funkcjonowały. Pytanie brzmi: skąd?

Największą popularnością cieszyła się tzw. „normańska” koncepcja początków naszej państwowości opublikowana w 1858 roku przez historyka amatora Karola Szajnochę, który uznał, iż państwo piastowskie (Lechia) było dziełem skandynawskiego plemienia Lechitów. Analogie w postaci państwotwórczej roli Skandynawów na Wyspach Brytyjskich, we francuskiej Normandii i na Rusi sprawiły, że ta wizja pochodzenia Piastów do dzisiaj ma zagorzałych zwolenników (np. Skrok 2013). Żaden z ich argumentów na rzecz państwotwórczej inicjatywy skandynawskiej nie wytrzymał jednak krytyki naukowej.

Szukano więc alternatywnych kierunków ewentualnej „inwazji” obcych przybyszów – na przykład z północnego zachodu, czyli z Połabia, z Rusi Kijowskiej lub z Mazowsza (Moździoch 2011). Z oczywistych powodów nie brano pod uwagę ewentualnych inspiracji z zachodu, bo oznaczałoby to uznanie decydującego wpływu „niemieckiego”. Nie szukano też rozwiązania zagadki pochodzenia przodków Mieszka na południu. Tymczasem spojrzenie na sytuację z początków X wieku każe jednak zwrócić uwagę właśnie tam, za czym przemawiają argumenty chronologiczne, gospodarcze i onomastyczne (nazewnicze).

Od trzeciej dekady IX wieku funkcjonowało przecież za Karpatami państwo wielkomorawskie, któremu świetność zapewniła dynastia Mojmirowiców. Największy z tamtejszych władców – Świętopełk I (971–994), nazywany był w niektórych źródłach nawet „królem”. Niestety, skłóceni po jego śmierci synowie nie zdołali stawić czoła ekspansywnej potędze Madziarów i po wielkiej bitwie w 906 roku nastąpił szybki rozpad tego pierwszego państwa Słowian Zachodnich.

Około dwudziestu lat później ktoś nagle zainicjował w środku puszcz wielkopolskich dobrze przemyślany plan budowy władztwa małego, lecz silnie umocnionego grodami. Wzniesione tam w ciągu kilkunastu lat potężne wały Poznania, Ostrowa Lednickiego, Giecza, Grzybowa i Lądu, a wkrótce potem Gniezna, Moraczewa i Bnina. Ludzie, którzy zadziwiająco skutecznie zrealizowali te inwestycje, musieli dysponować odpowiednim autorytetem oraz kompleksową wiedzą organizacyjną i techniczną. Brak archeologicznych śladów najazdu i „obcego” nazewnictwa lokalnego uzasadnia podejrzenie, że pochodzili z pokrewnego kulturowo i bliskiego językowo środowiska Słowian, którzy już wcześniej weszli na etap „państwowy”, co pasuje do Morawian.

Wskazanie wielkomorawskich początków państwa wczesnopiastowskiego pozwala logicznie wytłumaczyć źródło doświadczenia organizacyjno-politycznego jego twórców. Ten domysł można wzmocnić szeregiem argumentów historycznych, archeologicznych i lingwistycznych, które uprawdopodabniają tę pozornie ryzykowną hipotezę.

Na rzecz wielkomorawskich korzeni budowniczych państwa wczesnopiastowskiego przemawiają nie tylko argumenty chronologiczne (zaledwie 20 lat dzielących upadek Wielkiej Morawy od zbudowania państewka nad środkową Wartą) i gospodarcze (podejrzewane przejęcie wielkomorawskiego know-how lukratywnego handlu ludźmi), ale też inne fakty. Przyjrzyjmy się im zatem.

W czasach swojej świetności Morawianie eksploatowali tereny położone za Karpatami i Sudetami, o czym świadczą archeologiczne ślady ich wpływów na Śląsku i w Małopolsce. Najwygodniejszy dostęp do tych ziem zapewniała szeroka Brama Morawska, u której południowego wylotu leżał ważny gród Ołomuniec (Olomouc).

Brak wiadomości o losach ostatnich władców Wielkiej Morawy – Mojmira II i Świętopełka II – pozwala podejrzewać, że po klęsce militarnej w starciu z Madziarami jeden lub obaj mogli znaleźć tymczasowo bezpieczne schronienie właśnie w Ołomuńcu. Wobec zagrożenia madziarskiego i wrogości Czechów mogli przejść z najbliższymi ludźmi za góry, gdzie już wcześniej sięgały wpływy wielkomorawskie. Stamtąd udali się do Wielkopolski, gdzie wkrótce zaczęli tworzyć organizację polityczną finansowaną przez dobrze im znany handel ludźmi, których chwytali na Niżu Polskim i wysyłali na rynek czeski i nad Bałtyk.

Wielkomorawskie korzenie Piastów zdaje się też potwierdzać charakterystyczne imię Świętopełk, które Mieszko I nadał swojemu drugiemu synowi urodzonemu przez jego saską żonę Odę. Jako że ważne dla dynastii imiona „rezerwowano” wówczas tylko dla członków rodów monarszych, to można podejrzewać, że takie imię chłopca sygnalizowało nawiązanie do tradycji dynastycznej morawskich Mojmirowiców, wśród których było dwóch Świętopełków. Można więc podejrzewać, że Mieszko I nazwał tak swojego syna po swoim dziadzie (lub ojcu) Świętopełku II, który po 906 roku tajemniczo zniknął ze źródeł historycznych.

Kolejnych argumentów na rzecz hipotezy wielkomorawskiej dostarczają niektóre polskie nazwy miejscowe. Historycy już dawno bowiem zwrócili uwagę na dość oczywiste afiliacje Poznania i Sandomierza z morawskimi imionami Poznan i Sudomir. Może to wskazywać, że ludzie o takich właśnie imionach byli założycielami tych ważnych grodów wczesnopiastowskich.

Można też podejrzewać, że Mieszko I, szukając w latach 991–992 wsparcia w Rzymie, kierował się przykładem podobnej decyzji Świętopełka I z 888 roku. Obaj próbowali nawiązać szczególne stosunki z papiestwem, aby jakoś zrównoważyć dominację państwa wschodniofrankijskiego i jego kontynuacji w postaci cesarstwa niemiecko-italskiego. Podobnie jak władca wielkomorawski powierzył swoje państwo papieżowi Janowi VIII, również książę piastowski „darował” państwo kolejnemu papieżowi – Janowi XIII, o czym wiemy ze słynnego tekstu Dagome iudex. Ta analogia pozwala podejrzewać trwałość rodzinnej pamięci politycznej sięgającej kilku pokoleń wstecz.

Powyższe skojarzenie informacji historycznych, archeologicznych i onomastycznych dobrze uzasadnia logiczne podejrzenie wielkomorawskich korzeni naszego pierwszego rodu panującego. Taka mojmirowsko-piastowska ciągłość dynastyczna zgrabnie zakorzenia Piastów w chlubnej historii pierwszego słowiańskiego państwa w Europie Środkowej, co nadaje naszej dynastii poloru kontynuatorów tamtych sukcesów politycznych. Na razie nie widać lepszego wyjaśnienia zaskakującego sukcesu Mieszka I, bo innym stawianym hipotezom brakuje równie przekonującego wsparcia. Nie wystarczy samo przekonanie, że nasz pierwszy historyczny władca po prostu musiał być „Polakiem”.

Pozostaje jeszcze jedno ważne pytanie: dlaczego wielkomorawskich przodków zapomniano, czy też raczej świadomie wymazano z piastowskiej pamięci dynastycznej? Zapewne kryła się za tym propagandowa chęć ukrycia „obcości” dynastii. Sympatyczna, choć mało wiarygodna legenda o biednym, lecz uczciwym kmieciu Piaście, którego syna wyniósł na tron książęcy sam „lud”, pozwoliła Piastom deklarować, że są prawdziwie „przyrodzonymi panami” Polaków.

Szansę na weryfikację tej hipotezy oferują potencjalnie badania archeogenetyczne. Niestety w przypadku Piastów aż do XII wieku nie mamy kości, na których możnaby je przeprowadzić.

(Z książki Korzenie Polski)

Osobistość3piorunów

a nie prosiciej cofnac sie w czasie i zapytac goscia "a od kogos ty jest?" a pozniej " skaj zes przylozl?"

Kosmonauta1piorunów

To ja dorzucę od siebie ciekawostkę. Na początku XI wieku, na Pomorzu władał niejaki Siemomysł Pomorski. Domniemuje się że był spokrewniony z Piastami. Jeżeli byłaby to prawda to uwiarygidniałoby to Siemomysła Piasta jako historycznego władcę Polan (w tamtych czasach bardzo popularne było nadawanie imion po przodkach). Ogólnie niewiele o nim wiadomo, ale sama hipoteza pokrewieństwa z Piastami wydaje mi się ciekawa. https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Siemomys%C5%82_pomorski

Siemomys%C5%82_pomorskiWikipedia
Pokaż więcej komentarzy (25)

Tytan

w Historia

26piorunów

Front Bałkański w I wojnie światowej część 21, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916

Poprzednie części pod tagiem

Gdy zamieć wciąż trwała, mój francuski współbrat i ja zatrzymaliśmy się na stacji kolejowej w Prisztinie tak długo, jak tylko mogliśmy, obserwując przez cały dzień załadunek armii serbskiej, która była teraz w drodze do ofensywy w górach Katczanik przeciwko Bułgarom. Pułk za pułkiem i bateria za baterią ustawiały się pod bezlitosnym podmuchem wichury i w padającym śniegu, aby czekać na swoją kolej do odwrotu. Żołnierze byli zziębnięci do szpiku kości i mieli przed sobą długą podróż koleją w otwartych wagonach, wystawionych na ostrą wichurę. Po dotarciu do celu musieli rozpocząć męczący marsz w zaśnieżonych górach, naprzeciw silnie okopanego wroga. Ich zadanie wydawało się ponad ludzkie siły, ale była to ostatnia desperacka szansa w straszliwej grze wojennej.

Nie pozostawiono im innego wyboru. Siły austriacko-niemieckie pod dowództwem generała von Gallwitza, nacierające z północnego zachodu, znajdowały się zaledwie piętnaście mil od nich. Feldmarszałek von Mackensen na północy powoli, ale zdecydowanie zbliżał się do Prisztiny, podczas gdy armia bułgarska nacierała z południowego wschodu. Ponieważ cała południowa granica, od Strumnitzy do Monastyru, była teraz w posiadaniu Bułgarów, krąg stali wokół skazanej na zagładę armii serbskiej był prawie kompletny. Tylko jedna linia odwrotu wciąż pozostawała dla niej otwarta - droga do Prisrend. Ale ta droga nie oferowała ratunku. Linia wroga zbliżała się do Prisrend tak samo nieubłaganie jak do Prisztiny, a w Prisrend dalszy odwrót nie był możliwy, granice serbskiego terytorium zostały osiągnięte. Za Prisrend leżały opustoszałe pasma górskie Albanii. Los walecznej armii króla Piotra zależał zatem od ostatniego rzutu na szalę, desperackiej ofensywy mającej na celu przełamanie okrążającej linii bułgarskiej w kierunku Uskubu. Gdyby próba ta zakończyła się sukcesem i została wsparta równoczesnym atakiem aliantów z Salonik, istniała szansa, że Serbowie będą w stanie połączyć siły z wojskami francuskimi i brytyjskimi. Gdyby tak się stało, zapewniłoby to przynajmniej bezpieczną linię odwrotu na terytorium Grecji.

Oficerowie, z którymi rozmawiałem na stacji kolejowej, nie mieli złudzeń co do powodzenia tego desperackiego wysiłku. Ich oddziały były wyczerpane i zniechęcone trzystumilowym marszem znad Dunaju. Dezercje były liczne, a zapasy żywności i paszy wyczerpywały się. Wysiłek wydawał się ponad siły tej wypróbowanej armii. Ale, jak już wspomniałem, była to ostatnia nadzieja i jako taka została przyjęta. Oficerowie i żołnierze przygotowali się do tego ostatecznego wysiłku. Kiedy jednak nadeszła godzina trzecia, nie mogliśmy już dłużej zwlekać z wyruszeniem do Prisztiny. Mieliśmy przed sobą dwie godziny marszu, by dotrzeć do miasta, a o piątej zaczynała zapadać noc. W Serbii zmierzch panuje rzadko lub wcale, a ciemność zapada kilka minut po zachodzie słońca. Ponieważ musieliśmy znaleźć nasz wóz wśród dziesięciu tysięcy zaparkowanych w górach wokół miasta, nie chcieliśmy dotrzeć do Prisztiny po zmroku. Kiedy wyszliśmy ze stacji, naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Jak okiem sięgnąć, z każdej strony rozciągała się pokryta śniegiem równina Kossowa. Każdy element krajobrazu był zamazany przez całun śniegu głęboki na stopy. Ponad nim widać było długie linie pokrytych śniegiem postaci, których kolumny ciągnęły się kilometrami. Były to serbskie pułki wyruszające w męczący marsz do pasma górskiego, przez które muszą się przedrzeć, by połączyć siły z Francuzami. Miały one szczególnie upiorny wygląd ze względu na fakt, że każdy mężczyzna próbował chronić się przed padającym śniegiem, owijając się w część płótna namiotowego, którą niósł.

Do tego czasu wiatr ucichł i wszędzie panowała dziwna cisza, która towarzyszy obfitym opadom śniegu. We wszystkich kierunkach widmowe kolumny posuwały się w pojedynczym szeregu przez pola i wzdłuż dróg. Ze wszystkich stron leżały martwe konie i woły, pojedynczo i w stertach, na wpół zakopane w śniegu, a nad głowami wirowały i skrzeczały roje padlinożernych wron. To była realizacja odwrotu z Moskwy, jakiej nigdy nie spodziewałem się zobaczyć. Wychudzone, na wpół wygłodzone twarze mijanych żołnierzy w żaden sposób nie niszczyły iluzji. Kiedy po dwugodzinnej włóczędze dotarliśmy do Prisztiny, czekała nas nowa niespodzianka. Wszystkie wzgórza wokół miasta, które dwadzieścia cztery godziny wcześniej pokryte były dziesiątkami tysięcy wozów transportowych, były całkowicie opustoszałe. Czerwone promienie zachodzącego słońca nie oświetlały niczego poza ciągnącymi się kilometrami dziewiczymi śniegami, nie było widać ani wozu, ani wołu. Kiedy wspięliśmy się na szczyt wzgórza, gdzie zostawiliśmy transport Połączonej Dywizji, z którym był nasz wóz bagażowy, nie znaleźliśmy nic poza czterema działami polowymi, które zostały tam umieszczone w baterii do obrony konwojów przed samolotami. Ludzie z baterii mogli nam tylko powiedzieć, że cały transport został załadowany i odjechał dwie godziny po naszym wyjeździe do Mitrowicy poprzedniego dnia. Jeden z ludzi myślał, że znajdziemy go w obozie niedaleko stacji, ale nie był tego pewien.

Sytuacja nie była wesoła. O zmroku znaleźliśmy się na pokrytej śniegiem, opustoszałej górze, z wozem (który zawierał naszą żywność i bagaż oraz stanowił naszą kwaterę do spania) i naszymi dwoma końmi które całkowicie zniknęły. Wszystko, co mieliśmy na świecie, to ubrania, w których wstaliśmy, i to w mieście, w którym nie było noclegu, a jedzenie nie istniało. Wtedy przypomniałem sobie, że dwa dni wcześniej znalazłem zakwaterowanie dla trzech francuskich pielęgniarek Czerwonego Krzyża, które wyjeżdżały do Prisrend. Gdyby wyjechały, ich pokoje mogłyby być wolne. Trochę zajęło nam odnalezienie ich w ciemnościach, ale w końcu udało się. Zastaliśmy je zajęte przez rosyjskiego lekarza wojskowego i jego personel. Na dziedzińcu stały wozy i konie jego ambulansu, a on i jego sześciu pomocników zajęli pokoje. Ale w czasie wojny, gdzie jest miejsce dla sześciu, jest też miejsce dla ośmiu, więc oddał nam róg podłogi jako miejsce do spania. Poinformował nas, że Sztab Główny Drugiej Armii przybył do Prisztiny. To rozwiązało kwestię jedzenia, dopóki nie znajdziemy naszego wozu, jeśli kiedykolwiek to zrobimy. Podczas wieczornego posiłku w mesie otrzymaliśmy potwierdzenie serbskiej ofensywy w kierunku Uskubu. Było jasne, że traktowano to jako ostatnią nadzieję, szansę na walkę, która może umożliwić Serbom poprawę pozornie beznadziejnej sytuacji. Jednocześnie nikt nie miał złudzeń co do desperackiego charakteru zadania, biorąc pod uwagę straszliwe niedostatki i zmęczenie, przez które właśnie przeszły oddziały. Jednak odwaga i poświęcenie serbskiego żołnierza zdawały się nie mieć granic i uznano, że zrobione zostanie wszystko, co w ludzkiej mocy. Cały następny dzień poświęciliśmy na bezowocne poszukiwania zaginionego wozu. Jedyną wskazówką co do jego możliwego miejsca pobytu było to, że kolumna transportowa Połączonej Dywizji obozowała w Lipljanie, wiosce oddalonej o około trzydzieści kilometrów. Gdy rosyjski lekarz i jego ambulans opuścili dom, w którym się zatrzymaliśmy, zaoferowaliśmy gościnę sekcji Szkockiej Kobiecej Jednostki Medycznej, która była w drodze do Prisrend. Ponieważ sekcja musiała przejechać przez Lipljan, panna Chesney, lekarz prowadzący, zaoferowała nam miejsca w ich samochodzie.

Po przybyciu do Lipljan odkryliśmy, że kolumna transportowa już odjechała. Dowiedzieliśmy się tylko, że maszeruje w kierunku Prisrend. Dlatego postanowiliśmy kontynuować naszą podróż szkockim ambulansem. Przez cały dzień w Lipljan słyszeliśmy szalejącą bitwę. Pasmo górskie po naszej lewej stronie było sceną walk. Przez całe popołudnie obserwowałem przez lornetkę bułgarskie szrapnele wybuchające wzdłuż grzbietu. W pewnym momencie kilka kompanii bułgarskiej piechoty zdołało nawet prześlizgnąć się między serbskimi liniami i parło naprzód, aż byli w stanie otworzyć ogień do stacji kolejowej około 300 jardów od miejsca, w którym obozował nasz ambulans. Nie wiedzieli, że serbski pułk kawalerii biwakował za kilkoma stogami siana około milę dalej. Pułk ten pospiesznie osiodłał konie i ruszył szybkim kłusem. Kilka minut później znaleźli się na stacji kolejowej. Ludzie wyciągnęli karabiny i zsiedli z koni, a w ciągu dwudziestu minut Bułgarzy zostali przepędzeni. Niekończąca się kolejka transportów wojskowych przejeżdżała przez Lipljan z Prisztiny. Konduktorzy z niepokojem spoglądali na linię wybuchających szrapneli wzdłuż grzbietów gór oddalonych o sześć mil; najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że jeśli Bułgarzy zdobędą wzgórza, to wszystko przepadnie wraz z transportem na drodze z Prisztiny do Prisrend.

GURU

w Historia

4piorunów

Odkrycie z Jaskini Krugera: najstarszy dowód na wieloskładnikową truciznę na strzały » Historykon.pl

Badanie wykazało, że znaleziona pół wieku temu kość udowa to najstarszy dowód na wieloskładnikową truciznę na strzały. Analiza chemiczna zawartości kości ujawniła obecność co najmniej dwóch toksycznych składników roślinnych. Badania potwierdzają, że już 7000 lat temu ludzie

Lider

w Historia

59piorunów

Jak kryzys klimatyczny i wybuchające wulkany stworzyły Słowian

Pochodzenie Słowian to w Polsce temat drażliwy, bo przecież nasi słowiańscy protoplaści nie mogli być byle kim. Nauka nie ustaliła jednak początków tej najliczniejszej dziś grupy europejskich Indoeuropejczyków.

W połowie I tysiąclecia Słowianie istnieli już jako świadoma swojej odrębności wielka zbiorowość etniczna, przestrzegająca pewnych norm kultury materialnej i komunikująca się wspólnym językiem.

„Pojawienie się” Słowian poprzedził głęboki kryzys demograficzno-gospodarczy widoczny na ziemiach polskich w rozrzedzeniu osadnictwa, regresie rolnictwa, redukcji kontaktów zewnętrznych i zaniku elitarnej kultury materialnej.

W 536 roku wielka erupcja na północnej półkuli spowodowała w Europie spadek temperatury o 1,6–2,5 °C. W latach 539–540 roku kolejny gigantyczny wybuch w okolicy równika – zapewne salwadorskiego wulkanu Ilopango – pogłębił globalny kryzys klimatyczny, powodując w Europie kolejny spadek temperatury o 1,4–2,7 °C, wzmocniony około 547 roku następną, niezidentyfikowaną erupcją.

To samo załamanie klimatyczne udokumentowano również na Bliskim Wschodzie, w Chinach oraz w Ameryce. Kryzys nie ominął też ziem polskich, co potwierdziły analizy rdzeni pobranych z osadów dennych jezior mazurskich. Była to tylko kulminacja pełnego zimnych anomalii okresu, który rozpoczął się już w III wieku. Utrzymujące się od tego czasu ochłodzenie wiązane też jest z serią dotąd nie zidentyfikowanych erupcji.

Głęboki kryzys potwierdzają źródła historyczne z Irlandii (głód w latach 536–539) i z cesarstwa wschodniorzymskiego. W 536 roku Prokopius zanotował, że „Przez cały ten rok słońce świeciło bez promieni jak księżyc”. W latach 537–538 Kasjodor opisywał dramatycznie niezwykłą pogodę i powszechny głód.

Nagłe ochłodzenie i spowolnienie procesów fotosyntezy wskutek redukcji światła słonecznego musiało mieć dramatyczne skutki dla społeczności rolniczych, więc zachwiało wieloma cywilizacjami na kilku kontynentach, a w Europie i w Azji uruchomiło wielkie migracje. Przenosiły się wtedy głównie zagrożone w swoich podstawach gospodarczych zmilitaryzowane elity, a na miejscu zostawali ludzie prości, którzy nie mogli opuścić swoich siedzib. Mogli oni przeżyć pod warunkiem radykalnego zredukowania swoich oczekiwań egzystencjalnych.

Skumulowanym skutkiem tych katastrofalnych zdarzeń było gigantyczne załamanie demograficzne w całej Europie. Ci, którzy nie mogli lub nie chcieli wyemigrować, stanęli wobec bezalternatywnej decyzji „życie za ubóstwo”, redukując swoje oczekiwania do poziomu, który zapewniał samo fizyczne przeżycie. Na ziemiach polskich archeolodzy dokumentują więc zmniejszenie aktywności rolniczej, upadek rzemiosła, zubożenie ludzi, regres kulturowy, zanik elit i rozpad ponadlokalnych instytucji społecznych.

To nie jacyś pierwsi Słowianie wymyślili i rozpropagowali tę prostą kulturę, która była bezalternatywna (?) wobec pogorszenia się warunków środowiska przyrodniczego. To strategia skutecznej adaptacji do sytuacji kryzysowej narzuciła podobne zachowania przystosowawcze mieszkańcom dużych obszarów, których sąsiedzi nazwali „Słowianami”. Zakorzenieni w lokalnym środowisku wykorzystali swoje zgromadzone przez pokolenia umiejętności adaptacyjne do radykalnego uproszczenia swojego systemu gospodarczego.

Ten model gospodarczo-społeczny pojawił się więc nie jako skutek migracji czy ekspansji kulturowej, lecz wymuszonego zjawiskami przyrodniczymi wyboru jedynej drogi przetrwania przez ludzi, którzy wykorzystali umiejętności obecne w każdym gospodarstwie. Były to między innymi: wspierana zbieractwem, rybołówstwem i łowiectwem ręczna uprawa małych areałów, wykonanie „ekonomicznego” w budowie i w ogrzewaniu domu półziemiankowego, domowa produkcja ceramiki i zredukowanie zapotrzebowania na metale. Były to społeczności niemal autarkiczne, bez organizacji wykraczającej poza lokalną wspólnotę i bez potrzeby stałych kontaktów ze światem zewnętrznym.

Nieprzypadkowo pierwsze informacje o Słowianach zanotowane przez Jordanesa i Prokopiusa pochodzą właśnie z połowy VI wieku, kiedy cywilizowane południe trawił już głęboki kryzys. Bizantyńczycy dostrzegli wówczas na północ od swoich granic ludzi dobrze do niego przystosowanych dzięki prostej strategii przetrwania, umożliwiającej uniezależniającą od świata zewnętrznego samowystarczalność. Nadali tym specyficznym społecznościom zbiorczą nazwę „Słowian”.

Ich pojawienie się nie było wynikiem ekspansji nosicieli nowej kultury, lecz skutkiem przystosowania się zasiedziałej już ludności do warunków anomalii klimatycznej. Ta strategia okazała się alternatywą właściwą w tym specyficznym czasie i łatwą do przyjęcia przez zasiedziałą ludność rolniczą, której poziom życia był bardzo skromny nawet w czasie rozkwitu elitarnych kultur okresu wpływów rzymskich.

(Z książki Korzenie Polski)

GURU7piorunów

@kitty95 @AureliaNova Jedną z przesłanek zalet kultury słowiańskiej jest np. przeciętny wzrost

Wyższy średni wzrost świadczył o lepszym odżywieniu szerokich mas społeczeństwa, co zgadza się i potwierdza teorię (potwierdzaną również przez źródła archeologiczne), że kultura Słowian była egalitarna, nie było hierarchii społecznej, warstw rządzących a Słowianin nie musił sobie i swoim dzieciom od gęby odejmować żeby karmić jakąś warstwę wyzyskiwaczy (czyli elit tworzących proto-państwowość). Dodatkowo podstawą pożywienia Słowian były kasze, dzięki czemu mieli zdrowsze zęby od kultur spożywających chleb (w mące mielonej na żarnach znajdował się piach, ścierający szkliwo). Czyli nie dość że się nie narobili bez potrzeby, bo mielenie i pieczenie to dużo roboty, to jeszcze mieli zdrowsze zęby, co wpływa na zdrowie, dlugość i jakość życia.

https://wielkahistoria.pl/wzrost-w-sredniowieczu-przekonanie-ze-ludzie-byli-wtedy-niscy-jest-zupelnie-falszywe/

Starożytny Rzym pozostawił imponujące budowle, budząc przekonanie że jego mieszkańcom na pewno żyło się lepiej. Nic bardziej mylnego. Monumentalne budowle są budowane dla bogatych, kosztem biednych ludzi. Przeciętny rzymianin nie miał nic, żywił się rozdawanym chlebem i oliwą, mógł co najwyżej zaciągnąć się do armii, ale za to mógł sobie pooglądać igrzyska w cyrku. Całą ziemię stanowiły olbrzymie latyfundia posiadane przez oligarchów i obrabiane przez niewolników. Nic dziwnego, że Imperium w końcu upadło, bo nikt poza garstką najbogatszych nie miał w nim żadnego interesu.

Imponujący wzrost mieszkańców średniowiecznej Europy. Byli dużo wyżsi niż wam się wydajePanuje powszechna opinia, że w średniowieczu ludzie byli o wiele niżsi niż dzisiaj. To mit. W rzeczywistości postura Europejczyków żyjących 1000 lat temu była wprost imponująca. I wiele mówi ona na temat warunków panujących w rzekomo ciemnych wiekach.WielkaHistoria
Gruba ryba0piorunów

@GazelkaFarelka ja o zupie, ty o dupie 😁

Mówimy o braku pozostałości, a nie ustroju. I znowu są przykłady z Amazonii plemion żyjących w literalnej komunie społecznej. W średniowieczu ludzie nie tyle byli wysocy, co krzepcy ze względu na ciągłą pracę fizyczną. Zbroja też swoje ważyła. Tylko to średniowiecze, mówimy o czasach -1000 lat i wczesniej, czyli jakieś 40-50 generacji.

Nie mniej dalej brak odpowiedzi skąd ziutek w puszczy wiedział jak piec wybudować i skąd te tony bursztynu. No i last but not least skąd tak ochocze zaadaptowanie do katolicyzmu wcześniejszych rytuałów i obrzędów. Przecież pojedynczymi ziutkami z puszczy nikt by się nie przejmował. Ergo ta teoria o pączkowaniu przez bory i lasy ma dziury jak w starych kalesonach.

Ps. Budowle monumentalne też trzeba mieć z czego budować, a na większości terenu Polski (dzisiejszej) nie bardzo jest z czego. Poza drewnem. No ale zobacz, Wikingowie żadnych monumentalnych budowli nie stawiali, a wiemy o nich sporo więcej niż o prasłowianach. I znowu zagwozdka.

GURU2piorunów

@kitty95 Nie mam pojęcia dlaczego zakładasz, że "ziutek z puszczy" to synonim kompletnego idioty. Żeby przetrwać w puszczy trzeba opracować i posiadać konkretne rozwiązania, jak między innymi kamienny piec, żeby mieć gdzie ugotować żarcie i nie umrzeć z zimna w zimie. Musiał posiadać tą umiejętność, bo gdyby jej nie posiadał to by umarł i go nie było, to chyba proste.

GURU2piorunów

@kitty95 "Budowle monumentalne też trzeba mieć z czego budować, a na większości terenu Polski (dzisiejszej) nie bardzo jest z czego."

Tak, z ziemi i z drewna, co wie każdy ktokolwiek się interesuje historią a nie próbuje dyskutować o tym, o czym nie ma pojęcia. :upside_down_face:
To na przykład wykopaliska z Poznania, pozostałości wałów drewniano-ziemnych z czasów Mieszka I.

GURU3piorunów

@kitty95 Tu masz z kolei pozostałości ziemno-drewnianych wałów Grodów Czerwieńskich z X wieku

GURU0piorunów

@kitty95 Jak widzisz tych grodów jest od chuja, w momencie jak zaczęły się krystalizować jakieś formy organizacji i proto-państwowosci, jakieś pierwsze elity rządzące (zapewne pod wpływem zagrożeń z zewnątrz), zaczęły powstawać monumentalne budowle, których ślady pozostały do dzisiaj, nie zdołał ich zniszczyć czas ani ludzie przez tysiąclecie.

Zaczęły się pojawiać dopiero pod koniec IX wieku. Wcześniej na terenach zamieszkałych przez Słowian nie ma żadnych śladów tego typu budowli. Nikt nie zapierdalał z taczką i łopatą jak nie było takiej potrzeby. Dopiero konieczność obrony przed wrogami zmusiła Słowian do organizacji, wybrania przywódców, utrzymywania kasty wojowników oraz budowy obronnych grodów.

Gruba ryba0piorunów

@GazelkaFarelka

o czym nie ma pojęcia.

O argumentacja się widzę kończy. :smiley:

Innowacje techniczne się rozprzestrzeniają w obrębie regionu czy kultury, a zazwyczaj i dalej. Bywa też, że w kilku regionach odkrywa się coś podobnego w tym samym mniej więcej czasie, ale dalej występuje lokalna propagacja. Jeżeli ziutki mieszkały w odizolowanych gospodarstwach miesiąc z buta od siebie przez bory i lasy, to mało prawdopodobne, że w ogóle o sobie wiedziały. Chyba, że to był jeden jedyny piec wymyślony przez genialnego ziutka z puszczy i akurat na niego trafili. Cud.

Dajesz przykłady z czasów Mieszka, czyli te już całkiem dobrze udokumentowane. I denary były i państwowość. A wcześniej czarna dziura i ziutki z puszczy i magicznie Mieszko się pojawił.

Gruba ryba2piorunów

@kitty95 glina i drewno? Ty myślisz, że tylko z betonu/kamienia można wybudować coś wielkiego? :grinning:

GURU0piorunów

@kitty95 "Jeżeli ziutki mieszkały w odizolowanych gospodarstwach miesiąc z buta od siebie przez bory i lasy, to mało prawdopodobne, że w ogóle o sobie wiedziały. "

To twój wymysł, nikt nigdy nigdzie tak nie napisał. Kilometr odległości robisz z buta w 10 minut. Wystarczająco daleko, żeby sobie nie wchodzić w drogę z sąsiadem, a jednocześnie pójść do niego jak szukasz małżonki czy pożyczenia trochę rzepy bo ci się skończyła.

Mieszko nie pojawił się magicznie, o czym byś wiedział jakbyś zadał sobie trud przeczytania czegokolwiek, a nie dyskutował jak ślepy o kolorach. Choćby moją wypowiedź, gdzie tłumaczę że Mieszko i inne proto-państwowości zaczeły się formować jako odpowiedź na zagrożenie z zewnątrz. Stąd "nagle pojawiły się" grody, których wczesniej nie było, oraz przywódcy, których wcześniej nie było - bo nie były wcześniej nikomu potrzebne. Dopiero zagrożenie konsoliduje społeczność i wymaga wybrania przywódców.

Gruba ryba0piorunów

@LaMo.zord o trwałości materiału jest mowa, doczytaj. Zamków średniowiecznych pełno dotrwało w niezłym stanie, grodzisko drewniane ani jedno. Jak myślisz, czemu?

GURU2piorunów

@kitty95 Wkleiłam ci kilkanaście przykładów grodzisk ziemno-drewnianych, które częściowo dotrwały do naszych czasów, ale ty nadal twierdzisz, że nie zostało ani jedno 😆

Gruba ryba0piorunów

@GazelkaFarelka bla bla bla. Równie dobrze możemy się opierać na bajkach o Wandzie, co Niemca nie chciała i o szewczyku dratewce, tak ta wiedza o proto-panstwowości wygląda mniej więcej.

Sama sugerujesz odizolowane autarktyczne osady, a potem że kilometr od siebie. Kilometr od siebie to nawet dziś mało wsi jest, a w borach i lasach rzymskich via Appolonia nie było. Jechało się (a częściej szło) dziczą, na przełaj, a to najwolniejszy sposób podróży i najniebezpieczniejszy. Chyba że zachowały się ślady traktów, gospód, promów, brodów, etc.

Podsumowując, to w istocie nikt nie wie co tu dokładnie było i jest pałowanie się różnymi teoriami.

Skąd Mieszko wiedział co to waluta i jak się bije monetę? Od ziutków w puszczy, którzy poczuli się zagrożeni?

Ostatnio gdzieś na mazowszu rzymską monetę znaleziono. No ale handlu przecież nie było, bo co ziutek z puszczy mógł sprzedawać i to jeszcze za monety z drugiego końca świata.

Tyle pytań...

GURU1piorunów

@kitty95 to że ty nie wiesz, bo skończyłeś edukację historyczną na podstawówce, nie oznacza że nikt nic nie wie 😆
Twoje wypowiedzi są równie idiotyczne jakbym ja się wypowiadała, nie wiem, o elektronice, że nikt nie wie co to jest i jak to działa - bo ja nie wiem jak to działa, bo moja wiedza w tym temacie zakończyła się razem z liceum i na dodatek nie odróżniała elektryki od elektroniki ani prądu stałego od zmiennego i nie wiedziała, co to jest faza.

To jak, zachowały się jakieś grody ziemno-drzewne czy nie? Giecz, Grzybowo, Ostrów Lednicki? Ostrów Tumski w Poznaniu? To, że nigdy tam nie byłeś, nie oznacza, że nie istnieją. Polecam wycieczkę. To są oryginalne monumentalne obwarowania dawnych grodów, wewnątrz których znajdują się skrzynie drewniane o konstrukcji hakowej.

GURU0piorunów

@kitty95 "Skąd Mieszko wiedział co to waluta i jak się bije monetę?"

Jakbyś uważał na historii to byś wiedział, że Mieszko prowadził już ożywioną wymianę handlową z sąsiadami, głównie z Czechami. Ale to już czasy po uformowaniu się struktur państwowych. A znaleziska archeologiczne wskazują na to, że już jego przodkowie budowali własne państwo, pierwszy gród w Gieczu datowany jest na czasy przypadające na jego dziadka. To jest jednak nadal przełom IX/X wieku.

"Ostatnio gdzieś na mazowszu rzymską monetę znaleziono. No ale handlu przecież nie było,"

Sprawdź kiedy upadło Imperium Rzymskie a kiedy pojawili się Słowianie. Znaleziska rzymskich monet są z czasów PRZED Słowianami.

GURU1piorunów

@kitty95 "Sama sugerujesz odizolowane autarktyczne osady, a potem że kilometr od siebie. "

Odróżniasz wymianę rzepy z sąsiadem mieszkającym kilometr dalej, od zorganizowanych dalekobieżnych szlaków handlowych i transportu towarów po kilkaset, kilka tysięcy kilometrów? Odróżniasz szlak handlowy na którym wiezie się cenne towary do cesarstwa, od nie wiezienia niczego bo cesarstwo już upadło i nie ma komu tego wieźć? Odróżniasz I wiek naszej ery od VI wieku naszej ery, czy dla ciebie 500 lat w tę czy we wtę to jeden pies? Najpierw bredzisz o Biskupinie, w czasie którego nie istniał nawet Rzym, potem o rzymskich monetach a to wszystko na dowód że 1300 lat później, 500 lat po upadku Rzymu Słowianie handlowali z nieistniejącym już wtedy Rzymem 😆

Autorytet0piorunów

@GazelkaFarelka Widzę, że masz sporą wiedzę w temacie naszych przodków. Może zrobisz wpis i napiszesz to co tutaj w jednym poście plus kilka mniej oczywistych faktów?
Z przyjemnością poczytam.

GURU0piorunów

@WysokiTrzmiel Nie podejmę się, bo moja wiedza chociaż wychodzi poza ramy standardowej edukacji to nie jest na tyle kompletna żeby robić kompletne wykłady. Ale mogę polecić kilka moim zdaniem dobrych popuarnonaukowych książek wprowadzających w temat. Polecam poza tym czytanie różnych artykułów czy podcastów na tematy archeologiczne.

Autorytet0piorunów

@GazelkaFarelka Nie myślałem o kompletnym wykładzie, ale w takim razie poproszę o polecajkę książek. Dodam sobie do listy zakupowej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

GURU1piorunów
GURU1piorunów

@WysokiTrzmiel A także polecam na youtube profil "Archeologia Żywa", zapraszają tam gości różnych i robią wykłady na różne tematy, w większości dotyczących historii polskich ziem.

Na przykłąd tutaj o rywalach rodu Piastów, zmiecionych przez nich z powierzchni ziemi
https://www.youtube.com/watch?v=LD6c9gi8JRY

Rywale rodu Piastów? - Andrzej Buko | KONTEKST 51Auf YouTube findest du die angesagtesten Videos und Tracks. Außerdem kannst du eigene Inhalte hochladen und mit Freunden oder gleich der ganzen Welt teilen.YouTube
Pokaż więcej komentarzy (68)

Lider

w Historia

83piorunów

Starożytni uczeni Polski nie znali, ale Wisłę tak

Niestety, nie znajdziemy u starożytnych autorów żadnej wzmianki o „Polsce” lub o „Polakach”, bo te nazwy pojawiły się dopiero na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia naszej ery. Nie oznacza to, że ówcześni mieszkańcy Śródziemnomorza nie mieli żadnej wiedzy o „naszych” ziemiach. Była to jednak wiedza bardzo powierzchowna i ograniczona do garści niesprawdzalnych stereotypów, które jeden autor przejmował od drugiego. Ludzie wykształceni geograficznie słyszeli natomiast o wielkiej rzece Wiśle, która przez stulecia była jedynym konkretem geograficznym, jaki kojarzono z naszą częścią Europy.

Nie wiemy, co oznaczała nazwa naszej największej rzeki, bo ten hydronim, wraz z nazwami wielu innych polskich rzek (łącznie z Odrą i Wartą), wywodzi się z nieznanych nam języków przedindoeuropejskich. Pochodzi więc sprzed ponad trzech tysięcy lat, należąc do tzw. hydronimów staroeuropejskich.

Najstarszy dowód starożytnej wiedzy o Wiśle zawdzięczamy Markowi Wipsaniuszowi Agryppie (63–12 p.n.e.). Na podstawie dostępnych w Rzymie informacji opracował on mapę znanego wówczas świata, którą wyrzeźbiono w marmurze. Nie zachował się niestety komentarz geograficzny samego Agryppy. Z relacji tych, którzy tę mapę widzieli i opisali (np. Pliniusz Starszy), wiemy, że Wisła pełniła na niej ważną funkcję graniczną, rozdzielając Germanię od Dacji.

Od tego czasu Wisła na stałe weszła do wiedzy geograficznej uczonych elit starożytności, czego najstarszym dowodem jest dzieło tajemniczego geografa rzymskiego Pomponiusza Meli. W latach 43–44 n.e. stworzył on zachowany w całości traktat geograficzny, w którym opisał znany Rzymianom świat. To tam znajdziemy najstarszy zapis w formie Visula. Według jego koncepcji Wisła wpadała do zatoki Codanus (Bałtyk), płynąc najpierw pomiędzy Germanią a Sarmacją. Jego wizja kształtu świata w postaci otoczonego panoceanem kręgu z umieszczoną w środku Italią na stulecia zdominowała naukę europejską.

Pierwsze potwierdzenie bezpośredniego kontaktu Rzymian z obszarem nadwiślańskim zawdzięczamy złej sławy cesarzowi Neronowi. Wiedziony geograficzną ciekawością odległych peryferii znanego ówcześnie świata, wysłał on trzy ekspedycje „badawcze”, które miały odpowiedzieć na pytania nurtujące Rzymian: ekspedycja południowa miała dotrzeć do źródeł Nilu, wschodnia – do jazonowej Kolchidy, a północna nad bursztynonośne wybrzeże Bałtyku. Nie wiemy niestety, jakie informacje w 63 roku przywiózł z północy rzymski ekwita (zamożny obywatel cesarstwa), którego cesarz postawił na czele wyprawy nad Bałtyk. Dla ówczesnych komentatorów ważniejsze było bowiem to, że przywieziony przez cesarskich wysłanników bursztyn wystarczył do ozdobienia całego Cyrku Nerona na czas igrzysk, tak lubianych przez cesarza.

Powyższe wiadomości znajdziemy zebrane w napisanym przez Pliniusza Starszego (23–79 r. n.e.) w latach 77–79 encyklopedycznym dziele pt. Historia naturalna. Opisuje w nim zarówno znaną sobie marmurową mapę Marka Agryppy, jak też powołuje się na autorytet Pomponiusza Meli i wspomina wyprawę z czasów cesarza Nerona. Sam wielką rzekę, która miała rozdzielać Germanię i Sarmację, wpadając później do Bałtyku, nazwanego tam „Morzem Swebskim”, nazywa Vistla i Vistillus.

O dziwo chyba niewiele wiedział o tych terenach albo się nimi nie interesował jego młodszy kolega, nuworysz i znakomity historyk Publiusz Korneliusz Tacyt (ok. 55–120). Skupiony głównie na „etnograficznym” opisie ludów zamieszkujących bezpośrednio sąsiadującą z cesarstwem Germanię, wspomniał tylko na wschodzie ludy nadbałtyckich Estów oraz Wenetów zamieszkujących między Germanami a Sarmatami, a więc gdzieś nad Wisłą, która miała rozdzielać te ludy.
(...)
Dla większości uczonych rzymskich to właśnie Wisła symbolicznie rozdzielała bliską zagranicę, za którą uważano Germanię, od tajemniczych terenów położonych gdzieś na północy i wschodzie, które poszczególni autorzy zamiennie nazywali Dacją, Sarmacją lub Scytią. Aby zwiększyć wiarygodność przekazu, „zaludniano” je stopniowo rozmaitymi ludami, których egzotyczne nazwy etniczne są dzisiaj w większości całkowicie nieczytelne.

(Z książki Korzenie Polski)

Kosmonauta1piorunów

Te mapki to rekonstrukcje, czyli zrobione przez autorów książki? Na początku myślałem że to Rzymianie rysowali 🙃

Lider2piorunów

@HolenderskiWafel w książce jest dokładnie taka rekonstrukcja, do wpisu wziąłem coś bardziej czytelnego z neta

Kosmonauta1piorunów

@smierdakow co to za odwzorowanie w ogóle? Chyba że to jest jeszcze oparte o płaska ziemię?

Lider2piorunów

@HolenderskiWafel nie wiem jak z płaskością u tego Pomponiusza, dalej jest, że wiek później już mapy były kuliste:

W połowie II wieku n.e. słynny grecki matematyk, astronom i geograf Klaudiusz Ptolemeusz zwany Aleksandryjczykiem (ok. 100 – ok. 168) sformułował geocentryczną wizję astronomiczną, która na kilkanaście stuleci zdominowała naukę europejską i została skutecznie podważona dopiero przez Mikołaja Kopernika. Ptolemeusz jako pierwszy zastosował rewolucyjną innowację w postaci siatki geograficznej nałożonej na powierzchnię kulistej Ziemi. To pozwoliło mu na ustalenie współrzędnych (co prawda błędnie obliczonych, ale możliwych do skorygowania) niemal 8000 znanych mu miejsc. Na tej imponującej swoją zawartością liście jest też ujście Wisły oraz tajemnicza Calisia, którą już Jan Długosz utożsamiał z Kaliszem, położonym na dobrze znanym Rzymianom tzw. szlaku bursztynowym. W geograficznej wizji Ptolemeusza spływająca do Oceanu Sarmackiego Ouistoula miała oddzielać Germanię od Sarmacji Europejskiej. Zamieszkiwali tam, licząc od zachodu, Wenedowie, Galindowie i Sudinowie.

Kosmonauta1piorunów

Chyba ślepy z głuchym te mapy robili

Pokaż więcej komentarzy (11)

GURU

w Historia

5piorunów

Rumunia w polskiej polityce zagranicznej. Dwudziestolecie...

Relacje między Polską i Rumunią w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy dwa państwa podpisały serię traktatów, były zasadniczo dobre,  choć ulegały fluktuacjom. „Kurier Wileński” rozmawia o tym z prof. Henrykiem Walczakiem z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Szczecińskiego.

GURU

w Historia

3piorunów

Parafia w Borowicy. Historia i architektura » Historykon.pl

Historia kościoła pw. Przemienienia Pańskiego i św. Stanisława to fascynująca opowieść o wytrwałości i duchowej sile lokalnej społeczności. Parafia w Borowicy wiąże się nie tylko z wyjątkowym przykładem klasycystycznej architektury drewnianej, ale także z barwnymi losami ludzi

Lider

w Historia

27piorunów

Dzień dobry.

z ankieta nie wyszło. A teraz wpadło by zdobyć 100 piorunów za wpisy, więc podejmuję wyzwanie. Na pierwszy ogień idzie Pantera.

Zdjęcie przedstawia Pz.Kpfw. V Panther Ausf. A z Leibstandarte SS Adolf Hitler uchwycone w Eeklo w Belgi w 1944. Zdjęcie zrobione mniej wiecej z tego miejsca https://maps.app.goo.gl/6y695mCEKVbfT4AR6

Pantera to niemiecki czołg średni (choć Pan Bączyk ma odmienne zdanie) wprowadzony na służbę 1943 roku uzbrojony w doskonałą armatę 7,5cm KwK42 L/70 (niemy podawali kalibry w cm a L/70 oznacza długość lufy równą 70 kalibrom).

Zachęcam do piorunowania!

Tytan

w Historia

16piorunów

Front Bałkański w I wojnie światowej część 20, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916

Poprzednie części pod tagiem

Ponieważ trudno było uzyskać jakikolwiek jasny obraz sytuacji bez ostatecznego ustalenia pozycji Pierwszej Armii oraz zamiarów Rządu i Sztabu Głównego, zdecydowałem się pojechać pociągiem do Mitrowicy, oddalonej o czterdzieści kilometrów, gdzie te ostatnie miały swoją siedzibę. Krążyły również pogłoski, że ta wędrowna instytucja bankowa, Banque Franco-Serbe, przemieszczała się wraz z rządem, a ponieważ moje pieniądze zaczynały się kończyć, chciałem zrealizować czek z Paryża. Kolej do Mitrowicy biegnie przez historyczną równinę Kossovo, gdzie pięć wieków temu Serbia, po ostatniej desperackiej bitwie, znalazła się pod dominacją Turków. Grobowiec tureckiego sułtana Murada I, który został zabity przez rannego serbskiego żołnierza w samym momencie zwycięstwa, jest jednym z uderzających elementów krajobrazu. Bitwa pod Kossowem, choć zakończyła się klęską serbskiej armii cara Lazara, jest jednym z najbardziej chwalebnych wyczynów zbrojnych w annałach Serbii, a pamięć o niej pięć wieków później pobudziła armię króla Piotra do nowych aktów bohaterstwa. Jedną z ciekawych cech budowy kolei na Bałkanach jest to, że stacje kolejowe zawsze znajdują się w znacznej odległości od miast, które obsługują. W Prisztinie odległość ta wynosi nie mniej niż dziesięć kilometrów lub dwie godziny dobrego marszu. Major dowodzący naszą kolumną transportową uprzejmie użyczył mojemu francuskiemu koledze i mnie dwukonnego powozu, który zawiózł nas na stację i około południa byliśmy już w drodze przez historyczną równinę Kossowa do Mitrowicy. Przez całe czterdzieści kilometrów mieliśmy wiele dowodów na to, że odwrót na Prisztinę trwa. Drogi były wypełnione niekończącymi się liniami konwojów transportowych, a na każdej stacji ładowano i wysyłano pociąg za pociągiem.

W pociągu spotkałem rosyjskiego współpracownika, korespondenta "Novoe Vremia". Był z oddziałami przeciwstawiającymi się bułgarskiemu natarciu z Niszu i Prokuplje i wycofał się z nimi do Prisztiny. Pragnął przeprawić się przez Ipek i Andriejewicę, aby wysłać swoje depesze z potężnej francuskiej stacji radiowej w Podgoricy w Czarnogórze, będącej obecnie naszym jedynym środkiem komunikacji ze światem zewnętrznym. W Mitrowicy czekało nas rozczarowanie. Rząd i kwatera główna wyjechały specjalnym pociągiem do Prisrend godzinę wcześniej. Mało tego, wydano rozkaz ewakuacji miasta, a ostatni pociąg, jak nam powiedziano, miał odjechać o pierwszej następnego dnia. Nie pozostało nam nic innego, jak czekać na ten pociąg, więc udaliśmy się do miasta położonego, jak zwykle, milę lub dwie od stacji. Zastaliśmy mieszkańców Mitrowicy w stanie paniki. Wszystkie tureckie sklepy i kawiarnie były zamknięte i zabarykadowane.

Nie ma wątpliwości, że mahometańska część ludności sympatyzowała z niemieckimi najeźdźcami, ale ponieważ w mieście znajdowały się duże oddziały serbskie, a jeszcze więcej poza nim przeciwstawiało się niemieckiemu natarciu, przerażeni mieszkańcy widzieli możliwość, by nie powiedzieć prawdopodobieństwo, niemieckiego bombardowania. Tysiące ludzi przygotowywało się do ewakuacji miasta. Widziałem, że szanse na to, że pociąg o pierwszej następnego dnia zostanie zaatakowany przez tłum przerażonych uciekinierów, były bardzo duże, więc kiedy mój rosyjski kolega przybył z wiadomością, że o szóstej rano zostanie wysłany specjalny pociąg, zdecydowaliśmy się nim podróżować, jeśli to możliwe. Ale w międzyczasie problemem było znalezienie jedzenia i zakwaterowania. Nikt nie chciał przyjąć ani centa w papierowych pieniądzach. Na szczęście posiadaliśmy niewielki, ale wystarczający zapas srebrnych monet i byliśmy w stanie zdobyć bardzo niezadowalający posiłek i jeszcze bardziej niezadowalające łóżko nad turecką kawiarnią. Ponieważ miasto pogrążone było w egipskich ciemnościach i nie było żadnej rozrywki w potykaniu się wąskimi, opustoszałymi tureckimi uliczkami i alejkami, nie pozostawało nic innego, jak położyć się spać o ósmej. Około północy obudziły mnie odgłosy życia i ruchu na ulicy poniżej. Słychać było toczące się pojazdy i tupot stóp. Początkowo myślałem, że to uciekająca ludność, ale odgłosy były zbyt regularne. Wstałem i podszedłem do okna. To była Pierwsza Armia Serbska w pełnym odwrocie.

W świetle wiszącej nad drzwiami naszej kawiarni latarni widziałem, jak kompania za kompanią, szwadron za szwadronem i bateria za baterią przelewają się obok. Godzina po godzinie w wąskich uliczkach rozbrzmiewało miarowe "tramp, tramp" tysięcy stóp. Była czwarta nad ranem, gdy przejechała ostatnia bateria, a stukot kół zagłuszył stukot kopyt wołów ciągnących działa. A potem zaczęło padać, i to jak! Mówiąc o "otwartych wrotach niebios", cała strona domu była odsłonięta. Padało w strugach, padało wiadrami, lało jak z cebra. Rynsztoki na środku ulic zamieniły się w rwące potoki, podczas gdy Niagara wylewała się ze wszystkich zwisających okapów. Pośród tego potopu musieliśmy wyruszyć na stację oddaloną o trzy mile. Droga, która wczoraj była błotnista, dziś była "bagnem przygnębienia". W egipskich ciemnościach nie sposób było uniknąć kałuż i rozlewisk. Chłodny deszcz, napędzany przez silne wichury, oślepiał, a co jakiś czas pluskaliśmy się po kolana w kałużach błotnistej wody. W końcu dotarliśmy na stację przemoczeni do suchej nitki, tylko po to, by dowiedzieć się, że rzekomy pociąg specjalny był mitem i że nie będzie żadnego środka transportu z powrotem do Prisztiny aż do pierwszej po południu. Pomysł, by w strugach deszczu i ciemności wracać do naszego beznadziejnego pokoju w kawiarni, przekraczał moją odwagę. Oświadczyłem, że najpierw spróbuję wysuszyć się przy ogromnym ogniu płonącym w biurze zawiadowcy i poczekam na światło dzienne. Z każdą chwilą wichura przybierała na sile, a zimno stawało się coraz bardziej intensywne. Deszcz już dawno zamienił się w śnieg. Pomyślałem o losie dwudziestu tysięcy ludzi z Pierwszej Armii, których widziałem przemierzających miasto, a którzy byli teraz na pustkowiu równiny Kossowa, w czterdziestokilometrowym marszu do Prisztiny.

Właśnie w tym momencie na stację wjechała lokomotywa i stanęła z warkotem naprzeciwko biura zawiadowcy. "Dokąd ona zmierza? "zapytałem. "Do Prisztiny". "Czy nie możemy nią podróżować?" Spojrzał z wahaniem na nasze niebiesko-biało-czerwone odznaki (które oznaczały, że jesteśmy przydzieleni do Kwatery Głównej), ale w końcu powiedział: "Nie, to niemożliwe". Musiał jednak skonsultować się z kimś u góry, ponieważ dwie minuty później przybiegł i oznajmił: "Jeśli możecie być gotowi w pół minuty, możecie zająć maszynownię." Wejście na pokład nie zajęło nam więcej niż dziesięć sekund, a minutę później wyruszyliśmy w zamieć. Niestety najpierw płynęliśmy na przyczepie, więc nie mieliśmy żadnej ochrony przed pogodą. Byliśmy jednak zbyt szczęśliwi, że udało nam się uciec z Mitrowicy, by przejmować się takimi drobiazgami. Od czasu do czasu przedzieraliśmy się przez zalane fragmenty linii z wodą sięgającą podnóżka. Kiedy linia biegła wzdłuż drogi, widzieliśmy, że jest usiana martwymi ciałami koni i wołów, które padły z zimna i zmęczenia.

Kiedy dotarliśmy do stacji Prisztiny, zastaliśmy tam scenę zimowego spustoszenia. Była zatłoczona tysiącami żołnierzy czekających na pociąg, którzy szukali schronienia przed śniegiem, który był teraz pędzony przez regularny huragan, za szopami, budynkami gospodarczymi i budynkami stacji. W biurze zawiadowcy spotkałem angielskiego oficera w służbie serbskiej, który czekał na pociąg ze swoją sekcją karabinów maszynowych. Przekazał nam najnowsze wiadomości i co było jeszcze lepsze, poczęstował nas doskonałą francuską brandy z kieszonkowej piersiówki. Ale jeśli brandy była dobra, to było to więcej niż można powiedzieć o wiadomościach, które były tak złe, jak to tylko możliwe. Armia serbska była zagrożona ze wszystkich stron. Tylko jedna linia odwrotu pozostawała dla niej otwarta w kierunku Prisrend. W związku z tym sztab główny zdecydował się porzucić taktykę odwrotu narzuconą przez aliantów, przejść do ofensywy i zaryzykować ostatnią desperacką bitwę, aby poprawić sytuację.

Od czasu austriacko-niemieckiego ataku na Dunaj, instrukcje aliantów dla serbskiego sztabu polegały na unikaniu ryzykowania wszystkiego w bitwie i powolnym wycofywaniu się, opóźniając postęp wroga tak bardzo, jak to możliwe, aż alianci będą w stanie przyjść im z pomocą. Serbowie robili to przez prawie sześć tygodni, w wyniku czego zostali prawie zmuszeni do wycofania się w góry Albanii, a alianci wydawali się być tak daleko, jak nigdy dotąd, od możliwości udzielenia im pomocy. Serbski sztab generalny zdecydował więc, że jedyną szansą, jaka im pozostała, jest rzucenie całej serbskiej armii na pozycje Bułgarów na południu, przebicie się przez pasmo górskie Katczanik i odbicie Uskubu[Skopje]. Gdyby się tam znaleźli, mogliby podać rękę siłom francuskim i utworzyć nowy front skierowany na wschód, z Salonikami jako point d'appui[punkt oparcia] po ich skrajnej prawej stronie. Był to ostatni i desperacki rzut na szalę, nadzieja, której należało się podjąć z armią będącą niemal na wyczerpaniu. Istniała jednak szansa na sukces, a odwrót na Prisrend oznaczał jedynie katastrofę.

GURU

w Historia

10piorunów

30 stycznia 1920 powstała firma Mazda, początkowo jako firma produkująca korki » Historykon.pl

Mazda, początkowo znana jako Toyo Cork Kogyo Co., Ltd., miała swoje korzenie w produkcji korków w Hiroshimie, Japonii. Została założona w 1920 roku. Przez wiele lat firma przechodziła transformację, zaczynając od produkcji rikszy Mazda-Go w 1931 roku, a następnie rozwijając unikalne

GURU

w Historia

27piorunów

Rok, w którym wiosna przyszła w styczniu. Jedyne takie anomalie w Polsce

1934 rok zapisał się jako ten, w którym wydarzyła się największa katastrofa naturalna w historii Polski. Zaczęło się od ciężkiej i bardzo mroźnej zimy, która trwała… zaledwie dwa miesiące. Skończyła się równie nagle, jak nadeszła, a wiosna była naprawdę piękna. W początku

GURU

w Historia

9piorunów

Historia jednej fotografii z Bazy Zdjęć PAP: 35 lat temu rozwiązano PZPR

Podczas XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, odbywającego się w Warszawie od 27 do 30 stycznia 1990 r., podjęto uchwałę o zakończeniu działalności partii. Przed Salą Kongresową, gdzie odbywały się obrady, manifestował tłum przeciwników partii. Po wyborach

Lider

w Historia

50piorunów

Jak Aleksander Wielki zdobył Tyr - miasto położone na wyspie, które było nie do zdobycia (332 r p.n.e.)

Fragmenty z książki Filip i Aleksander.

Fenicki ośrodek Tyr wysłał do Aleksandra poselstwo z ofertą podporządkowania się; kiedy jednak monarcha stanął na brzegu naprzeciwko wyspiarskiego miasta, okazało się, że chodziło raczej o ogłoszenie neutralności. Macedończyk odpowiedział, że pragnie złożyć ofiarę Heraklesowi – naczelnemu bóstwu Tyryjczyków. Wpuszczenie Aleksandra w mury miasta i pozwolenie mu na ceremonię ofiarną byłoby równoznaczne z uznaniem go nie za zwykłego sprzymierzeńca, ale za zwierzchnika.

Aleksander usłyszał w odpowiedzi, że w położonym na stałym lądzie Starym Tyrze (w owym czasie opuszczonym) jest inna świątynia i jeśli tak tego pragnie, niech tam sobie odprawi wszelkie obrzędy, ale zgody na wejście do ich miasta nie otrzyma. Monarcha próbował ponowić negocjacje, jednakże jego posłów zawleczono na koronę murów i na oczach Macedończyków zabito i strącono do morza.

Aleksander nie mógł przystać na neutralność Tyru. Ponadto jeżeli macedońskich parlamentariuszy rzeczywiście zamordowano, tak zuchwała prowokacja wymagała bezwzględnej reakcji.

Armia potrzebowała zachęty, gdyż stojące przed nią zadanie było iście na miarę mitycznego Heraklesa. Tyr zbudowano na wyspie oddalonej o niespełna kilometr od wybrzeża. Morze jest tam z początku płytkie, lecz u jej brzegu dno opada mniej więcej do pięciu metrów. Wysokie mury miejskie, wzmocnione basztami, były solidnej konstrukcji i dobrze utrzymane. Co równie ważne, wzniesiono je prawie na samym brzegu, nie było więc miejsca na prowadzenie normalnych prac oblężniczych i podprowadzenie taranów. Tyryjczycy z dumą wspominali, jak kiedyś przez trzynaście lat opierali się oblężeniu babilońskiemu, aż w końcu nieprzyjaciel był zmuszony odstąpić. Zapasów mieli w bród i mogli je uzupełniać drogą morską, a w tak dużej populacji nie brakowało też dobrze zmotywowanych mężczyzn do walki i do pracy.

Aleksander i jego inżynierowie uznali, że skoro nie mają szans na podejście morzem, należy zbudować groblę między wybrzeżem a wyspą. Z ruin Starego Tyru wzięli kamienie, drewno z cedrowych lasów libańskich. Materiał trzeba było przenosić na brzeg i dalej, w miarę jak konstrukcja z wolna się wydłużała.

Tygodnie rozrosły się w miesiące. Dzięki nieustannej pracy wojska i cywilów grobla z wolna się wydłużała. Pierwsze odcinki prowadziły przez płycizny i piaszczyste łachy, co znacznie ułatwiało zadanie. Z początku Tyryjczycy reagowali na to tylko obelgami i drwinami rzucanymi z podpływających łodzi. Kiedy jednak nasyp sięgnął dalej w cieśninę, zaczęli ostrzał z lekkich katapult ustawionych na murach i okrętach. Trudno pracować w zbrojach ludzie więc odnosili rany i często musieli szukać schronienia przed pociskami.

W starożytności oblężenia były długotrwałym pojedynkiem na pomysłowość i wytrzymałość. W tym przypadku Macedończycy w odpowiedzi ustawili na krańcu grobli dwie wieże obite skórami dla ochrony przed pociskami ognistymi i uzbrojone w machiny miotające. Dzięki sporej wysokości można było z nich ostrzeliwać pokłady okrętów, co zmuszało je do trzymania się w dużej odległości, oraz utrudniać działanie obrońcom na murach. Pod ich osłoną praca znów szła sprawniej.

Inżynierom Aleksandra nie brakowało konceptów, lecz i Tyryjczycy wykazywali się nie lada sprytem. Bardzo skuteczne okazało się zastosowanie brandera – statku załadowanego materiałami palnymi i skierowanego na cel. Podwieszone na maszcie kotły z oliwą itp. miały runąć wraz z nim i wzmóc pożar. Statek przetrymowano na rufę, aby ułatwić mu wejście dziobem na groblę. Doświadczeni ludzie morza, znający swój akwen od pokoleń, odczekali na właściwe warunki i poholowali brander ku nieprzyjacielskim konstrukcjom. Odważni marynarze rozpalili ogień, holujące triery nadały statkowi odpowiednią inercję i zwolniły liny, a resztę zrobili sternicy i wiatr. W ostatniej chwili załoga wyskoczyła za burtę, brander zaś wbił się dziobem w groblę. Nadpalony maszt złamał się i upadł do przodu, jak zaplanowano, i macedońskie konstrukcje zalała fala płomieni. Skórzane obicia nie mogły ochronić przed taką pożogą i wkrótce obie wieże, jak również szkielet grobli i zbudowane na niej schrony zapłonęły niczym pochodnie. Na morzu pojawiły się kolejne tyryjskie okręty, z których ostrzeliwano próbujących się bronić Macedończyków, i desantowano oddziały, by dopełnić dzieła zniszczenia.

Wielotygodniowa praca obróciła się wniwecz w kilka godzin, do czego przyczyniła się też sama natura: resztę konstrukcji rozbił sztorm. Obejrzawszy ruiny grobli, Aleksander nakazał wznowić budowę; tym razem grobla miała być znacznie szersza i zaopatrzona w większą liczbę wież bojowych. Przypuszczalnie prace rozpoczęto w innym miejscu i pod innym kątem względem prądów pływowych, źródła nie mówią jednak o tym wyraźnie. Pewne jest tylko, że zadanie wymagało jeszcze więcej czasu niż pierwsza próba, której efekty tak szybko zostały unicestwione.

Aleksander wezwał wszystkich inżynierów i techników, jakich dało się znaleźć w Fenicji i na Cyprze, aby wzmocnić kadrę nadzoru nad pracami budowlanymi. Nowa grobla powoli pełzła ku celowi, lecz kosztowało to wiele wysiłku; coraz dalej trzeba też było szukać materiałów, zwłaszcza drewna, co znacznie wydłużało czas dostaw. Robotnikom nie groziły już pociski z morza, gdy jednak czoło konstrukcji znalazło się w zasięgu strzału z murów, problem zaczął się na nowo. Macedońskie katapulty na wieżach i okrętach starały się trzymać obrońców w szachu. Obie strony poświęcały wiele energii na ochronę przed ostrzałem, Macedończycy nie ustawali też jednak w wymyślaniu nowych działań zaczepnych. Jednym z takich pomysłów było wiązanie statków handlowych lub okrętów burtami do siebie, aby służyły za platformy do ustawiania wież oblężniczych lub taranów. Dzięki temu Aleksander mógł atakować mury w różnych miejscach, nie tylko na odcinku na wprost grobli. To zagrożenie, jak i rzeczywiste szturmy zmuszały obrońców do reakcji i z wolna wyczerpywały ich siły.

Nie wszystko jednak szło po myśli agresorów. Tyryjczycy pokrywali pokłady okrętów improwizowanymi pancerzami; chronione przed pociskami z góry mogły atakować pływające platformy z wieżami lub zrywać ich liny kotwiczne. Dla zmniejszenia skuteczności mobilnych taranów obrońcy w atakowanych miejscach wyściełali mur workami z piaskiem; dokuczliwą bronią był też piasek rozgrzany w ogniu i sypany na oblegających – wystarczyło, że parę ziarenek dostało się pod ubranie lub zbroję, by dotkliwie poparzyć delikwenta, któremu pozostawał wybór mniejszego zła: zrzucić rynsztunek i ryzykować trafienie strzałą czy pracować dalej w ustawicznym bólu.

Oblężenie Tyru było najdłuższą i najtrudniejszą tego rodzaju operacją podjętą czy to przez Aleksandra, czy jego ojca. Arrian nazwał je „zaiste ogromnym zadaniem”; według Kurcjusza nawet sam Aleksander był bliski desperacji i rozważał, czyby nie odstąpić i raczej pociągnąć na Egipt, „jednakże bardzo by mu było wstyd, […] uznał też, że zbytnio ucierpiałaby jego reputacja, gdyby zostawił Tyryjczyków w spokoju niczym na świadectwo, że jednak można go pokonać”. Jeżeli taka myśl przemknęła młodemu monarsze przez głowę, to jej nie posłuchał. Im więcej energii i prestiżu wkładał w to przedsięwzięcie, tym trudniej było z niego zrezygnować.

Macedończycy uparcie atakowali, aż wreszcie odkryli słaby punkt po stronie południowej, nieopodal główek Portu Egipskiego. Do ostatecznego szturmu starannie się przygotowano. Główny atak ruszył z dwóch okrętów zaopatrzonych w drabiny; pierwszy wiózł hypaspistów, na drugim czekali żołnierze z jednego z oddziałów falangi. Przypuszczalnie nacierano również w innych miejscach, aby rozdzielić siły obrony w nadziei, że w końcu gdzieś się uda. Aleksander obserwował przebieg operacji z wysokiej wieży (zapewne tej na grobli), lecz widząc jej szybki postęp, sam wkrótce dołączył do atakujących.

Tyryjczycy zaczęli się wycofywać z murów zewnętrznych. Macedońskie okręty jeden za drugim wpływały do obu portów i coraz więcej szturmujących wdzierało się do miasta. Po tylu miesiącach żmudnej i niebezpiecznej pracy żołnierze – pamiętający przecież zgładzenie parlamentariuszy, a może też inne podobne akty – szli do boju rozradowani i żądni zemsty.
Aleksander zadecydował i kazał heroldom to obwieścić, że każdy, kto się schroni w świątyni, będzie oszczędzony, nie wiemy jednak, jak szeroko ta proklamacja się rozeszła i czy dawano jej wiarę. Nigdzie indziej nie okazywano litości; morderczy amok ogarnął zwłaszcza Macedończyków.

Ostatni punkt oporu liczna grupa obrońców zorganizowała w pobliżu świątyni Agenora. Arrian twierdzi, że podczas szturmu i plądrowania miasta poległo ich osiem tysięcy; według innego przekazu dwa tysiące z tej liczby wzięto żywcem i później ukrzyżowano na morskim brzegu. Aleksander z pewnością był zdolny do zarządzenia tak straszliwej kary, ale nie znaczy to, że historia ta jest prawdziwa. Około trzydziestu tysięcy (co chyba należałoby odczytać jako „dużą liczbę”) kobiet i dzieci sprzedano do niewoli, lecz ludzie, którzy zamknęli się w świątyni Heraklesa ocaleli z pogromu.

Arrian podaje, że łącznie całe oblężenie kosztowało stronę macedońską około czterystu ofiar. Jak zwykle wielu uczonych kwestionuje te dane jako znacznie zaniżone, lecz ponieważ mowa tu wyłącznie o Macedończykach, bez wliczania sojuszników i robotników cywilnych, mogą być wiarygodne. Rannych musiało być wielokrotnie więcej, aczkolwiek w kontekście długotrwałego oblężenia – z wyjątkiem paru okoliczności – łatwo można było ich opatrywać i leczyć.

Miasto na nowo zasiedlono osadnikami sprowadzonymi z innych okolic, choć całkiem możliwe, że z czasem wróciła też część ocalałych Tyryjczyków. Pewne jest, że w lokalnej kulturze nie nastąpiły żadne drastyczne zmiany, utrzymały się też więzi z Kartaginą. Tyr pozostał dużym i ważnym ośrodkiem, ale nigdy już nie odzyskał dawnej świetności i potęgi. Zmieniło się właściwie tylko jedno: z czasem prądy naniosły na pozostałości grobli tyle mułu, że utworzył się tam stały przesmyk łączący wyspę z lądem.
Choć dzielna postawa obrońców słono ich kosztowała, w wymierzonej im karze nie było nic wyjątkowego – może poza masowym ukrzyżowaniem, jeśli rzeczywiście do niego doszło. Jak w wypadku Teb, sama wielkość miasta oraz zacięty opór, jaki stawiło agresorom, sprawiły, że jego los wydawać się może aż tak tragiczny.

Kosmonauta0piorunów

Szlag mnie trafia, że takich zbrodniarzy nazywa się "wielkimi" i stawia im pomniki oraz się ich romantyzuje.

To jest dokładnie to samo co nazywanie Putina "Wielkim Putinem", albo podobnie Hitlera.

Lider2piorunów

@Chrabonszcz porównanie do Putina nie jest tarfne, bo w tych czasach, w tym regionie wojna nie jest akceptowalnym sposobem załatwiania spraw. Aleksander nie zrobił jakiegoś holokaustu, żeby go do Hitlera porównać.

Jak już to niesprawiedliwy jest obraz Mongołów u nas, którzy podbijali świat tak samo i tak samo zrobili też mnóstwo dobrego

Osobistość1piorunów

@smierdakow Ale nie budowali fajnych budyneczków tylko namioty jakieś i mleko z koniów pili, niech spadają na step. :confused:

Kosmonauta0piorunów

@smierdakow nie robili holokaustu, ale tylko w 1 miejscu wymordowali tysiące walczących o życie cywilów, w tym kobiety, starców, dzieci, tnąc ich mieczami i siekąc toporami. Czemu w ogóle? Bo taki kaprys miał Oluś.

Kiedyś nie robiono holokaustu, bo nie było takich możliwości.

Lider1piorunów

@Chrabonszcz wtedy tak robili wszyscy, nie ma żadnego sensu oceniać dawnej moralności z perspektywy dzisiejszej

Osobistość1piorunów

@Chrabonszcz zwyciężcy piszą historię.

Kosmonauta1piorunów

@smierdakow robiło tak wielu, ale nie wszyscy. Nawet wtedy istnieli ludzie, którzy dostrzegali świadomość u zwierząt i o nie dbali. Wtedy (nawet przed naszą erą) istniała już taka moralność jak teraz. Chociaż właściwie to dalej większości ludzi brakuje wyższej moralności i traktują zwierzęta jak przedmioty.
https://archiwum-tajemnic.pl/wierzenia-i-obrzedy/171-poszanowanie-zwierz%C4%85t-na-przestrzeni-epok

Poszanowanie zwierząt na przestrzeni epokmiłość do zwierząt, poszanowanie zwierząt, umiłowanie zwierzątArchiwum-tajemnic.pl
Pokaż więcej komentarzy (8)

Tytan

w Historia

17piorunów

Front Bałkański w I wojnie światowej część 19, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916

Poprzednie części pod tagiem

Wyczerpany stan naszych wołów zmusił nas do spędzenia trzech niespokojnych dni w Kuršumliji. Drugiego dnia głuchy huk dział po naszej prawej stronie potwierdził doniesienie, że Niemcy są w Rašce. Byliśmy więc niemal całkowicie otoczeni, Niemcy znajdowali się na północy, Austriacy na zachodzie, a Bułgarzy na wschodzie. Jedyna linia odwrotu prowadziła na południe w kierunku Prisztiny. Gdyby zarówno wojska, z którymi byliśmy, jak i Pierwsza Armia maszerująca przez Mitrowicę dotarły tam bezpiecznie, cała siła zbrojna Serbii skoncentrowałaby się wokół tego miasta. Nasz wóz leżał na stromym zboczu smaganej wiatrem góry. Nasze dwa wynędzniałe konie, które bardzo cierpiały z powodu braku paszy podczas marszu przez przełęcz, zostały wypuszczone na pastwisko. Około stu metrów za nami, na szczycie wzgórza, znajdował się nagi, spieczony słońcem płaskowyż, na którym znajdowała się seria na wpół zrujnowanych okopów, ostatnich pozostałości po wojnie z Turcją. Artyleria ustawiła tu kilka dział przeciwlotniczych, aby odstraszyć samoloty wroga, które mogłyby pokusić się o zbombardowanie gęsto upakowanego parku taborów. Za nimi serbski samolot stał pod strażą wartownika. Na pierwszy sygnał był gotowy do ataku na niemieckich lotników. Od czasu do czasu wykonywał również loty zwiadowcze w celu rozpoznania pozycji armii feldmarszałka von Mackensena. Oddziały trzymające Bułgarów w szachu w Prokuplje zostały również wzmocnione przez wojska, które bezpiecznie wycofały się z przełęczy, dzięki czemu mogliśmy swobodniej oddychać. Szanse na udany atak Bułgarów znacznie zmalały.

Cała armia serbska, z wyjątkiem kilku dywizji potrzebnych do walki w straży tylnej, niezbędnej do opóźnienia natarcia armii niemieckiej i bułgarskiej, była teraz ponownie w odwrocie. Było jasne, że panuje niezdecydowanie co do dalszych działań. Prawdopodobieństwo, że odwrót zakończy się katastrofą, stawało się z dnia na dzień coraz bardziej oczywiste. Problemy rządu osiągnęły taki punkt, że administracja cywilna i wojskowa groziły załamaniem. W rzeczywistości administracja cywilna już to zrobiła. Cała ludność północnej i południowej Serbii napływała teraz do dawnego Sandżaku w Nowym Bazarze i albańskiej prowincji leżącej między Prisztiną a Prisrendem. Dziewięćdziesiąt procent tych ludzi nie miało pieniędzy ani żywności, a nawet gdyby mieli pieniądze, chyba że w srebrze, nie byłoby to dla nich dobre, ponieważ chłopi i wieśniacy odmawiali przyjęcia papieru w jakiejkolwiek formie.

W konsekwencji rząd musiał odwołać swój rozkaz, aby cała męska populacja powyżej czternastego roku życia wycofała się przed Niemcami. Problem wyżywienia setek tysięcy uciekinierów okazał się nierozwiązywalny i teraz nakazano im powrót do swoich domów. Ale co innego wydać rozkaz, a co innego go wykonać. Fala ludzkiego nieszczęścia, która płynęła do Sandżaku i w kierunku Albanii, teraz zawróciła i płynęła na północ. Ale ponieważ podczas marszu na południe oczyścili już kraj z wszelkiego rodzaju zapasów, wkroczyli na pustynię, gdy zaczęli ją ponownie przemierzać w drodze powrotnej. Co minutę lub dwie spotykałem grupy chudych mężczyzn i kobiet o pustych oczach, wlokących się mozolnie z powrotem drogami, które z takim trudem pokonali kilka dni wcześniej. Często można było natknąć się na martwe ciało lub biednego nieszczęśnika, który położył się, by umrzeć.

Przez cały dzień podróżowałem z czterema bateriami dział 15,5 cm, każda ciągnięta przez czternaście potężnych wołów, które przybyły z Prokuplje, gdzie trzymały Bułgarów na dystans, podczas gdy Druga i Trzecia Armia przemierzały przełęcz Kruševac-Kuršumlija. Oficerowie powiedzieli mi, że nie mieli innych rozkazów niż odwrót w kierunku Prisztiny i maszerowali w tym kierunku do czasu otrzymania nowych instrukcji. Gdy wspinaliśmy się w kierunku górnego płaskowyżu, było bardzo zimno, a gwałtowna północno-wschodnia wichura napędzała gwałtowną burzę śnieżną. Ale pomimo wszystkich przeszkód, niekończące się kolumny piechoty, kawalerii, artylerii i taborów bagażowych posuwały się stale na południe i mieliśmy pewność, że jeśli tempo postępu zostanie utrzymane, będziemy w Prisztinie za trzy dni.

Do Prisztiny dotarliśmy po południu 15 listopada. Stwierdziliśmy, że wraz z napływem serbskich uchodźców, element albański, ogólnie dominujący, został nieco zatopiony. Podczas ostatnich dwóch dni marszu nasz wóz z bykami został dołączony do kolumny zaopatrzeniowej Kombinowanej Dywizji, jednego z korpusów elitarnych armii serbskiej.

Prisztina przedstawiała niezwykły spektakl. Na amfiteatrze wzgórz otaczających miasto znajdowały się obozy i biwaki rozciągające się jak okiem sięgnąć, podczas gdy każda droga aż po horyzont była wypełniona niekończącymi się kolumnami, konnymi, pieszymi, artyleryjskimi i transportowymi, które wlewały się do miasta. Wąskie uliczki były przepełnione serbskimi żołnierzami wszystkich armii, francuskimi lotnikami i mechanikami, brytyjskimi żołnierzami z Morskiej Baterii Dział oraz francuskimi, rosyjskimi, greckimi, brytyjskimi i rumuńskimi lekarzami i pielęgniarkami Czerwonego Krzyża. Panował dziwny optymizm. W obiegu krążyły niezwykłe plotki: Bułgarzy zostali wyparci z Prokuplje, serbskie patrole ponownie wkroczyły do Niszu, Uskub został odbity, armia rosyjska wkroczyła do Bułgarii i zajęła Negotin itd. Ale nie ma na świecie kraju, w którym trzeba być bardziej nieufnym wobec plotek niż Serbia. Fakt, że cała Druga i Trzecia Armia kontynuowały swój ruch odwrotowy, znacznie zdyskredytował doniesienia o sukcesach pod Prokuplje i Niszem. Odzyskanie Uskubu było tak często ogłaszane i równie często zaprzeczane, że czułem, iż potrzebuję lepszego autorytetu niż plotki z bazaru w Prisztinie.

Wręcz przeciwnie, wszystko wskazywało na to, że sytuacja była krytyczna jak zawsze i z każdą godziną stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Wydawało się, że nikt nie wie, gdzie znajduje się rząd lub kwatera główna. Pytałem w pół tuzina miejsc, ale otrzymywałem tylko mgliste odpowiedzi, aż przypadkiem spotkałem pułkownika, który jest głównym adiutantem króla Piotra. Powiedział mi, że król przybył do Prisztiny dwie godziny wcześniej, a zarówno rząd, jak i sztab główny znajdują się w Mitrowicy, oddalonej o czterdzieści kilometrów. Poinformował mnie, że sytuacja stawała się coraz czarniejsza z każdą godziną i jeśli armia serbska nie zdoła ostatnim desperackim wysiłkiem przełamać otaczającego ją kręgu bagnetów, jej los będzie przesądzony. Kryzys finansowy był dotkliwy jak nigdy dotąd i szybko zbliżaliśmy się do cen głodowych. Musiałem zapłacić 20 dinarów za dodanie kawałka skóry do podeszwy moich butów. W innych czasach kilka dinarów uznano by za wygórowaną cenę. Podjęto próbę złagodzenia sytuacji monetarnej poprzez wprowadzenie do obiegu znaczków pocztowych, ale po dniu lub dwóch przestały one cieszyć się zaufaniem opinii publicznej. Chleb kukurydziany był sprzedawany na ulicach po 5 dinarów za dwufuntowy bochenek, zamiast 25 centymów. Żołnierze jednak nadal otrzymywali swoje zwykłe racje żywnościowe. Powiedziano mi, że żywności dla ludzi i paszy dla zwierząt wystarczy jeszcze na dziesięć dni; po tym czasie głód zajrzy nam w oczy. To oczywiście odnosiło się tylko do armii; ludność cywilna już dawno stanęła twarzą w twarz z głodem.

W Prisztinie udało nam się uzyskać pewne szczegółowe informacje na temat odwrotu Pierwszej Armii pod dowództwem generała Živojina Mišića, która maszerowała przez góry na linii równoległej do linii Drugiej i Trzeciej Armii, z którymi byliśmy. Trasa ta wiodła z Kraljewa przez Raškę do Mitrowicy, a stamtąd przez równinę Kossowa do Prisztiny.

We wcześniejszym rozdziale opisałem już moją wizytę w Kraljewie, gdzie rząd i korpus dyplomatyczny schronili się 18 października, gdy natarcie Bułgarów zagroziło Niszowi. Część Korpusu Dyplomatycznego i Konsularnego, która nie była w stanie znaleźć zakwaterowania w Kraljewie, została zakwaterowana w Čačaku, małym miasteczku położonym kilka mil od Kraljewa. Kilka dni później, 26 października, ruch zwrotny wykonany od zachodu przez siły austriacko-niemieckie pod dowództwem generała von Gallwitza zagroził najpierw Użicom, a następnie Čačakowi i spowodował wydanie rozkazów natychmiastowej ewakuacji tych miast. Przeprowadzono ją między 26 a 29 października. Jednocześnie nadeszła wiadomość, że Sztab Główny ewakuował Kragujevac i zainstalował się w Kruševacu. Dwa dni później Rząd i Korpus Dyplomatyczny opuścili Kraljevo, aby przejść przez przełęcz przez góry i dotrzeć do Raški, na granicy dawnego tureckiego Sandżaku w Nowym Bazarze. Wraz z rządem ludność wszystkich miast zagrożonych przez austriacko-niemieckie natarcie wylała się jak powódź przez górską przełęcz. Na wszystkich szlakach zbiegających się w kierunku doliny rzeki Ibar maszerowały tysiące bezdomnych, głodujących ludzi. W miarę zbliżania się do gór, miasta i wsie stawały się coraz mniejsze i mniej zdolne do udzielenia gościny uciekającej ludności. Tysiące ludzi zostało zmuszonych do obozowania na otwartej przestrzeni w ulewnym deszczu, a ich nędzne wozy, wypełnione mebelkami i sprzętem gospodarstwa domowego, które udało im się uratować, zaparkowane w błocie, otoczone bydłem, owcami i świniami, które udało im się zabrać ze sobą. Początkowo armia znajdowała się na tyłach tej uciekającej masy, walcząc w tylnej straży z nacierającym wrogiem i trzymając go w szachu. Wkrótce jednak zostali zaatakowani z tyłu, podobnie jak Druga i Trzecia Armia, i zmuszeni do przemierzania gór w pośpiechu, aby osiągnąć Sandżak w Nowym Bazarze, zanim wróg zdoła zamknąć drugi koniec przełęczy.

W konsekwencji wycofująca się armia wkrótce powiększyła szeregi uciekającej ludności. Żołnierze znaleźli drogi obciążone masą chłopów, wozów, stad bydła, stad owiec i wszystkich przeszkód dla uciekającego narodu. Tylko za cenę niestrudzonego wysiłku oddziały, artyleria i tabory bagażowe przedarły się przez zatłoczone drogi. Widok głodujących tłumów był nieustannie przed oczami wycofujących się oddziałów i naturalnie nie dodawał im otuchy. Wiele pułków było bez chleba i płakało z wściekłości z powodu swojej bezradności w niesieniu pomocy lub obronie głodujących rodaków.

GURU

w Historia

20piorunów

28 stycznia 1986 roku miała miejsce katastrofa promu Challenger, w wyniku której cała załoga zginęła » Historykon.pl

Katastrofa promu Challenger nastąpiła 73 sekundy po starcie misji STS-51-L. Późniejsze ekspertyzy wykazały, iż Challenger rozpadł się na skutek uszkodzenia pierścienia uszczelniającego w prawym silniku rakiety dodatkowej na paliwo stałe, które powstało w 1 sekundzie lotu. Katastrofa

Osobistość

w Historia

5piorunów

Wyzwolenie Auschwitz-Birkenau: koniec zagłady, początek pamięci

W szczytowym okresie rozwojowym w obozowym kompleksie, składającym się z około 40 podobozów, przebywało łącznie więźniów wszystkich obozów koncentracyjnych. Życie straciło tam 1,1 mln osób. W 2005 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło dzień 27 stycznia Międzynarodowym Dniem

Tytan

w Historia

14piorunów

Front Bałkański w I wojnie światowej część 18, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916

Poprzednie części pod tagiem

W miarę upływu dnia było jasne, że nerwowość mieszkańców rośnie. Chociaż ci, którzy pozostali, dobrowolnie zdecydowali się czekać na przybycie Niemców, było oczywiste, że w miarę zbliżania się tego momentu zaczęli się niepokoić, jak mogą zostać potraktowani przez wroga. Krótko po południu rozległ się publiczny nawoływanie wzywające najstarszych mieszkańców do ratusza. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Ci starsi mężczyźni mieli utworzyć delegację, która, niosąc białą flagę, pójdzie wzdłuż głównej drogi w kierunku Stalać, aby ogłosić Niemcom kapitulację miasta. Spuszczone spojrzenia ludzi na ulicach pokazywały, jak głęboko czuli swoje położenie i ile wysiłku kosztowało ich dopuszczenie wroga do swoich bram. Około godziny trzeciej dowiedziałem się, że pojedyncze patrole kawalerii poprzedzające niemiecką straż przednią widziano między Kruševacem a Stalać. Było jasne, że nasz wyjazd nie może być dłużej opóźniany. Złożyłem ostatnią wizytę w szpitalu, aby pożegnać się z dzielnymi kobietami ze Szkockiego Czerwonego Krzyża, które zatrzymały się ze swoimi rannymi. Dałem im wszystko, co mogłem, jeśli chodzi o konserwy, ponieważ słyszałem, że przez ostatnie dwa tygodnie byli ograniczeni do suchego chleba i wiedziałem, że zasoby Kruševaca zostały całkowicie wyczerpane. Powiedzieli mi, że pan Smith, sekretarz oddziału, i trzydzieści pielęgniarek wyjechało tego ranka dwoma wozami zaprzężonymi w woły do Cettinje, stolicy Czarnogóry, przez Mitrowicę, Ipek i Andriejewicę. O piątej kazałem zaprząc konie i opuściliśmy miasto. Nie posuwaliśmy się jednak szybko, gdyż kilka kilometrów dalej dotarliśmy do drogi, którą maszerowała armia. Przejazd tysięcy wozów i setek dział był prawdziwym ciosem dla tej nędznej drogi, która w żadnym momencie nie była w najlepszym stanie. Niezliczone koła i kopyta zamieniły ją w istne grzęzawisko. Co chwila jakiś wóz utykał i blokował drogę na milę. Nasze trzy konie, zdyszane i pokryte potem, naprężały wodze i co chwila stawały w miejscu. Aby ułatwić im zadanie, du Bochet i ja wysiedliśmy i szliśmy obok. W miarę zapadania zmroku scena stawała się coraz bardziej złowieszcza. Po lewej stronie, za stacją kolejową, jeden budynek po drugim stawał w płomieniach; pracownicy podpalali magazyny i wysadzali wagony na bocznicy. Kilka minut później całym miastem wstrząsnęła seria eksplozji. Zapasy zgromadzone w magazynie prochu Obiliczewo zostały wysadzone w powietrze. Ze wzniesienia, na którym stałem, spektakl był przerażający. Kruševac płonął w pół tuzinie punktów, całe niebo było pokryte karmazynowym blaskiem, podczas gdy pod nami rzeka, krwistoczerwona w płomieniach, można było śledzić aż po horyzont, gdzie widać było błyski serbskich dział opóźniających niemieckie natarcie.

Na linii odwrotu zamieszanie stało się jeszcze większe. Cała droga była wypełniona potrójną linią wozów zaprzężonych w byki, a ich dyszące zaprzęgi z trudem przedzierały się przez nieustępliwe błoto. Nagle nastąpiła eksplozja przypominająca trzęsienie ziemi. Ogromna kolumna żółtego płomienia wystrzeliła w niebo, oświetlając cały kraj na wiele mil. Ciężki most kratownicowy nad rzeką został zdetonowany. W tym samym momencie trzy ogromne niemieckie pociski przeleciały nad głowami i rozerwały się potężnymi eksplozjami, jeden w pobliżu ratusza, a dwa w pobliżu stacji kolejowej. Te wstrząsające eksplozje wywołały dziką panikę wśród wołów, pierwszą, jaką widziałem w Serbii. Przerażone zwierzęta zerwały się do galopu i popędziły w szalejącej masie, z naszym powozem pośród nich, w dół drogi. Nagle dotarli do wąskiego mostu przecinającego niewielki wąwóz. Ci na zewnątrz zostali przyparci do balustrady. Widziałem, jak wóz balansuje przez chwilę, a następnie, wraz z trzema końmi, spada do rowu dwadzieścia stóp poniżej. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i było już po naszym pojeździe. Jedyną rzeczą jaka pozostała było wyciągnięcie wierzgających koni i uratowanie bagażu, który uniknął katastrofy. Był to długi i trudny proces, ponieważ było ciemno jak w smole, a deszcz padał teraz strumieniami, ale po półtorej godzinie ciężkiej pracy w końcu udało nam się zebrać nasz dobytek na poboczu drogi. Na szczęście wąwóz, do którego wpadł nasz powóz, był porośnięty gęstymi krzakami. Zamortyzowało to upadek naszych koni, tak że poza niewielkimi uszkodzeniami, jakie wyrządziły sobie nawzajem kopytami, nic im się nie stało. Zastąpiliśmy uprząż siodłami i uzdami, co było najłatwiejszym sposobem transportu, i bezpiecznie sprowadziliśmy zwierzęta z powrotem na drogę. Kolejną trudnością było znalezienie środka transportu dla naszego bagażu. Nasz woźnica zatrzymał podoficera służby transportowej. Nie wiem dokładnie, co mu powiedział, ale wyobrażam sobie, że dał mu do zrozumienia, że jesteśmy dystyngowanymi obcokrajowcami, osobami o wielkim znaczeniu, z którymi warto się zaprzyjaźnić. W każdym razie zgodził się zatrzymać następny wóz transportowy, który powinien mieć miejsce na nasz bagaż. Kilka minut później nadjechała rezerwowa kolumna amunicyjna Dywizji Timok (która walczyła w tylnej straży, aby osłonić odwrót) i znaleziono miejsce na nasze rzeczy. Du Bochet i ja weszliśmy do drugiego wozu po przywiązaniu do niego Juliusa i Cezara. Nasz woźnica pozostał na trzecim koniu. To był ostatni raz, kiedy go widzieliśmy. Skorzystał z ciemności i odjechał z koniem i siodłem. Niestety dla niego, w ciemności zabrał ślepe zwierzę. Dwa dni później dowiedzieliśmy się, że widziano, jak próbował je sprzedać za 150 dinarów (około 5 funtów - 4 funty = uncja złota), ale nie wiem, czy znalazł nabywcę.

Kruševac, jak dowiedziałem się od przejeżdżającego obok zwiadowcy kawalerii, był bliski zajęcia przez Niemców. Wszystkie serbskie oddziały zostały wycofane, z wyjątkiem kilku grup Comitadjis, czyli serbskich nieregularnych żołnierzy, którzy wciąż trzymali się brzegu rzeki. Trzy pociski, których eksplozję widzieliśmy, były jedynymi wystrzelonymi przez Niemców i najwyraźniej miały na celu bardziej wzbudzenie terroru niż wyrządzenie rzeczywistej szkody. Gorsze wieści nadeszły ze Stalać, ostatniej stacji przed Kruševacem. Poprzedniego wieczoru zestawiono i wysłano pociąg kolejowy składający się z siedemdziesięciu wagonów. Po osiągnięciu sporego nachylenia pojedyncza lokomotywa okazała się zbyt słaba, by pokonać je z takim pociągiem za sobą. Nie pozostało nic innego, jak odczepić połowę wagonów i zostawić je za sobą. Niestety nikt nie powiadomił o tym Stalaća. W rezultacie, gdy ostatni pociąg opuścił stację z pracownikami i strażą wojskową na pokładzie w ciemności, zderzył się ze stojącymi wagonami i rozbił cały pociąg. Czterdzieści osób zginęło, a prawie sto zostało poważnie rannych.

Te wieści nie napawały optymizmem, ale mogliśmy sobie przynajmniej pogratulować, że udało nam się znaleźć transport dla siebie i bagażu. Wóz, który zajmowaliśmy, nie był idealnym środkiem lokomocji. Jego plandeka nie była do końca wodoszczelna, a skrzynki z amunicją, gdy i tak wrzuci się je do wozu, nie tworzą wzorowej kanapy do spania. Pocieszaliśmy się jednak, pamiętając, że jest to z pewnością lepsze niż jakiekolwiek zakwaterowanie, które mielibyśmy jako niemieccy jeńcy, co z łatwością mogło stać się naszym losem. Podróżowaliśmy powoli aż do północy, kiedy to zaczął się postój na noc. O świcie znów byliśmy w drodze. Ponieważ przestało padać, mogliśmy wyjść i pospacerować. Panorama, która ukazała się naszym oczom była niesamowita. Na prawo i lewo od nas ośnieżone góry wznosiły się aż do chmur. Przez środek doliny wiła się wąska droga omijająca rwący potok Rasina. Jak okiem sięgnąć, zarówno z przodu, jak i z tyłu, ciągnęła się niekończąca się linia maszerujących pułków piechoty, kawalerii i artylerii oraz tysiące białych lub żółtych wozów zaprzężonych w woły. Przez pięćdziesiąt kilometrów przed nami i dziesięć za nami toczyła się ta ludzka powódź, 130 000 ludzi, 20 000 koni i 80 000 wołów, z tu i ówdzie taborem pontonowym, sekcją telegrafu polowego lub baterią ogromnych haubic ciągniętych przez zaprzęgi złożone z dwudziestu czterech wołów. Ale za nami zawsze słychać było nieubłagany grzmot niemieckich dział. Na początku dziwiłem się, że armia nie zajęła silnej pozycji, ponieważ jeśli kiedykolwiek istniała pozycja, która wydawała się zdolna do obrony, była to dolina Rasina. Około czwartej po południu dotarliśmy do punktu, który wydawał się prawdziwymi Termopilami. Był to punkt, w którym Toplica wpada do Rasiny. Po obu stronach wznosiły się wysokie góry, podczas gdy pośrodku, zwrócone w górę doliny, znajdowało się odosobnione wzgórze, po którego lewej i prawej stronie płynęły dwa strumienie. Była to najbardziej wyjątkowa pozycja naturalnej siły, jaką kiedykolwiek widziałem.

Wkrótce jednak znalazłem wyjaśnienie, dlaczego parliśmy naprzód, nie tracąc ani chwili. Feldmarszałek von Mackensen wysłał do sił bułgarskich w Niszu rozkaz natarcia na Kuršumliję przez Prokuplje i zamknięcia wyjścia z przełęczy. Gdyby ten manewr się powiódł, cała Druga i Trzecia Armia zostałyby uwięzione w górskim wąwozie, z wejściem utrzymywanym przez Niemców i wyjściem zamkniętym przez Bułgarów. Wszystko, co Serbowie mieli do powstrzymania całej armii bułgarskiej nacierającej na Kuršumliję z Niszu, to półtorej dywizji. Gdyby siły te nie zdołały powstrzymać Bułgarów, nasz los byłby przesądzony. Nie było więc zaskoczeniem, że Serbowie wytężyli wszystkie siły, by wydostać się z przełęczy, ani to, że nie byli w stanie zatrzymać się ani na godzinę, by powstrzymać ścigających ich Niemców. Akcje straży tylnej, które zostały stoczone, były absolutnie niezbędne do ochrony marszu wycofującej się kolumny. Ponieważ serbskie woły nie mogą być pędzone znacznie powyżej ich zwykłego tempa, przy takich okazjach zwiększona prędkość musi być zastąpiona przedłużeniem wysiłku.

Drugiego dnia naszego marszu przez przełęcz byliśmy w ruchu, nawet nie zatrzymując się, by nakarmić lub napoić woły, od szóstej rano do drugiej następnego dnia, czyli przez dwadzieścia jeden godzin. Następnie, po zaledwie czterogodzinnym postoju na karmienie i odpoczynek wyczerpanych zwierząt, marsz został wznowiony. Od czasu do czasu nad kolumną unosił się niemiecki samolot, ale, co ciekawe, nie próbował zrzucać bomb, choć wolno poruszająca się kolumna stanowiła doskonały cel.

Osobistość0piorunów

dziekujem

Pokaż więcej komentarzy (2)