Cerber108Osobistość
4piorunów1291 + 1 = 1292
Tytuł: Bastiony Mroku
Autor: Robert Jordan, Brandon Sanderson
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Format: książka papierowa
ISBN: 9788383353029
Liczba stron: 1128
Ocena: 8/10
Lektura niniejszego tomu była - aż ciężko w to uwierzyć - przyjemna, do tego nie przypominam sobie żadnych większych dłużyzn. Niemałe dokonanie przy książce na ponad 1100 stron.
Nastąpiło tu całkiem sporo rzeczowych konfrontacji, zarówno - co oczywiste - natury czysto batalistycznej, ale też personalnej - między osobami, które miały ze sobą jakieś sprawy do wyjaśnienia, przeważnie te z rodzaju uczuciowych, a od dłuższego czasu nie miały okazji do spotkania w cztery oczy czy choćby możliwości kontaktu.
Dwaj główni bohaterowie - tj. Perrin i Mat, bo Rand ma to już za sobą - przeżywają swoje bodaj najistotniejsze momenty i dokonują najdonioślejszych czynów przed rozpoczęciem Ostatniej Bitwy. U obu jest to właściwie zwieńczenie rozwoju ich postaci (choć pewnie jakiegoś epickiego asa na sam koniec z rękawa wyciągną) oraz ugruntowanie faktu, że nie są osamotnieni. Z chęcią napisałbym więcej, bo były to całkiem niezłe rozdziały, ale gdyby ktoś zdecydował się jednak na lekturę całej serii, to nie zamierzam psuć zabawy z najlepszymi tomami.
Chociaż wróć. Rozdziały 37. i 38. w piękny sposób splątują losy kilku ważniejszych postaci (w tym Perrina właśnie) i po mistrzowsku żonglują sensownymi zbiegami okoliczności, które kazały im się spotkać w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie. Bohaterowie dają przy tym pokaz umiejętności wyuczonych na przestrzeni całej serii i jedynie w przypadku Gawyna czuć tutaj przesadę. Znowu. Wyczyny wspomnianego kowala natomiast są niesamowicie satysfakcjonujące, zwłaszcza w przedstawionej sytuacji.
Z czasem nauczyłem się jeszcze bardziej doceniać wątek Aludry i jej wynalazków (bo ten był dosyć intrygujący od samego początku), zwłaszcza mając na uwadze, że stanowią one niezwiązaną z Mocą bezpośrednią odpowiedź na seanchańską potęgę Damane.
Ogólnie znalazło się tu sporo niezłych fragmentów: część prologu poświęcona pewnemu doniosłemu wydarzeniu przedstawionemu tym razem z perspektywy Graendal rzuciła na nie nowe światło, natomiast ta o pogranicznikach na kilku ledwie stronach zawarła w sobie tonę emocji. Także i w tym tomie, tak jak w czwartym, znalazł się dłuższy epizod poświęcony Rhuiedan i jego właściwości ściągania wizji. Tym razem niosły one przekaz z drugiej strony spektrum czasu, a implikacje były chyba jeszcze bardziej druzgocące niż przy pierwszej okazji, a to o czymś świadczy. Niesamowicie podobały mi się też ustępy rozrzucone po całej książce poświęcone tułaczce Lana, jego siłowaniu się z przeznaczeniem i powolnemu godzeniu z niespodziankami napotykanymi na drodze.
W tym tomie bardziej niż w poprzednim wyraźniej zaznacza swoją obecność z deczka suchawy humor oraz większa bezpośredniość - czy nawet, rzekłbym, "współczesność" - w dialogach - niewątpliwa zasługa Sandersona, a pisząc "zasługa" widzę to jako stwierdzenie faktu, nie pochwałę.
A jeżeli chodzi o korektę, to dalej d⁎⁎a:
- z jakiegoś powodu przetłumaczony w poprzednim tomie jako Kurhan Natrina, w tym pozostał w oryginalnej formie tj. Natrin's Barrow.
- w jednym przypadku słowo "vital" w znaczeniu "istotne" przetłumaczono jako "żywotne". Niby może być, ale brzmi nienaturalnie.
- na jednej stronie wobec tej samej Aes Sedai używano imienia Myrelle i Mirelle.
- i masa literówek w innych imionach.
#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertjordan #koloczasu #zyskiska #ksiazkicerbera



















