Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#pasta

Fanatyk

w Heheszki

5piorunów

z pismanaodpierdol


Służby przyszły po Maćka o godz. 11.37, akurat gdy kończył latte z miodem i podbijchujkę - popularny, modny, warszawski deser dla aspirujących z dodatkiem bobu i sosu twarogowego z rozmarynem.
W odpowiedzi na słowa: "Dzień dobry, starszy aspirant Jan Wielkopalski, czy zastaliśmy Pana Macieja...", Maciej odruchowo zerwał się z biurka, jak Bambi na odgłos wystrzału (do matki Bambi) i rzucił się pędem w głąb kancelaryjnego korytarza. Pozwoliło mu to co prawda zyskać przewagę, ale też od razu wskazało policjantom, że - yes indeed, k⁎⁎wa, zastali Pana Macieja.

Wielkopalski, w reakcji na to, z nietypowym jak na mundurowego profesjonalizmem, sięgnął do kabury i ryknął: "Stój, bo strzelam!"

Ja odruchowo skuliłem się za biurkiem, spodziewając się wystrzału z granatnika w drzwi pomieszczenia socjalnego, natomiast Basia, nasza recepcjonistka, najbardziej przypominająca Bambi, dzięki wielkim brązowym oczom, wykazała się nadzwyczajną odwagą i przytomnością umysłu, wołając do gliniarza:

- Proszę się nie wahać, tylko strzelać. W tym dziale to akurat pracują sami aplikanci, zatem zabłąkana kula tylko skróci ich cierpienia.

Jakby usłyszał to nasz młodszy aplikant Zenon Ziembiewicz, nazywany przez nas pieszczotliwie "Granicą", który akurat precyzyjnie wpakował się na linię wystrzału.

- God Damn it! - zaklął szpetnie Wielkopalski, rezygnując ze strzelaniny - Odetnijcie go! - nakazał swojemu zespołowi, tłoczącemu się za jego plecami, jak boty z pierwszego Counter Strike'a.

Sam tymczasem pognał korytarzem bezpośrednio za Maćkiem, w tempie jakby nie był to prawdziwy pościg, tylko doroczne ćwiczenia w Legionowie.

Stety-niestety, Maciek był z tego pokolenia, które nie umie uciekać. Nie zdążył odpalić GPS, więc już na wysokości wejścia do kibla, zgubił się na prostej drodzę i musiał zerknąć na komórkę, żeby zapytać ChataGPT: "Jak spierdolić przed Policją?"

EjAj nie okazało mu empatii, wyrzucając komuniakt: "Niestety nie mogę Ci pomóc w unikaniu zatrzymania ani ucieczce przed Policją. Mogę za to dać Ci praktyczny, bezpieczny wariant: jak zachować się przy zatrzymaniu tak, żeby nie pogorszyć sobie sytuacji."

- Oż ty j⁎⁎⁎ny, konfidencki, tosterze - westchnął Maciek i rzucił się do konferencyjnej.

Wpadł do środka, zatrzasnął drzwi i instynktownie zablokował je stertą segregatorów z opiniami prawnymi dotyczącymi skutków podatkowych wniesienia aportem znaku towarowego do spółki komandytowo-akcyjnej wg stanu prawnego na 2013 r. Po raz pierwszy rys historyczny instytucji aportu od czasu Jaćwingów, na 250 stron, fontem 6 pkt, do czegoś się przydał.

Wielkopalski naparł na drzwi, ale te nawet nie drgnęły.

- Panie Macieju, proszę się nie wygłupiać - nakazał.

- Nic nie zrobiłem. Spierdalaj! Nic na mnie nie macie - wrzasnął w odpowiedzi Maciek, wykorzystując całą wiedzę prawniczą zdobytą przy oglądaniu "W11".

- O co chodzi? - na miejscu akcji pojawił się nagle Partner Zarządzający.

- Policja po Maćka - poinformowała Basia.

- W jakiej sprawie?

- Nie wiem, ale raczej nie w sprawie nominacji do Chambersów.

PeZet spojrzał na nią z błyskiem w oku.

- Maciek, słuchaj. To jest Twoja szansa - powiedział nagle. - Być może jedyna taka szansa w Twoim żałosnym, marnym życiu - dodał poważnie.

- Na co? - zapytał naiwnie Maciek.

- Na to żebyś był znany. I renomowany. A nawet z Warszawy... ("Ty gnojku spod Rzeszowa" - dodał cicho, tak żeby prawnik za drzwiami nie usłyszał).'

To ostatnie podziałało. Maciek wszystko zrozumiał.

Minęła chwila i dobrowolnie, pokornie oddał się w ręce Policji.

Wprawdzie teraz grozi mu kilka lat pozbawienia wolności za jakieś machloje, a potem być może nawet nagana od samorządu (albo upomnienie i zakaz wykonywania patronatu przez tydzień), ale znalazł "jeden prosty sposób" i w jednej chwili osiągnął więcej, niż typowy jurysta po piętnastu latach wpierdalania lunchu przed komputerem.

Fenomen

w Heheszki

30piorunów

Zajumane z FB, na dole link do źródła.

Każdy z Was na bank to czuje, ale jakoś głupio o tym powiedzieć, natomiast okazuje się, że wszyscy mamy ten sam problem.

Pizza była kiedyś dla biednych, a dziś trzeba brać kredyt, żeby zjeść przypalonego placka z garścią sera i pieczarek.

Kiedyś było to jedzenie dla biedoty.

I to dosłownie. Powstała w Neapolu jako tani placek dla ludzi, których nie było stać na wymyślne jedzenie. Mąka, trochę pomidorów, trochę sera, czasem coś wrzucone z litości przez los i obiad gotowy. To było coś na zasadzie tego, jak Wasza kobieta sprząta lodówkę, bo wszystkiemu kończy się ważność i mówi, że k⁎⁎wa, jutro zapiekanka. A jak zapytasz z czym, to odpowiada…

ZE WSZYSTKIM!

Chodziło o to, żeby się najeść szybko, tanio i bez filozofii.

A dziś?

Dzisiaj wchodzisz do polskiej pizzerii i czujesz się jakbyś wszedł do najdroższego Włoskiego butiku, gdzie projektantem jest gość, którego nazwiska nawet nie potrafisz wymówić.

Patrzysz w menu na ceny i okazuje się, że nigdy nie widziałeś tylu zer obok siebie, no chyba, że oglądałeś kiedyś obrady sejmu.

Zamawiasz pizzę 42 cm.

79 zł.

Okej, a co jest w tej cenie do pizzy?

Nic. Pizza.

Koniec. Nic więcej. Żadnego sosu, oliwy. Jak chcesz sos czosnkowy, to dopłać 5 zł.

Za 80 zł, rozumiesz? Za placka w tej cenie spodziewałbym się oprowadzenia po zapleczu gdzie rodowity Włoch pokazuje Ci jak kręci w powietrzu ciasto, potem przez 5 minut śpiewa Italodisco, a na końcu proponuje Ci wycieczkę do Pizy żebyś zobaczył krzywą wieżę, bo akurat musi pojechać kupić zapas mąki.

I ja rozumiem koszty. Naprawdę. Lokal, prąd, ZUS, pracownicy, składniki, włoskie produkty, prosciutto dojrzewające dłużej niż niektóre małżeństwa. Rozumiem pizzę za 60-70 zł z burratą, pistacjami i szynką, którą masował osobiście Giuseppe spod Neapolu.

Ale k⁎⁎wa… pizza z serem i pieczarkami za 80 zł? To już nie jest jedzenie dla ludzi.

Na to musi być specjalna okazja i ustalenie budżetu w rodzinie.

Przecież pieczarki nie są wydobywane przez nurków na dnie oceanu. To nie są trufle eskortowane przez ochronę BOR-u. To jebane pieczarki. Warzywo tak tanie, że kiedyś było dodatkiem „żeby coś było”.

Najlepsze są jednak te nowoczesne pizzerie, które robią z pizzy doświadczenie duchowe.

Wchodzisz do lokalu. Beton na ścianach. Żarówki zwisają jak po remoncie. Krzesła niewygodne specjalnie, żebyś przypadkiem nie odpoczął za długo po wydaniu 200 zł. W tle techno dla ludzi po ASP.

Kelner przychodzi i mówi, że ich ciasto dojrzewa 72 godziny.

Przecież ja k⁎⁎wa nie mam tyle czasu, chciałem zjeść coś na szybko.

Potem dostajesz pizzę wielkości koła zapasowego do Fiata Punto i słyszysz, że minimalizm składników pozwala wydobyć charakter wypieku.

Minimalizm? Bracie, tam są trzy kawałki sera i samotna pieczarka wyglądająca jak ocalały z katastrofy.

I oczywiście obowiązkowa oliwa.

Ale nie taka normalna. Nie. Teraz oliwa musi być infuzowana, rzemieślnicza i z nutą dymu i cytrusów.

Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, czy będę wyglądał głupio jak zacznę się nią nacierać w lokalu zamiast marnować ją do pizzy?

Kiedyś oliwa stała na stole i każdy lał ile chciał. Dziś dostajesz pipetkę jak w laboratorium.

Proszę bardzo, 14 zł.

14 zł za tłuszcz do chleba. Za chwilę będą podawać ketchup z ochroniarzem.

A dowóz? To jest osobny kabaret i temat na osobny post, ale w skrócie.

Pizza kosztuje 82 zł.

Dowóz 11.99 zł.

Opłata serwisowa 4 zł.

Opakowanie ekologiczne 3 zł.

Aplikacja doliczyła coś jeszcze, bo chyba była smutna.

Finalnie płacisz 109 zł i zastanawiasz się, czy Ty aby na pewno zamówiłeś Włoską Margherita pizzę, czy Włoską Małgośkę na godzinę.

A ty jesz tę pizzę za stówę i próbujesz sobie wmówić, że czuć jakość, że nie żałujesz…

Nie, k⁎⁎wa.

Czuć desperację i ratę za leasing pieca.

I dajcie znać serio.

Ile kosztuje u Was pizza?

Wejdźcie teraz na aplikację, sprawdźcie i napiszcie w komentarzach.

Źródło: https://www.facebook.com/SerafinPeziol/posts/pfbid02DLSkT6TiDTNLBzczS3Jg3ohQ5eQ2ZiV7KWbrGmrGNC2eukbnFVUSp5dffCxt3VaGl

Fenomen1piorunów

Pasta, jak to pasta - wiadomo, że trochę przesadzona, ale tylko trochę. Ceny pizzy czy nomen omen - pasty czyli po naszemu, makaronu w restauracjach to jakaś totalna odklejka.

Ok, zrobienie pizzy to jednak więcej roboty, piec, trzeba ciasto zrobić, przygotować to wszystko itd. - ceny są popieprzone, ale bardzo naciągając można jakoś próbować ich bronić.

Ale ceny makaronów w knajpach to już jakiś scam - trochę makaronu (najczęściej kupowanego w pobliskim sklepie) z sosem pomidorowym i listkiem bazylii potrafi kosztować więcej niż schaboszczak z ziemniakami i surówką. A jak tam jeszcze jakiś ser jest starty czy inne fanaberie, to warto sprawdzić limit karty przed zamówieniem.

O kawie już pisano wiele razy - i tutaj żadne tłumaczenia do mnie nie przemawiają, skoro taka sama kawa we Włoszech czy Austrii potrafi kostować mniej niż u nas. Ciężko mnie przekonać, że koszty pracownika w Polsce są wyższe niż we Włoszech czy Austrii.

Do tego, w sklepach kawa ziarnista jest tam sporo droższa niż u nas, więc to chyba jakiś cud, że kawa jest tam w knajpie tańsza. A może to nie kawa, tylko jakieś śmieci, a tylko u nas jest PRAWDZIWA kawa i dlatego kosztuje miliony monet?

Pokaż więcej komentarzy (24)

Gruba ryba

w Hydepark

47piorunów


Siedziałem z szefem na spotkaniu. Kiedy dobiliśmy targu z klientem, szef spojrzał na zegarek i uznał, że w ramach premii za sukces zabierze mnie do McDonalda.

Od razu jednak zaznaczył, że jemy na miejscu i nie ma żadnego zabierania produktów na wynos celem dalszej odsprzedaży.

Zgodziłem się niechętnie. Przynajmniej uzupełnię kalorię na jego koszt oraz ponabijam trochę punktów na moją kartę lojalnościową.

Szef podszedł do kiosku, wyklikał zestaw w trzydzieści sekund, wziął numerek i stanął przy ladzie jak skazaniec, czekając na swoją pozycję z tablicy zamówień.

Ja podszedłem do drugiego ekranu z pełnym spokojem. Wybrałem burgera, duże frytki, po czym system zapytał mnie o sposób odbioru.

Bez wahania zaznaczyłem opcję: „Dostawa do stolika”, wpisałem numer plastikowego lokalizatora i przeszedłem na salę, siadając wygodnie na skórzanej kanapie.

Szef przyszedł po pięciu minutach, dysząc ciężko i niosąc swoją tacę. Popatrzył na moje puste ręce, potem na mnie, a jego brew uniosła się wyżej niż wykresy inflacji.

- Co jest? Nie zamówiłeś nic? Przecież mówiłem, że stawiam. Zaraz wracamy, nie mamy czasu - rzucił pretensjonalnie, rozpakowując McCrispy.

- Zamówiłem, szefie. Wszystko jest pod kontrolą - odpowiedziałem, poprawiając mankiety koszuli.

- To czemu nie czekasz przy ladzie? - rozejrzał się nerwowo po sali.

W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się młoda dziewczyna z obsługi. W czarnym fartuchu, z pełną powagą, niosła na tacy mojego potrójnego cheeseburgera. Podeszła do naszego stolika, uśmiechnęła się profesjonalnie i postawiła zamówienie prosto przede mną.

- Życzę panu smacznego - powiedziała, skinęła głową i odeszła.

Szef popatrzył na odchodzącą dziewczynę, potem na mojego burgera, a na koniec na mnie.

- Ty... - zaczął, wskazując na mnie frytką. - Po co ty zamawiasz do stolika? Nie możesz sam sobie odebrać zamówienia? Po co goniłeś dziewczynę, żeby ci niosła burgera za przez pół lokalu?

Spojrzałem na niego z głębokim spokojem, rozwijając papier z taką celebracją, jakby to był tatar w restauracji z gwiazdką Michelina.

- Szefie - zacząłem cicho, pochylając się nad stołem. - Skoro system korporacyjny tej franczyzy oferuje mi pełen serwis kelnerski w cenie produktu bazowego, to rezygnacja z niego byłaby ujemnym ROI z tej transakcji. Skoro zapowiedziałeś, że jemy na miejscu, to znaczy, że jestem w restauracji. A skoro jestem w restauracji, to ma być jak w restauracji.

Dlaczego mam sam pełnić funkcję wewnętrznego łańcucha logistycznego, skoro mogę wydelegować to zadanie na zewnętrzny zasób, ujęty już w marży producenta?

Szef zamarł z otwartymi ustami. Widziałem, jak jego mózg próbuje przeprocesować tę informację i zestawić ją z podręcznikiem mikroekonomii.

Wziąłem pierwszy kęs, patrząc przez okno na parking. Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.

Fenomen0piorunów

@Weathervax a więc tak myślą Ci którzy zamawiają do stolika? :smiley:

Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.
Pokaż więcej komentarzy (3)

Specjalista

w Dyskusje

29piorunów

Pamiętam jak liceum byłem wielkim fanem Jarka Jakimowicza. Oglądałem młode wilki chyba ze sto razy. Cały pokój miałem w jego plakatach. Chciałem być taki jak on, wyglądać jak on i mówić jak on.

Pewnego dnia zobaczyłem go jak jadł hamburgera w jednym z warszawskich maków. Wyrwałem kartkę z zeszytu i podszedłem do niego. Dukając poprosiłem o autograf, a on odwrócił się, popatrzył na mnie i żując bułkę odpowiedział tylko: "a weś spierdalaj".

W tym momencie coś we mnie pękło. Wróciłem do domu, porwałem wszystkie plakaty tego zjeba i usunałem konta na wszystkich forach jakimonators. Zacząłem czytać biznesforum, bo moim jedynym celem było ujebanie go. Chciałem, żeby każdy się śmiał z niego, żeby stracił cały szacunek, a do tego potrzebowałem pieniędzy, dużych pieniędzy.

Tej samej nocy poszedłem na osiedlowy parking strzeżony, cieć jak zwykle spał. Dzięki poradnikom z ruskich stron potrafiłem wyciąć katalizator w pięć minut. Byłem w tym coraz lepszy, nawet miałem specjalną piłkę do wycinania. Z czasem zacząłem werbować osiedlowych sebków, którzy wycinali je dla mnie. W końcu kupiłem kawałek placu i otworzyłem skup. Dzięki temu pół województwa wycinało katalizatory sąsiadom dla mnie, ja im płaciłem po kilka stów i byłem kryty. Obroty rosły, aż w końcu generowaliśmy trzy miliony zysku przy czterdziestu milionach obrotów.

Wtedy stwierdziłem, że to już pora. Wynająłem detektywa, który namierzył Jakimowicza. Po kliku dniach wiedziałem, że wynajmuje ludziom mieszkania bez płacenia podatków. Krótki donos do urzędu skarbowego wystarczył, żeby po kilku tygodniach zaczęło się konkretne trzepanko finansów tego buca. Wychodziło coraz więcej spraw i pan Jarek miał zapłacić ponad pół dużej bańki zaległych podatków, do tego kary i odsetki. Jednym słowem był w niezłej d⁎⁎ie.

Wtedy w jego życiu pojawiam się ja. Proponuję mu 500 tys. zł za zostanie twarzą mojej firmy. Odmawia, "bo on jest wielkim aktorem, a to jest uwłaczające". Jeszcze, k⁎⁎wa, zobaczymy. Wychodzę ze spotkania. Kolejny donos opisujący łamanie ugody z fiskusem sprawia, że rozłożenie na raty przestało obowiązywać. C⁎⁎j bombki strzelił. Następnego dnia Jarek dzwoni, że jednak on to bardzo chce zostać twarzą skupu katalizatorów. Tylko, że teraz oferta to marne 200 tys., Jarek rzuca słuchawką. Po chwili telefon dzwoni, aż trzy minuty zajęło mu zdanie sobie sprawy w jak głębokiej d⁎⁎ie się znajduje. Kolejnego dnia podpisujemy umowę. W ciągu trzech miesięcy jego morda znajduje na co trzecim autobusie i co czwartym bilbordzie w Polsce polecając SKUP KATALIZATORÓW.

Ludzie się z niego śmieją i wytykają palcami. Skupu nie mam już od ponad trzech lat, a mimo to cały czas przedłużam umowy reklamowe. Ten gamoń podpisał umowę na pięćdziesiąt lat z możliwością aktualizacji wizerunku.

Właśnie siedzę w maku przy krajowej siódemce i patrzę na bilbord skupu katalizatorów z Jarkiem Jakimowiczem. Aktor ma wymalowanego k⁎⁎⁎sa na czole. Jestem szczęśliwy, jedyne czego żałuję to, że nie otworzyłem kliniki aborcyjnej albo innego zakładu utylizacji martwych psów.

Gruba ryba

w Hydepark

87piorunów

i w sumie szydercza o pracach domowych.

Ktoś powinien wreszcie wziąć się za konkursy organizowane dla dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, zanim dojdzie do prawdziwego nieszczęścia.

Otóż jakiś czas temu, mój syn wrócił z przedszkola z informacją, że zbliża się kolejna edycja konkursu ekologicznego na rysunek lub instalację o tematyce eko. Młody jest naprawdę uzdolniony plastycznie i ma świetne pomysły, ale poprosił o drobne wsparcie w składaniu i klejeniu projektu elektrowni wodnej. Siedzieliśmy na tym dwa wieczory i na dwa tygodnie przed konkursem mieliśmy już w zasadzie gotowe do okazania jury.

A tu nazajutrz Młody wraca z przedszkola z rykiem, że on na pewno przegra, bo czteroletni Jasio ma elektrownie słoneczną, w której zapala się światło, jak się naciśnie na panel fotowoltaiczny.
Przyznam, zagotowało mnie wówczas, że są rodzice którzy tak oszukują i to jeszcze kosztem dzieci. Zarabiam natomiast na tym, że potrafię oddać tak, żeby naprawdę bolało, więc z miejsca ruszyłem do lokalnego sklepu przemysłowego i po zostawieniu tam pięciu stówek, oznajmiłem synowi: "Postaw sobie na półce tę naszą kartonową zabawkę, Tatuś Ci zaraz pokaże, jak naprawdę robi się prąd."

Siedziałem nad tym całą noc, ale rano projekt był gotowy, a tam: pełny, działający obieg zamknięty wody + prawdziwe obracające się pod jej wpływem turbiny generujące prawdziwy prąd, zasilający oświetlenie minielektrowni, no i... turbiny, jakby się przestały kręcic. Jebane perpetuum mobile (na baterię ukrytą w dachu elektrowni).

Jasio, jak się o tym wszystkim dowiedział, to aż zbrudził pampersa. Co gorsza, jego ojciec najwyraźniej też, bo po trzech dniach mój Młody wraca i znowu w ryk, że Jasiek ma nowy projekt i jest to w pełni funkcjonalna elektrownia słoneczna, a panele na specjalnej platformie płynnie podążają za ruchem słońca, żeby w pełni wykorzystać jego energię.

No to już było wypowiedzenie wojny. Nie chodziło już nawet o konkurs, ale o zasady, o granice je⁎⁎⁎ej bezczelności. Nie może być przeceiż tak, że jakiś miejscowy k⁎⁎as, który ma za dużo wolnego czasu, pieniędzy i kleju na gorąco, będzie się kosztem mojego dziecka bawił w Jakuba Wiecha.
Zrobiłem wówczas to, co zrobiłby każdy normalny Polak w mojej sytuacji. Zadzwoniłem do Szwagra.

Mój szwagier jest typem człowieka, który potrafi zrobić absolutnie wszystko, o ile zapewni mu się dostęp do YouTube’a, hurtowni budowlanej i czteropaka Warki Strong, jako paliwa badawczo-rozwojowego. Ma też tę szczególną mieszaninę ciekawości i talentu, które w normalnym kraju dałaby mu grant badawczy albo zakaz zbliżania się do sieci elektroenergetycznej.

Szwagier przyjechał nazajutrz, spojrzał na mnie, potem na nasze dotychczasowe projekty, następnie na cztery skrzynki Warki Strong, a potem znowu na mnie.
- To trzeba iść w atom - ocenił. - Masz może uran?

Przez pierwszy wieczór tylko projektowaliśmy, dlatego rano - wzorem radzieckich inżynierów mieliśmy potwornego kaca. Następnego dnia zabraliśmy się jednak do pracy na poważnie.
Betonowaliśmy, spawaliśmy, łączyliśmy, potem znowu betonowaliśmy.
Tak powstały cztery bloki energetyczne, chłodnia kominowa, budynek sterowni, plac rozdzielczy i coś, co Szwagier nazwał "mechanizmem awaryjnego wygaszania reaktora", choć wyglądało jak pudełko po cukierkach z wbitymi doń metalowymi drucikami.
Trzeciego dnia zrobiliśmy sobie bana na piwo, ubraliśmy stroje pszczelarskie pokryte folią aluminiową i przystąpiliśmy do prac nad rdzeniem. "Sobie świecisz, czy mi?! Świeć tutaj, k⁎⁎wa" / "W sądzie też tak chujowo spawasz?!" - sypały się gęsto, ale do rana osiągnęliśmy większe postępy, niż polski program atomowy przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Na dzień przed konkursem projekt był gotowy. To była prawdziwa elektrownia jądrowa, nie żadne tam pstrokate przedszkolne gówno z rolek po papierze toaletowym i brokatu. Uberprofesjonalne wrażenie psuła tylko tabliczka na ogrodzeniu, z napisem" "WSTĘP WZBRONIONY" i drobnym drukiem: TATA JAŚKA - SPIERDALAJ".

- Trzeba będzie zrobić rozruch próbny, zanim podepniemy to do sieci. - stwierzdiłem.
- Dej spokój, co będziemy testować - fachowo machnął ręką Szwagier. - Dawaj od razu na produkcję.

Nazajutrz zawieźliśmy nasze dzieło do przedszkola na wystawę.
Powiem wprost - już samo wnoszenie tego do sali konkursowej wzbudziło respekt. Dzieci zamilkły, rodzice rozdziawili gęby ze zdziwienia, a ojciec Jasia w mgnieniu oka postarzał się z 10 lat i z tą swoją pedalską elektrownią słoneczną stał z boku i patrzył smutno, jakby właśnie oglądał wjazd wojsk Układu Warszawskiego do Pragi.
Ustawiliśmy elektrownię na stoliku pośrodku sali. Dookoła stanęły inne prace, np. jeż z szyszek, farma wiatrowa z rolek po papierze toaletowym i ten skurwiały solarny kombajn Ojca Jasia, którego panele rzeczywiście obracały się za słońcem.

Nie minęło wiele czasu, jak Szwagier zadecydował, że ruszamy. Padły słynne "ostatnie słowa":
- Podłączylem do sieci. Odpalaj. Będziemy robić próbę mocy.

Potem wypadki potoczyły się, że tak powiem - lawinowo i niestety tak szybko, że niewiele pamiętam.
W głowie mam takie migawki, jak w całym budynku zaczyna gasnąć światło, a Szwagier krzyczy: "Człowieku, k⁎⁎wa, co jest? Dawaj pełną moc, bo turbiny stają!"
W rezultacie zaś dania tejże - światła rozbłyskają w oślepiającym blasku, następnie zaś żarówki kolejno eksplodują w całym budynku. Dzieci płaczą, dorośli uciekają. W panice rzucam się do przycisku AZ5 zlokalizowanego na ścianie sterowni minielektrowni, żeby to wszystko wyłączyć, a wtedy reaktor w bloku czwartym po prostu eksploduje.
Szwagier zawodzi: "Coś Ty, k⁎⁎wa, zrobił?! Zbiornik wyrównawczy z wodą rozjebało!"
Ja do niego wołam: "Chłopie, jaki zbiornik?! Cały rdzeń jest na wierzchu, widziałem grafit!"
On na to do mnie: "Lej wodę, żeby to chłodzić! Reaktory RBMK nie wybuchają! Nie widziałeś grafitu, bo go tam nie było!"
Potem wspólnie zasypujemy rozwalony rdzeń piaskiem z pobliskiej piaskownicy, gdy pada uzasdnione pytanie "a co z promieniowaniem"? Szwagier wyjmuje wtedy dozymetr i uspokoja, że "jest 3,6, not great, not terrible"

Oczywiście nie wygraliśmy tego konkursu. Nawet mój syn z tą swoją tekturową elektrownią wodną ostatecznie zajął wyższe miejsce (uruchamianie tej mojej dyrekcja przedszkola uznała za zbyt ryzykowne w czasasch eskalacji cen hydraulików). Dostaliśmy też dożywotni zakaz uczestnictwa w podobnych wydarzeniach, wezwanie do pokrycia kosztów malowania sufitu i wymiany oświetlenia, a także terapii dla babki od rytmiki.

Najgorsze jest jednak to, że dzieci w przedszkolu siedziałyby dziś po ciemku, gdyby nie Ojciec Jaśka i ta jego, j⁎⁎⁎na elektrownia słoneczna.

Autorytet21piorunów

@Fishery

Mój szwagier jest typem człowieka,

który potrafi zrobić absolutnie wszystko, o ile zapewni mu się dostęp do YouTube’a, hurtowni budowlanej i czteropaka Warki Strong, jako paliwa badawczo-rozwojowego.

W tym miejscu kwikłem najgłośniej, ale całość to szczere złoto 😆

Pokaż więcej komentarzy (5)

Lider

w ErwinoRommeloSkubieManacieSuty

16piorunów

W mrocznych, szarych głębinach internetu pojawił się rzadki i niepokojący rytuał.

Oto widzimy samotnego osobnika w zielonym kapturze i ceremonialnej masce. Zbliża się powoli do leżącego na wznak manata, który został wcześniej usłany płatkami róż – tradycyjnym elementem zwiększającym magiczne przewodnictwo.

Pingwin, nasz pierwszy obserwator, stoi w bezpiecznej odległości. Jego mina mówi wszystko: „Co ja właściwie oglądam?”

Nasz badacz zaczyna delikatne, lecz precyzyjne skubanie sutków manata. W tym momencie zachodzi fascynująca reakcja chemiczno-magiczna – specjalny tusz wydzielany przez gruczoły manata zmienia barwę z głębokiego błękitu na intensywny, hipnotyczny purpurowy. Nazywany przez lokalnych memiarzy „Manatee Purple Ink of Enlightenment”, jest jednym z najrzadszych składników używanych do tworzenia treści, które potrafią przyciągnąć uwagę nawet o 3:47 nad ranem.

Dziwen ptak z pomarańczowymi oczami już zrozumiał. Patrzy nieruchomo, niemal medytacyjnie. Jego spojrzenie sugeruje, że zna tajemnice tego tuszu od bardzo dawna.

Pingwin natomiast… nie wytrzymał. Widzimy, jak pada na plecy z charakterystycznymi spiralami w oczach – klasyczna reakcja na zbyt dużą dawkę purpurowej energii.

Manat przyjmuje cały proces ze spokojem godnym prawdziwego dostarczyciela surowca. Tylko lekki rumieniec i pojedyncza kropla potu świadczą o tym, że czuje powagę chwili.

A nasz badacz w masce kontynuuje skubanie z poświęceniem godnym prawdziwego naukowca.

......

I tak, drodzy widzowie, w ciszy szarego tła trwa właśnie jeden z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie fascynujących rytuałów pozyskiwania tuszu, jaki kiedykolwiek zaobserwowano.

Natura jest piękna.

Natura jest dziwna.

A czasem… po prostu skubie manata.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Lider

w Wybierz Społeczność

13piorunów

Elon musk, George droid, Żydowska technologia Microsoftu i Mark Zuckerberg kontrolują globalne serwery północnego Zimbabwe w celu osłabienia granic silnej i niezależnej Polski powodując napływ wrogich najeźdźców na białoruskiej granicy, George droid bojownik Hamasu kradnie pieniądze z NFZ destabilizując Polską służbę zdrowia, Elon Musk atakuje psionicznie Polskie dzieci nakierowując satelity starlink emitujące promieniowanie elektromagnetyczne 5G powodując defekty genetyczne u śląsklich emerytów, Mark Zuckerberg przekupuje polityków aby mógł wlewać estrogen do wody pitnej aby zawyżyć liczbę femboyów (żeńchłopców) w polsce, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk sekretnie grają w minecrafta gdzie planują swój plan na zatrucie Polskiego społeczeństwa azbestem w paczkach poczty polskiej. Donadl trump jest w rzeczywistości polakiem, wypiera się tego ponieważ się tego wstydzi, sekretnie płaci czeskim trolom za szkalowanie papierza polskiego.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Hydepark

89piorunów

„Dzień dobry wszystkim,

Mam 41 lat, ale od dziecka widząc pociągi liczę wagony. Ostatnio siedząc w samochodzie przed przejazdem na Traugutta, robiłem to co zawsze – liczyłem. Zaś moja żona coś mówiła, a ja po prostu nie słuchałem jej – nadawała od rana, a głowa mnie bolała już od jej pierdolenia.

I nagle, przez nią pomyliłem się i powiedziałem pod nosem: „K⁎⁎wa, ile to było”, ona słysząc to zaczęła robić mi okrutną aferę i tak, od kilku dni nie odzywa się do mnie, a jednocześnie wyzywając mnie, że nie słucham jej (bidolenia o rodzinie i zakupach, bla, bla, bla), że jestem złym mężem i nieudacznikiem i że to koniec małżeństwa.

A teraz pytanie:

Wie ktoś ile wagonów miał skład na trasie Malbork - Gdańsk, godzina przejazdu 13:19?”

Pokaż więcej komentarzy (8)

Lider

w Wybierz Społeczność

29piorunów

W 1687 roku na małej, bagnistej wysepce u wybrzeży dzisiejszej Florydy, zwanej przez Hiszpanów „Isla de los Susurros” (Wyspa Szeptów), grupa benedyktyńskich mnichów założyła tajny skryptorium. Oficjalnie spisywali tam żywoty świętych i księgi rachunkowe misji. Nieoficjalnie… tworzyli coś o wiele starszego.

Nazywali to „Sangre Azul de Manatí”. Błękitna Krew Manata.

Manaty łapano nocą w płytkich zatokach. Nie zabijano ich od razu. Mnisi wierzyli, że tylko krew pobrana od żywego, przerażonego zwierzęcia zachowuje „duszę morza”. Zwierzę przywiązywano do pali wbitych w dno, a następnie powoli, bardzo powoli upuszczano krew z dużych naczyń szyjnych do glinianych naczyń. Proces trwał wiele godzin. Manat nie umierał szybko - walczył, charczał, wydawał dźwięki, które mnisi później opisywali jako „płacz dzieci utopionych w zatoce”.

Świeża krew manata miała dziwny, intensywny błękitny odcień - nie był to zwykły błękit, lecz głęboki, morski błękit z lekkim srebrzystym połyskiem, jakby ktoś rozpuścił w niej fragment nieba nocą. Mieszano ją z wywarem z korzeni mangrowców, solą morską i tajemniczym proszkiem, którego składu nigdy nie zapisano. Powstały tusz był niemal przezroczysty, gdy się go nakładało. Delikatny, lazurowy, jakby pisało się wodą z oceanu.

Ale to była dopiero pierwsza faza.

Po wyschnięciu, w ciągu kilku tygodni, atrament zaczynał się zmieniać. Najpierw delikatnie, potem coraz wyraźniej - błękit przechodził w intensywną, królewską purpurę. Im starszy dokument, tym głębsza i bardziej krwista stawała się barwa. Po kilkudziesięciu latach purpura stawała się tak ciemna, że wyglądała niemal jak zaschnięta krew.

Mówiono, że im więcej strachu i bólu zawierała krew manata użytego do danej partii tuszu, tym piękniejsza i trwalsza była końcowa purpura.

W 1712 roku biskup Hawany nakazał zamknięcie skryptorium po tym, jak jeden z młodszych mnichów oszalał. W swoich zapiskach twierdził, że gdy pisze nocą przy świecach, litery zaczynają się poruszać, a z kartki wydobywa się ciche, mokre charczenie. Dokładnie takie samo, jakie wydawały umierające manaty.

Oficjalnie skryptorium spalono razem z całą dokumentacją.

Nieoficjalnie… niektóre manuskrypty przetrwały.

Do dziś w prywatnych kolekcjach i zamkniętych archiwach można znaleźć dokumenty z końca XVII i początku XVIII wieku, których atrament wciąż jest żywy. Jeśli położysz taki pergamin w ciemnym pokoju i poczekasz kilka minut, błękit powraca na krótką chwilę, jakby tusz pamiętał swoje pierwsze życie. Potem powoli, boleśnie powoli znów przechodzi w purpurę.

Niektórzy konserwatorzy przysięgają, że gdy dotkną takiego dokumentu gołą ręką, czują słabe, powolne pulsowanie pod palcami, jakby pod warstwą atramentu biło jeszcze jedno, bardzo stare serce.

W 2023 roku pewien bogaty kolekcjoner z Miami kupił na czarnym rynku pojedynczą kartę z „Modlitewnika z Isla de los Susurros”. Zapłacił za nią ponad 400 tysięcy dolarów. Trzy tygodnie później znaleziono go martwego w swoim gabinecie. Siedział przy biurku, z głową opartą o otwartą księgę. Na jego ustach zastygł siny, błękitno-purpurowy uśmiech.

Na karcie, którą czytał w chwili śmierci, widniał tylko jeden wers, napisany tym słynnym tuszem:

„Kto pije krew morza, ten nigdy nie umrze naprawdę.

On tylko… zmienia kolor.”

Od tamtej pory nikt już nie chce kupować starych manuskryptów z Karaibów.

A manaty…

Cóż. One wciąż pamiętają.

I podobno, gdy nocą podpływasz łodzią zbyt blisko miejsc, gdzie kiedyś była Isla de los Susurros, słychać pod wodą ciche, błagalne charczenie.

Jakby ktoś prosił, żeby wreszcie przestać go wykorzystywać do pisania.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Hydepark

138piorunów

„Czy ta szynka jest przetworzona? Jeśli jest przetworzona, to nie chcę jej.”

Proszę pani, to jest pięciokilogramowy, cały blok szynki delikatesowej. Nie ma w niej kości, tłuszczu ani tkanki łącznej. Jest to amalgamat mięsa z kilku świń, zemulgowany, upłynniony, przecedzony i ostatecznie nieodwracalnie połączony w bezbożny mięsny obelisk. Bóg nie miał żadnego udziału w stworzeniu tej obrzydliwości. Sam fakt istnienia tego szynkowego monolitu dowodzi, że Bóg jest albo bezsilny wobec zmian w swoim uniwersum, albo nieświadomy horrorów dziejących się w Jego królestwie. Ta abominacja wieprzowiny to coś więcej niż wędlina. Jest to fizyczna deklaracja pogardy ludzkości dla naturalnego porządku. Jest to pycha ucieleśniona.

Mamy też wersję o niższej zawartości sodu, jeśli woli pani taką.

Pokaż więcej komentarzy (18)

Lider

w Heheszki

46piorunów

* Korpus Piechoty Morskiej USA

* Halo, marines?

* Tak, Korpus w Bahrajnie

* Proszem pana mówi Trump Donald, Morze Arabskie. Zatoka Omańska tutaj jak sie wpływa, zaraz koło Zatoki Perskiej TUTAJ. ZGŁASZAM. Blokada, cieśninę ktoś nam zablokował cieśninę.

* Co zablokowat?

* Nie wiem kto

* Ale co zablokował?

* No nie wiem kto, ktoś zablokował

* Nie kto tylko co!

* Słucham?

* Co zablokowano?

* Mówi Trump Donald

* Tak, ale co się stało?

* Cieśnina jest blokowana, i cieśnina już prawie się zablokowała.

* Ta Ormuz tak?

* Morze Arabskie, Zatoka Omańska wkoło Zatoka Perska.

* A Sity Powietrzne lecą?

* Stucham?

* Siły Powietrzne!

* No ktoś zablokował ja nie wiem kto.

* A Sity Powietrzne?!

* Słucham?

* Czy Siły Powietrzne powiadomione są, czy nadlatują?

* Ja nie wiem kto zablokował... ale ktoś zablokował.

* Cieśninę tak?

* Są Siły Powietrzne... są... Przyleciały bombowce.

* Dobrze.

* Ale...

* Jak przyleciały to dobrze, jak są Siły Powietrzne to dobrze no

* Nie bombardują.

* Bombardują?!

* Cieśnina się blokuje. No ja nie wiem Morze Arabskie,

* wkoło Zatoka Perska.

* No dobrze, są Siły Powietrzne tam na miejscu?

* Słucham?

* Czy są Siły Powietrzne na miejscu?! Na miejscu ja jestem.

* A Siły Powietrzne?!

No Netanjau nie ma w domu.

Gruba ryba

w Hydepark

83piorunów

Prima Aprilis to jest najbardziej żenujący dzień w roku i nawet z tym nie handlujcie.

To jest ten dzień kiedy każdy, dosłownie każdy, chce na siłę być śmieszny. Wszystkie te pożal się boże agencje marketingowe silą się na jakieś heheszkowe fejkniusy, jakieś publiczne osoby to samo, nawet ciotka z wujkiem zadzwoni i strzeli dowcipasem że coś się niby odjebało. Nie no serio, śmiesznie w c⁎⁎j. I cały dzień wszystkie social media zajebane potokiem wiadomości w stylu

“GP Bahrajnu jednak się odbędzie! e-turniej esportowy zamiast Grand Prix!”,

“Ponieważ i tak basen zewnętrzny aquaparku jest zamknięty postanowiliśmy zarybić baseny aby wspomóc przemysł rybny”,

“Prezydent Wrocławia podał się do dymisji, jego funkcje obejmie biskup diecezji wrocławskiej”,

“Lewandowski wraca do Pogoni Szczecin”.

NO K⁎⁎WA HAHAHAHAHAHA NIE MOGE ZATRZYMAJCIE TĘ KARUZELĘ ŚMIECHU, HALO ANETA CZY TO JEST PRAWDA CZY ŻART, BO JUŻ SAM NIE WIEM

gifzesmiejacymsienakabaretachjanuszem.gif

I to wszystko okraszone jakimś AI slopem z darmowego generatora w stylu 50 palców, przekręcone napisy i dwie lewe nogi.

- Synek, bo nauczycielka przysłała smsa że masz dwie nowe jedynki AAAAAAAA PRIMA APRILIS AAAAHAHAHAHAHA BYŚ WIDZIAŁ SWOJOM MINE

I widzisz k⁎⁎wa pękających ze śmiechu ludzi którzy nie wiedzą, że Twoja mina to nie szok tylko wyraz najwyższego możliwego zażenowania.

Jeszcze dobrze że siedzę na home office, to przynajmniej uniknę komunikatów o zepsutych ekspresach do kawy, żarcików że przecież deadlajn był do dziś a nie do końca tygodnia, ja pi⁎⁎⁎⁎le jak dobrze że to mnie ominie.

I następnego dnia oczywiście każdy portal internetowy, każdy pej na fejsie, każdy k⁎⁎wa śmieszek project manager w korpo pisze sprostowanie że HEHE WIECIE TO BYŁ TYLKO ŻART HEHE KTO SIĘ NABRAŁ? Serio k⁎⁎wa, mistrzostwo komedii, łał, wyjdź za moją córkę.

Nie ma bardziej żenującego dnia w roku niż jebane Prima Aprilis…

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Hydepark

29piorunów

Siedziałem przy stole w kuchni, analizując raporty spółek i szukając dywidendowej okazji w gąszczu cyfr, gdy nagle...

- Tata, tata, czy Smerfy to był wytwór komunistycznej propagandy? - krzyknął, wbiegając do kuchni syn.

Odłożyłem arkusz kalkulacyjny. A więc młody postanowił dokonać analizy fundamentalnej bajek z mojego dzieciństwa.

- A jak myślisz, synu? - zapytałem.

Wziął głęboki oddech i zaczął wyliczać:

- Zacznijmy od Papy Smerfa. Według mnie to wypisz, wymaluj Józef Stalin. W swojej czerwonej czapce pełni rolę nieomylnego lidera, którego słowo jest jedynym obowiązującym prawem. Cały jego autorytet opiera się na wiedzy niedostępnej dla mas, co daje mu monopol na prawdę.

Pokiwałem głową, zachęcając go do dalszej dekonstrukcji systemu.

- Smerfy żyją w zamkniętej komunie, gdzie pieniądz jako środek wymiany po prostu nie istnieje. To gospodarka centralnie planowana w najczystszej postaci. Każdy pracuje według swoich możliwości. Pracuś buduje, Malarz maluje, Kucharz gotuje i każdy otrzymuje dobra według potrzeb. Wszyscy noszą identyczne stroje, co symbolizuje całkowite zatarcie indywidualizmu na rzecz kolektywu.

- A co z opozycją? - rzuciłem, uśmiechając się pod nosem.

- Ważniak! To jedyny Smerf, który kwestionuje działania innych, powołując się na własne „badania” i cytując księgi. Reszta grupy regularnie go ucisza (wyrzucając za bramę), co można interpretować jako tłumienie głosów opozycyjnych wewnątrz partii. - kontynuował z pasją.

- No dobrze, a Gargamel to…? - zapytałem, chcąc domknąć ten model rynkowy.

- Gargamel to podręcznikowy, drapieżny kapitalista i liberał. Mieszka w zamku, jest chciwy i obsesyjnie chce przerobić Smerfy w złoto. Dla niego jednostka ma wartość tylko wtedy, gdy można ją spieniężyć.

- No dobrze, a Smerfetka? Stworzył ją przecież Gargamel.

Tu syn zawiesił głos:
- Gargamel wykreował Smerfetkę jako narzędzie ideologicznej dywersji. Miała za pomocą zazdrości i indywidualnych pragnień rozbić spójność socjalistycznego kolektywu od środka. Jej ostateczna asymilacja przez Papę Smerfa i zmiana koloru włosów to triumf systemu nad próbą kapitalistycznego sabotażu. To pokazówka, jak wspólnota neutralizuje zewnętrzne zagrożenia.

- Chyba masz rację… - odparłem.

- Idę kończyć wypracowanie - rzucił na odchodne. - Napiszę jeszcze, że odcinek, w którym Smerfy zamieniły się rolami i wszystko się posypało, miał być ostrzeżeniem przed wolnością jednostki. System działa tylko wtedy, gdy każdy zna swoje miejsce w szeregu.

Patrzyłem, jak znika w pokoju. No cóż, Pani Dorotka od języka polskiego będzie miała jutro bardzo długi i ciężki dzień...

Fanatyk0piorunów

Właśnie oglądam odcinek jak Papa Smerf kontroluje wagę smerfa łasucha. Każe mu przejść na dietę i pilnuje by inne smerfy go fatshamingowały.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gwiazdor

w Hydepark

35piorunów

Byłem ostatnio na targach roślin, takich wiecie: monstera za pół wypłaty, podłoże premium, mech w słoiku jako „mikroekosystem”, a między tym wszystkim nagle strefa gastro. Stoisko z reklamą sokowirówki. Dalej wrapy, jakieś wegańskie pierogi, lemoniada za 20 zł.

Obok kolejne i baner: „Psi Bufet”.

Podchodzę bliżej, a tam typ z uśmiechem jak z reklamy jogurtu i drugi gość, który wygląda jakby właśnie zwietrzył interes życia.

- Dzień dobry, zapraszam, świeże posiłki, naturalne składniki, najwyższa jakość.

- O, a co to dokładnie?

- Gotowe dania, zbilansowane, przygotowywane z mięsa i warzyw, dostarczane regularnie.

- Mięsa pan mówi… a ten „psi” to co oznacza?

- To nazwa marki.

- No tak, ale coś musi znaczyć.

- No… taka identyfikacja.

Gość się nachyla konspiracyjnie.

- Czyli rozumiem, że specjalizujecie się w… psie?

Sprzedawca jeszcze się uśmiecha, ale już tak mniej pewnie.

- Tak, specjalizujemy się w psach.

- No właśnie, czyli…?

- No… czyli tworzymy jedzenie dla psów.

- Dla psów? Czyli jak dla psa, czy z psa?

- Nie, nie z psa! Dla psa.

- Aha… czyli pies nie trafia do garnka?

- Dokładnie. To psy są odbiorcami, nie składnikiem.

- Okej, oficjalnie rozumiem. A nieoficjalnie?

Obok ktoś z wrapem przestaje gryźć i zaczyna słuchać.

- Nie ma żadnego „nieoficjalnie”.

- Wie pan, ja już jadłem różne rzeczy. Człowiek podróżuje, próbuje…

- Proszę pana, to jest jedzenie dla psów.

- Czyli testujecie na nich, zanim trafi do klienta?

Sprzedawca mruga dwa razy.

- Nie. Psy są klientami.

- Pies nie jest klientem.

- Jest, bo to dla niego jest produkt.

- Klient płaci. Pies nie płaci.

- Właściciel płaci w jego imieniu.

- Czyli właściciel jest klientem.

- Ale pies korzysta.

- Dziecko też korzysta z zabawek, a nie jest klientem.

- No…

- Czyli sprzedajecie jedzenie właścicielom.

- Tak.

- A nazwa sugeruje, że psom.

- Bo to dla psów.

- No ale klientem nie jest pies.

- …

- Czyli coś tu się nie spina.

- …

- Dobra, nieważne. Ile za kilogram?

- Czego?!

- No tego waszego… „nie dla ludzi”.

Sprzedawca odwraca głowę i przez chwilę udaje, że coś poprawia na stoisku.

- A jakbym wziął większą ilość?

- NIE MA TAKIEJ OPCJI.

- Zawsze jest opcja, tylko trzeba się dogadać.

Ludzie już jawnie słuchają, kilka osób przestało udawać, że ogląda rośliny.

- Proszę pana, to jest catering dla psów.

- No właśnie, czyli macie dostęp do… surowca.

- NIE MAMY DOSTĘPU DO ŻADNEGO „SUROWCA”!

- Szkoda, bo wygląda pan na konkretnego człowieka.

Sprzedawca bierze głęboki wdech.

- Kurczak. Wołowina. Indyk. To mamy.

- A pies na specjalne zamówienie?

- NIE.

- A jak przyniosę swojego?

Zapada taka cisza, że nawet sokowirówka ze stoiska obok jakby przycichła.

- Proszę… co?

- No swojego nie mam, ale mógłbym ogarnąć. Pan by tylko przygotował.

- PROSZĘ NATYCHMIAST ODEJŚĆ OD STOISKA.

- Czyli jednak się nie dogadamy.

Gość wzdycha, jeszcze raz zerka na baner.

- Szkoda, bo nazwa robiła nadzieję.

Odchodzi w stronę jedzenia, a sprzedawca stoi chwilę nieruchomo, po czym bierze marker i powoli poprawia baner:

„Bufet dla psa.”

źródełko: https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4168205820099459

Gruba ryba2piorunów

@PanAreczek ale taka kaszaneczke z psa jak w Wietnamie to bym wpierdolil. Szkoda, że na miejscu nie można kupić, bo wszystkim odpierdala.

Osobistość0piorunów

@PanAreczek Chodzi glownie o to żeby nie hodowano psów na mięso, to jest najgorsze a nie samo zjedzenie a że tych usypianych w schroniskach jest niewiele to nie ma sensu zmieniać zwyczajów, u nas się nie je mięsa z psów i tyle.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Fanatyk

w Hydepark

98piorunów

ja pi⁎⁎⁎⁎le jak ja kocham zycie wlasnie pije sobie drinka w domu, manat wkrecony, najedzony pitcom z dagrasso. Nic mi wiecej nie potrzeba ogladam sobie rzeczy o silowni na youtube, kotek siedzi mi na kolanach. Przypominam manat wkrecony, wiec zero potrzeb zero testosteronu nie musze z nikim walczyc bo nie mam o co. Mam hajsy mam jedzenie i bezpieczenstwo i manat wkrecony. Pozdrawiam

XDD

Kompan8piorunów

Manat? Jaki manat? Taka duża foka? xD

Pokaż więcej komentarzy (18)

Gruba ryba

w Dyskusje

20piorunów

>bądź Eugenem Roshalem, twórcą WinRARa

>w 1995 wypuść program do pakowania plików

>daj wszystkim 40 dni okresu próbnego

>miej kompletnie wywalone na sprawdzanie, czy te 40 dni minęło

>mija ponad 30 lat, a ludzie dalej go używają [feels_good_man.png]

>miliony PC-tów na całej planecie jadą na "trialu" od komunii

>zero DRM, zero blokad, zero zabezpieczeń

>tylko to małe okienko z prośbą o zakup, które zamykasz szybciej niż matka drzwi do pokoju

>niechcący daj całemu światu darmowy program do końca życia

>"Twój okres próbny wygasł" to najstarsze kłamstwo internetu

>bądź legendą, której nikt nigdy nie zapłacił [gigachad_roshal.jpg]

Gruba ryba19piorunów

A tak serio, wbrew internetowym legendom, WinRAR to potężna maszynka do zarabiania pieniędzy, a model biznesowy wiecznego trialu jest genialnie przemyślany. Szacuje się, że WinRAR generuje rocznie od 20 do 40 milionów dolarów przychodu

Fanatyk3piorunów

@nietzsche - https://lmot.substack.com/p/winrar-40-day-trial-story-global-classic

WinRAR: The 40-Day Trial That Never EndsI bought by first computer in 2007 and I really don’t remember the first time I installed WinRAR. But maybe that’s the point. It was simply always there on every Windows computer I touched where it is college labs, family PCs, internet cafés and my own laptops. Back then when files were big and internet speeds were slow, compressed folders felt like treasure chests and WinRAR was the one software that always helped. The stacked books icon became a familiar sight quietly sitting in the background, never demanding attention. Almost two decades passed and after multiple PC and Windows OS upgrades, when most old software faded away WinRAR stayed the same. No drama, no redesign, no noise. Just a small tool that followed me through different phases of my life doing its job without any fuss, That’s what i loved about it!Substack
Gruba ryba8piorunów

Na takim zagranicznym kwejku, 9gag.com była kiedyś akcja, że ktoś się odezwał do winrara po kod rabatowy, że jak go dadzą to oni go tam będą kupować wtedy i coś zarobią i WinRar na to poszedł xP

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fanatyk

w Hydepark

11piorunów

Koniec internetu na dziś xD

Pokaż więcej komentarzy (6)

Kompan

w Hydepark

11piorunów

6,400,000. To liczba inteligentnych cywilizacji, których możemy się spodziewać w naszej galaktyce - według słynnego równania Drake’a. Od ostatnich 78 lat wysyłamy w kosmos wszystko, co jest związane z naszą cywilizacją - nasze radio, naszą telewizję, naszą historię, nasze największe odkrycia. Wykrzykujemy swoją obecność co sił w płucach, zastanawiając się, czy jesteśmy sami we wszechświecie. 36 milionów potencjalnych cywilizacji, prawie wiek nasłuchiwań i nic. Jesteśmy jedyni.
Tak mi się wydawało jeszcze około 5 minut temu.
Transmisja pojawiła się na każdej częstotliwości, którą nasłuchiwałem. Od razy wiedziałem, że taki sygnał nie pojawia się naturalnie - musiał zostać wytworzony sztucznie. Pojawiał się i znikał ze stałą amplitudą; szybko zrozumiałem, że to musi być swego rodzaju kod dwójkowy. Zmierzyłem 1679 impulsów na minutę podczas transmisji. Zaraz po tym nastała cisza.
Początkowo te liczby nie miały dla mnie żadnego sensu. Wydawały się być pomieszanymi, nic nie znaczącymi zakłóceniami. Jednak sygnał był tak idealnie stały i pojawił się na częstotliwościach, na których do tej pory nie zarejestrowaliśmy żadnej aktywności. Jeszcze raz przyjrzałem się zarejestrowanej przeze mnie transmisji, serce załomotało mi w piersi. 1679 bitów- to dokładna długość wiadomości nazwanej Arecibo, która została wysłana przez ludzkość 40 lat temu. Szybko zacząłem ustawiać częstotliwość i już po odczytaniu połowy informacji moje nadzieje się potwierdziły - to była dokładnie ta sama wiadomość. Liczby od 1 do 10 w zapisie dwójkowym. Liczby atomowe podstawowych pierwiastków z których zbudowane są związki organiczne: wodór, węgiel, azot, tlen i fosfor. Składniki kwasu DNA. Ktoś nas usłyszał i chciał nam odpowiedzieć, że gdzieś tam jest.
Wtedy do mnie dotarło, że skoro ta wiadomość została nadana 40 lat temu, to życie musi się znajdować najdalej 20 lat świetlnych od nas. To możliwe, obca cywilizacja tak blisko, że można by się z nią kontaktować? To przecież zrewolucjonizowałoby wszystkie dziedziny, w których kiedykolwiek miałem okazję pracować: astrofizykę, astrobiologię, astro...
Sygnał znów się pojawił.
Tym razem wolniejszy, jakby bardziej przemyślany. Trwał przez około 5 minut, z nową liczbą bitów, pojawiających się jeden po drugim. Chociaż komputer rejestrował wiadomość, ja też zacząłem ją notować na kartce. 0101 1010... Od razu wiedziałem, że to nie jest ta sama informacja, co przedtem. Miałem gonitwę myśli, umierałem z ciekawości co też mogą zawierać te numery. Transmisja zakończyła się na 544 bitach, zdecydowanie za mało żeby zawierać jakąś znaczącą wiadomość. Co można przesyłać innej, obcej cywilizacji w zaledwie 544 bitach? Na komputerze tak mały plik ograniczałby się tylko do... tekstu...?!
Czy może tak być? Czy naprawdę obca cywilizacja wysyła do nas wiadomość w naszym własnym języku? Kiedy zacząłem się nad tym zastawiać, uświadomiłem sobie, że to nie było całkiem niemożliwe- przecież przez ponad 80 lat nadaliśmy mnóstwo informacji w całkiem sporej liczbie języków... Zacząłem odszyfrowywać wiadomość pierwszym kodem, który przyszedł mi do głowy: ASCII. 0101 1010. To będzie Z... 0100 1001 to I...
Kiedy skończyłem odszyfrowywanie, poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Słowa leżące przede mną wyjaśniały wszystko:

„ZIEMIANIE, ZAMIAST W GWIAZDY, PATRZCIE NA RĘCE KURW*OM W MAGDALENCE!"