Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#pasta

Gruba ryba

w Hydepark

95piorunów

Mało kto wie, że gdy w 1975 r. FSO próbowało wejść na rynek amerykański, to wykupiło pakiet reklam podczas imprez sportowych, m. in. meczów koszykówki i hokeja. Firma, która to załatwiała, zażyczyła sobie płatności z góry w dolarach. FSO chcąc niechcąc zapłaciło, a potem cała koncepcja eksportu 125p do USA się wywaliła, więc reklamy nie zostały wyemitowane.

Jednak jak się okazało, zamówienie nie zostało nigdy anulowane, a że było opłacone, to syndyk masy upadłościowej FSO w 2012 r.upomniał się o zwrot pieniędzy. Firma od reklamy odmówiła, więc sprawa poszła do sądu, jest to znana sprawa FSO v. Szuchman & Rotsztajn. Sprawa ciągnęła się bardzo długo, ale wreszcie w 2025 r. sąd wydał wyrok: pieniędzy zwracać nie trzeba, jednak skoro reklamy zostały wykupione, to muszą zostać wyemitowane. Jeśli firma Sz & R by ich nie wyemitowała, musiałaby zwrócić FSO S.A. kwotę 2,137 mln dolarów.

I dlatego podczas mundialu na ekranach wokół murawy wyświetla się logo FSO.

Lider5piorunów

Tego sie nie spodziewalem

Autorytet10piorunów

@Maciek no tak było, tak było

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fenomen

w Sport

80piorunów

TO NIE MOJA PASTA!!!

Zajumałem z FB, bo mnie rozśmieszyła, źródło na dole:

Moi drodzy Amerykanie.

Właśnie obejrzałem mecz. Wszyscy go oglądaliśmy. I powiem wam jedno: to był największy przekręt w historii futbolu. Większy niż wszystkie razem wzięte. Uwierzcie mi.

Mówią, że Belgia wygrała 4:1. Naprawdę? Ja widziałem zupełnie inny mecz. Moi ludzie widzieli inny mecz. Miliony patriotów widziały inny mecz. Tak naprawdę to Stany Zjednoczone wygrały. Ile? Wciąż liczymy.

Każda belgijska bramka była podejrzana. Bardzo podejrzana. Sprawdzimy to. Słyszałem, że ci ludzie są tutaj nielegalnie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Belgowie? Lubię ich. Naprawdę. Ale muszą przestać kraść gole. To nie jest w porządku. Nie można przyjechać do Ameryki, zdobyć czterech bramek i udawać, że wszystko jest w porządku.

Dlatego podpisuję dziś rozporządzenie wykonawcze. Wynik zostaje odwrócony. Oficjalny rezultat brzmi: USA 4, Belgia 1. Jeśli komuś się to nie podoba… cóż, nie powinien był strzelać do Ameryki. Nikt, powtarzam, nikt nie będzie tak robił. Ostrzegam innych. To lekcja dla świata.

FIFA będzie musiała to zaakceptować. Nie mają wyboru. Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Najlepszymi ludźmi. Wszyscy mówią: „Panie Prezydencie, to najbardziej sprawiedliwy wynik, jaki kiedykolwiek widzieliśmy”.

A Belgii radzę jedno. Skupcie się na czekoladzie. Skupcie się na piwie. Jesteście w tym dobrzy, wiem co mówię. Piłkę nożną zostawcie zwycięzcom.

God bless America. I gratulacje dla prawdziwych zwycięzców… Stanów Zjednoczonych.


Źródło jak ktoś chce to zobaczyć na FB: https://www.facebook.com/rudzki77/posts/pfbid0ubGiPrP4bZN2Skd3muqCgi9MSDf5FQgE35BfVjuQoPFs8arQf4QoWanjSRv8ECvil

Gruba ryba2piorunów

@LovelyPL @Ragnarokk ma na ten moment 55 piorunow. Ja Ci jednego rzucam, moze dogonisz :smiley:

GURU5piorunów

Brakuje "nikt nie wie na temat piłki nożnej tyle co ja".

Pokaż więcej komentarzy (11)

Fanatyk

w Hydepark

61piorunów

> Niektórzy twierdzą że PM nie musi być techniczny, bo on jest od zarządzania pracą, więc liczą się miękkie umiejętności a techniczne są nieistotne. Czaicie co by było jakby to samo przenieść np. na budowlankę? Zrobić takiego Oskarka brygadzistą na budowie?
>
> "Jak to płyta fundamentowa musi schnąć dwa tygodnie? A jak ci dorzucę kilku ludzi to wyschniecie ją do wtorku?"
>
> "Betoniarka się zjebała? To nawet lepiej, powinniśmy rezygnować z narzędzi third-party, weź dwóch praktykantów i poskładajcie nową in-house"
>
> "Nie potrzebujesz uprzęży, musisz być bardziej agile"
>
> "Po co te rury w kuchni? Klient chce wodę bezprzewodowo, wiem że się da bo czytałem o tym na jednym blogu"
>
> "Wiem, że nie dowieźli zbrojenia, ale piętro musi być dokończone w tym sprincie, wylejcie beton normalnie a zbrojenie doda się w refaktorze w przyszłym kwartale"
>
> "Mieliśmy już robić odbiór, ale przyszedł change request, na ile wyestymujecie dobudowanie piwnicy i przesunięcie klatki schodowej o 15 metrów w lewo? UX mówi że dla nich to nie problem poprawić plany, więc mam rozumieć że uwiniecie się do końca miesiąca?
>
> "Biznes uznał że dźwigowy z uprawnieniami jest za drogi, za te same pieniądze zatrudniliśmy do zespołu 6 praktykantów"
>
> "Do wykonania fundamentów zatrudniliśmy kontraktora, wy róbcie ściany a oni fundamenty zrobią u siebie na budowie w Bengaluru a potem się zintegruje"
>
>
>
> Oprócz tego codzienne daily gdzie pyta każdego z osobna co robił wczoraj, co będzie robił dzisiaj i czy coś go nie blokuje na którym 56-letni Zbyszek mówi że wczoraj nosił cegły, dzisiaj będzie nosił cegły, a blokuje go czasem Rychu bo leży na⁎⁎⁎⁎ny, potem kawka i krótki wpis na Muratorze o nowych trendach w budownictwie


Tak mi się przypomniała moja ulubiona. Zupełnie niezwiązana z moją pracą

Fanatyk6piorunów

@rith - coś czuję, że tu wcale nie chodzi o budowę :thinking_face:

Lider14piorunów

PM to nie jest brygadzista na budowie xD
PM to moze byc kierownik kontraktu, ktory techniczny byc nie musi, a kompetencje miekkie musi miec za⁎⁎⁎⁎ste zeby j⁎⁎ac wykonawcow jednoczesnie majac z nimi dobry kontakt xD

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gwiazdor

w Hydepark

107piorunów

Skończyłem kurs psiego behawiorysty z nudów, bo akurat miałem trzy wolne weekendy, a wszystkie seriale już obejrzane. Myślałem, że będzie śmiesznie: trochę o smyczach, trochę o lęku separacyjnym, ktoś powie „piesek musi mieć granice” i do domu. Tymczasem po dwóch dniach dostałem certyfikat z moim imieniem, złotą łapką w rogu i podpisem kobiety, która przez cały kurs mówiła do owczarka niemieckiego „panie Krzysztofie”.

No to pomyślałem: skoro mam papier, to czemu nie. Założyłem szkołę dla psów.

Nazwę wymyśliłem profesjonalną: Akademia Świadomego Pyska. Logo zrobiłem w Canvie: pies w okularach i slogan „Twój pies wie. Ty jeszcze nie.” Ludzie zaczęli się zapisywać jak szaleni, bo wiadomo, pies w domu szczeka, gryzie kapcie, patrzy dziwnie na teścia - trzeba specjalisty.

Na pierwszych zajęciach przyszło osiem osób z psami. Ja stoję w polarze z haftem „behawiorysta”, ręce za plecami, mina jakbym rozumiał wilki lepiej niż one same. Patrzę na grupę i mówię:

- Zanim zaczniemy, musicie zrozumieć jedno. Pies nie ma problemów behawioralnych. To wy macie problemy ludzkie.

Wszyscy zapisują.

Pomyślałem: oho.

No i się zaczęło.

Jedna pani mówi, że jej maltańczyk nie chce wracać ze spaceru. Ja zamknąłem oczy, pokiwałem głową i powiedziałem:

- On panią testuje. Proszę przez tydzień, kiedy nie będzie chciał iść do domu, położyć się obok niego na chodniku i też odmówić powrotu. Musi zobaczyć, że jest pani częścią stada, a nie administracją budynku.

Pani prawie się wzruszyła.

Drugi facet mówi, że pies ciągle wchodzi mu do łóżka. Ja mówię:

- To nie pies wchodzi do pana łóżka. To pan bezprawnie śpi w legowisku lidera. Od dziś pan śpi na macie przy drzwiach, a pies na materacu. Po trzech nocach sytuacja się ustabilizuje.

Facet pyta, czy żona się zgodzi.

- Żona też jest częścią stada - mówię. - Niech wybierze: kanapa albo korytarz.

Wszyscy kiwają głowami, bo powiedziałem to spokojnym głosem.

Najlepsze było przy panu z labradorem, który jadł wszystko na spacerach. Patyki, chusteczki, raz podobno pół zapiekanki razem z papierem. Facet pyta, jak to zatrzymać.

Ja zrobiłem długą pauzę, taką terapeutyczną, po czym mówię:

- Musi pan odzyskać kontrolę nad zasobami. Kiedy pies coś podniesie, pan też musi coś podnieść. Ale szybciej. Pies ma zobaczyć, że pan jest szybszym zbieraczem.

- Czyli co mam podnosić?

- Cokolwiek. Liść. Kamień. Paragon. Symbolicznie. Proszę warczeć przy tym nisko.

I nagle osiem dorosłych osób stoi na trawniku i ćwiczy podnoszenie liści z warczeniem.

Ja już ledwo wytrzymuję.

Na trzecich zajęciach wprowadziłem moduł „komunikacja międzygatunkowa”. Powiedziałem, że psy poznają świat przez zapach i dotyk, więc jeśli chcemy, żeby pies nam zaufał, musimy przestać się brzydzić jego „naturalnego języka”.

- Proszę dziś w domu powąchać psie łapy - mówię. - Ale nie tak normalnie. Z szacunkiem. Każdą osobno. Przednią lewą najdłużej, bo tam zwykle siedzi konflikt emocjonalny.

Jedna pani zapytała, co jeśli pies zabierze łapę.

- To znaczy, że nie jest gotowy na dialog.

Potem dodałem, że bardziej zaawansowani mogą delikatnie polizać opuszkę, żeby „domknąć rytuał akceptacji”. Myślałem, że wtedy ktoś wstanie i powie: dobra, panie, koniec tej komedii.

Nikt nie wstał.

Jedna pani nawet zapisała: „lizać łapy - bez presji”.

Zrozumiałem wtedy, że mam władzę, której człowiek mieć nie powinien.

Kulminacja przyszła, gdy na zajęcia przyszedł pan z buldogiem francuskim, który gryzł.

Nie jakoś dramatycznie. Nie „rzuca się do tętnicy”. Bardziej: podgryzał gości, łapał za nogawki, robił z łydki test smaku. Pan mówi, że pies gryzie, kiedy ktoś wchodzi do mieszkania.

Ja od razu w tryb specjalisty. Przykucnąłem, spojrzałem buldogowi w oczy, a on prychnął na mnie jak stary autobus.

- To nie jest agresja - powiedziałem tonem człowieka, który właśnie wrócił z trzyletnich badań nad wilkami w Bieszczadach. - To jest nie zaadresowana korespondencja emocjonalna.

Wszyscy zapisują.

- Co mamy robić? - pyta właściciel.

- Kiedy pies gryzie gościa, gość musi oddać mu symboliczny dług.

- Jaki dług?

- Nogawek.

Cisza.

- Proszę przygotować w domu koszyk ze starymi skarpetami. Każdy gość, zanim wejdzie, bierze jedną skarpetę, kładzie ją przed psem i mówi: „przynoszę okup, nie przynoszę chaosu”.

Kobieta z border collie spytała, czy skarpeta ma być uprana.

Zamknąłem oczy, jakbym kontaktował się z psim kolektywem.

- Nie musi.

I oni to zapisali.

Potem dodałem, że jeśli pies mimo wszystko ugryzie, nie wolno krzyczeć, tylko należy spokojnie powiedzieć:

- Dziękuję za informację zwrotną.

Na następnych zajęciach facet powiedział, że pies gryzie mniej, ale teściowa odmówiła składania skarpety przy wejściu i została „bardzo stanowczo oceniona przez buldoga”.

Powiedziałem, że proces działa.

A potem nadszedł moment, który do dziś czasem wraca do mnie w nocy.

Pewien chłop zapytał, że jego pies ma dziwne kupy i czy powinien iść do weterynarza. Normalny człowiek powiedziałby od razu: tak, proszę iść do weterynarza. I ja też wiedziałem, że tak trzeba powiedzieć. Weterynarz. Badanie. Dieta. Pasożyty. Normalna odpowiedź.

Ale wtedy spojrzałem na grupę.

Osiem dorosłych osób. Notesy w dłoniach. Oczy pełne zaufania. Ludzie, którzy już warczeli do liści, spali na wycieraczce i pytali, czy łapę psa lizać zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

I pojawiła się myśl.

Mała, czarna, okropna myśl.

„Powiedz im”.

Poczułem, jak gdzieś w środku otwiera się klapka, a zza niej wychyla się diabeł w polarze behawiorysty.

„Powiedz im, że trzeba spróbować”.

Nie dlatego, że trzeba. Nie dlatego, że to ma sens. Tylko dlatego, że mogłem.

Wiedziałem, że oni to zrobią.

To było najgorsze.

Nie miałem przed sobą sceptyków. Nie miałem przed sobą ludzi, którzy wstaną i powiedzą: panie, puknij się pan w miskę. Miałem przed sobą uczniów Akademii Świadomego Pyska. Ludzi po module „stanie bokiem do psa w celu przeproszenia przestrzeni”. Oni by to zapisali. Oni by poszli do domu. Oni by się kłócili, czy próbkę należy pobrać rano, czy po spacerze.

Facet patrzył na mnie i czekał.

Ja otworzyłem usta.

- W takich przypadkach - zacząłem powoli - kluczowa jest pełna analiza sensoryczna…

Grupa pochyliła się nad notesami.

I wtedy zobaczyłem siebie z boku.

Nie jako trenera. Nie jako żartownisia. Tylko jako człowieka, który stoi na granicy. Po jednej stronie: niewinny trolling, skarpety dla buldoga, oddawanie łóżka jamnikowi. Po drugiej stronie: totalna ciemność. Behawiorystyczna przepaść. Miejsce, z którego nie wraca się już tym samym człowiekiem.

W głowie miałem dwie myśli naraz.

Pierwsza: „Nie rób tego”.

Druga: „Ale wyobraź sobie opinie w Google”.

Przez sekundę naprawdę walczyłem sam ze sobą. Palce mi zadrżały. Certyfikat w ramce na ścianie błysnął złotą łapką, jakby też mnie kusił. Buldog francuski ziewnął, jakby mówił: „dawaj, człowieku, zobaczmy, jak nisko upadniecie”.

Wziąłem oddech.

- …ale - powiedziałem w końcu - absolutnie nie smakiem.

Ktoś przestał pisać.

- Proszę nie próbować psiego stolca - dodałem bardzo wyraźnie. - To nie jest metoda. To nie jest metafora do praktykowania. To jest moment, w którym idzie się do weterynarza.

W sali zrobiło się dziwnie cicho. Jakby byli trochę rozczarowani.

Pani od maltańczyka uniosła rękę.

- Czyli tylko obserwujemy?

- Tylko obserwujemy.

- A zapach?

Zacisnąłem powieki.

- Z bezpiecznej odległości.

Właściciel psa zapisał: „weterynarz, nie próbować, zapach z dystansu”.

I na tym się skończyło.

Przynajmniej wtedy.

Bo prawda jest taka, że ta myśl czasem do mnie wraca. Nie często. Nie codziennie. Ale są takie momenty: jadę tramwajem, mieszam herbatę, stoję w kolejce po bułki i nagle pojawia się w głowie szept:

„Mogłeś im kazać”.

I od razu robi mi się zimno.

Bo wiem, że mogli to zrobić.

Wiem, że wróciliby tydzień później z tabelką w Excelu, kolumnami: kolor, konsystencja, bukiet, refleksje emocjonalne psa.

A ja musiałbym tam stać w polarze z haftem i udawać, że to był element procesu.

Dzisiaj prowadzę drugi poziom kursu: „Człowiek jako smycz energetyczna”.

Na pierwszych zajęciach każę uczestnikom przez piętnaście minut udawać drzwi, żeby pies mógł „przepracować przejścia”.

Mam już zapisy do listopada.

Ale przy temacie stolca zawsze mówię jedno:

- Weterynarz.

Potem robię pauzę.

Bo człowiek musi znać swoje granice.

Nawet behawiorysta.

https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4223712624548778

Autorytet1piorunów

@PanAreczek no fajna ta pasta z czata gpt ale nie rób więcej :slightly_smiling_face:

Twórca0piorunów

Dobra pasta, ale szybko można się zorientować, że to fikcja, bo najpierw jest mowa o trzech wolnych weekendach a za chwilę a dyplomie po dwudniowym kursie.

Pokaż więcej komentarzy (21)

Gruba ryba

w Hydepark

28piorunów

Mało który sklep tak mnie wkurza swoim brakiem logiki jak Rossmann...

Jak idziesz do Obi, czy nie wiem Liroya-Merlina i szukasz czegokolwiek to masz za⁎⁎⁎⁎ście ułożone działy. Wiesz, że dział “łazienki” będzie obok “farby/lakiery/kleje” a tuż obok będzie “stolarnia” bo wszystko się ze sobą łączy i jak szukasz kantówki sosnowej to będziesz potrzebował impregnatu który jest obok. Wiesz, że “narzędzia” będą obok “artykuły metalowe” żeby dobrać sobie klucze do nakrętek, czy wiertła do wkrętów. Jak masz cel i listę rzeczy które potrzebujesz to spędzisz tam w porywach 20 minut z czego 10 minut zajmie Ci przemieszczanie się bo to dojebanie wielkie sklepy, a 5 minut wybór produktów biorąc pod uwagę ich cenę i jakość, pozostałe 5 minut to czerpanie radości z zakupów.

A w Rossmannie? A w Rossmannie jak w lesie. Nie, w Rossmannie jak w chlewie obsranym gównem. Masz listę: farba do włosów, grzebień do farbowania włosów, mydło szare "biały jeleń", krem do opalania dla dzieci, krem do opalania dla dorosłych, krem ELOBAZA i mokre chusteczki i myślisz sobie, spoko, odnajdę to wszystko w mig na tych 200 metrach kwadratowych. Otóż taki, kolego drogi, c⁎⁎j. Jak Cię laska wysłała do Rossmana po zakupy, to zrób sobie prowiant za wczasu.

Najłatwiej będzie znaleźć farbę do włosów. Masz fotkę opakowania, więc nie będzie trudno. Bierzesz pudełko z tą samą mordą i szukasz w pobliżu grzebienia do farbowania. Obok są szampony i podkłady do ryja. Ok, może są gdzieś niżej? Nie, cała ściana w farbach, obok cała ściana w szamponach, obok cała ściana w podkładach. No dobra, nie skupiamy się na tym, szukajmy kremu do opalania. Na 100% będzie w kremach, to w końcu logiczne, tam też idziemy. Kremy do ryja, kremy na noc, kremy na pięć po siódmej, kremy na rozstępy, kremy do rąk. No i nie ma. Lecisz całą półkę jeszcze raz. Obok kremów są pieluchy (?!) a z drugiej strony szminki i pomadki. No nic, nie zniechęcamy się, gdzieś na 100% są więc poszukajmy mydła szarego. Idziesz w kierunku żeli pod prysznic bo przecież obok muszą być mydła, ale zaczynasz mieć w sumie wątpliwości. Po drodze mijasz wielki stand z kremami do opalania, więc jest, kolejna pozycja na liście odhaczona! Ale moment, zaraz. Jest krem dla dorosłych, ale ani śladu kremu dla dzieci. Przeszukujesz cały stand bo wiesz, że ludzie to jak w chlewie, potrafią zrobić rozpierdziel i może ukryli gdzieś z tyłu w ferworze poszukiwania. Ale niestety. No nic, może wykupili. Lecisz dalej w kierunku żeli pod prysznic żeby szukać mydła. Cała ściana żeli. Po lewej antyperspiranty, po prawej szampony (a jeszcze dalej znane już farby do włosów). Mydeł niet. A może wezmę w płynie? Będzie z bańki. Ale nie, teraz to już jest quest niczym w RPG, znaleźć te 3 itemy to wygrać życie. Odwracasz się w swojej naiwności. Nie ma. Dobra, nie zniechęcajmy się, poszukajmy może dla rozluźnienia tego grzebienia do włosów. Wchodzisz w alejkę która ma podejrzanie randomowe itemy - jakieś gąbki, skarpety, obcinaczki do paznokci, pasty do butów. JEST! Szare mydło! No tak, wiadomo, że jak pasta do butów to szare mydło musi być obok, tak na wszelki wypadek. O JEST I GRZEBIEŃ DO FARBOWANIA WŁOSÓW! Okej, dobra może teraz wróćmy do kremu do opalania dla dzieci. Idziesz znów przeszukiwać stand z innymi kremami do opalania i ścianę kremów na różne pory, do różnych części ciała w zależności od wieku, płci, tożsamości etnicznej i samopoczucia. W końcu myślisz - dobra, idę do mistrza gry po wskazówkę. Dziewczyna w kitlu z napisami “Rossman”, “Kasia”, “w czym mogę pomóc?” odczytuje Twoją listę i pędzi przed siebie. Znajdujecie krem do opalania dla dzieci między bobofrutami i mlekami w proszku (no tak, oczywiste!), a następnie pani informuje cię, że w aplikacji rossmann oprócz wyjątkowych promocji na każdy dzień jest też nawigacja po sklepach. Nie ufasz za bardzo, bo to brzmi za łatwo jak na twoje dotyczasowe doświadczenie klienta. Dwa itemy na liście, na pierwszy rzut krem ELOBAZA (kto to w ogóle tak nazwał). Twoje przeczucie że przeszukanie kremów do rąk, mordy i wszystkiego innego nic nie da nie zawiodło. Otwierasz apkę - o losie, faktycznie jest nawigacja! Regał 7, Półka 5, Pozycja 3. Liczył regały. Liczysz jeszcze raz, bo wyszło ci 5. Znów wyszło 5. Głupio teraz podejść do facetki i powiedzieć, że nie umiesz liczyć do siedmiu. Próbujesz liczyć wzdłuż, wszerz, na skos. No nie chce wyjść 7. Nieważne, powiesz żonie, że nie było. Ostatni item - mokre chusteczki. Regał 1, półka 3, pozycja 2. Idziesz do pierwszego regału z lewej. Zaczynamy od lewej, bo do tego przyzwyczaiła nas cywilizacja zachodnia. Alkohole i przetwory. Ok, chyba jednak trzeba z prawej. Szampony i farby do włosów. A może oni liczą od środka, jak na dworcu w Poznaniu? Idziesz do regału, który jest 2 albo 3, zależy jak liczyć, liczysz półki od lewej i prawej regału. No nie ma. Dobra, kupię w lidlu.

Misja nieukończona: 48 minut za 200 metrach kwadratowych.

Dlaczego? Za co?

Fenomen5piorunów

100% rel

kiedyś Rossmann był za⁎⁎⁎⁎sty ale teraz zaczęli wymyślać (półki pod skosem na przykład ) i pytanie czy to polski pomysł czy niemiecki.

Teściu robił w handlu detalicznym i mówił, że bardzo wielu menadżerów Januszów uwielbia robić co rok reorganizację sklepu i przekładanie towaru i półkę bo wtedy wychodzi w jakimś wskaźniku że spędzasz więcej czasu w sklepie (i nóż coś kupisz extra)

No nie wiem ja zawsze wychodzę wku… i właśnie jakoś od roku nie cierpię robić zakupów w R

Gruba ryba4piorunów

Potwierdzam. Najbardziej nieprzyjazne miejsce do robienia zakupów, gdzie już na starcie dostaję luja ogłuszacza w postaci chemicznych zapachów. Jak za długo tam siedzę, zaczyna boleć mnie głowa. Ostatnio miałem żonie wziąć jakiś szampon, odżywkę (oba produkty tej samej marki, więc liczyłem, że będzie w miarę łatwo) i coś tam jeszcze. Po długiej walce, wzajemnym wysyłaniu zdjęć (bo np. znalazłem nie ten wariant) oraz otrzymaniu dokładnej nawigacji (który regał, półka) doszedłem do wniosku, że po prostu tego nie ma. Po opuszczeniu sklepu niczym Jan Paweł II ucałowałem ziemię, dziękując Stwórcy za to, że znów mogę oddychać powietrzem. Wieczorem żona w tym samym roSSmannie kupiła sobie co tam chciała (choć sama przyznała, że nie było łatwo tego znaleźć).

Pokaż więcej komentarzy (6)

Fanatyk

w Heheszki

5piorunów

z pismanaodpierdol

>
> Służby przyszły po Maćka o godz. 11.37, akurat gdy kończył latte z miodem i podbijchujkę - popularny, modny, warszawski deser dla aspirujących z dodatkiem bobu i sosu twarogowego z rozmarynem.

> W odpowiedzi na słowa: "Dzień dobry, starszy aspirant Jan Wielkopalski, czy zastaliśmy Pana Macieja...", Maciej odruchowo zerwał się z biurka, jak Bambi na odgłos wystrzału (do matki Bambi) i rzucił się pędem w głąb kancelaryjnego korytarza. Pozwoliło mu to co prawda zyskać przewagę, ale też od razu wskazało policjantom, że - yes indeed, k⁎⁎wa, zastali Pana Macieja.
>
> Wielkopalski, w reakcji na to, z nietypowym jak na mundurowego profesjonalizmem, sięgnął do kabury i ryknął: "Stój, bo strzelam!"
>
> Ja odruchowo skuliłem się za biurkiem, spodziewając się wystrzału z granatnika w drzwi pomieszczenia socjalnego, natomiast Basia, nasza recepcjonistka, najbardziej przypominająca Bambi, dzięki wielkim brązowym oczom, wykazała się nadzwyczajną odwagą i przytomnością umysłu, wołając do gliniarza:
>
> - Proszę się nie wahać, tylko strzelać. W tym dziale to akurat pracują sami aplikanci, zatem zabłąkana kula tylko skróci ich cierpienia.
>
> Jakby usłyszał to nasz młodszy aplikant Zenon Ziembiewicz, nazywany przez nas pieszczotliwie "Granicą", który akurat precyzyjnie wpakował się na linię wystrzału.
>
> - God Damn it! - zaklął szpetnie Wielkopalski, rezygnując ze strzelaniny - Odetnijcie go! - nakazał swojemu zespołowi, tłoczącemu się za jego plecami, jak boty z pierwszego Counter Strike'a.
>
> Sam tymczasem pognał korytarzem bezpośrednio za Maćkiem, w tempie jakby nie był to prawdziwy pościg, tylko doroczne ćwiczenia w Legionowie.
>
> Stety-niestety, Maciek był z tego pokolenia, które nie umie uciekać. Nie zdążył odpalić GPS, więc już na wysokości wejścia do kibla, zgubił się na prostej drodzę i musiał zerknąć na komórkę, żeby zapytać ChataGPT: "Jak spierdolić przed Policją?"
>
> EjAj nie okazało mu empatii, wyrzucając komuniakt: "Niestety nie mogę Ci pomóc w unikaniu zatrzymania ani ucieczce przed Policją. Mogę za to dać Ci praktyczny, bezpieczny wariant: jak zachować się przy zatrzymaniu tak, żeby nie pogorszyć sobie sytuacji."
>
> - Oż ty j⁎⁎⁎ny, konfidencki, tosterze - westchnął Maciek i rzucił się do konferencyjnej.
>
> Wpadł do środka, zatrzasnął drzwi i instynktownie zablokował je stertą segregatorów z opiniami prawnymi dotyczącymi skutków podatkowych wniesienia aportem znaku towarowego do spółki komandytowo-akcyjnej wg stanu prawnego na 2013 r. Po raz pierwszy rys historyczny instytucji aportu od czasu Jaćwingów, na 250 stron, fontem 6 pkt, do czegoś się przydał.
>
> Wielkopalski naparł na drzwi, ale te nawet nie drgnęły.
>
> - Panie Macieju, proszę się nie wygłupiać - nakazał.
>
> - Nic nie zrobiłem. Spierdalaj! Nic na mnie nie macie - wrzasnął w odpowiedzi Maciek, wykorzystując całą wiedzę prawniczą zdobytą przy oglądaniu "W11".
>
> - O co chodzi? - na miejscu akcji pojawił się nagle Partner Zarządzający.
>
> - Policja po Maćka - poinformowała Basia.
>
> - W jakiej sprawie?
>
> - Nie wiem, ale raczej nie w sprawie nominacji do Chambersów.
>
> PeZet spojrzał na nią z błyskiem w oku.
>
> - Maciek, słuchaj. To jest Twoja szansa - powiedział nagle. - Być może jedyna taka szansa w Twoim żałosnym, marnym życiu - dodał poważnie.
>
> - Na co? - zapytał naiwnie Maciek.
>
> - Na to żebyś był znany. I renomowany. A nawet z Warszawy... ("Ty gnojku spod Rzeszowa" - dodał cicho, tak żeby prawnik za drzwiami nie usłyszał).'
>
> To ostatnie podziałało. Maciek wszystko zrozumiał.
>
> Minęła chwila i dobrowolnie, pokornie oddał się w ręce Policji.
>
> Wprawdzie teraz grozi mu kilka lat pozbawienia wolności za jakieś machloje, a potem być może nawet nagana od samorządu (albo upomnienie i zakaz wykonywania patronatu przez tydzień), ale znalazł "jeden prosty sposób" i w jednej chwili osiągnął więcej, niż typowy jurysta po piętnastu latach wpierdalania lunchu przed komputerem.

Fenomen

w Heheszki

30piorunów

Zajumane z FB, na dole link do źródła.

Każdy z Was na bank to czuje, ale jakoś głupio o tym powiedzieć, natomiast okazuje się, że wszyscy mamy ten sam problem.

Pizza była kiedyś dla biednych, a dziś trzeba brać kredyt, żeby zjeść przypalonego placka z garścią sera i pieczarek.

Kiedyś było to jedzenie dla biedoty.

I to dosłownie. Powstała w Neapolu jako tani placek dla ludzi, których nie było stać na wymyślne jedzenie. Mąka, trochę pomidorów, trochę sera, czasem coś wrzucone z litości przez los i obiad gotowy. To było coś na zasadzie tego, jak Wasza kobieta sprząta lodówkę, bo wszystkiemu kończy się ważność i mówi, że k⁎⁎wa, jutro zapiekanka. A jak zapytasz z czym, to odpowiada…

ZE WSZYSTKIM!

Chodziło o to, żeby się najeść szybko, tanio i bez filozofii.

A dziś?

Dzisiaj wchodzisz do polskiej pizzerii i czujesz się jakbyś wszedł do najdroższego Włoskiego butiku, gdzie projektantem jest gość, którego nazwiska nawet nie potrafisz wymówić.

Patrzysz w menu na ceny i okazuje się, że nigdy nie widziałeś tylu zer obok siebie, no chyba, że oglądałeś kiedyś obrady sejmu.

Zamawiasz pizzę 42 cm.

79 zł.

Okej, a co jest w tej cenie do pizzy?

Nic. Pizza.

Koniec. Nic więcej. Żadnego sosu, oliwy. Jak chcesz sos czosnkowy, to dopłać 5 zł.

Za 80 zł, rozumiesz? Za placka w tej cenie spodziewałbym się oprowadzenia po zapleczu gdzie rodowity Włoch pokazuje Ci jak kręci w powietrzu ciasto, potem przez 5 minut śpiewa Italodisco, a na końcu proponuje Ci wycieczkę do Pizy żebyś zobaczył krzywą wieżę, bo akurat musi pojechać kupić zapas mąki.

I ja rozumiem koszty. Naprawdę. Lokal, prąd, ZUS, pracownicy, składniki, włoskie produkty, prosciutto dojrzewające dłużej niż niektóre małżeństwa. Rozumiem pizzę za 60-70 zł z burratą, pistacjami i szynką, którą masował osobiście Giuseppe spod Neapolu.

Ale k⁎⁎wa… pizza z serem i pieczarkami za 80 zł? To już nie jest jedzenie dla ludzi.

Na to musi być specjalna okazja i ustalenie budżetu w rodzinie.

Przecież pieczarki nie są wydobywane przez nurków na dnie oceanu. To nie są trufle eskortowane przez ochronę BOR-u. To jebane pieczarki. Warzywo tak tanie, że kiedyś było dodatkiem „żeby coś było”.

Najlepsze są jednak te nowoczesne pizzerie, które robią z pizzy doświadczenie duchowe.

Wchodzisz do lokalu. Beton na ścianach. Żarówki zwisają jak po remoncie. Krzesła niewygodne specjalnie, żebyś przypadkiem nie odpoczął za długo po wydaniu 200 zł. W tle techno dla ludzi po ASP.

Kelner przychodzi i mówi, że ich ciasto dojrzewa 72 godziny.

Przecież ja k⁎⁎wa nie mam tyle czasu, chciałem zjeść coś na szybko.

Potem dostajesz pizzę wielkości koła zapasowego do Fiata Punto i słyszysz, że minimalizm składników pozwala wydobyć charakter wypieku.

Minimalizm? Bracie, tam są trzy kawałki sera i samotna pieczarka wyglądająca jak ocalały z katastrofy.

I oczywiście obowiązkowa oliwa.

Ale nie taka normalna. Nie. Teraz oliwa musi być infuzowana, rzemieślnicza i z nutą dymu i cytrusów.

Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, czy będę wyglądał głupio jak zacznę się nią nacierać w lokalu zamiast marnować ją do pizzy?

Kiedyś oliwa stała na stole i każdy lał ile chciał. Dziś dostajesz pipetkę jak w laboratorium.

Proszę bardzo, 14 zł.

14 zł za tłuszcz do chleba. Za chwilę będą podawać ketchup z ochroniarzem.

A dowóz? To jest osobny kabaret i temat na osobny post, ale w skrócie.

Pizza kosztuje 82 zł.

Dowóz 11.99 zł.

Opłata serwisowa 4 zł.

Opakowanie ekologiczne 3 zł.

Aplikacja doliczyła coś jeszcze, bo chyba była smutna.

Finalnie płacisz 109 zł i zastanawiasz się, czy Ty aby na pewno zamówiłeś Włoską Margherita pizzę, czy Włoską Małgośkę na godzinę.

A ty jesz tę pizzę za stówę i próbujesz sobie wmówić, że czuć jakość, że nie żałujesz…

Nie, k⁎⁎wa.

Czuć desperację i ratę za leasing pieca.

I dajcie znać serio.

Ile kosztuje u Was pizza?

Wejdźcie teraz na aplikację, sprawdźcie i napiszcie w komentarzach.

Źródło: https://www.facebook.com/SerafinPeziol/posts/pfbid02DLSkT6TiDTNLBzczS3Jg3ohQ5eQ2ZiV7KWbrGmrGNC2eukbnFVUSp5dffCxt3VaGl

Fenomen1piorunów

Pasta, jak to pasta - wiadomo, że trochę przesadzona, ale tylko trochę. Ceny pizzy czy nomen omen - pasty czyli po naszemu, makaronu w restauracjach to jakaś totalna odklejka.

Ok, zrobienie pizzy to jednak więcej roboty, piec, trzeba ciasto zrobić, przygotować to wszystko itd. - ceny są popieprzone, ale bardzo naciągając można jakoś próbować ich bronić.

Ale ceny makaronów w knajpach to już jakiś scam - trochę makaronu (najczęściej kupowanego w pobliskim sklepie) z sosem pomidorowym i listkiem bazylii potrafi kosztować więcej niż schaboszczak z ziemniakami i surówką. A jak tam jeszcze jakiś ser jest starty czy inne fanaberie, to warto sprawdzić limit karty przed zamówieniem.

O kawie już pisano wiele razy - i tutaj żadne tłumaczenia do mnie nie przemawiają, skoro taka sama kawa we Włoszech czy Austrii potrafi kostować mniej niż u nas. Ciężko mnie przekonać, że koszty pracownika w Polsce są wyższe niż we Włoszech czy Austrii.

Do tego, w sklepach kawa ziarnista jest tam sporo droższa niż u nas, więc to chyba jakiś cud, że kawa jest tam w knajpie tańsza. A może to nie kawa, tylko jakieś śmieci, a tylko u nas jest PRAWDZIWA kawa i dlatego kosztuje miliony monet?

Pokaż więcej komentarzy (24)

Autorytet

w Hydepark

47piorunów


Siedziałem z szefem na spotkaniu. Kiedy dobiliśmy targu z klientem, szef spojrzał na zegarek i uznał, że w ramach premii za sukces zabierze mnie do McDonalda.

Od razu jednak zaznaczył, że jemy na miejscu i nie ma żadnego zabierania produktów na wynos celem dalszej odsprzedaży.

Zgodziłem się niechętnie. Przynajmniej uzupełnię kalorię na jego koszt oraz ponabijam trochę punktów na moją kartę lojalnościową.

Szef podszedł do kiosku, wyklikał zestaw w trzydzieści sekund, wziął numerek i stanął przy ladzie jak skazaniec, czekając na swoją pozycję z tablicy zamówień.

Ja podszedłem do drugiego ekranu z pełnym spokojem. Wybrałem burgera, duże frytki, po czym system zapytał mnie o sposób odbioru.

Bez wahania zaznaczyłem opcję: „Dostawa do stolika”, wpisałem numer plastikowego lokalizatora i przeszedłem na salę, siadając wygodnie na skórzanej kanapie.

Szef przyszedł po pięciu minutach, dysząc ciężko i niosąc swoją tacę. Popatrzył na moje puste ręce, potem na mnie, a jego brew uniosła się wyżej niż wykresy inflacji.

- Co jest? Nie zamówiłeś nic? Przecież mówiłem, że stawiam. Zaraz wracamy, nie mamy czasu - rzucił pretensjonalnie, rozpakowując McCrispy.

- Zamówiłem, szefie. Wszystko jest pod kontrolą - odpowiedziałem, poprawiając mankiety koszuli.

- To czemu nie czekasz przy ladzie? - rozejrzał się nerwowo po sali.

W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się młoda dziewczyna z obsługi. W czarnym fartuchu, z pełną powagą, niosła na tacy mojego potrójnego cheeseburgera. Podeszła do naszego stolika, uśmiechnęła się profesjonalnie i postawiła zamówienie prosto przede mną.

- Życzę panu smacznego - powiedziała, skinęła głową i odeszła.

Szef popatrzył na odchodzącą dziewczynę, potem na mojego burgera, a na koniec na mnie.

- Ty... - zaczął, wskazując na mnie frytką. - Po co ty zamawiasz do stolika? Nie możesz sam sobie odebrać zamówienia? Po co goniłeś dziewczynę, żeby ci niosła burgera za przez pół lokalu?

Spojrzałem na niego z głębokim spokojem, rozwijając papier z taką celebracją, jakby to był tatar w restauracji z gwiazdką Michelina.

- Szefie - zacząłem cicho, pochylając się nad stołem. - Skoro system korporacyjny tej franczyzy oferuje mi pełen serwis kelnerski w cenie produktu bazowego, to rezygnacja z niego byłaby ujemnym ROI z tej transakcji. Skoro zapowiedziałeś, że jemy na miejscu, to znaczy, że jestem w restauracji. A skoro jestem w restauracji, to ma być jak w restauracji.

Dlaczego mam sam pełnić funkcję wewnętrznego łańcucha logistycznego, skoro mogę wydelegować to zadanie na zewnętrzny zasób, ujęty już w marży producenta?

Szef zamarł z otwartymi ustami. Widziałem, jak jego mózg próbuje przeprocesować tę informację i zestawić ją z podręcznikiem mikroekonomii.

Wziąłem pierwszy kęs, patrząc przez okno na parking. Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.

Fenomen0piorunów

@Weathervax a więc tak myślą Ci którzy zamawiają do stolika? :smiley:

> Prędzej czy później system zawsze zaczyna pracować dla ciebie - musisz tylko wiedzieć, który guzik kliknąć na ekranie.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Specjalista

w Dyskusje

29piorunów

Pamiętam jak liceum byłem wielkim fanem Jarka Jakimowicza. Oglądałem młode wilki chyba ze sto razy. Cały pokój miałem w jego plakatach. Chciałem być taki jak on, wyglądać jak on i mówić jak on.

Pewnego dnia zobaczyłem go jak jadł hamburgera w jednym z warszawskich maków. Wyrwałem kartkę z zeszytu i podszedłem do niego. Dukając poprosiłem o autograf, a on odwrócił się, popatrzył na mnie i żując bułkę odpowiedział tylko: "a weś spierdalaj".

W tym momencie coś we mnie pękło. Wróciłem do domu, porwałem wszystkie plakaty tego zjeba i usunałem konta na wszystkich forach jakimonators. Zacząłem czytać biznesforum, bo moim jedynym celem było ujebanie go. Chciałem, żeby każdy się śmiał z niego, żeby stracił cały szacunek, a do tego potrzebowałem pieniędzy, dużych pieniędzy.

Tej samej nocy poszedłem na osiedlowy parking strzeżony, cieć jak zwykle spał. Dzięki poradnikom z ruskich stron potrafiłem wyciąć katalizator w pięć minut. Byłem w tym coraz lepszy, nawet miałem specjalną piłkę do wycinania. Z czasem zacząłem werbować osiedlowych sebków, którzy wycinali je dla mnie. W końcu kupiłem kawałek placu i otworzyłem skup. Dzięki temu pół województwa wycinało katalizatory sąsiadom dla mnie, ja im płaciłem po kilka stów i byłem kryty. Obroty rosły, aż w końcu generowaliśmy trzy miliony zysku przy czterdziestu milionach obrotów.

Wtedy stwierdziłem, że to już pora. Wynająłem detektywa, który namierzył Jakimowicza. Po kliku dniach wiedziałem, że wynajmuje ludziom mieszkania bez płacenia podatków. Krótki donos do urzędu skarbowego wystarczył, żeby po kilku tygodniach zaczęło się konkretne trzepanko finansów tego buca. Wychodziło coraz więcej spraw i pan Jarek miał zapłacić ponad pół dużej bańki zaległych podatków, do tego kary i odsetki. Jednym słowem był w niezłej d⁎⁎ie.

Wtedy w jego życiu pojawiam się ja. Proponuję mu 500 tys. zł za zostanie twarzą mojej firmy. Odmawia, "bo on jest wielkim aktorem, a to jest uwłaczające". Jeszcze, k⁎⁎wa, zobaczymy. Wychodzę ze spotkania. Kolejny donos opisujący łamanie ugody z fiskusem sprawia, że rozłożenie na raty przestało obowiązywać. C⁎⁎j bombki strzelił. Następnego dnia Jarek dzwoni, że jednak on to bardzo chce zostać twarzą skupu katalizatorów. Tylko, że teraz oferta to marne 200 tys., Jarek rzuca słuchawką. Po chwili telefon dzwoni, aż trzy minuty zajęło mu zdanie sobie sprawy w jak głębokiej d⁎⁎ie się znajduje. Kolejnego dnia podpisujemy umowę. W ciągu trzech miesięcy jego morda znajduje na co trzecim autobusie i co czwartym bilbordzie w Polsce polecając SKUP KATALIZATORÓW.

Ludzie się z niego śmieją i wytykają palcami. Skupu nie mam już od ponad trzech lat, a mimo to cały czas przedłużam umowy reklamowe. Ten gamoń podpisał umowę na pięćdziesiąt lat z możliwością aktualizacji wizerunku.

Właśnie siedzę w maku przy krajowej siódemce i patrzę na bilbord skupu katalizatorów z Jarkiem Jakimowiczem. Aktor ma wymalowanego k⁎⁎⁎sa na czole. Jestem szczęśliwy, jedyne czego żałuję to, że nie otworzyłem kliniki aborcyjnej albo innego zakładu utylizacji martwych psów.

Fanatyk4piorunów

Zawsze bawi

Gruba ryba

w Hydepark

87piorunów

i w sumie szydercza o pracach domowych.

Ktoś powinien wreszcie wziąć się za konkursy organizowane dla dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, zanim dojdzie do prawdziwego nieszczęścia.

Otóż jakiś czas temu, mój syn wrócił z przedszkola z informacją, że zbliża się kolejna edycja konkursu ekologicznego na rysunek lub instalację o tematyce eko. Młody jest naprawdę uzdolniony plastycznie i ma świetne pomysły, ale poprosił o drobne wsparcie w składaniu i klejeniu projektu elektrowni wodnej. Siedzieliśmy na tym dwa wieczory i na dwa tygodnie przed konkursem mieliśmy już w zasadzie gotowe do okazania jury.

A tu nazajutrz Młody wraca z przedszkola z rykiem, że on na pewno przegra, bo czteroletni Jasio ma elektrownie słoneczną, w której zapala się światło, jak się naciśnie na panel fotowoltaiczny.
Przyznam, zagotowało mnie wówczas, że są rodzice którzy tak oszukują i to jeszcze kosztem dzieci. Zarabiam natomiast na tym, że potrafię oddać tak, żeby naprawdę bolało, więc z miejsca ruszyłem do lokalnego sklepu przemysłowego i po zostawieniu tam pięciu stówek, oznajmiłem synowi: "Postaw sobie na półce tę naszą kartonową zabawkę, Tatuś Ci zaraz pokaże, jak naprawdę robi się prąd."

Siedziałem nad tym całą noc, ale rano projekt był gotowy, a tam: pełny, działający obieg zamknięty wody + prawdziwe obracające się pod jej wpływem turbiny generujące prawdziwy prąd, zasilający oświetlenie minielektrowni, no i... turbiny, jakby się przestały kręcic. Jebane perpetuum mobile (na baterię ukrytą w dachu elektrowni).

Jasio, jak się o tym wszystkim dowiedział, to aż zbrudził pampersa. Co gorsza, jego ojciec najwyraźniej też, bo po trzech dniach mój Młody wraca i znowu w ryk, że Jasiek ma nowy projekt i jest to w pełni funkcjonalna elektrownia słoneczna, a panele na specjalnej platformie płynnie podążają za ruchem słońca, żeby w pełni wykorzystać jego energię.

No to już było wypowiedzenie wojny. Nie chodziło już nawet o konkurs, ale o zasady, o granice je⁎⁎⁎ej bezczelności. Nie może być przeceiż tak, że jakiś miejscowy k⁎⁎as, który ma za dużo wolnego czasu, pieniędzy i kleju na gorąco, będzie się kosztem mojego dziecka bawił w Jakuba Wiecha.
Zrobiłem wówczas to, co zrobiłby każdy normalny Polak w mojej sytuacji. Zadzwoniłem do Szwagra.

Mój szwagier jest typem człowieka, który potrafi zrobić absolutnie wszystko, o ile zapewni mu się dostęp do YouTube’a, hurtowni budowlanej i czteropaka Warki Strong, jako paliwa badawczo-rozwojowego. Ma też tę szczególną mieszaninę ciekawości i talentu, które w normalnym kraju dałaby mu grant badawczy albo zakaz zbliżania się do sieci elektroenergetycznej.

Szwagier przyjechał nazajutrz, spojrzał na mnie, potem na nasze dotychczasowe projekty, następnie na cztery skrzynki Warki Strong, a potem znowu na mnie.
- To trzeba iść w atom - ocenił. - Masz może uran?

Przez pierwszy wieczór tylko projektowaliśmy, dlatego rano - wzorem radzieckich inżynierów mieliśmy potwornego kaca. Następnego dnia zabraliśmy się jednak do pracy na poważnie.
Betonowaliśmy, spawaliśmy, łączyliśmy, potem znowu betonowaliśmy.
Tak powstały cztery bloki energetyczne, chłodnia kominowa, budynek sterowni, plac rozdzielczy i coś, co Szwagier nazwał "mechanizmem awaryjnego wygaszania reaktora", choć wyglądało jak pudełko po cukierkach z wbitymi doń metalowymi drucikami.
Trzeciego dnia zrobiliśmy sobie bana na piwo, ubraliśmy stroje pszczelarskie pokryte folią aluminiową i przystąpiliśmy do prac nad rdzeniem. "Sobie świecisz, czy mi?! Świeć tutaj, k⁎⁎wa" / "W sądzie też tak chujowo spawasz?!" - sypały się gęsto, ale do rana osiągnęliśmy większe postępy, niż polski program atomowy przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Na dzień przed konkursem projekt był gotowy. To była prawdziwa elektrownia jądrowa, nie żadne tam pstrokate przedszkolne gówno z rolek po papierze toaletowym i brokatu. Uberprofesjonalne wrażenie psuła tylko tabliczka na ogrodzeniu, z napisem" "WSTĘP WZBRONIONY" i drobnym drukiem: TATA JAŚKA - SPIERDALAJ".

- Trzeba będzie zrobić rozruch próbny, zanim podepniemy to do sieci. - stwierzdiłem.
- Dej spokój, co będziemy testować - fachowo machnął ręką Szwagier. - Dawaj od razu na produkcję.

Nazajutrz zawieźliśmy nasze dzieło do przedszkola na wystawę.
Powiem wprost - już samo wnoszenie tego do sali konkursowej wzbudziło respekt. Dzieci zamilkły, rodzice rozdziawili gęby ze zdziwienia, a ojciec Jasia w mgnieniu oka postarzał się z 10 lat i z tą swoją pedalską elektrownią słoneczną stał z boku i patrzył smutno, jakby właśnie oglądał wjazd wojsk Układu Warszawskiego do Pragi.
Ustawiliśmy elektrownię na stoliku pośrodku sali. Dookoła stanęły inne prace, np. jeż z szyszek, farma wiatrowa z rolek po papierze toaletowym i ten skurwiały solarny kombajn Ojca Jasia, którego panele rzeczywiście obracały się za słońcem.

Nie minęło wiele czasu, jak Szwagier zadecydował, że ruszamy. Padły słynne "ostatnie słowa":
- Podłączylem do sieci. Odpalaj. Będziemy robić próbę mocy.

Potem wypadki potoczyły się, że tak powiem - lawinowo i niestety tak szybko, że niewiele pamiętam.
W głowie mam takie migawki, jak w całym budynku zaczyna gasnąć światło, a Szwagier krzyczy: "Człowieku, k⁎⁎wa, co jest? Dawaj pełną moc, bo turbiny stają!"
W rezultacie zaś dania tejże - światła rozbłyskają w oślepiającym blasku, następnie zaś żarówki kolejno eksplodują w całym budynku. Dzieci płaczą, dorośli uciekają. W panice rzucam się do przycisku AZ5 zlokalizowanego na ścianie sterowni minielektrowni, żeby to wszystko wyłączyć, a wtedy reaktor w bloku czwartym po prostu eksploduje.
Szwagier zawodzi: "Coś Ty, k⁎⁎wa, zrobił?! Zbiornik wyrównawczy z wodą rozjebało!"
Ja do niego wołam: "Chłopie, jaki zbiornik?! Cały rdzeń jest na wierzchu, widziałem grafit!"
On na to do mnie: "Lej wodę, żeby to chłodzić! Reaktory RBMK nie wybuchają! Nie widziałeś grafitu, bo go tam nie było!"
Potem wspólnie zasypujemy rozwalony rdzeń piaskiem z pobliskiej piaskownicy, gdy pada uzasdnione pytanie "a co z promieniowaniem"? Szwagier wyjmuje wtedy dozymetr i uspokoja, że "jest 3,6, not great, not terrible"

Oczywiście nie wygraliśmy tego konkursu. Nawet mój syn z tą swoją tekturową elektrownią wodną ostatecznie zajął wyższe miejsce (uruchamianie tej mojej dyrekcja przedszkola uznała za zbyt ryzykowne w czasasch eskalacji cen hydraulików). Dostaliśmy też dożywotni zakaz uczestnictwa w podobnych wydarzeniach, wezwanie do pokrycia kosztów malowania sufitu i wymiany oświetlenia, a także terapii dla babki od rytmiki.

Najgorsze jest jednak to, że dzieci w przedszkolu siedziałyby dziś po ciemku, gdyby nie Ojciec Jaśka i ta jego, j⁎⁎⁎na elektrownia słoneczna.

Autorytet21piorunów

@Fishery

> Mój szwagier jest typem człowieka,
>
> który potrafi zrobić absolutnie wszystko, o ile zapewni mu się dostęp do YouTube’a, hurtowni budowlanej i czteropaka Warki Strong, jako paliwa badawczo-rozwojowego.

W tym miejscu kwikłem najgłośniej, ale całość to szczere złoto 😆

Inspirator2piorunów

Ty! Fajne to!

Pokaż więcej komentarzy (5)

Lider

w ErwinoRommeloSkubieManacieSuty

16piorunów

W mrocznych, szarych głębinach internetu pojawił się rzadki i niepokojący rytuał.

Oto widzimy samotnego osobnika w zielonym kapturze i ceremonialnej masce. Zbliża się powoli do leżącego na wznak manata, który został wcześniej usłany płatkami róż – tradycyjnym elementem zwiększającym magiczne przewodnictwo.

Pingwin, nasz pierwszy obserwator, stoi w bezpiecznej odległości. Jego mina mówi wszystko: „Co ja właściwie oglądam?”

Nasz badacz zaczyna delikatne, lecz precyzyjne skubanie sutków manata. W tym momencie zachodzi fascynująca reakcja chemiczno-magiczna – specjalny tusz wydzielany przez gruczoły manata zmienia barwę z głębokiego błękitu na intensywny, hipnotyczny purpurowy. Nazywany przez lokalnych memiarzy „Manatee Purple Ink of Enlightenment”, jest jednym z najrzadszych składników używanych do tworzenia treści, które potrafią przyciągnąć uwagę nawet o 3:47 nad ranem.

Dziwen ptak z pomarańczowymi oczami już zrozumiał. Patrzy nieruchomo, niemal medytacyjnie. Jego spojrzenie sugeruje, że zna tajemnice tego tuszu od bardzo dawna.

Pingwin natomiast… nie wytrzymał. Widzimy, jak pada na plecy z charakterystycznymi spiralami w oczach – klasyczna reakcja na zbyt dużą dawkę purpurowej energii.

Manat przyjmuje cały proces ze spokojem godnym prawdziwego dostarczyciela surowca. Tylko lekki rumieniec i pojedyncza kropla potu świadczą o tym, że czuje powagę chwili.

A nasz badacz w masce kontynuuje skubanie z poświęceniem godnym prawdziwego naukowca.

......

I tak, drodzy widzowie, w ciszy szarego tła trwa właśnie jeden z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie fascynujących rytuałów pozyskiwania tuszu, jaki kiedykolwiek zaobserwowano.

Natura jest piękna.

Natura jest dziwna.

A czasem… po prostu skubie manata.

Fenomen1piorunów

Ale gówno Xd

Pokaż więcej komentarzy (6)

Lider

w Wybierz Społeczność

13piorunów

Elon musk, George droid, Żydowska technologia Microsoftu i Mark Zuckerberg kontrolują globalne serwery północnego Zimbabwe w celu osłabienia granic silnej i niezależnej Polski powodując napływ wrogich najeźdźców na białoruskiej granicy, George droid bojownik Hamasu kradnie pieniądze z NFZ destabilizując Polską służbę zdrowia, Elon Musk atakuje psionicznie Polskie dzieci nakierowując satelity starlink emitujące promieniowanie elektromagnetyczne 5G powodując defekty genetyczne u śląsklich emerytów, Mark Zuckerberg przekupuje polityków aby mógł wlewać estrogen do wody pitnej aby zawyżyć liczbę femboyów (żeńchłopców) w polsce, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk sekretnie grają w minecrafta gdzie planują swój plan na zatrucie Polskiego społeczeństwa azbestem w paczkach poczty polskiej. Donadl trump jest w rzeczywistości polakiem, wypiera się tego ponieważ się tego wstydzi, sekretnie płaci czeskim trolom za szkalowanie papierza polskiego.

GURU4piorunów

Kiedys byles lepszy w spolecznosci

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Hydepark

89piorunów

„Dzień dobry wszystkim,

Mam 41 lat, ale od dziecka widząc pociągi liczę wagony. Ostatnio siedząc w samochodzie przed przejazdem na Traugutta, robiłem to co zawsze – liczyłem. Zaś moja żona coś mówiła, a ja po prostu nie słuchałem jej – nadawała od rana, a głowa mnie bolała już od jej pierdolenia.

I nagle, przez nią pomyliłem się i powiedziałem pod nosem: „K⁎⁎wa, ile to było”, ona słysząc to zaczęła robić mi okrutną aferę i tak, od kilku dni nie odzywa się do mnie, a jednocześnie wyzywając mnie, że nie słucham jej (bidolenia o rodzinie i zakupach, bla, bla, bla), że jestem złym mężem i nieudacznikiem i że to koniec małżeństwa.

A teraz pytanie:

Wie ktoś ile wagonów miał skład na trasie Malbork - Gdańsk, godzina przejazdu 13:19?”

Sum3piorunów

:smiley:

Fanatyk9piorunów

@PlatynowyBazant na tej trasie i o tej godzinie kursuje jakiś EZT Polregio, więc będzie raptem 3-4 wagony max. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Pokaż więcej komentarzy (8)

Lider

w Wybierz Społeczność

29piorunów

W 1687 roku na małej, bagnistej wysepce u wybrzeży dzisiejszej Florydy, zwanej przez Hiszpanów „Isla de los Susurros” (Wyspa Szeptów), grupa benedyktyńskich mnichów założyła tajny skryptorium. Oficjalnie spisywali tam żywoty świętych i księgi rachunkowe misji. Nieoficjalnie… tworzyli coś o wiele starszego.

Nazywali to „Sangre Azul de Manatí”. Błękitna Krew Manata.

Manaty łapano nocą w płytkich zatokach. Nie zabijano ich od razu. Mnisi wierzyli, że tylko krew pobrana od żywego, przerażonego zwierzęcia zachowuje „duszę morza”. Zwierzę przywiązywano do pali wbitych w dno, a następnie powoli, bardzo powoli upuszczano krew z dużych naczyń szyjnych do glinianych naczyń. Proces trwał wiele godzin. Manat nie umierał szybko - walczył, charczał, wydawał dźwięki, które mnisi później opisywali jako „płacz dzieci utopionych w zatoce”.

Świeża krew manata miała dziwny, intensywny błękitny odcień - nie był to zwykły błękit, lecz głęboki, morski błękit z lekkim srebrzystym połyskiem, jakby ktoś rozpuścił w niej fragment nieba nocą. Mieszano ją z wywarem z korzeni mangrowców, solą morską i tajemniczym proszkiem, którego składu nigdy nie zapisano. Powstały tusz był niemal przezroczysty, gdy się go nakładało. Delikatny, lazurowy, jakby pisało się wodą z oceanu.

Ale to była dopiero pierwsza faza.

Po wyschnięciu, w ciągu kilku tygodni, atrament zaczynał się zmieniać. Najpierw delikatnie, potem coraz wyraźniej - błękit przechodził w intensywną, królewską purpurę. Im starszy dokument, tym głębsza i bardziej krwista stawała się barwa. Po kilkudziesięciu latach purpura stawała się tak ciemna, że wyglądała niemal jak zaschnięta krew.

Mówiono, że im więcej strachu i bólu zawierała krew manata użytego do danej partii tuszu, tym piękniejsza i trwalsza była końcowa purpura.

W 1712 roku biskup Hawany nakazał zamknięcie skryptorium po tym, jak jeden z młodszych mnichów oszalał. W swoich zapiskach twierdził, że gdy pisze nocą przy świecach, litery zaczynają się poruszać, a z kartki wydobywa się ciche, mokre charczenie. Dokładnie takie samo, jakie wydawały umierające manaty.

Oficjalnie skryptorium spalono razem z całą dokumentacją.

Nieoficjalnie… niektóre manuskrypty przetrwały.

Do dziś w prywatnych kolekcjach i zamkniętych archiwach można znaleźć dokumenty z końca XVII i początku XVIII wieku, których atrament wciąż jest żywy. Jeśli położysz taki pergamin w ciemnym pokoju i poczekasz kilka minut, błękit powraca na krótką chwilę, jakby tusz pamiętał swoje pierwsze życie. Potem powoli, boleśnie powoli znów przechodzi w purpurę.

Niektórzy konserwatorzy przysięgają, że gdy dotkną takiego dokumentu gołą ręką, czują słabe, powolne pulsowanie pod palcami, jakby pod warstwą atramentu biło jeszcze jedno, bardzo stare serce.

W 2023 roku pewien bogaty kolekcjoner z Miami kupił na czarnym rynku pojedynczą kartę z „Modlitewnika z Isla de los Susurros”. Zapłacił za nią ponad 400 tysięcy dolarów. Trzy tygodnie później znaleziono go martwego w swoim gabinecie. Siedział przy biurku, z głową opartą o otwartą księgę. Na jego ustach zastygł siny, błękitno-purpurowy uśmiech.

Na karcie, którą czytał w chwili śmierci, widniał tylko jeden wers, napisany tym słynnym tuszem:

„Kto pije krew morza, ten nigdy nie umrze naprawdę.

On tylko… zmienia kolor.”

Od tamtej pory nikt już nie chce kupować starych manuskryptów z Karaibów.

A manaty…

Cóż. One wciąż pamiętają.

I podobno, gdy nocą podpływasz łodzią zbyt blisko miejsc, gdzie kiedyś była Isla de los Susurros, słychać pod wodą ciche, błagalne charczenie.

Jakby ktoś prosił, żeby wreszcie przestać go wykorzystywać do pisania.

GURU3piorunów

@Felonious_Gru już myślałem że na tej kartce było coś o pingwinach, że to nieloty itp xD

Pokaż więcej komentarzy (2)

Autorytet

w Hydepark

138piorunów

„Czy ta szynka jest przetworzona? Jeśli jest przetworzona, to nie chcę jej.”

Proszę pani, to jest pięciokilogramowy, cały blok szynki delikatesowej. Nie ma w niej kości, tłuszczu ani tkanki łącznej. Jest to amalgamat mięsa z kilku świń, zemulgowany, upłynniony, przecedzony i ostatecznie nieodwracalnie połączony w bezbożny mięsny obelisk. Bóg nie miał żadnego udziału w stworzeniu tej obrzydliwości. Sam fakt istnienia tego szynkowego monolitu dowodzi, że Bóg jest albo bezsilny wobec zmian w swoim uniwersum, albo nieświadomy horrorów dziejących się w Jego królestwie. Ta abominacja wieprzowiny to coś więcej niż wędlina. Jest to fizyczna deklaracja pogardy ludzkości dla naturalnego porządku. Jest to pycha ucieleśniona.

Mamy też wersję o niższej zawartości sodu, jeśli woli pani taką.

Mocarz2piorunów

Całkiem nieźle tłumaczenie klasyka :smiley:

GURU0piorunów

kroiłem takie bloki w pizzerii :upside_down_face:

tłuste i słone

Pokaż więcej komentarzy (18)

Lider

w Heheszki

46piorunów

* Korpus Piechoty Morskiej USA

* Halo, marines?

* Tak, Korpus w Bahrajnie

* Proszem pana mówi Trump Donald, Morze Arabskie. Zatoka Omańska tutaj jak sie wpływa, zaraz koło Zatoki Perskiej TUTAJ. ZGŁASZAM. Blokada, cieśninę ktoś nam zablokował cieśninę.

* Co zablokowat?

* Nie wiem kto

* Ale co zablokował?

* No nie wiem kto, ktoś zablokował

* Nie kto tylko co!

* Słucham?

* Co zablokowano?

* Mówi Trump Donald

* Tak, ale co się stało?

* Cieśnina jest blokowana, i cieśnina już prawie się zablokowała.

* Ta Ormuz tak?

* Morze Arabskie, Zatoka Omańska wkoło Zatoka Perska.

* A Sity Powietrzne lecą?

* Stucham?

* Siły Powietrzne!

* No ktoś zablokował ja nie wiem kto.

* A Sity Powietrzne?!

* Słucham?

* Czy Siły Powietrzne powiadomione są, czy nadlatują?

* Ja nie wiem kto zablokował... ale ktoś zablokował.

* Cieśninę tak?

* Są Siły Powietrzne... są... Przyleciały bombowce.

* Dobrze.

* Ale...

* Jak przyleciały to dobrze, jak są Siły Powietrzne to dobrze no

* Nie bombardują.

* Bombardują?!

* Cieśnina się blokuje. No ja nie wiem Morze Arabskie,

* wkoło Zatoka Perska.

* No dobrze, są Siły Powietrzne tam na miejscu?

* Słucham?

* Czy są Siły Powietrzne na miejscu?! Na miejscu ja jestem.

* A Siły Powietrzne?!

No Netanjau nie ma w domu.

Gruba ryba

w Hydepark

83piorunów

Prima Aprilis to jest najbardziej żenujący dzień w roku i nawet z tym nie handlujcie.

To jest ten dzień kiedy każdy, dosłownie każdy, chce na siłę być śmieszny. Wszystkie te pożal się boże agencje marketingowe silą się na jakieś heheszkowe fejkniusy, jakieś publiczne osoby to samo, nawet ciotka z wujkiem zadzwoni i strzeli dowcipasem że coś się niby odjebało. Nie no serio, śmiesznie w c⁎⁎j. I cały dzień wszystkie social media zajebane potokiem wiadomości w stylu

“GP Bahrajnu jednak się odbędzie! e-turniej esportowy zamiast Grand Prix!”,

“Ponieważ i tak basen zewnętrzny aquaparku jest zamknięty postanowiliśmy zarybić baseny aby wspomóc przemysł rybny”,

“Prezydent Wrocławia podał się do dymisji, jego funkcje obejmie biskup diecezji wrocławskiej”,

“Lewandowski wraca do Pogoni Szczecin”.

NO K⁎⁎WA HAHAHAHAHAHA NIE MOGE ZATRZYMAJCIE TĘ KARUZELĘ ŚMIECHU, HALO ANETA CZY TO JEST PRAWDA CZY ŻART, BO JUŻ SAM NIE WIEM

gifzesmiejacymsienakabaretachjanuszem.gif

I to wszystko okraszone jakimś AI slopem z darmowego generatora w stylu 50 palców, przekręcone napisy i dwie lewe nogi.

- Synek, bo nauczycielka przysłała smsa że masz dwie nowe jedynki AAAAAAAA PRIMA APRILIS AAAAHAHAHAHAHA BYŚ WIDZIAŁ SWOJOM MINE

I widzisz k⁎⁎wa pękających ze śmiechu ludzi którzy nie wiedzą, że Twoja mina to nie szok tylko wyraz najwyższego możliwego zażenowania.

Jeszcze dobrze że siedzę na home office, to przynajmniej uniknę komunikatów o zepsutych ekspresach do kawy, żarcików że przecież deadlajn był do dziś a nie do końca tygodnia, ja pi⁎⁎⁎⁎le jak dobrze że to mnie ominie.

I następnego dnia oczywiście każdy portal internetowy, każdy pej na fejsie, każdy k⁎⁎wa śmieszek project manager w korpo pisze sprostowanie że HEHE WIECIE TO BYŁ TYLKO ŻART HEHE KTO SIĘ NABRAŁ? Serio k⁎⁎wa, mistrzostwo komedii, łał, wyjdź za moją córkę.

Nie ma bardziej żenującego dnia w roku niż jebane Prima Aprilis…

Inspirator6piorunów

to pasta, zluzujcie poślady

Kosmonauta4piorunów

Dopiero teraz zwróciłem uwagę na tego typa z tyłu z fajką. Chyba nie załapał.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Autorytet

w Hydepark

29piorunów

Siedziałem przy stole w kuchni, analizując raporty spółek i szukając dywidendowej okazji w gąszczu cyfr, gdy nagle...

- Tata, tata, czy Smerfy to był wytwór komunistycznej propagandy? - krzyknął, wbiegając do kuchni syn.

Odłożyłem arkusz kalkulacyjny. A więc młody postanowił dokonać analizy fundamentalnej bajek z mojego dzieciństwa.

- A jak myślisz, synu? - zapytałem.

Wziął głęboki oddech i zaczął wyliczać:

- Zacznijmy od Papy Smerfa. Według mnie to wypisz, wymaluj Józef Stalin. W swojej czerwonej czapce pełni rolę nieomylnego lidera, którego słowo jest jedynym obowiązującym prawem. Cały jego autorytet opiera się na wiedzy niedostępnej dla mas, co daje mu monopol na prawdę.

Pokiwałem głową, zachęcając go do dalszej dekonstrukcji systemu.

- Smerfy żyją w zamkniętej komunie, gdzie pieniądz jako środek wymiany po prostu nie istnieje. To gospodarka centralnie planowana w najczystszej postaci. Każdy pracuje według swoich możliwości. Pracuś buduje, Malarz maluje, Kucharz gotuje i każdy otrzymuje dobra według potrzeb. Wszyscy noszą identyczne stroje, co symbolizuje całkowite zatarcie indywidualizmu na rzecz kolektywu.

- A co z opozycją? - rzuciłem, uśmiechając się pod nosem.

- Ważniak! To jedyny Smerf, który kwestionuje działania innych, powołując się na własne „badania” i cytując księgi. Reszta grupy regularnie go ucisza (wyrzucając za bramę), co można interpretować jako tłumienie głosów opozycyjnych wewnątrz partii. - kontynuował z pasją.

- No dobrze, a Gargamel to…? - zapytałem, chcąc domknąć ten model rynkowy.

- Gargamel to podręcznikowy, drapieżny kapitalista i liberał. Mieszka w zamku, jest chciwy i obsesyjnie chce przerobić Smerfy w złoto. Dla niego jednostka ma wartość tylko wtedy, gdy można ją spieniężyć.

- No dobrze, a Smerfetka? Stworzył ją przecież Gargamel.

Tu syn zawiesił głos:
- Gargamel wykreował Smerfetkę jako narzędzie ideologicznej dywersji. Miała za pomocą zazdrości i indywidualnych pragnień rozbić spójność socjalistycznego kolektywu od środka. Jej ostateczna asymilacja przez Papę Smerfa i zmiana koloru włosów to triumf systemu nad próbą kapitalistycznego sabotażu. To pokazówka, jak wspólnota neutralizuje zewnętrzne zagrożenia.

- Chyba masz rację… - odparłem.

- Idę kończyć wypracowanie - rzucił na odchodne. - Napiszę jeszcze, że odcinek, w którym Smerfy zamieniły się rolami i wszystko się posypało, miał być ostrzeżeniem przed wolnością jednostki. System działa tylko wtedy, gdy każdy zna swoje miejsce w szeregu.

Patrzyłem, jak znika w pokoju. No cóż, Pani Dorotka od języka polskiego będzie miała jutro bardzo długi i ciężki dzień...

Fanatyk0piorunów

Właśnie oglądam odcinek jak Papa Smerf kontroluje wagę smerfa łasucha. Każe mu przejść na dietę i pilnuje by inne smerfy go fatshamingowały.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gwiazdor

w Hydepark

35piorunów

Byłem ostatnio na targach roślin, takich wiecie: monstera za pół wypłaty, podłoże premium, mech w słoiku jako „mikroekosystem”, a między tym wszystkim nagle strefa gastro. Stoisko z reklamą sokowirówki. Dalej wrapy, jakieś wegańskie pierogi, lemoniada za 20 zł.

Obok kolejne i baner: „Psi Bufet”.

Podchodzę bliżej, a tam typ z uśmiechem jak z reklamy jogurtu i drugi gość, który wygląda jakby właśnie zwietrzył interes życia.

- Dzień dobry, zapraszam, świeże posiłki, naturalne składniki, najwyższa jakość.

- O, a co to dokładnie?

- Gotowe dania, zbilansowane, przygotowywane z mięsa i warzyw, dostarczane regularnie.

- Mięsa pan mówi… a ten „psi” to co oznacza?

- To nazwa marki.

- No tak, ale coś musi znaczyć.

- No… taka identyfikacja.

Gość się nachyla konspiracyjnie.

- Czyli rozumiem, że specjalizujecie się w… psie?

Sprzedawca jeszcze się uśmiecha, ale już tak mniej pewnie.

- Tak, specjalizujemy się w psach.

- No właśnie, czyli…?

- No… czyli tworzymy jedzenie dla psów.

- Dla psów? Czyli jak dla psa, czy z psa?

- Nie, nie z psa! Dla psa.

- Aha… czyli pies nie trafia do garnka?

- Dokładnie. To psy są odbiorcami, nie składnikiem.

- Okej, oficjalnie rozumiem. A nieoficjalnie?

Obok ktoś z wrapem przestaje gryźć i zaczyna słuchać.

- Nie ma żadnego „nieoficjalnie”.

- Wie pan, ja już jadłem różne rzeczy. Człowiek podróżuje, próbuje…

- Proszę pana, to jest jedzenie dla psów.

- Czyli testujecie na nich, zanim trafi do klienta?

Sprzedawca mruga dwa razy.

- Nie. Psy są klientami.

- Pies nie jest klientem.

- Jest, bo to dla niego jest produkt.

- Klient płaci. Pies nie płaci.

- Właściciel płaci w jego imieniu.

- Czyli właściciel jest klientem.

- Ale pies korzysta.

- Dziecko też korzysta z zabawek, a nie jest klientem.

- No…

- Czyli sprzedajecie jedzenie właścicielom.

- Tak.

- A nazwa sugeruje, że psom.

- Bo to dla psów.

- No ale klientem nie jest pies.

- …

- Czyli coś tu się nie spina.

- …

- Dobra, nieważne. Ile za kilogram?

- Czego?!

- No tego waszego… „nie dla ludzi”.

Sprzedawca odwraca głowę i przez chwilę udaje, że coś poprawia na stoisku.

- A jakbym wziął większą ilość?

- NIE MA TAKIEJ OPCJI.

- Zawsze jest opcja, tylko trzeba się dogadać.

Ludzie już jawnie słuchają, kilka osób przestało udawać, że ogląda rośliny.

- Proszę pana, to jest catering dla psów.

- No właśnie, czyli macie dostęp do… surowca.

- NIE MAMY DOSTĘPU DO ŻADNEGO „SUROWCA”!

- Szkoda, bo wygląda pan na konkretnego człowieka.

Sprzedawca bierze głęboki wdech.

- Kurczak. Wołowina. Indyk. To mamy.

- A pies na specjalne zamówienie?

- NIE.

- A jak przyniosę swojego?

Zapada taka cisza, że nawet sokowirówka ze stoiska obok jakby przycichła.

- Proszę… co?

- No swojego nie mam, ale mógłbym ogarnąć. Pan by tylko przygotował.

- PROSZĘ NATYCHMIAST ODEJŚĆ OD STOISKA.

- Czyli jednak się nie dogadamy.

Gość wzdycha, jeszcze raz zerka na baner.

- Szkoda, bo nazwa robiła nadzieję.

Odchodzi w stronę jedzenia, a sprzedawca stoi chwilę nieruchomo, po czym bierze marker i powoli poprawia baner:

„Bufet dla psa.”

źródełko: https://www.facebook.com/groups/kopypasty/posts/4168205820099459

Gruba ryba2piorunów

@PanAreczek ale taka kaszaneczke z psa jak w Wietnamie to bym wpierdolil. Szkoda, że na miejscu nie można kupić, bo wszystkim odpierdala.

Gwiazdor0piorunów

@wielbuont Mamy w opór bezdomnych burków, schroniska przepełnione... jakby chociaż karmę z nich robili, to by nie szło na zmarnowanie.

Gruba ryba1piorunów

@PanAreczek bambinisci mogliby sie nie przypierdalac kto z jakiego zwierza robi ibiad

Pokaż więcej komentarzy (8)

Fanatyk

w Hydepark

98piorunów

ja pi⁎⁎⁎⁎le jak ja kocham zycie wlasnie pije sobie drinka w domu, manat wkrecony, najedzony pitcom z dagrasso. Nic mi wiecej nie potrzeba ogladam sobie rzeczy o silowni na youtube, kotek siedzi mi na kolanach. Przypominam manat wkrecony, wiec zero potrzeb zero testosteronu nie musze z nikim walczyc bo nie mam o co. Mam hajsy mam jedzenie i bezpieczenstwo i manat wkrecony. Pozdrawiam

XDD

Kompan8piorunów

Manat? Jaki manat? Taka duża foka? xD

Kompan4piorunów

@3t3r Glonoślizg… Tzo dakiego? Rozumiem jeszcze mniej xD

Fanatyk8piorunów

@Chibana-Mio brzuchem o dno haczy, tak taka duza, dziwna foka xD

Kompan4piorunów

@3t3r Uff! Ciężko ze mną, ale w końcu skumałem xD

Fanatyk7piorunów

@Chibana-Mio w tym hejto lore mozna sie pogubic :grinning:

Lider7piorunów

@3t3r ale żeby konia walić do wkurwu manata, fujka ( ͠° ͟ʖ ͡°)

Fanatyk12piorunów

@splash545 jak lubisz, to nie mam nic przeciwko, kazdy celebruje na swoj sposob xD

Pokaż więcej komentarzy (18)