Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#wedrujzhejto

GURU

w Ciekawostki

11piorunów

Strumień Alicji wybijający ze Wzgórz Dylewskich oraz mapa LIDARowa wraz z profilem wysokości omawianego grodziska.

https://streamable.com/9hoxd2

Do kawy, jeśli jeszcze nie piliście, zapraszam na wirtualny spacer w Krainie Sassenpille:
https://www.hejto.pl/wpis/wielkanocny-spacer-krajobrazowy-po-krainie-zajecy-tzn-sasinow

            

Mocarz0piorunów

Gdzie można dorwać mapy LiDAR?

GURU3piorunów

@Donald_Tusk Geoportal :smiley:
Warstwy -> Rzeźba terenu -> Cieniowanie

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Ciekawostki

13piorunów

Wielkanocny spacer krajobrazowy po krainie Zajęcy - tzn. Sasinów.

Kontynuując zwiedzanie granic Ziemi Lubawskiej, z okazji świąt wielkanocnych postanowiłem odwiedzić Krainę Sassenpile - pogańskiego plemienia Sasinów, a na nasze - Zajęcy - stąd wybór wielkanocnego spacerku wydał się oczywisty :smiley: Zaczynając od początku, przedstawię pokrótce

Gruba ryba

w Góry

35piorunów

Siema,
Za oknem wiosna, a w  :hiking_boot: - zima. Zapraszam do czytania i zachęcam do obserwowania tagu 😊
---------
Szczyty: Gorc Troszacki, Kudłoń (Gorce)
Data: 19 grudnia 2021 (niedziela)
Staty: 13km, 4h40, 600m przewyżyszeń

Pewnego zimowego dnia zadzwonił do mnie brat z pytaniem, czy nie byłbym chętny na wycieczkę w góry z jego znajomymi. Rzecz jasna chętny byłem, więc niedzielnym porankiem wyruszyliśmy samochodem w kierunku miejscowości Rzeki, leżącej na skraju Gorczańskiego Parku Narodowego.

Auto zostawiliśmy na parkingu przy polanie Trusiówka, skąd ruszyliśmy zieloną ścieżką dydaktyczną celem dołączenia do żółtego szlaku. Śniegu było sporo, na tej wysokości był jednak dość mokry i śliski; stuptuty i kijki okazały się bardzo pomocne. Na tym krótkim odcinku było kilka miejsc z drewnianymi barierkami, a także stopniami ułatwiającymi nieco przejście przez górski potok, który w dwóch miejscach przecinał trasę.

Szlak żółty, do którego dołączyliśmy, piął się dalej coraz wyżej i, w miarę zdobywania wysokości, śnieg stawał się już bardziej zwarty i twardy. Zaczęliśmy także wkraczać w mgłę, która gęstniała z każdą chwilą. Trasa łagodniała w okolicach Jaworzynki i przez jakiś czas, aż do końca polany Podskały, dawała możliwość na ustabilizowanie oddechu. Z samej polany można by było podziwiać widoki na okolicę, jednak my przez mgłę nie byliśmy w stanie dojrzeć niczego. Nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie, bo uwielbiam taki zimowy klimat połączony z gęstym zamgleniem, które sprawia wrażenie, jakby świat był czarno biały.

Kontynuowaliśmy wycieczkę, podczas której wyjątkowo wysunąłem się na początek grupy, jednak nie dlatego, że miałam lepszą kondycję od pozostałych - brat szedł po prostu z tyłu towarzysząc szwagierce, a jego dwóch kolegów dosłownie co 10 minut robiło przerwę na papierosa, więc chcąc nie chcąc szedłem bardziej z przodu. Przy polanie na Gorcu Troszackim zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na herbatę i jedzenie, chowając się za tablicą informacyjną w celu ochrony przed wiatrem, który w tamtym momencie trochę się wzmógł.

Po postoju ruszyliśmy dalej, przedzierając się przez wysoki śnieg. Ten odcinek - od polany do szczytu - był moim zdaniem najbardziej przyjemny pod względem otaczających nas widoków. Mijaliśmy zanurzony w gęstej mgle drzewa, które ledwo wystawały spod grubej pokrywy śniegu, sprawiając wrażenie, jakby były nią przykryte już od wieków.

Po niedługim czasie dotarliśmy do Kudłonia, który był celem naszej wycieczki. Zrobiliśmy sobie przy nim zdjęcie, a następnie brat wypakował z plecaka kuchenkę turystyczną i starał się rozpalić ogień, celem przygotowania grzańca. Po podłączeniu do niej kartusza okazało się jednak, że - chyba ze względu na niską temperaturę - układ nie jest zbyt szczelny. W pewnym momencie duża część gazu, która zdążyła się ulotnić, podpaliła się i niespodziewanie buchnęło ogniem, co udało mi się uwiecznić na zdjęciu. Brat pozalepiał nieszczelności śniegiem, dzięki czemu po jakimś czasie wszyscy mogliśmy się raczyć intensywnym smakiem napoju, który miłym ciepłem rozlewał się po organiźmie.

Butelka została opróżniona, przerwa się skończyła i rozpoczęliśmy drogę powrotną. Wróciliśmy na Gorc Troszacki, z którego odbiliśmy na zielony szlak. Jak zwykle przy schodzeniu skupiłem się bardziej na własnych myślach i szedłem raczej automatycznie. Śnieg amortyzował kroki i ten etap nie był tak nieprzyjemny, jak to bywa w innych warunkach, dzięki czemu kolana nie odzywały się bólem.

Dotarliśmy do niebieskiego szlaku, którym poszliśmy w stronę parkingu. Prowadził szeroką drogą wzdłuż potoku Kamienica i na początku wydawał się całkiem fajny i malowniczy, jednak po jakimś czasie spacer nim zaczął się nieprzyjemnie dłużyc - nie działo się nic ciekawego i było raczej nużąco. W końcu dotarliśmy jednak do auta i, ostatecznie zadowoleni z odbytej wycieczki, udaliśmy się w drogę powrotną do domu.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Gruba ryba

w Góry

21piorunów

Siema,
Zapraszam na 11 podsumowanie wpisów z  :hiking_boot: w ramach  :closed_book:
---------
61. Wpis: Śnieżnica
Wnioski:

* Wycieczka w góry nie musi trwać cały dzień i jeśli tylko ma się jakieś pasmo w niedalekiej okolicy, to przyjemną trasę można zrobić nawet po pracy.

62. Wpis: Hrube, Bukowina Miejska, Turbacz, Obidowiec
Wnioski:

* Jak zwykle, gdy zimą w mieście śniegu brak, można spróbować poszukać go w górach.
* Nie uwzględnione we wpisie, ale na śnieżne wycieczki stuptuty to must have.

63. Wpis: Lubań
Wnioski:

* Warto udać się jesienią w góry, aby móc podziwiać oferowane przez nią barwy.
* Podążanie zaznaczonymi na mapach dróżkami, które nie są częścią głównych szlaków, wiąże się z ryzykiem, że mogą być one zarośnięte, trudno dostępne lub prowadzić przez bagnisty teren.

64. Wpis: Mogielica
Wnioski:

* Idąc z dzieckiem w nosidle na wycieczkę lepiej nie iść samotnie.
* Ze względu na zmieniony środek ciężkości, dobrze używać kijków dla dodatkowej asekuracji.
* Nie trzymać plecaka na brzuchu - utrudnia widoczność i ryzyko potknięcia się wzrasta.

65. Wpis: Turbaczyk
Wnioski:

* Warunki na szlaku, zwłaszcza zimą i w okresie deszczowym, mogą zmienić się w ciągu kilku minut - dobrze iść będąc przygotowanym na różne ewentualności.

66. Wpis: Czarny Dział, Ćwilin
Wnioski:

* Idąc na wschód trzeba liczyć się z tym, że warunki pogodowe mogą utrudnić jego obserwowanie - nawet pomimo wcześniejszych dobrych prognoz. Czasami warto jednak zostać te kilka chwil dłużej, a nuż nastąpi ich poprawa i będzie szansa na cieszenie się niesamowitymi widokami.

-------
W kolejnych wspominkach: trochę śniegu, trochę nocy, trochę Tatr. Zapraszam na tag 😊

   

Gruba ryba

w Góry

37piorunów

Siema,
Co było obiecane, musi być dotrzymane, także dziś w  :hiking_boot: będzie wschód na Ćwilinie - bonusowe fotki w komentarzu. Zapraszam! 😊
---------
Szczyty: Czarny Dział, Ćwilin (Beskid Wyspowy)
Data: 14 kwietnia 2023 (piątek)
Staty: 21.5km, 6h15, 840m przewyżyszeń

Pewnego dnia, siedząc w pracy, poczułem nagle, że muszę się gdzieś wyrwać, bo oszaleję. Sprawdziłem szybko pogodę na kilku portalach, poprowadziłem kilka tras na mapach turystycznych i miałem już coś w rodzaju planu - chciałem zobaczyć wschód słońca na Ćwilinie. Czemu tam? Ponieważ szczyt jest odsłonięty i widać z niego Tatry, poza tym jest w miarę blisko mojego miejsca zamieszkania.

Sprzedałem pomysł tacie, który rzecz jasna wyraził chęć na dołączenie do wycieczki. Startowaliśmy z Mszany Dolnej, z której ruszyliśmy na trasę o 2:20. Na szczyt miał nas prowadzić cały czas żółty szlak, którym jeszcze do tamtej pory nie szedłem.

Początkowo droga była asfaltowa. Prowadziła chwilę pod górę do małego osiedla domków, po czym mijając go szła przez pole. Trasa do Czarnego Działu, małej górki leżącej po drodze, była niewymagająca i raczej przyjemna, maszerowało się bez problemu. Częściowo szliśmy między drzewami, a częściowo na skraju lasu i brzegiem pół. Na Dziale byliśmy już po około godzinie od rozpoczęcia wyprawy. Znajdowała się tam ławka do siedzenia, miejsce na ognisko i polanka.

Kontynuowaliśmy marsz przez coraz bardziej błotnisty las. Kijki przydawały się podczas pokonywania rozległych kałuż. Przez jakiś czas trasa dalej była łagodna i zastanawialiśmy się, czy babcia dałaby radę nią przejść, ale wkrótce zaczęło się podejście na Ćwilin, które rozwiało te myśli.

Szlak usiany był kamieniami i głazami, które przeszkadzały w chodzeniu. Dodatkowo zrobiło się bardziej stromo i teren nie wypłaszczał się aż do samego szczytu. Gdzieniegdzie leżały jeszcze małe placki śniegu, pozostałość po raczej słabej zimie.

O 4:50 wyszliśmy z lasu na skraj rozległej polany Michurowej, co zwiastowało, że byliśmy już blisko celu. Po chwili przechodziliśmy obok profesjonalnego miejsca na ognisko, które można zrobić na szczycie, a po kilku kolejnych krokach znaleźliśmy się na Ćwilinie. Wiało okrutnie, więc założyliśmy kurtki i rozpoczęliśmy oczekiwanie na wschód.

I tu przydałoby się powiedzieć, że cały szczyt był w chmurze. Nie mieliśmy dużych nadziei, że będzie nam dane cokolwiek zobaczyć. Mijały minuty, robiło się jaśniej, a chmura jak była, tak była. W jednej krótkiej chwili przewiało ją tak, że zrobiło się małe okienko z widokiem na Tatry, wprawiając nas w ekscytację, trwało jednak bardzo krótko i wszystko szybko wróciło do poprzedniego stanu.

Minęła godzina, o której słońce miało wstać. Minęło też kolejne 15 minut i nie zapowiadało się, żeby warunki miały się zmienić. Zrezygnowany powiedziałem do taty, że czas wracać, ale nalegał, żeby jeszcze chwilę zostać, bo a nuż się uda coś zobaczyć.

Nie minęła minuta od jego słów i nagle zrobiło się zupełnie przejrzyście. Naszym oczom ukazało się piękne słońce wznoszące się niedaleko Mogielicy i rozlewające się ciepłą żółcią po okolicy. W oddali widać było Tatry, pod którymi przewalały się kłęby chmur, jak stada owiec pędzone na pastwisko. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu i jak dzieciaki śmialiśmy się i wołaliśmy się nawzajem: "Patrz tu! Patrz tam! Widzisz to?!", ganiając po polanie w te i we wte.

Było naprawdę zjawiskowo i obawiam się, że żadne zdjęcie czy nagranie nie będzie w stanie oddać sprawiedliwości temu, co mogliśmy zobaczyć. Nasze doznania i radość były spotęgowane zresztą tym, że jeszcze kilka chwil wcześniej mieliśmy zrezygnować i opuścić szczyt. Przez dłuższy czas, którego nie liczyłem, sączyliśmy ten piękny pejzaż starając się wiernie odmalować go w pamięci.

Nadszedł jednak czas na powrót. Pożegnaliśmy Ćwilin i tą samą trasą udaliśmy się w stronę Mszany. I tutaj wspomnę, że jak nie lubię wchodzić i schodzić taką samą drogą, tak w przypadku wypraw na wschód w ogóle mi to nie przeszkadza - las nocą wygląda zupełnie inaczej niż w świetle dnia, więc miałem wrażenie, jakbym szedł inną trasą. Mijaliśmy te same rozległe kałuże i dzięki padającym na nie pierwszym promieniom słońca nawet one wyglądały urokliwie.

Dalsza droga też dostarczała miłych widoków. Jak wspominałem, duża jej część prowadziła skrajem lasu i brzegiem kilku polan, także idąc można było rozkoszować się panoramą na pobliskie góry. Minęliśmy ponownie Czarny Dział i, szybciej niż byśmy chcieli, zakończyliśmy wycieczkę w Mszanie. Wróciłem do domu, wypiłem kawę i rozpocząłem pracę. Myślami byłem jednak dalej na Ćwilinie, który zrobił mi tamtego poranka na prawdę miłą niespodziankę.

Trasa dla zainteresowanych.

    

GURU2piorunów

@Piechur

>ruszyliśmy na trasę o 2:20.

Wariat.
Ale zdjęcia pikne. :smiley:

Fanatyk2piorunów

@Piechur takie wypady nad ranem/w nocy najlepsze 🙂 Zwlaszcza latem jak w nocy jest zdecydowanie chlodniej 🙂

Gruba ryba1piorunów

@3t3r O tak :grinning: Ciężko pobić satysfakcję jaką się ma, gdy w końcu zaczyna robić się jasno i świat odkrywa się z tej nocnej kołderki :grinning:

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Góry

25piorunów

Siema,
Niedawno było o Turbaczu, więc dziś o jego młodszym bracie. Zapraszam na  :hiking_boot: i zachęcam do obserwowania tagu 😊
---------
Szczyt: Turbaczyk (Gorce)
Data: 17/18 stycznia 2023 (wtorek/środa)
Staty: 17km, 5h, 780m przewyżyszeń

Nie minął tydzień od kiedy byliśmy z tatą na nocnej eskapadzie na Turbacz, a nogi już nas swędziały i trzeba było je jakoś podrapać. Gorce uraczyły nas poprzednio śnieżnym krajobrazem, więc postanowiliśmy znów się tam udać z nadzieją, że coś z tego się uchowało. Zajechaliśmy na parking w Koninkach o 20 i niestety pomimo, że przywitał nas mróz, śniegu nigdzie nie było.

Ruszyliśmy w trasę zaczynając od zielonej ścieżki dydaktycznej, na którą odbijało się z Oberówki. Początkowo szliśmy szeroką drogą i w miarę zdobywania wysokości tu i tam naszym oczom zaczęły ukazywać się placki lodu, które zwiastowały, że może jednak sceneria zrobi się bardziej zimowa.

Doszliśmy do skrzyżowania szlaków czerwonego i zielonego, z którego ścieżka dydaktyczna skręcała w gęsty las. Zrobiło się bardziej stromo, ale poprzedni odcinek odpowiednio nas rozruszał i obyło się bez większej zadyszki. To, co było jednak najważniejsze, to to, że z każdym krokiem śniegu zaczęło pojawiać się więcej, i w momencie, gdy dotarliśmy na polanę Łąki i znajdujący się tam szczyt Basielkę, mieliśmy go już po kostki.

Oj, znów opłaciło się jechać w góry. Światło latarek ukazywało nam magiczne obrazki, czułem się jakbym odkrywał jakiś tajemny, niedostępny dla innych świat. Na gałęziach widać było zamarznięte sople lodu pozostałe po topniejącym w ciągu dnia śniegu. Cienie pięknie tańczyły po białych koronach drzew układając się w fantastyczne kształty i grając ze światłem w berka.

Opuściliśmy polanę po to, by po kilku chwilach dalszej wspinaczki dotrzeć do kolejnej, którą była rozległa polana Turbaczyk. Dopisało nam szczęście, bo wyglądało na to, że od dłuższego czasu nikt tamtędy nie szedł - brak było śladów, pokrywała ją nienaruszona warstwa białego puchu, przypadł nam więc zaszczyt przetarcia szlaku. Doszliśmy do punktu widokowego i skierowaliśmy się dalej zielonym szlakiem, aby dojść do naszego głównego celu, czyli Turbaczyka.

Właściwy szczyt znajdował się poza szlakiem, a ponieważ wyglądało na to, że nie jest to długi odcinek, postanowiliśmy do niego dojść na dziko. Przedzieranie się przez chaszcze i powalone pnie drzew w tych zimowych warunkach okazało się bardzo satysfakcjonujące i postanowiliśmy, że będziemy to robić częściej. Dotarliśmy w końcu pod Turbaczyk, na którym ktoś powiesił prowizoryczną tabliczkę, więc zrobiliśmy sobie pod nią zdjęcie.

Wróciliśmy do punktu widokowego, przy którym znajdowała się ławeczka. Wyciągnęliśmy termosy, jedzenie, trochę krówek i daliśmy sobie czas na rozkoszowanie się chwilą. Mijały minuty, a z nieba zaczął prószyć śnieg - z początku nieśmiało, grubymi, leniwie lecącymi płatkami, a ostatecznie tak, że zaczął utrudniać widzenie. Uradowani tą nagłą zmianą warunków ruszyliśmy w stronę Oberówki drugą częścią zielonej ścieżki dydaktycznej. Trasa była bardziej stroma, ale w kilku miejscach znajdowały się stopnie ułatwiające schodzenie.

Spod Oberówki wybraliśmy się na kolejny etap nocnej wycieczki, a mianowicie poszliśmy czerwonym szlakiem spacerowym, który szedł przy płynącym obok potoku Turbacz. Śnieg w dalszym ciągu prószył w najlepsze, a droga, na której kilka godzin wcześniej nic nie leżało, teraz przykryta była już solidną warstwą świeżego puchu. Trasa była spokojna, wznosiła się łagodnie i równomiernie. Nadawała się w sam raz na spacerek z dziećmi czy dla osób starszych. Huk potoku był momentami ogłuszający, ale dodawało to tylko uroku.

Po jakimś czasie dotarliśmy też do Paciepnicy i nie jestem pewien czy to tu, czy jednak jeszcze przy Turbaczu, było coś w rodzaju wodospadu. W każdym razie znajdowało się tam kilka miejsc do siedzenia i odpoczynku, których zresztą na całym szlaku spacerowym było sporo.

Niebawem dotarliśmy też do drogi stokowej, którą oryginalnie mieliśmy wracać, jednak szło się tak dobrze, że postanowiliśmy wydłużyć wycieczkę o kolejny odcinek szlaku. Dotarliśmy do potoku Koninka i już idąc wzdłuż niego wróciliśmy na parking, mijając jeszcze po drodze stawy dla płazów. Stwierdziliśmy, że warto byłoby tu wrócić na wiosnę razem z większą częścią rodziny, i tak zresztą uczyniliśmy, co wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów.

Na parkingu odśnieżyliśmy auto, zdjęliśmy mokre kurtki i ruszyliśmy do domu. I to właśnie ten odcinek był najgorszy, bo jechałem pożyczonym od brata autem, w którym jak się okazało nie działał nawiew (przepalony bezpiecznik), a że przednia szyba była całkowicie zaparowana, musiałem jechać z otwartym oknem - równie dotkliwie zmarzłem tylko kilka razy w życiu. W każdym razie, wycieczkę uznaliśmy za bardzo udaną i na kilka miesięcy pożegnaliśmy Gorce, którym dziękowaliśmy za dostarczone atrakcje.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Góry

46piorunów

Siema,
W swoich wpisach wspominam czasem o tym, że przy wyprawach z dzieckiem w nosidle warto korzystać z kijków dla dodatkowej asekuracji. Dzisiaj w  :hiking_boot: historia o tym, dlaczego uważam to za istotne. Zapraszam!
---------
Szczyt: Mogielica (Beskid Wyspowy)
Data: 5 października 2021 (wtorek)
Staty: 8km, 2h40, 355m przewyżyszeń

Październik był wyjątkowo ciepły, a jesienne barwy osiągnęły chyba punkt krytyczny, jeśli chodzi o intensywność. Szkoda było nie wykorzystać takich warunków, więc pewnego ranka postanowiłem, że po pracy pójdę z Myszą na krótką trasę w góry. Zadzwoniłem również do babci, która zwykle próbuje wykręcić się jakoś od wyjść na spacery, ale gdy pada słowo klucz "góry" nagle odnajduje w sobie więcej energii. Taką trzyosobową ekipą udaliśmy się na zdobycie Mogielicy, która jest najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego.

Szukałem trasy szybkiej, z jak najmniejszą liczbą przewyższeń - startowaliśmy późno, więc nie mieliśmy dużo czasu, dodatkowo była to mimo wszystko wyprawa z 87 letnią babcią i półtorarocznym dzieckiem. Znalazłem jednak taką, która spełniania te wymogi, a prowadzić miała zielonym szlakiem z parkingu Zalesie-Wyrębiska. Ustawiłem trasę na nawigacji i niebawem byliśmy na miejscu. Tu muszę napisać, że droga prowadząca na parking była bardzo wąska (praktycznie na jedno auto) i miejscami dość stroma.

Zapakowałem Mysz w nosidło i ruszyliśmy w górę. Przez pierwszy kilometr trasa była łagodna, później zaczynała się bardziej nachylać. Ścieżka usiana była brązowymi liśćmi, las wyglądał zjawiskowo. Nie mogliśmy się napatrzeć na ufarbowane jaskrawą żółtą barwą korony drzew. Jesień jest jednak uzdolnioną malarką.

Szliśmy tak sobie przez las, a mi pomimo ruchu zaczęło się robić nieco chłodno. I tu czas wspomnieć o pierwszym poważnym niedopatrzeniu - w trakcie dość szybkiego zbierania się zerknąłem na pogodę i jeśli chodzi o temperaturę to miała być powyżej kilkunastu stopni, więc nie brałem żadnej kurtki ani bluzy, pojechałem w samym podkoszulku. To, czego nie sprawdziłem, to siła wiatru, a zaczynało wiać coraz dotkliwiej przenikliwym chłodem.

Wyjąłem młodą z nosidła i założyłem jej dodatkowe warstwy ubrania. Babcia na szczęście też była przygotowana, więc byłem jedynym, który marzł. Kontynuowaliśmy wspinaczkę, a na drodze zaczęło się pojawiać coraz więcej luźnych kamieni i głazów wystających z ziemi. Szliśmy więc ostrożnie, a ja w kilku miejscach asekurowałem babcię.

Wreszcie dotarliśmy do punktu widokowego z krzyżem, który znajduje się zaraz przed szczytem. Ścieżka do niego prowadząca momentami składała się z samych wystających z ziemi skał. Widoczki były obłędne, a chylące się już ku zachodowi słońce potęgowało tylko brykające wokół nas pomarańcze i brązy. Po kilku kolejnych krokach znaleźliśmy się na szczycie.

Zrobiliśmy krótką przerwę pod nieczynną jeszcze w tamtym okresie wieżą widokową. Wiało okrutnie i zmarzłem już tak, że szczękały mi zęby - w tamtej chwili postanowiłem sobie, że zawsze będę brał jakieś dodatkowe okrycie na zapas, choćby nie wiem jak ciepło miało być. Założyłem Myszy na kurtkę bluzę, a na spodenki kolejne dresy. Po tym, jak babcia napiła się gorącej herbaty, a młoda wtrąciła serek, zdecydowaliśmy, że najwyższy czas się ewakuować, tym bardziej, że słońce chyliło się ku zachodowi.

Ze względu na porę szliśmy szybciej, nie chcieliśmy, żeby noc zastała nas w lesie. Przez całą wycieczkę, poza nosidłem na plecach, miałem na brzuchu plecak z prowiantem, rzeczami na zmianę dla Myszy i zestawem do zmiany pieluszek. W ręku trzymałem kijki, które uznałem za niepotrzebne, bo najgorszy etap mieliśmy za sobą. I tak, dzięki połączeniu pośpiechu, ograniczonej przez plecak na brzuchu widoczności oraz braku dodatkowej asekuracji, potknąłem się i upadłem.

Jak to się mówi: to był moment. Poczułem tylko, że się potykam i nie miałem nawet możliwości złapania równowagi. Nosidło i znajdująca się w nim Mysz kompletnie zmieniły mój środek ciężkości i runąłem tylko jak długi na kamienistą ścieżkę, waląc głową w leżący na niej głaz. Szybko i niezdarnie starałem się podnieść, a w głowie miałem zapętloną jedną myśl: "Żeby tylko Myszy nic nie było".

Udało mi się w końcu wstać. Młoda strasznie płakała, a babcia, blada ze strachu, próbowała mi pomóc. Zdjąłem w końcu z siebie nosidło, wypiąłem Mysz z pasów i sprawdziłem, czy jest cała - na całe szczęście nic jej nie było i najadła się tylko strachu. Ja miałem trochę rozwalone kolano, otarte dłonie i łokcie, i nabitego małego guza na czole, jednak bez lecącej krwi. Nie przejmowałem się tym jednak; przytulając córeczkę myślałem tylko o tym, jakim byłem idiotą, żeby tak nas narazić. W głowie momentalnie pojawiły się gorsze scenariusze. Co, jeśli Mysz uderzyłaby głową w kamień? Co gdybym stracił przytomność?

Noga trochę bolała, ale nie było tragedii. Młoda się uspokoiła i dała się znowu zapakować do nosidła. Uspokoiłem babcię i ruszyliśmy dalej - tym razem już z kijkami, bez plecaka zasłaniającego buty, patrząc uważnie pod nogi. Nie minęło jednak 10 minut, a zdarzył się kolejny wypadek: babcia również potknęła się o kamień i upadła na ziemię. Podbiegając myślałem, że dostanę zawału, i wyobrażałem sobie najgorsze, jednak i tym razem mieliśmy szczęście, bo babci, poza otartym kolanem, nic nie było.

Ostatnie promienie słońca już dawno zniknęły pomiędzy drzewami, zaczęło robić się ciemno. Gdy doszliśmy do samochodu, była 18:30, a dookoła panował mrok. Zapakowałem młodą do fotelika, sprawdzając, czy na pewno nic jej się nie stało podczas upadku. Sprawdziłem również w jakim stanie jest babcia, ale wszystko było w porządku.

Ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Oczywiście i na tym etapie nie mogło zabraknąć wrażeń. Na początku wspominałem, że droga, która prowadziła na parking, była wąska i stroma. No więc teraz w podobnych warunkach musieliśmy zjechać do Szczawy. Praktycznie cały czas miałem wciśnięty hamulec i pod koniec zaczął się już ślizgać i śmierdzieć. Udało się jednak zjechać w końcu na dół i dołączyć do drogi prowadzącej na Mszanę. W domu byliśmy około 20, a mi po głowie plątały się różne myśli.

Zdarzenia z tego dnia doprowadziły mnie do następujących wniosków jeśli chodzi wyjścia w góry z dzieckiem w nosidle: nigdy nie iść samemu; zawsze asekurować się kijkami, zwłaszcza przy schodzeniu; nie zawieszać plecaka na brzuchu; nie spieszyć się. Ktoś może uznać te punkty za zbyt radykalne i ma do tego prawo, ja jednak musiałem zaliczyć upadek, aby do nich dojść i wprowadzić je realnie w życie. To zdarzenie prześladuje mnie do dzisiaj, bo przez własną krótkowzroczność i głupotę doprowadziłem do bardzo niebezpiecznej sytuacji, która mogła skończyć się znaczenie gorzej, niż to miało miejsce.

Trasa dla zainteresowanych.

    

GURU1piorunów

@Piechur dobrze że nie wypadła, ja nie przypinałem.
co do środka ciężkości ja noszę kamizelkę taktyczną czasami, i na klacie mam wszystkie podręczne i ciężkie rzeczy, typu woda, lornetka, telefon, to mi trochę wyśrodkowuje środek ciężkości jak noszę plecak.

Gruba ryba0piorunów

@Opornik Akurat zawsze ją przypinałem pasami. Ciekawy patent z kamizelką - w tym roku mam nadzieję zacząć chodzić z drugą córą, to się lepiej przygotuję :grinning:

GURU1piorunów

@Piechur Zauważyłem że co raz więcej ludzi nosi różne outdoorowe chest-rigi, kamizelki do biegania, itd. firmy "cywilne" się za to wzięły.

Moda przyszła od militarystów, jest to po prostu wygodne i praktyczne.

Gruba ryba1piorunów

Cool story bro!

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Góry

53piorunów

Siema,
To już poniedziałek? No to skoczmy w góry z  :hiking_boot:
---------
Szczyt: Lubań (Gorce)
Data: 22 października 2022 (sobota)
Staty: 14km, 4h, 680m przewyżyszeń

Jak co roku wybraliśmy się ze znajomymi na wspólny, uświęcony wyjazd celem zresetowania mózgów i poznęcania się nad wątrobami. Drugiego dnia mieliśmy uderzyć na szlak i trochę obawiałem się, jak to będzie wyglądało, biorąc pod uwagę poprzedni spęd, na którym podobna eskapada kosztowała niektórych z nas śniadanie. Tym razem jednak poranek odnalazł wszystkich w dobrym zdrowiu i gotowych do odrobiny ruchu.

Zakwaterowani byliśmy w wynajętym domku w Grywałdzie, niedaleko zielonego szlaku prowadzącego na Lubań. Aby do niego dołączyć poszliśmy wzdłuż ulicy, przy której znajdował się nasz dom, po czym doszliśmy na skraj lasu, do którego weszliśmy wąską ścieżką. (Nie jest ona oznaczona na mapach, więc nie jestem w stanie odwzorować dokładnej trasy, którą szliśmy, dlatego w linku jest jej przybliżenie.) Po jakimś czasie kluczenia między drzewami - bo część drogi szliśmy na przełaj - udało się dołączyć do szlaku w okolicy polany Żarnowiec.

Było chłodno, a w powietrzu wisiał deszcz, który jednak na szczęście nie zdecydował się padać. Droga była błotnista, ale nie przeszkadzało nam to w ogóle. Górskie powietrze podziałało jak lekarstwo na nasze skacowane lekko łby i szło się przyjemnie. Las raczył barwami późnej jesieni, ciesząc zmęczone jeszcze oko.

Pod względem nachylenia trasa nie sprawiała specjalnego problemu i dopiero ostatni odcinek na szczyt, który zaczynał się przy ruinach starej bacówki, był bardziej nachylony. Prowadził pod górę po dywanie brązowych liści, którymi usłana była biegnącą pomiędzy nagimi drzewami ścieżka.

W końcu dotarliśmy w okolice bazy namiotowej, spod której poszliśmy na wieżę widokową. Otaczająca nas roślinność raczyła eksplozją najróżniejszych kolorów: od przyciemnionych zieleni iglastych drzew, przez żółcie i brązy liści, po bordy i beże rosnących krzaków i wysokich traw. Nic tylko wyciągnąć sztalugę, rozłożyć płótno i pędzlem uwiecznić zjawiskowy krajobraz.

Spod wieży widać już było Tatry, które mimo pochmurnej pogody prezentowały się bardzo ładnie i kusiły swoją pozorną bliskością. Weszliśmy na wieżę, z której można było podziwiać widok na wszystkie strony świata, ale to właśnie Tatry, a także Pieniny i Gorce grały tu pierwsze skrzypce. Wiatr robił się coraz bardziej uciążliwy, więc założyliśmy kurtki i zeszliśmy z wieży.

Udaliśmy się ponownie w stronę ruin bacówki, spod której planowaliśmy odbić na niebieski szlak, a po drodze spotkaliśmy bardzo miłe panie, które poczęstowały nas jabłkami. Droga powrotna była równie błotnista, co ta, którą wchodziliśmy na szczyt. Szybko minęliśmy Kuternogową i wkrótce wyszliśmy z lasu. W brzuchach burczało nam już od dłuższej chwili, dlatego ucieszyliśmy się na widok karczmy znajdującej się przy małym stoku narciarskim - niestety, szczęście nam nie dopisało i okazała się być zamknięta ze względu na wesele.

Pozostało wrócić do wynajmowanego domku w Grywałdzie. Według map, z niebieskiego szlaku można było odbić w jakąś ścieżkę i dojść w okolice cmentarza znajdującego się niedaleko miejscowego kościoła. Problem polegał na tym, że żadnej ścieżki nie było, a alternatywa, polegająca na spacerze przy drodze, niespecjalnie nam się podobała. Postanowiliśmy więc iść na przełaj, mniej więcej tam, gdzie miała być dróżka i w ten sposób wpieprzyliśmy się w bagno, nie mając pojęcia jak iść dalej.

Po kilkunastominutowych manewrach w rozmokłej i grząskiej ziemi udało nam się dotrzeć na stabilniejszy grunt, a w końcu też do normalnej, asfaltowej drogi. Wróciliśmy do domku, odpaliliśmy grilla i browarki, wygrzaliśmy zmarznięte kości w saunie i w tak miłych warunkach zakończyliśmy naszą wycieczkę.

Trasa (przybliżona) dla zainteresowanych.

    

GURU3piorunów

W 99% przypadków, źle się kończą wędrówki na przełaj. 😉

Gruba ryba5piorunów

@Piechur Na dalszym planie widać gildię magów.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Góry

29piorunów

Siema,
W dzisiejszym  :hiking_boot: będzie ciemno. Zapraszam i zachęcam do obserwowania tagu 😊
---------
Szczyty: Hrube, Bukowina Miejska, Turbacz, Obidowiec (Gorce)
Data: 11/12 stycznia 2023 (środa/czwartek)
Staty: 18km, 5h45, 640m przewyżyszeń

Rok ledwo się zaczął, a z tatą zdążyliśmy już obskoczyć ładną nocną trasę w Lasku Wolskim, przemierzając większość z przebiegających tam szlaków, co opisywałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Czas jednak było wziąć się za prawdziwe góry, a nie marne substytuty, więc szybko zaczęliśmy się umawiać na kolejne wyjście.

Pragnęliśmy pochodzić w śnieżnej scenerii, więc zacząłem sprawdzać kamerki z różnych schronisk. Okazało się, że warunki w górach ogólnie były całkiem fajne, pozostało wybrać szczyt do zdobycia. Wygrały Gorce i królujący w nich Turbacz. Szybko zaplanowałem trasę, którą jeszcze nie szedłem, i kilka dni później o 20:30 wyruszaliśmy już z tatą na szlak z pokrytej topniejącym śniegiem Obidowej.

Na Bukowinę Obidowską wchodziliśmy szlakiem zielonym. Ostre, zimne powietrze wypełniało nam płuca i jak zwykle musiało minąć trochę czasu zanim udało nam się znaleźć odpowiedni rytm marszu. Na początkowym etapie śnieg był mokry, a drogę przecinały liczne małe strumyki powstałe z roztopów, także szło się niezbyt komfortowo. Na szczęście, im wyżej się znajdowaliśmy, tym mróz był większy, i wspomniany problem zniknął.

Było praktycznie bezchmurnie, dzięki czemu mogliśmy podziwiać upstrzone plamkami gwiazd ciemne, pozbawione zanieczyszczenia światłem niebo. Dodatkowo w wyprawie towarzyszył nam unoszący się nad wierzchołkami gór pyzaty księżyc. Dotarliśmy na Bukowinę Obidowską, z której czarnym szlakiem poszliśmy na Bukowinę Miejską, zahaczając po drodze o Hrube. Śniegu było mniej więcej po kostkę, na polanach po połowę łydki, ale trasa, którą przemierzaliśmy była na ogół dobrze udeptana i przetarta.

Z Bukowiny Miejskiej żółty szlak poprowadził nas do schroniska pod Turbaczem. Maszerowało się bardzo przyjemnie, rozległe polany umożliwiały podziwianie pogrążonych w mroku, ledwie zarysowanych wierzchołków sąsiadujących szczytów. Minęliśmy kaplicę na Rusnakowej polanie, a po kilometrze również pomnik upamiętniający partyzantów.

Chwilę później znaleźliśmy się przed okazałym schroniskiem, które na szczęście było otwarte w nocy i można było się w nim ogrzać. Zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek i gorącą herbatę, a przede wszystkim na to, żeby tacie wyschły trochę ubrania, bo zwyczajnie w nich pływał. W schronisku panowała cisza, którą z największą starannością próbowaliśmy uszanować.

Gdy ubrania taty nadawały się już do ponownego założenia, opuściliśmy budynek i udaliśmy się na Turbacz, który znajdował się już rzut beretem od nas. Czerwony szlak zaprowadził nas pod obelisk znajdujący się na szczycie, pod którym zrobiliśmy sobie zdjęcie, a następnie zaczęliśmy z niego schodzić. Sprawdziłem zegarek - wybiła północ.

Ten kawałek w zimowej scenerii był chyba najbardziej atrakcyjny z całej wyprawy. Śniegu było sporo, a trasa prowadziła pomiędzy wysokimi drzewami iglastymi, których gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Momentami tworzyły piękne lodowe tunele, klimat był naprawdę świetny.

W dalszym ciągu idąc czerwonym szlakiem udaliśmy się w stronę Obidowca, a później na Stare Wierchy. Droga prowadziła zjawiskowo ośnieżonym lasem, czasami przecinając mniejszą lub większą polanę. Szlak był jednak przetarty i nie mieliśmy problemu z zapadaniem się. Niestety, dużo z tego długiego jednak odcinka nie pamiętam - zwykle przy schodzeniu mój mózg włącza się w tryb autopilota i nie rejestruję zbyt wiele z otoczenia.

Po dotarciu na Stare Wierchy postanowiłem spróbować wejść do schroniska, które się tam znajduje, żeby przybić pieczątkę do książeczki. Drzwi na szczęście były otwarte, ale nad nimi zawieszony był dzwoneczek, którego dźwięk mógł niestety kogoś obudzić przy moim wchodzeniu lub wychodzeniu.

Tu nasza wyprawa dobiegała już kresu. Zielonym szlakiem, który prowadził utwardzoną drogą pokrytą topniejącym znowu śniegiem, zeszliśmy do Obidowej i zapakowawszy rzeczy do auta ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Czwartek w pracy okazał się na szczęście łagodny i w trakcie dnia udało mi się przyciąć komara na godzinę, dzięki czemu udało mi się go jakoś przeżyć. Myślą cały czas wracałem jednak do nocnej przygody, która była jednocześnie bardzo bliska, ale jednak już odległa. Wiedziałem jedno - trzeba było to szybko powtórzyć.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Gruba ryba

w Góry

27piorunów

Siema,
Dzisiaj o krótkiej rodzinnej wycieczce. Zapraszam na  :hiking_boot:
---------
Szczyt: Śnieżnica (Beskid Wyspowy)
Data: 10 września 2021 (piątek)
Staty: 6km, 2h, 355m przewyżyszeń

To była wycieczka spontaniczna, czyli najlepszego typu. Od samego rana pogoda dopisywała dając mi wyraźne znaki, żeby się gdzieś ruszyć, więc skończyłem wcześniej pracę i pojechaliśmy całą rodzinką pochodzić chwilę po górach. Trasa z założenia miała być krótka, żeby zdążyć do domu przed zmrokiem, i w ten sposób wybór padł na leżącą nieopodal Śnieżnicę.

Samochód zaparkowaliśmy na płatnym parkingu w Gruszowieckiej przełęczy, z której 2 miesiące wcześniej wychodziłem z babcią i młodą na Ćwilin. Na podejście wybraliśmy zielony szlak, który był raczej łagodny przez większość czasu. Po pokonaniu krótkiego asfaltowego odcinka weszliśmy w las.

Szeroką drogą wkrótce doszliśmy do położonego w lesie ośrodka rekolekcyjnego dla młodzieży. Wyglądał całkiem fajnie, był zadbany i okazały. Minęliśmy go i niebawem dotarliśmy do stacji górnej wyciągu narciarskiego. W tym miejscu można było zobaczyć kawałek panoramy zawierający leżące w oddali szczyty innych gór.

Z tego miejsca szlak zanurkował znów w las, tym razem prowadząc już fajną, usianą korzeniami ścieżką, którą dotarliśmy na Śnieżnicę. Pod krzyżem, znajdującym się niedaleko tabliczki z nazwą szczytu, zrobiliśmy krótki postój na smakołyki i ciepłą herbatę. Mysz wzięła kijki i radośnie chodziła po nierównym terenie, odkrywając las na chwiejnych jeszcze nóżkach.

Na jednym z drzew był zawieszony znak, który kierował chętnych na znajdujący się nieco niżej punkt widokowy, ale nie zdecydowaliśmy się do niego pójść. Pomimo, że pogoda nadal dopisywała, rosnące gęsto drzewa, wśród których się znajdowaliśmy, skutecznie blokowały ciepłe promienie słońca i zaczęło robić się chłodno.

Drogę powrotną przebyliśmy niebieskim szlakiem, który był trochę bardziej nachylony niż zielony, ale bez tragedii. W jednym miejscu przy ścieżce rosły gęsto śliczne fioletowe dzwonki, więc naturalnie zatrzymaliśmy się, żeby Mysz mogła je pooglądać.

Reszta trasy do samochodu minęła szybko i wkrótce zmierzaliśmy już do domu. Wycieczka udała się perfekcyjnie - wykorzystaliśmy fajnie ładny kawałek dnia, spędzając wspólnie miłe chwile. Zdecydowanie lepsza opcja od kiszenia się w domu.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Fenomen

w Dyskusje

25piorunów

Plaża w Dębinie jest naprawdę szeroka i piękna.

Spacerek elegancki, bo i pogoda elegancka. Tęskniłem za tymi wiosennymi wieczorami, choć to dopiero początek.

Polecam restaurację specjalizującej się w gęsinie w Swołowie, k. Słupska (kraina w kratę). Urokliwe miejsce.

4h spacerku, yerbka zaparzona na klifie. Pozdrawiam

Gruba ryba

w Góry

28piorunów

Siema,
Kto by pomyślał - to już 10 podsumowanie wpisów z  :hiking_boot: w ramach  :closed_book:
---------
55. Wpis: Lubogoszcz Zachodni, Lubogoszcz
Wnioski:

* Nocne wędrówki potrafią napędzić stracha, wyobraźnia działa na podwyższonych obrotach.
* Czasem zdarzy się spotkać zwierzątko, którego w ogóle się nie spodziewało. Czasem takiego zwierzątka wolałoby się jednak nie spotykać. Ogólnie na nocne wyjścia, zwłaszcza w dzikszych ostępach, dobrze mieć w zanadrzu petardę hukową i mocny gaz pieprzowy.

56. Wpis: Jaworzyna Krynicka
Wnioski:

* Warto dłużej poszukać szlaku, niż iść na pałę za tłumem.
* Napiszę to po raz kolejny, ale z dziećmi można spędzić w górach na prawdę fantastyczny czas i to nie tylko wtedy, gdy zostawi się je komuś pod opiekę i pójdzie w trasę samemu.
* Dobrze prześledzić trasę, którą ma się iść i zapamiętać atrakcje, które chce się zobaczyć, żeby przez przypadek ich nie minąć (jak ja idąc poza szlakiem).
* Mimo, że opisywana jest tu samotna wyprawa z dzieckiem w nosidle, polecam jednak na takie wycieczki iść w dwójkę dorosłych - więcej o tym w jednym z kolejnych wpisów.

57. Wpis: Szczebel
Wnioski:

* Jeśli ktoś w zimie tęskni za śniegiem, którego w mieście już brakuje, to może śmiało poszukać go w górach - zamrożony las ma niesamowity klimat.

58. Wpis: Śnieżnik
Wnioski:

* Wychodząc w góry dobrze mieć przy sobie coś cieplejszego na wypadek nagłego ochłodzenia, które może się zdarzyć nawet wtedy, gdy pogoda zapowiada się dobrze.
* Trasa z dzieckiem, nawet w nosidle, zawsze będzie znacznie dłuższa niż ta pokazana na mapach - trzeba uwzględnić postoje na rozprostowanie nóżek, przebranie pampersa, nakarmienie, czas na zabawę itd.
* Kijki to dobra rzecz w przypadku wędrówek z nosidłem - środek ciężkości się zmienia, więc dodatkowa forma asekuracji jest jak najbardziej na plus.

59. Wpis: Kowadło
Wnioski:

* Nawet krótka trasa może być warta przejścia.
* Jadąc na jakikolwiek urlop z dziećmi trzeba liczyć się z tym, że mogą się rozchorować, i nawet najbardziej misterny plan trafi szlag.

60. Wpis: Parszywka, Koskowa Góra, Groń, Stołowa Góra
Wnioski:

* Wycieczki po górach w Polsce mogą oznaczać, że część (albo czasem kilka części) trasy będą prowadzić przez osiedla domków lub asfaltową drogą. Taki mamy klimat.
* Część szczytów z  nie znajduje się na znakowanych szlakach, na szczęście łatwo znaleźć mapy (np. taką), gdzie ich umiejscowienie jest dokładnie zaznaczone.
* Zamglony zimowy las jest jednym z najfajniejszych miejsc, w jakim można się znaleźć na trasie (subiektywna opinia).

-------
W kolejnej serii: wyprawa z babcią, trochę nocnych eskapad, jakiś wschód słońca też się trafi 😉

   

GURU1piorunów

@Piechur warto brać oprócz czołówki jakąś latarkę z zoomem, teraz nawet niewielkie mają sporą moc, inaczej człowiek czuje się jak d⁎⁎a kiedy coś hałasuje a ty nie możesz sprawdzić co.

GURU

w Hydepark

14piorunów

Siema z rana, wczoraj koło południa nie siadło - może utonęło, a może po prostu za słabe, ale lubię te moje spacerki xD

Więc podbijam z rana do kawki :coffee: :
https://www.hejto.pl/wpis/spacer-krajoznawczy-pograniczem-rzeki-gizeli-ziemia-lubawska-pomierki-mlyn-licho

Miłego dzionka!

     

Gruba ryba1piorunów

Przez to, że w Polsce istnieją miejscowości Lubawa i Lubawka, to gdy ktoś mówi Ziemia Lubawska nigdy nie wiem o które miejsce chodzi...

GURU0piorunów

@Konto_serwisowe Lubawka to by chyba musiała mieć Ziemię Lubawkowską :stuck_out_tongue_winking_eye:

Gruba ryba1piorunów

@zuchtomek Trzebaby spacyfikować kilku polonistów. W sumie, czemu nie... 😀

Fenomen1piorunów

@zuchtomek prawdziwy zuch!

GURU1piorunów

@Pawelvk Nie dość, że zuch to jeszcze prawdziwy Tomek, a nie jakiś podrabianiec ( ͡° ͜ʖ ͡°)

BTW. kolega ze spaceru też Tomek - prawdziwa hejto wyprawa ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

Fenomen1piorunów

@zuchtomek stężenie Tomków na metr kwadratowy było spore, dobrze że wyszliście na dwór ( ͡° ͜ʖ ͡°)

GURU1piorunów

@Pawelvk Dobrze, że jeszcze jeden kolega zaspał bo zagęszczenie Tomaszów mogłoby zagiąć czasoprzestrzeń :stuck_out_tongue_winking_eye:

Pokaż więcej komentarzy (12)

Gruba ryba

w Góry

26piorunów

Siema,
Za oknami praktycznie wiosna, ale w  :hiking_boot: wrócimy do bielszych dni. Zapraszam!
---------
Szczyty: Parszywka, Koskowa Góra, Groń, Stołowa Góra (Beskid Makowski)
Data: 10 grudnia 2022 (sobota)
Staty: 29km, 7h15, 1.135m przewyżyszeń

Na tę wycieczkę wybrałem się z bratem i jego znajomym, a jej cele były dwa. Pierwszym z nich było zdobycie jednego ze szczytów należących do - Koskowej Góry. Drugim celem było rozgrzanie się przed dłuższą eskapadą, którą planowaliśmy w drugiej połowie grudnia (ostatecznie nic nie wyszło).

Trasę rozpoczęliśmy z miejscowości Skomielna Czarna, do której dotarliśmy przed świtem. Z latarkami na czołach ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Gorylki. Pierwszy etap prowadził od razu intensywniej pod górę, po czym opadał do położonego między zboczami osiedla, dzięki czemu mogliśmy od początku spokojnie popracować nad oddechem i rytmem marszu.

Zanim doszliśmy do wspomnianego osiedla zrobiło się już całkiem jasno. Powietrze było ostre, zimne, warstwa śniegu pokrywała drogę, którą momentami przecinały roztopowe strumienie. Po pokonaniu odcinka asfaltowej drogi znów rozpoczęliśmy wspinaczkę. Częścią tej trasy schodziłem kiedyś po zmierzchu w ramach całonocnego włóczenia się w okół Pcimia i fajnie było zobaczyć ją w dzień.

Warunki były zresztą świetne. Pogoda dopisywała, śniegu było akurat tyle, żeby robił zimowy klimacik i jednocześnie nie utrudniał marszu. Przechodząc ponownie przez osiedle domów znajdujących się przy szczycie góry dotarliśmy do punktu przecięcia zielonego i żółtego szlaku, niedaleko którego zrobiliśmy pierwszą przerwę na posiłek przy znajdujących się przy drodze ławach.

Po napełnieniu brzuchów udaliśmy się żółtym szlakiem w dalszą drogę. Las, którym szliśmy, był przykryty warstwą białego puchu i wyglądał bardzo przyjemnie. Pogrążyliśmy się w rozmowie i czas zleciał nam bardzo szybko. Minęliśmy Balinkę, zaczęliśmy schodzić, a następnie znowu rozpoczęliśmy podejście pod górę.

Gadka trwała w najlepsze i w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że od dłuższego czasu nie widzieliśmy nigdzie oznaczeń szlaku. Rzecz jasna zagapiliśmy się i poszliśmy nie tą drogą, co trzeba. Jednak nie ma tego złego, bo dzięki temu mogliśmy podziwiać jelenia i łanię, które również wspinały się po zboczu kilkadziesiąt metrów dalej. Aby wrócić na szlak przedarliśmy się trochę na dziko przez małe ośnieżone krzaczki. Po kilkunastu minutach byliśmy już na Parszywce.

Dalsza część trasy była czysto spacerowa. Nieoczekiwanym, ale miłym akcentem pogodowym okazała się być mgła, w której się zanurzyliśmy, a która spotęgowała znacząco biel śniegu. Po jakimś czasie zaczęły się z niej wyłaniać kształty domów, co zwiastowało zbliżanie się do celu wyprawy.

Koskowa Góra nie znajduje się na żadnym szlaku i trzeba do niej kawałek zboczyć - jest to jednak odcinek bardzo krótki. Brudząc we mgle doszliśmy do drzewa, do którego było przyczepionych kilka tabliczek z jej nazwą. Zrobiliśmy sobie zdjęcie, a następnie poszliśmy dalej, dołączając do niebieskiego szlaku.

Po kilku kilometrach marszu, z którego niewiele pamiętam, znaleźliśmy się w Roli Jabconiowej. Tu czekało nas ostatnie podejście na Groń, które na szczęście nie było zbyt długie, bo zacząłem już odczuwać lekkie zmęczenie - cały czas trzymaliśmy żwawe tempo i nie robiliśmy wielu przerw, co mój organizm zaczął już odczuwać.

Na szczycie odbiliśmy na zielony szlak, którym udaliśmy się już w drogę powrotną do Skomielnej, przechodząc jeszcze przez Stołową i Łysą Górę. Chciałbym napisać coś o tym odcinku, ale zwyczajnie go nie pamiętam. W pamięci zachował mi się za to obraz Menelaosa, który dość natarczywie chciał od nas wysępić drobne na Leśny Dzban czy inny specjał oferowany w lokalnym sklepie. Po wycieczce w mroźnych warunkach nasze serce okazały się jednak zimne niczym lód i biedny Żuliusz musiał w końcu zrezygnować i poszukać szczęścia gdzieś indziej.

My natomiast udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Z trasy byłem zadowolony, bo udało się wykręcić ładny odcinek, natomiast nie jestem pewien czy byłby on taki ciekawy w warunkach innych niż zimowe. Trochę za często przecinaliśmy siedziby ludzkie, ale z drugiej strony czego innego spodziewać się w tych rejonach. Mimo wszystko ogólne wrażenia pozostały in plus.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Gruba ryba

w Góry

26piorunów

Siema,
Zapraszam wszystkich na kolejną porcję  :hiking_boot: Dziś o trzecim dniu i drugiej górze zdobytej podczas urlopu w Stroniu Śląskim :slightly_smiling_face:
---------
Szczyt: Kowadło (Góry Złote)
Data: 23 sierpnia 2021 (poniedziałek)
Staty: 5.5km, 1h45, 270m przewyżyszeń

Po sukcesie, jakim było zdobycie Śnieżnika, kolejnym szczytem zaplanowanym w moim grafiku było Kowadło. Wieczorem sprawdziłem szybko jaka pogoda szykuje się na następny dzień - niestety, miało nastąpić jej załamanie i słońce, którym cieszyliśmy się podczas niedzielnego wypadu, zastąpić miały chmury, deszcz oraz chłodniejsza aura. Dodatkowo Mysz zaczęła kaszleć w nocy, co nie zwiastowało niczego dobrego.

Rankiem jednak sytuacja wyglądała w miarę obiecująco. Co prawda delikatnie mrzało, ale szykowało się kilkugodzinne okienko, sama trasa nie miała być też długa. Młoda także czuła się dobrze i praktycznie nie kaszlała. Postanowiliśmy zaryzykować, spakowaliśmy potrzebne rzeczy i pojechaliśmy ze Stronia do leżących niedaleko Bielic. Potem wróciliśmy do Stronia po buty, których zapomnieliśmy, i znowu pojechaliśmy do Bielic.

Żółtym szlakiem, który prowadził asfaltową drogą, udaliśmy się w stronę rozdroża, przy którym odbiliśmy na zielony szlak prowadzący na szczyt. Po drodze minęliśmy jakiś rozpadający się budynek, w oknach którego pełno było różnego rodzaju starych, zniszczonych zabawek. Creepy stuff - zdjęcie dodam w formie komentarza do wpisu.

Droga, którą szliśmy, była szeroka i słabo nachylona, otoczona z dwóch stron wysokimi drzewami. Po pewnym czasie odbiła w las i dopiero tutaj zaczęło się coś, co można było nazwać wspinaczką. Odcinek nie był jednak długi i szybko znów się wypłaszczył.

Kontynuowaliśmy spacer przyjemnie wyglądającym lasem i bardzo szybko zaczęliśmy docierać do szczytu. W kilku momentach drzewa trochę się przerzedzały, więc można było co nieco spomiędzy nich dojrzeć. Zanim się zorientowaliśmy, trafiliśmy na Kowadło.

Było tam już sporo innych turystów, którzy siedzieli na skałach znajdujących się na górze. My również przysiedliśmy na moment, żeby coś zjeść i wypić, następnie przybiliśmy pieczątkę do , poprosiliśmy kogoś o zrobienie nam pamiątkowego zdjęcia, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu.

Był to bardzo krótki wypad, jeden z najkrótszych na jakich byłem w ramach zdobywania szczytów do KGP. Na szczęście na kolejne dni urlopu były zaplanowane jeszcze cztery szczyty, które miały odpowiednio nasycić mój apetyt.

Miały, ale nie nasyciły. Po powrocie z tego spaceru Mysz zaczęła kaszleć jeszcze bardziej. Noc była masakryczna, biedna dziewczynka jechała praktycznie cały czas, a nad ranem dostała wysokiej temperatury, nie przestając przy tym kaszleć. Było na tyle źle, że zdecydowaliśmy o przerwaniu urlopu i powrocie do domu, gdzie ostatecznie skończyło się na antybiotyku.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze, ponieważ w kolejnym roku znów pojechaliśmy do Stronia, aby dokończyć zdobywanie gór. Tym razem poszło jednak jeszcze szybciej - trafiliśmy na gwałtowne załamanie pogody, a Mysz już pierwszego dnia dostała gorączki połączonej z kaszlem. Jako, że kolejny dzień przesiedzony w pokoju nie był lepszy, trzeciego dnia od przyjazdu postanowiliśmy znów przerwać urlop i wrócić do domu. Kiedy będzie dane mi zdobyć te pozostałe szczyty: nie wiem, ale z pewnością to tu opiszę.

Trasa dla zainteresowanych.

   

Gruba ryba2piorunów

Budynek z zabawkami w oknach.

Gruba ryba

w Góry

62piorunów

Siema,
W ten poniedziałkowy poranek zapraszam na  :hiking_boot: W tym oraz w kolejnym wpisie opowiem o krótkich wakacjach w Stroniu Śląskim. Zachęcam do obserwowania tagu 😊
---------
Szczyt: Śnieżnik (Masyw Śnieżnika)
Data: 22 sierpnia 2021 (niedziela)
Staty: 13.5km, 5h20, 740m przewyżyszeń

Początek lata nie był obiecujący - Mysz skończyła w lipcu na antybiotyku i większość czasu spędziliśmy zamknięci w czterech ścianach. Mimo to, udało się również kilkukrotnie skoczyć na krótkie trasy w góry. Bardzo mocno liczyłem na to, że koniec sierpnia, na który zaplanowaliśmy urlop, uda nam się wykorzystać w jakimś stopniu na odkrywaniu górskich szlaków.

Przed jego początkiem usiadłem przy mapie i przygotowałem szczegółowy grafik, w którym uwzględniłem odwiedzenie sześciu szczytów należących do  - miał być to plan maksimum na te półtora tygodnia wolnego. Na naszą bazę noclegową wybrałem Stronie Śląskie, do którego dotarliśmy w sobotę po kilkugodzinnej jeździe. Następnego dnia, w niedzielę, ruszyliśmy z rana na zdobycie pierwszej góry z listy, którą był Śnieżnik.

Pogoda na ten dzień miała być raczej słoneczna i bezdeszczowa. Zostawiliśmy samochód na dużym parkingu w Kletnie, a następnie wraz z innymi turystami ruszyliśmy żółtym szlakiem, który prowadził wzdłuż asfaltowej drogi. Ludzi była cała masa, stąd wnioskuję, że jest to jedna jedna z popularniejszych tras na szczyt.

Minęliśmy źródło Marianna, przy którym można było zaczerpnąć wody z kranika, i po chwili szlak odbił w las, idąc równolegle do szosy. Doszliśmy nim pod Jaskinię Niedźwiedzią, do której jednak nie planowaliśmy wchodzić ze względu na Mysz - na pewno by się przestraszyła. Aby ją zwiedzić należało zresztą kilka tygodni wcześniej nabyć bilety, o czym warto pamiętać, gdyby ktoś chciał się do niej wybrać w drodze na Śnieżnik.

Przez dość długi czas szliśmy szeroką leśną drogą, niedaleko której płynął potok Kleśnica. Tempo mieliśmy spacerowe, a humory dobre. Wkrótce trasa zaczęła prowadzić trochę ostrzej pod górę i był to pierwszy etap, w którym odrobinę się zasapałem; dodatkowe 18 kilogramów na plecach robiło swoje. Ścieżka usiana była kamieniami, dlatego szedłem z kijkami, do których zdążyłem się już do tamtego czasu przyzwyczaić.

Dotarliśmy do przełęczy Śnieżnickiej, na której znajdowały się drewniane ławy ze stołami. Postanowiliśmy zrobić tam pierwszą przerwę: zjedliśmy kanapki, Mysz rozprostowała nóżki, kilka razy też kaszlnęła, co trochę mnie zaniepokoiło. Ruszyliśmy dalej i już niebawem wkroczyliśmy na rozległą halę, z której rozpościerały się piękne widoki na okolicę. Znajdowało się na niej schronisko PTTK, w którym przybiliśmy pieczątki do książeczek. Udało mi się również zmienić pieluchę młodej - co prawda nie było przewijaka, ale został mi na chwilę udostępniony pokój, w którym mogłem wygodnie załatwić temat.

Zaczęło się robić chłodniej, chmury przysłoniły słońce, a wiatr przybrał trochę na sile. Ubraliśmy cieplej Myszora i udaliśmy się w dalszą drogę. Ze schroniska na szczyt prowadził zielony szlak. Trasa znowu zrobiła się bardziej nachylona, a droga usiana głazami i wystającymi z ziemi skałami. Kijki ponownie przydały się przy zachowywaniu równowagi. Wkrótce doszliśmy do Jaskółczych Skał, gdzie drzewa znowu się przerzedziły, by w końcu ustąpić miejsca drobnym krzaczkom z borówkami. Dookoła rozpościerała się ładna panorama na okoliczne szczyty, która towarzyszyła nam już do samego Śnieżnika.

I tak właśnie zdobyliśmy szczyt - powoli, noga za nogą i bez pośpiechu. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce, niestety za tło posłużył nam teren budowy, jako że w tamtym czasie trwało stawianie tam wieży widokowej. My widzieliśmy wtedy tylko stalowy szkielet schodów, które znalazły się w jej wnętrzu, natomiast sprawdziłem w internecie jej zdjęcia już po ukończeniu i, cóż, według mnie jest dość paskudna i wygląda jak wielki mikser.

Na szczycie zrobiliśmy kolejną dłuższą przerwę, pozwalając Myszy pobuszować między krzaczkami i pobawić się kamykami. Teren był zupełnie odsłonięty i nic nie chroniło przed wiatrem. Poza wspomnianymi krzaczkami była tylko trawa i kamienie, które miejscami turyści poukładali w różne pomysłowe stosy.

Zdecydowaliśmy w końcu, że warto już wracać, wycieczka trwała zresztą i tak dłużej, niż początkowo zakładałem. Na szczęście, nigdzie nam się nie spieszyło, więc był to spory plus. Do samochodu wróciliśmy tą samą trasą, a więc zielonym szlakiem do schroniska, a następnie żółtym obok Jaskini Niedźwiedziej. Młoda tradycyjnie zasnęła w nosidle, ululana przez jednostajne bujanie, także nie robiliśmy żadnych przerw i dość szybko znaleźliśmy się przy samochodzie. W drodze do Stronia zatrzymaliśmy się jeszcze w gospodarstwie Nad Stawami, w którym zjedliśmy po pysznym pstrągu - bardzo fajne miejsce, polecam.

W ten sposób minął drugi dzień urlopu - udało nam się zdobyć pierwszy z zaplanowanych szczytów, pogoda póki co dopisywała, więc byłem całkiem zadowolony i pomimo tego, że kolejne dni miały być brzydsze, z nadzieją patrzyłem w przyszłość. Wiadomo jednak, czyją matką jest nadzieja, ale o tym w kolejnym wpisie.

Trasa dla zainteresowanych.

   

Gruba ryba19piorunów

Bardzo ładne, ale moje bąbelki już wchodzą na Orlą Perć.

Gruba ryba4piorunów

Gospodarstwo nad Stawami - wpisane! Ja ostatnio robiłem tę górkę z Międzygórza. O tyle lepiej, że wchodzi się od razu na szlak.
Wincyj!( ͡° ͜ʖ ͡°)

Gruba ryba1piorunów

@AndrzejZupa Tam w okolicy można bardzo fajne trasy pokręcić, szlaków od groma i miejsca raczej dzikie, przynajmniej tak wyglądały. Liczę na to, że kiedyś uda mi się tam wrócić na dłużej, żeby poodkrywać te tereny :grinning:

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Góry

24piorunów

Siema,
Zapraszam na  :hiking_boot:, w którym opowiem o wejściu na Szczebel - tym razem z Mszany. Zachęcam do czytania i obserwowania tagu 😊
---------
Szczyt: Szczebel (Beskid Wyspowy)
Data: 19/20 listopada 2022 (sobota/niedziela)
Staty: 14km, 3h45, 720m przewyżyszeń

Na tę wycieczkę umówiłem się z kuzynem, żeby rozruszać trochę stare kości. Wyruszyliśmy po tym, jak udało mi się uśpić Mysz, i chwilę przed 23 byliśmy w Mszanie Dolnej na parkingu przy dużym sklepie z owadem w kropki w nazwie, skąd ruszyliśmy w stronę szczytu.

Aby dostać się na czarny szlak musieliśmy cofnąć się trochę w stronę Kasinki Małej idąc przy głównej ulicy łączącej te dwie miejscowości. Następnie szlak poprowadził chwilę między domami i ostatecznie daliśmy nura do lasu. Było dość mroźno, ale jak zwykle żwawy marsz dostarczył odpowiednią dawkę ciepła.

Idąc w ciemności szeroką leśną drogą przegapiliśmy miejsce, w którym szlak skręcał w dół do koryta płynącego obok potoku, i musieliśmy kawałek zawracać. Przejście przez sam potok nie sprawiło problemów, natomiast od tego miejsca zaczynało się ostrzejsze podejście pod górę trwające praktycznie do samego szczytu.

Mimo ostrego nachylenia trasa bardzo mi się podobała. Ścieżka była wąska, prowadziła między drzewami, mijaliśmy również co chwilę wysokie, odsłonięte skały - było ciekawie, a dzięki śniegowi, którego pojawiało się coraz więcej, zaczęło robić się bardzo klimatycznie. Wkrótce wszystkie drzewa, które mijaliśmy, oblepione były jego grubą warstwą i w świetle latarek wyglądały po prostu pięknie.

Droga minęła całkiem szybko, mimo, że była męcząca. Dotarliśmy na Szczebel, na którym zrobiliśmy przerwę na gorącą herbatę i jedzenie. Szczyt był całkowicie pokryty śniegiem i lodem, zamrożona flaga Polski obijała się w ciszy o maszt wydając nieco upiorne dźwięki. Wkrótce zaczęliśmy marznąć, więc zdecydowaliśmy się na zejście.

Zielonym szlakiem doszliśmy do przełęczy Glisne - nie pamiętam, żeby na tym odcinku było coś szczególnie ciekawego. Z przełęczy czerwonym szlakiem skierowaliśmy się na Mszanę. Znów spory kawałek musieliśmy iść przy ulicy, na której mieliśmy okazję zobaczyć pokaźnych rozmiarów łanię przebiegającą przez nią kilka metrów przed nami.

Dalsza część drogi prowadziła przez fragment lasu oraz przez pola, na których leżał jeszcze plackami topniejący śnieg, pod którym czaiło się błoto. Znów nic ciekawego. Wróciliśmy w końcu na parking i pojechaliśmy do domów. Sam czarny szlak prowadzący przez Szczebel jest całkiem interesujący, więc jeśli ktoś planowałby go przejść bez robienia pętli, to nie powinien być zawiedziony - ze względu na nachylenia, poleciałbym raczej kierunek Mszana-Lubień.

Trasa dla zainteresowanych.

    

Gruba ryba

w Góry

20piorunów

Siema,
Dziś o pierwszym wypadzie tylko z Myszą. Zapraszam na  :hiking_boot:
---------
Szczyt: Jaworzyna Krynicka (Beskid Sądecki)
Data: 28 lipca 2021 (środa)
Staty: 9.5km, 3h55, 510m przewyżyszeń

Po chorobowym początku miesiąca, który dla Myszy zaczął się antybiotykiem, chciałem uszczknąć nieco lata i spędzić z nią wspólnie kilka chwil, dając jednocześnie trochę luzu przemęczonej żonie. Młoda miała już półtora roku, więc uznałem, że wyjazd solo nie powinien sprawić zbyt wielkich trudności. Na ostatnią chwilę zarezerwowałem nocleg w Powroźniku (miejscowość pomiędzy Muszyną a Krynicą Zdrój) i pojechałem tam z córą na kilka dni.

W planach, poza atrakcjami stricte dziecięcymi, miałem zdobycie Jaworzyny Krynickiej, na której byłem wiele razy za małolata. Pogoda była raczej kapryśna, ale już drugiego dnia zapowiadał się słoneczny poranek i postanowiłem to wykorzystać. Wstaliśmy wcześniej, zjedliśmy śniadanie, wziąłem cały potrzebny ekwipunek pieluchowo-żywieniowy i pojechaliśmy na parking przy Czarnym Potoku, zaraz naprzeciw dolnej stacji kolejki gondolowej.

Po przebraniu butów i zapakowaniu Myszy do nosidła ruszyłem na poszukiwania zielonego szlaku. Miałem trochę problemu z tym, żeby znaleźć miejsce, w którym skręca w las. Cała masa turystów, zamiast iść nim, kierowała się środkiem zbocza idąc wzdłuż słupów podtrzymujących stalowe liny kolejki. Trochę im współczułem, bo słońce zaczęło mocno grzać i nic nie chroniło ich przed upałem, a wystarczyło poszukać trochę ścieżki, aby schować się w chłodniejszym lesie.

Rozpocząłem wspinaczkę. Pierwsze 20 minut dało mi w kość, pot spływał mi po rękach i plecach, co było średnio komfortowe. Wkrótce trasa trochę złagodniała, szedłem szeroką dróżką, a organizm odnalazł odpowiedni rytm. Na którymś etapie nieświadomie opuściłem szlak, co byłoby niefortunne, gdybym planował zjeżdżać gondolą, ponieważ nie zobaczyłbym wtedy Diabelskiego Kamienia. Wiedziałem jednak, że w drodze powrotnej również mieliśmy o niego zahaczyć, więc nie wracałem specjalnie na szlak - droga, którą szedłem, później się z nim łączyła.

Dotarliśmy do schroniska, gdzie zaplanowałem pierwszy postój. Dojście zajęło mi trochę ponad godzinę i cały ten czas Mysz przespała w nosidle. Przed znajdującymi się w środku budynku toaletami był przewijak, więc zmiana pieluchy poszła ekspresowo. Zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek, wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi, a młoda brykała dookoła podnosząc kamyczki i zrywając kwiatuszki.

Po tej chwili wytchnienia wsadziłem Myszora do nosidła i ruszyliśmy dalej. Ze schroniska na szczyt prowadził już krótki kawałek drogi i szybko mogliśmy cieszyć się wspaniałymi widokami oraz fantastyczną pogodą. Nie zabawiliśmy tam jednak długo i dość szybko zaczęliśmy schodzić czerwonym szlakiem. Dość niespodziewanie odbijał on w wąska leśną ścieżkę i prawie przegapiłem ten skręt.

Po chwili wędrówki gęstym lasem, z pokrzywami i innymi krzakami smagającymi mnie po łydkach, doszliśmy do Diabelskiego Kamienia, przy którym znowu przystanęliśmy na krótki posiłek. Ruszyliśmy dalej i trasa mijała nam bardzo fajnie. Radio Myszor nadawało same przeboje, co podobało się mijanym przez nas starszym parom. Podczas schodzenia cały czas asekurowałem się kijkami uważając, jak stawiam kroki.

Wkrótce dotarliśmy na rozległą polanę i tam zwyczajnie oszalałem z zachwytu. Poczułem tę przestrzeń, wolność, sielankowy klimat. Po niebie leniwie sunęły bielutkie obłoki, dookoła nas delikatnie szumiał las, otulały nas wierzchołki okolicznych gór. Ponownie zatrzymaliśmy się, żeby móc nacieszyć się daną przez los chwilą. Mysz zaczęła buszować w wysokiej trawie, szukając idealnych ździebełek, a ja starałem się z całych sił wyryć ten moment w pamięci. Było pięknie, cudownie, czułem rozpierające mnie szczęście, nie zapomnę tego nigdy.

Wszystko co dobre musi się jednak kiedyś skończyć. Wsadziłem młodą do nosidła i kontynuowaliśmy wycieczkę, która powoli dobiegała końca. Po opuszczeniu polany dość szybko doszliśmy do asfaltowej drogi prowadzącej na parking. Na szczęście był przy niej chodnik i nie trzeba było iść poboczem. Zapakowaliśmy się do samochodu i wróciliśmy do wynajmowanego pokoju. Mysz była wykończona i odleciała już w foteliku, przy przenoszeniu do łóżeczka nawet się nie obudziła.

Jestem bardzo zadowolony z tej wycieczki, po której zostało mi wiele przyjemnych wspomnień. Jeśli się uda, to powtórzę ją w tym roku - tym razem już w pełnej rodzinnej ekipie (ale w dół będziemy raczej zjeżdżać gondolą, bo to jednak fajna atrakcja).

Trasa dla zainteresowanych.

    

Gruba ryba

w Góry

23piorunów

Siema,
W tym wpisie będzie o niespodziewanych spotkaniach w ciemności. Zapraszam na  :hiking_boot:
---------
Szczyty: Lubogoszcz Zachodni, Lubogoszcz (Beskid Wyspowy)
Data: 31 października/1 listopada 2022 (poniedziałek/wtorek)
Staty: 13km, 3h20, 610m przewyżyszeń

Październik roku 2022 był wyjątkowo łaskawy pod względem pogody i raczej rozpieszczał względnie ciepłą aurą (jak na tę porę). Chciałem wycisnąć z niego tyle, ile się dało, więc zacząłem planować krótką eskapadę na jego końcówkę. Po kilkumiesięcznej przerwie od nocnych wędrówek zapragnąłem do nich powrócić, a z kim lepiej było to zrobić, niż z kuzynką, z którą takie łażenie zaczynałem.

Tego wieczoru dość późno udało mi się uśpić Mysz, przez co do Mszany Dolnej, z której planowaliśmy wystartować, dojechaliśmy dopiero o 23. Założyliśmy czołówki i ruszyliśmy na Lubogoszcz. Wybór padł na ten szczyt z prostej przyczyny: był blisko i jeszcze na nim nie byliśmy.

Prawie dwa początkowe kilometry prowadziły przy asfaltowej drodze, skręcając później w uliczkę wiodącą do leżących u podnóża góry domów. Następnie szliśmy wąskim korytem strumyka, w którym pełno było błota i mokrych kamieni. Póki co szału nie było. Dopiero po pół kilometra weszliśmy do lasu.

Zaczęło się robić stromiej. Czerwony szlak, którym szliśmy, prowadził po błotnistej drodze rozjeżdżonej przez traktory zwożące z lasu ścięte kłody. W pewnej chwili zobaczyliśmy na jednym z drzew coś migoczącego w świetle naszych latarek. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś śmieć wisi na gałęzi, ale gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że była to kuna. To był pierwszy raz, gdy widziałem to zwierzątko na wolności. Wyglądała zabawnie, bo dość nieporadnie próbowała wspiąć się na wyższą gałąź. Postanowiliśmy jej nie przeszkadzać i ruszyliśmy dalej.

Trochę zasapani dotarliśmy do Zapadlisk. Od tego momentu robiło się już nieco łagodniej. W świetle latarki drzewa, gałęzie i stare pniaki wydawały się ruszać. Zaczęliśmy wkręcać sobie z kuzynką różne historie i wkrótce każdy cień zdawał się nam być czyhającym w ciemnościach psychopatycznym mordercą.

W tej rozkosznej atmosferze doszliśmy do Lubogoszcza Zachodniego. Według map znajduje się on na szlaku, ale mi wydaje się, że musieliśmy do niego trochę zboczyć podążając za oznaczeniami na drzewach. Szczyt był w każdym razie oznaczony tabliczką, przy której stała ławka. Nie zatrzymywaliśmy się jednak i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Idąc tak przez ciemny las przez chwilę pogrążyliśmy się we własnych myślach i jakiś czas szliśmy w ciszy. Nagle usłyszeliśmy przed sobą szelest suchych liści na ścieżce. Zatrzymaliśmy się, a włosy na karku stanęły mi dęba. Wtem odgłos zgniatanych liści zrobił się głośniejszy i zaczął zmierzać w naszym kierunku - jakiekolwiek zwierzę wydawało ten dźwięk, ewidentnie na nas szarżowało. Kuzynka wciągnęła tylko powietrze ze strachu, a ja w przypływie jakiegoś pierwotnego instynktu schowałem ją za sobą, chwyciłem oburącz kijek kierując jego ostrzejszą stronę w przód i wydałem z siebie ryk niczym prawdziwy jaskiniowiec. Słychać było, że zwierzę skręciło nagle w las, a my jeszcze chwilę staliśmy w miejscu.

To krótkie doświadczenie naładowało nas konkretną dawką adrenaliny. Ruszyliśmy przed siebie, tym razem starając się wydawać jakieś dźwięki: a to stukając kijkami o kamienie, a to zwyczajnie rozmawiając. Wystarczyła chwila, a już obracaliśmy całą sytuację w żart.

W taki sposób znaleźliśmy się na Lubogoszczu. Miejsca na szycie było sporo, było kilka ławek do siedzenia i tabliczka z nazwą szczytu, przy której zrobiliśmy sobie zdjęcie. Zjedliśmy po kanapce, napiliśmy się gorącej herbaty i zielonym szlakiem zaczęliśmy wracać do samochodu.

O drodze powrotnej nie mam zbyt wiele do napisania - ot, zwykła leśna ścieżyna, trochę błotnista. Dość szybko wyszliśmy spomiędzy drzew i dalszą część trasy schodziliśmy już asfaltem. Wkrótce minęliśmy cmentarz, przeszliśmy przez coś na kształt rynku i dotarliśmy do auta.

Sama trasa pod względem atrakcyjności była raczej średnia, ale spróbuję przejść nią ponownie w dzień, może wtedy będzie lepiej. W każdym razie, spotkania z dzikimi mieszkańcami lasu zdecydowanie dodały jej koloru i to dzięki nim w ogóle o niej pamiętam.

Trasa dla zainteresowanych.

    

GURU2piorunów

@Piechur

Wtem odgłos zgniatanych liści zrobił się głośniejszy i zaczął zmierzać w naszym kierunku - jakiekolwiek zwierzę wydawało ten dźwięk, ewidentnie na nas szarżowało.

Pewnie miły niedźwiadek przyszedł zobaczyć, kto chodzi w nocy po lesie. 😊

Gruba ryba1piorunów

@Mr.Mars Hehe, w połowie zeszłego roku jakiś się kręcił w okolicach Lubogoszcza rzeczywiście :bear:

Pokaż więcej komentarzy (2)