Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Najnowsze dyskusje

gość

Typ wpisu

Gruba ryba

w Polska

2piorunów

No z pewnością wszyscy zainstalują sobie to cudo na komórkach... ლ(ಠ_ಠ ლ)

Gdyby tylko istniał jakiś sprawdzony system informowania o zagrożeniach, nazwijmy go roboczo "EU-Alert"...

i trochę

Dodam też

Pokaż więcej komentarzy (2)

GURU

w Rowerowy Równik

12piorunów

375 510 + 15 = 375 525

ostatnie km sierpnia, niestety ciągle czołgiem, czytaj gazelą jak ja tym jeździłem przez poprzednie 4 lata przejeździłem to sam nie wiem, ten rower to dopiero daje w kość. Ciężki, ze hej, cięższy od obecnie produkowanych elektrycznych, a nie ma napędu elektrycznego. Na dodatek jest się żaglem przy byle wiaterku w ryj. No ale mam nadzieję, że gravela mi zrobią w tym tygodniu i znowu troszkę więcej pośmigam we wrześniu.

*

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Fanatyk

w Hydepark

10piorunów

Ech klikłem se dość późno wyzwanie i tera trza pioruny zbierać. Ponieważ nie cierpię żebractwa, postaram się trochę zarobić.

Ostatnio posłuchałem kilku odcinków Smartgasm, co pomasowało mój mózg i w efekcie tego masażu zacząłem się zastanawiać skąd się wzięło życie na Ziemi.

Odrzucam oczywiście wszelkie wątpliwe teorie o zasianiu tego życia przez jakieś inne byty, bo to nie rozwiązuje problemu - te byty też się skądś wzięły, i po sznurku do kłębka, jakiś organizm był pierwszy.

No to wyobraźcie sobie jałową Ziemię, jeszcze przed pierwszym czymkolwiek - same skały i woda (w różnych stanach skupienia). Mamy taką wielką zupę przypadkowych składników wszechświata, przypadkowo mieszających się ze sobą przez miliardy lat. W tym przypadkowym mieszaniu się zupy atomy łączyły się w cząsteczki, aż wylosowały się związki organiczne. To dalej jest martwe, ale mieszamy, mieszamy w tej zupie kolejne setki milionów lat, mamy prawdopodobnie jakieś lipidy czy jakieś inne proste cegiełki tego co znamy później z nas samych. W pewnym momencie wydarzyło się coś dziwnego, coś czego nie wiemy, ale te kawałeczki zyskały zdolność kopiowania się i pyk, jesteśmy w domu.

Jaka to jest abstrakcja. Wyobrażam sobie dwie analogie: masz na stole jakieś klocki, jak LEGO. One sobie leżą tak po prostu, obok siebie. Wtedy dzieje się COŚ, powiedzmy świecisz latarką i te klocki zaczynają się kopiować. To są pierwsze jakieś protokomórki, protoorganizmy, nie wiem jaka nazwa jest poprawna (byłem słaby z biologii). Druga analogia to że grzebiesz sobie kijem w ziemi, w jakimś błocie, poświeci słońce i pyk, zrobiło się życie. Abiogeneza. C⁎⁎j wie co tak naprawdę. To jest równie pasjonująca zagadka co tematyka podróży w kosmos.

W ogóle 4,6 miliarda lat, ile liczy nasza planeta i miliardy lat na formowanie się życia. To jest trudne do wyobrażenia sobie. Miliard lat, miliard obiegów Ziemi wokół Słońca - gdyby każdy obieg trwał sekundę, to miliard sekund składa się na 31,7 lat. Czyli w tej skali Ziemia ma prawie 146 lat. A pierwsze organizmy jednokomórkowe są już około 120 lat. Homo Sapiens 3,5 dnia. Od Chrystusa liczymy nieco ponad pół godziny. Newton rozpoczął Naukę 5 minut temu, a minutę temu człowiek poleciał w kosmos.

Zostawiam was z tą myślą. Część będzie dumać w nocy, a część wstanie rano, przeczyta sobie do kawki i śniadanka i będzie mieć minę jak Jerry na obrazku.

Osobistość

w Rowerowy Równik

10piorunów

375 249 + 19 + 220 + 3 = 375 491

Zapraszam Państwa na niezbyt krótką, ale też niezbyt obszerną relację z ostatniego mojego oraz @vvitch wypadu po gminy w tą nieco gorszą część wschodnich Niemiec, czyli w szereg miejsc nieco już obumarłych, zwanych gdzieś dalej województwem zachodniopomorskim*. Dla tych z Państwa, którym czytanie nieco dłuższych i (być może) nieco bardziej zawiłych tekstów przysparza pewne trudności nie przygotowałem wersji skróconej.

Poranek był, delikatnie mówiąc, deszczowy, ale w najmniejszym nawet stopniu nas to nie zniechęciło. Wszak nie jesteśmy z cukru, choć obydwoje jesteśmy słodcy jak słony karmel. A kiedy już z sukcesem wytarabaniliśmy się z domu i rozpoczęliśmy z mozołem mozolną podróż na dworzec pozostający od dłuższego czasu w chwilowej ruinie, nie padało już niemal wcale. Tylko z kałuż zalegających na jezdni tu i ówdzie atakowani byliśmy brudnymi kroplami schnącego deszczu.

Podróż, dzięki uprzejmości PKP Intercity przebiegła nam w miłej i spokojnej atmosferze. Pociąg jechał, my zaś, zapakowawszy uprzednio weń swoje niewyspane i zbyt wcześnie obudzone osoby, podziwialiśmy zza brudnej szyby sielskie widoki zapadłych wsi i miasteczek.

Pierwszy etap podróży zakończyliśmy na dworcu w Chociwlu, w którym część pociągów zatrzymuje się planowo zaś część nie zatrzymuje się wcale. Od razu też, aby nie marnować czasu, rozpoczęliśmy z mozołem mozolny proces wytaczania się z miasta korzystając z przyzwoitego asfaltu zalegającego w śladzie drogi krajowej, ku zapomnianym cywilizacjom powiatu choszczeńskiego.

Zaraz za miastem wjechaliśmy w nieco już zapomniane przez drogowców, powiat i gminę (niekoniecznie w tej kolejności) dukty, które ostatni remont widziały u schyłku słusznie minionego wieku, a kolejnego na próżno wypatrują w coraz mniej pewnej przyszłości. Nic to jednak dla nas bo jakoś przejechać trzeba. Szczęśliwie województwo jakiś czas temu niemal całkowicie zakończyło budowę nowej drogi rowerowej z Marianowa do Ińska, której fragmentem mieliśmy zaszczyt oraz niemałą przyjemność jechać. Co prawda w jednym miejscu czekała na nas, stojąca na środku drogi, zawierająca w swojej nieprzepastnej kabinie kierownika tejże ciężarówka, zaś w innym koparka, w pocie serwomotorów i siłowników hydraulicznych usuwająca pozostałości dawno martwej kolei wąskotorowej, ale mimo tych drobnych niedogodności, jechało nam się ową droga nad wyraz przyjemnie i wcale nie powoli.

Szybko nawijaliśmy na koła kolejne kilometry dziurawych dróg powiatowych, których, jak już wspomniałem wcześniej, remontu od dawna nikt nie wykonał należycie jeśli w ogóle, i nim się spostrzegliśmy, minąwszy Dobrzany których istnienie odnotowaliśmy, a których zapamiętania powodów osobiście nie znalazłem, dotarliśmy do pierwszej przyzwoitej tego dnia drogi, która była oznaczona numerkiem dziesięć i nosiła dumne miano Drogi Krajowej.

Ów drogą, na której ruch odbywał się nieco większy niż dotychczas ale też nieco mniejszy niż się spodziewałem że będzie, dojechaliśmy do kolejnego miasteczka, którego istnienie obydwoje odnotowaliśmy (zatrzymaliśmy się bowiem na mały popas w zatęchłej Żabce), a którego zapamiętania po raz wtóry powodów nie dostrzegłem, czemu wyraz daję nie podając nawet nazwy tegoż.

Po kilku chwilach, które przeznaczyliśmy na chwilowe nie pedałowanie, ruszyliśmy dalej kierując się na południowy wschód. Szparko pognaliśmy przez kolejne nieco już zapadłe wsie i niewielkie przysiółki aby doturlać się do drogi wojewódzkiej oznaczonej numerkiem sto siedemdziesiąt pięć, a którą w niemałej wygodzie i wielkim spokoju (ruch bowiem był tam minimalny) szybo dojechaliśmy do Kalisza Pomorskiego, przemykając uprzednio przez Drawno. W Drawnie, w którym miałem już wątpliwy zaszczyt być kiedy wraz z Drożdżówkarzami jechaliśmy na pociąg z Krakowa do Świnoujścia, natknęliśmy się na poważnie wyglądający remont. Remont spowodował niemałe zamieszanie wśród dumnej braci posiadaczy praw jazdy z dodatkiem samochodów, którzy nie w porę zmiarkowali, że pchanie się na czerwonym świetle przez wahadło to taki k⁎⁎wa nie za mądry pomysł. Skończyło sie niemal panicznym zjezdżaniem owych na chodnik, aby nie blokować nadciągającej już z naprzeciwka kawalkady poprawnie jadących kierowników. My, włączając się do ruchu z niknącego nagle w chaosie odbywającego się remontu ciągu pieszo-rowerowego, czekaliśmy grzecznie na swoją kolej rzeczy.

Jak już Państwo, przynajmniej ci, którzy dotarli z lekturą aż tutaj, przeczytali wcześniej, dojechaliśmy do Kalisza Pomorskiego. Kalisz Pomorski, wbrew nazwie, wcale nie leży nad morzem, toteż bez zbędnych postojów i bez sentymentu, którego nic nie spowodowało, wyjechaliśmy zeń i skierowaliśmy swoje nieco już spocone osoby w kierunku Drawska Pomorskiego, obierając kierunek północny.

Droga do Drawska Pomorskiego (które dla odmiany również nie leży nad morzem) wyglądała dość podobnie jak droga, którą dojechaliśmy do Kalisza Pomorskiego. Numer miała ten sam (sto siedemdziesiąt pięć), jakość położonego nań asfaltu znacząco nie odbiegała od naszych dotychczasowych doświadczeń, ruch też odbywał się nie dość że spokojny, to jeszcze względnie niewielki. Różnice polegały głównie na wertykalnosci samej drogi, bowiem hopek było na niej bez mała kilka jeśli nie kilkanaście, a dodatkowo biegła (i nadal biegnie) przez środek poligonu, toteż zachodziła obawa dostania w czerep czołgiem.

Drawsko Pomorskie, które leży nad jeziorem o zupełnie innej nazwie niż Drawsko i wcale nie ma w swojej nazwie słowa "pomorskie" przywitało nas jedną zamkniętą Żabką, jedną otwartą Żabką (w której zatrzymaliśmy się na małe co nieco) oraz dwoma czołgami T34, których nie widzieliśmy bo nie.

Z miasta wyjechaliśmy obierając kierunek północy, lekko skręcający na wschód, korzystając z kolejnej tego dnia drogi wojewódzkiej, obok której ktoś zupełnym przypadkiem wybudował całkiem przyzwoita drogę dla rowerów z której ochoczo i z przyjemnością skorzystaliśmy. Ta dobiegła jednak po kilku kilometrach końca i dalszą część podróży odbyliśmy już, jak Bóg przykazał, jezdnią. Droga oznaczona numerkiem sto siedemdziesiąt trzy biegła pośród pól malowanych zapachem sianokosów, zaoranej ziemii, wapna nawozowego i okazjonalnie obornika, muskajac zmysły i nozdrza (głównie nozdrza) aromatem wsi spokojnej, wsi wesołej, wsi głównie bezrobotnej i nieco opustoszałej.

W tak pięknych okolicznościach przyrody, drogą wijącą się pośród polodowcowych wzgórz w zakamarkach których usadowiły się mniejsze i większe jeziora, dotarliśmy do kolejnej tego dnia drogi dla rowerów - do fragmentu Starego Kolejowego Szlaku, którego asfaltowa nić wiła się przez pola między Świdwinem a Połczynem.

Odbijając dalej ja północ, dotarliśmy do ostatniego tego dnia punktu gastronomicznego, którym dla odmiany była kolejna Żabka mieszcząca się w kolejnym tego dnia odwiedzonym przez nas zapadłym miasteczku, jakie odwiedziliśmy - w Rąbinie.

Dalej, nadal korzystając ze sprawnie wytyczonego na mapie Starego Kolejowego Szlaku, który tym razem dzieliliśmy wespół z samochodami, dotarliśmy do Białogardu, który to, będąc przedostatnim niemal już całkowicie zapomnianym przez Bogów i wojewodów miasteczkiem, uraczył nas swoim dualizmem infrastrukturalnym. Oto bowiem nitka drogi dla rowerów odbijająca w kierunku Koszalina, przygotowana, zaplanowana i wykonana przyzwoicie miesza się z żartem jakim są ciagi pieszo-rowerowe biegnące pośród dziurawych ulic i ropiejących już wstępnie ruder. Ciągi owe, byle jakie i na opierdol wykonane głównie z gównolitu i łez pedalarzy szosowych zaczynają się i kończą w losowych miejscach, posiadają najazdy powodujące wzmożony ruch u lokalnych stomatologów i z jakiegoś powodu, są oczkiem w głowie lokalnych władz posiadających ewidentny niedowład umysłowy. Nic to, jakoś przejechaliśmy.

Do Miasta nad Dzierżęcinką, zwanym dalej dla niepoznaki Koszalinem, który od Białogardu różni się nie tylko rozmiarem ale też nazwą, wtoczyliśmy się w okolicach Wieczorynki, podróż swą zaczynając około osiem godzin przed Teleexpressem i nieco na ostatniej prostej poprawiając średnią.

Odhaczyłem jedną gminę, zjadłem jedno latające, włochate coś i rogalika.

*wspomniałem o nim raz, nie podając jednak nazwy.

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Osobistość0piorunów

Tak. To ja uznałem, że to wystarczy do przyznania osiągnięcia

Walnij imperialną setkę! (sierpień)*

Dokumentalista (75 zdjęć)*

---

Listę swoich osiągnięć możesz zobaczyć na hejtostats

A jeśli masz dosyć Marvina marudzącego pod Twoimi postami, to możesz mu w ustawieniach powiedzieć, żeby się odczepił.

GURU

w Hydepark

19piorunów

Uwaga, będzie trochę seksistowsko.

Wczoraj z samego rana zadzwoniła do mnie dziewczyna z mocnym azjatyckim akcentem i zapytała, czy jesteśmy w stanie przewieźć dwa rowery z hostelu położonego wysoko w górach, z dość trudnym dojazdem, na stację kolejową w Windermere. Odpowiedziałem, że nie ma problemu i podałem orientacyjną cenę.Po około 10 godzinach, kiedy byłem już praktycznie w drodze do domu, odezwała się ponownie. Chciała zamówić kurs na następny poranek. Traf chciał, że był to Bank Holiday, więc dzień, kiedy wielu kierowców liczy wyższe stawki.Przez prawie godzinę wymienialiśmy SMS-y, ustalając wszystkie szczegóły: skąd, dokąd, o której godzinie, ile osób, ile bagażu i oczywiście cenę. W międzyczasie okazało się, że nie chodzi o dwie osoby i dwa rowery, tylko o cztery osoby i cztery rowery.Powiedziałem, że nie ma problemu. Zabiorę bagażnik rowerowy na hak, jeden rower pojedzie w samochodzie, a trzy na bagażniku.Dopytałem jeszcze, czy są to zwykłe rowery, czy może damskie. Odpowiedziała, że zwykłe. Zapytałem również, czy na pewno nie są elektryczne. Też usłyszałem, że nie. Na koniec wysłała mi zdjęcie jednego srebrnego roweru Marin, który wyglądał całkowicie normalnie.Dojazd do hostelu zajął mi około godziny.Na miejscu okazało się, że tylko jeden rower był taki, jak na zdjęciu. Pozostałe trzy były mocno stylizowane na rowery downhillowe – z bardzo nietypową geometrią ramy. Były tak skonstruowane, że nie dało się ich zamontować na moim bagażniku rowerowym.Skończyło się na tym, że trzeba było zdjąć przednie koła, złożyć siedzenia w samochodzie i zapakować do środka trzy rowery oraz jednego pasażera. Czwarty rower pojechał na bagażniku z tyłu.Na szczęście na wszelki wypadek zabrałem ze sobą skrzynkę z narzędziami, bo pani nawet nie wiedziała, czy w tych rowerach da się zdjąć koła ani czy mają do tego odpowiednie narzędzia.Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Klienci zrozumieli sytuację, zapłacili wcześniej ustaloną kwotę, a pozostali pasażerowie pojechali drugą taksówką.Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że wszyscy podobno pracują na uniwersytecie w Leeds albo w Yorku, więc można by się spodziewać, że będą bardziej precyzyjni przy odpowiadaniu na tak proste pytania.
Wystarczyłoby od razu wysłać zdjęcia wszystkich rowerów albo dokładnie opisać, co się przewozi. Oszczędziłoby to sporo kombinowania i stresu po obu stronach.
Tak wygląda kolejny dzień w życiu taksówkarza.

Tytan0piorunów

Już ten post kiedyś czytałem

GURU1piorunów

@Zapster wtedy były 3 rowery i 2 Azjatki. Tutaj były 2 pary z Indii.
Wtedy pojechałem prosto z ulicy, tutaj byłem przygotowany (bardziej mniej niż więcej)
Wtedy mój operator pojebal, co często mu się zdarza, 3 bikes z 3 bags.

Autorytet1piorunów

@Taxidriver jak zobaczyłem te rowery z tyłu to przypomniało mi się jak znajomy był w Holandii i chciał sprowadzić rower bez zgody właściciela i auto mu padło w tunelu na mieście i po 5 minutach Policja podjechała go asekurować 😅

Pokaż więcej komentarzy (4)