Tytuł ten był jednym z najdłużej oczekujących na swoją szansę z mojej długiej półki na której znajduje się wyłącznie twórczość Kinga - opis z okładki jakoś mnie nie porwał. Okazało się, że powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce"pasuje tutaj jak ulał bo "Łowca snów"okazał się jedną z lepszych książek tego autora jaką przeczytałem (a zaliczyłem już zdecydowaną większość). Może nie jest to ścisła czołówka, ale plasuje się tuż za nią. Mamy tutaj autentycznych, "krwistych" bohaterów z bogatym tłem historycznym i psychologicznym oraz dużo "siedzenia w ich głowie", całkiem zaskakujące zwroty akcji, ciekawego złola a pomimo tego, że King tak jak lubi meandruje po wspomnieniach i przemyśleniach (w pozytywny sposób) to akcja i tak toczy się wartko i nie przynudza.
Pomimo tego, że to spora cegła (ale w zasadzie wszystkie moje ulubione książki Kinga to cegły) to czyta się szybko i przyjemnie. Z czystym sumieniem polecam.
Motyw pętli czasowej nie jest w literaturze niczym nowym, ale uważam, że można z niego wyciągnąć jeszcze więcej. Szczególnie jeśli zamiast kolejnej historii o ratowaniu świata dostajemy opowieść o codzienności człowieka, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości pozbawionej jutra.
Główna bohaterka, Tara Selter, odkrywa, że czas przestał dla niej płynąć w normalny sposób. Kalendarz nieubłaganie wskazuje 18 listopada. Każdego ranka budzi się w tym samym dniu, ludzie wykonują te same czynności i prowadzą te same rozmowy, podczas gdy dla niej mijają kolejne tygodnie i miesiące.
Co ciekawe, Tary w ogóle nie powinno być tego dnia w domu. Zgodnie z pierwotnym przebiegiem wydarzeń miała nadal przebywać w delegacji w Paryżu. Jej wcześniejszy powrót sprawia więc, że znajduje się w miejscu, w którym nikt się jej nie spodziewa. Początkowo wydaje się to mało istotnym szczegółem, ale z czasem okazuje się jednym z najciekawszych elementów całej historii. Tara zyskuje ogromną swobodę działania – może pozostać niezauważona, ingerować w wydarzenia, wybierać inne miejsca i spotkania, a następnie obserwować, jak zmieniają się konsekwencje jej decyzji. Jeden dzień staje się punktem wyjścia dla niezliczonych alternatywnych scenariuszy, a każda podjęta decyzja otwiera kolejne gałęzie wydarzeń, których w normalnym życiu nigdy nie miałaby okazji poznać.
Najciekawsze jest obserwowanie, jak Tara stopniowo odnajduje się w tej sytuacji. Początkowo próbuje przekonać męża, że naprawdę utknęła w czasie. Opowiada mu o swoich doświadczeniach, rozrysowuje schematy, przewiduje wydarzenia i szuka zrozumiena. Problem w tym, że dla niego każda rozmowa jest pierwszą, podczas gdy ona przeprowadzała ją już wielokrotnie. Później próbuje dzielić się swoją historią również z innymi, aż w końcu dochodzi do wniosku, że być może nie musi już nikomu niczego udowadniać.
Ta ewolucja od desperackiej potrzeby bycia wysłuchaną do stopniowej akceptacji samotności jest dla mnie najmocniejszym elementem książki.
Sama Tara jest też dość wnikliwą bohaterką, bo zauważa np.: że produkty i jedzenie, które zużywa i zjada, się nie odnawiają i znikają ze sklepowych półek, ale nikt ich nie uzupełnia, bo w wersji historii bez niej, nie ma takiej potrzeby.
Podoba mi się filozoficzny wymiar książki:
* Co oznacza upływ czasu, jeśli tylko jedna osoba go doświadcza?
* Czy można budować relacje, kiedy druga strona nie pamięta wspólnych przeżyć?
* Czy wieczność zamknięta w jednym dniu jest darem, czy przekleństwem?
* Czy przeżywanie tego samego dnia jest realnie przeżywaniem tego samego dnia, jeśli bohaterka może go przeżywać na tysiące różnych sposobów?
* Czy robiąc to samo, dzień w dzień, idąc do pracy, pracując, wracając z niej, gotując i śpiąc, nie jesteśmy również zamknięci w takiej pętli, tylko może tygodniowej a nie dziennej?
* Czy w końcu jedna osoba zużywająca zasoby świata samotnie, nie będzie w stanie go pogrążyć i zniszczyć?
Problem w tym, że mam poczucie niewykorzystanego potencjału. Rozumiem, że niespieszne tempo i powtarzalność są świadomym zabiegiem autorki, ale momentami miałem wrażenie, że zamiast rozwijać kolejne konsekwencje życia w pętli, Balle zbyt długo zatrzymuje się przy tych samych obserwacjach. Jestem w stanie zrozumieć zagubienie bohaterki, bo w końcu jest to nietypowe wydarzenie, ale czasami autorka pędzie z jednymi tematami, żeby nad innymi się zbyt długo rozwodzić.
Nie pomaga również sposób wydawania cyklu przez WP. Kolejne tomy ukazujące się w odstępach miesiąca czy dwóch sprawiają, że historia zostaje podzielona na fragmenty, które trudno traktować jako samodzielne książki. A może nawet nie powinny być tak traktowane i oceniane. Pierwszy tom odbieram bardziej jako rozbudowane wprowadzenie niż pełnoprawną opowieść. Mogę tylko zgadywać, że każda kolejna książka to również będzie pełny rok (365 dni) Tary w tym dziwnym świecie. Przy tak powolnej narracji zdecydowanie wolałbym przeczytać większą część cyklu bez przerw, jeśli nie całość 6 tomów zamkniętą w 1.
"O objętości czasu" ma świetny punkt wyjścia, ciekawą bohaterkę i sporo interesujących refleksji nad samotnością, przemijaniem i sensem codzienności. Jednak po pierwszym tomie bardziej fascynuje mnie to, co jeszcze można zrobić z tym pomysłem, niż to, co autorka rzeczywiście zdecydowała się opowiedzieć.
Jestem ciekaw dalszych losów Tary, ale na razie pozostaję z poczuciem niedosytu.
Bardzo podoba mi się okładka, mega pasuje do treści po przeczytaniu, choć początkowo mi nie siedziała.
EDIT: edytowałem tą recenzję już tyle razy, że nie gwarantuję, że przeczytaliście to samo xD** Ostani EDIT:** Zachęcam do lektury jeszcze raz ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
@WujekAlien brzmi ciekawie, uwielbiam wszystkie zabiegi związane z czasowymi anomaliami. I weź mi wytłumacz jak głupiemu ten temat z jedzeniem. Bierze jakąś szamę z półki w drugiej pętli i w trzeciej tej rzeczy tam nie ma, tak? To że się nie odnawia, to jeszcze rozumiem (prawo zachowania energii), ale że pracownicy tego nie uzupełniają? To co, po jakimś czasie sklep bedzie pusty, ale nikt nie będzie widział w tym problemu? Czy coś źle zrozumiałem?
@Cerber108 w dużym skrócie tak: idzie do sklepu spożywczego i sprzedawcy codziennie wykładają te same produkty w te same miejsca, więc jeśli dziś "kupi" 10 pomidorów, z łacznie 20 na półce w sklepie, to jutro sprzedawca ich nie uzupełni, bo codziennie wykłada np. 5 i kładzie je w te same miejsca. Dlatego zaczyna biegać po róznych sklepach. Mężowi też opierdzieliła grządkę warzyw, więc zamiast zjeść z własnego ogródka, chłop musi iść do sklepu.
@Cerber108 albo inaczej, całe miasto zaczyna dzień z pewnego punktu, który jest zależny od tego, co było na liście do zrobienia po poprzednim dniu (między 17 a 18 listopada). Jeśli ktoś miał zanieść listy na pocztę, to każdego dnia je zanosi, stoi w tej samem kolejce z tymi samymi ludźmi. Sprzedawca w sklepie ma X produktów do wyłożenia na półki, niezależnie od tego ile ich na półce obecnie jest. Dlatego jeśli Tara coś namiesza, kupi, zje, zrobi, to traci na tym całe miasto, bo punkt wyjścia i tego, co miasto robi dnia 18 listopada jest zawsze taki sam, niezależnie od tego, co ona sama zrobiła w poprzedniej iteracji 18 listopada.
W skali 1 dnia, to pryszcz, ale w 1 tomie ona przeżywa 366 iteracji 18 listopada 😉
Po "Carrie" sięgnąłem trochę z ciekawości, a trochę w ramach przygotowania do obejrzenia serialowej adaptacji na Prime Video. W końcu to debiutancka powieść Stephena Kinga, książka, od której zaczęła się jego wielka kariera, a jednocześnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych historii w dorobku autora. I choć rozumiem, dlaczego zdobyła taki status, po lekturze pozostał mi spory niedosyt. Z resztą nie tylko po lekturze tej pozycji autora, bo mam wrażenie, że do tej pory, po za "Dallas 63", "To", "Pod kopułą", czy serią z panem Mercedesem, to mnie za mocno nie kupił.
Fabularnie:
Carrie White jest nastolatką wychowywaną przez fanatycznie religijną matkę, która właściwie od dziecka przekonuje ją, że wszystko, co związane z cielesnością i kobiecością, jest grzeszne. W szkole dziewczyna również nie ma łatwego życia. Wyśmiewana, poniżana i odrzucana przez rówieśników, staje się idealnym celem kolejnych okrutnych żartów. Jest jednak coś, co odróżnia ją od innych - posiada zdolności telekinetyczne, które stopniowo zaczynają się rozwijać, szczególnie pod wpływem silnych emocji.
I właśnie tutaj zaczyna się mój największy problem z tą książką.
Poznajemy Carrie właściwie z każdej możliwej strony, tylko zdecydowanie za rzadko za sprawą jej samej.
King buduje historię poprzez relacje innych bohaterów, fragmenty książek, artykułów, raportów i wspomnień dotyczących wydarzeń, które doprowadziły do tragedii. Zazwyczaj taki zabieg narracyjny, pozwalający spojrzeć na tę samą historię z różnych perspektyw, mi się podoba, ale tu jakoś średnio mi pasował. Dzięki niemu wiemy, jak Carrie postrzegają koleżanki, nauczyciele, matka czy ludzie próbujący później zrozumieć, co właściwie się wydarzyło.
Ale mnie najbardziej interesowała właśnie ona.
Chciałem zdecydowanie więcej czasu spędzić w jej głowie. Zrozumieć, co czuje, kiedy odkrywa, że potrafi robić rzeczy niemożliwe dla innych nastolatków. Czy traktuje swoje zdolności jak przekleństwo, czy może po raz pierwszy w życiu dostrzega w sobie coś wyjątkowego? Czy świadomość posiadania takiej mocy daje jej poczucie kontroli nad własnym życiem? Czy zaczyna rozumieć, że jest inna nie tylko dlatego, że nikt jej nie lubi i nie kocha, ale również dlatego, że naprawdę posiada coś, czego inni nie mają? Kolejnym aspketem jest długość książki, King przyzwyczaił mnie do książek 800-1000 stronicowych, a tu nagle kończę czytać książkę, w momencie, w którym większość innych jego dzieł się dopiero zaczyna rozkręcać.
Niestety nie przekonała mnie do siebie ta historia. Mam nadzieję, że serial naprawi błędy i pokaże, że da się naprawić pierwowzór. A jedną taką ekranizację Kinga mamy już za sobą i jest to "Skazani na Shawshank" na podstawie króciutkiej nowelki.
@WujekAlien ja osobiśnie nie odczułem braku jej perspektywy. Jestem zdania, że nawet lepszym rozwiązaniem jest poznawanie Carrie z niechlubnych perspektyw i wypaczonych przekazów. Solidna książka jak dla mnie.
Cóż.. moim błędem było to, że przed przeczytaniem, nastawiłem się na to, że to będzie jakiś drugi Hogwart, mam "urazy" z dzieciństwa po Harrym Potterze i tutaj często szukałem podobieństwa do tamtej serii, której tutaj nie było i niekiedy mi to przeszkadzało, choć byłem świadom, że wcale tego tutaj nie musi być. Gdzieś też przeczytałem, że ta książka to takie Igrzyska Śmierci, ale magiczne, więc też moja głowa zaczęła tego szukać podczas czytania i nie znalazła. Jednak była to bardzo przyjemna książka, taka do poczilowania, bohaterka bardzo fajna i charakterna, polubiłem ją. Czytając trochę miałem wrażenie, ze ta szkoła, choć wielka to opisana jest tak, że się czuje ciasnote jej, brakowało mi większego rozpisania przestrzeni i przez to wydaje mi się klimat byłby trochę lepiej wyczuwalny, poza tym trochę moim zdaniem powtarzalni ci złowrodzy. Mam nadzieję, ze druga książka pod tymi względami trochę rozszerzy się opisami i pomysłami, ale ogólnie miło się bawiłem i relaksowałem czytając, takie to spokojne.
“And so the world ends thus, not in defiance, but in madness”
VI część cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra
Jaghatai Khan zmęczony wojną defensywną i licznymi niepowodzeniami opracowuje śmiały plan kontrataku. Osią wydarzeń jest ciąg dalszy konfliktu Białych Szram z Gwardią Śmierci, ale poza tym książka zawiera jeszcze mnóstwo innych wątków pobocznych.
Chris Wraight ma relatywnie lekkie pióro i nie stosuje takiej pompy i teatralności jak Dan Abnett czy Aaron Dembski-Bowden. W związku z tym, podobnie jak wcześniej “Szramy”, tak też i “Warhawka” czytało mi się przyjemnie niczym powieść przygodową, tylko tym razem zgodnie z cechą gatunkową nasyconą licznymi scenami walk, zarówno wojsk pancernych, piechoty, jak i indywidualnych pojedynków. W tej ostatniej kategorii, oprócz starcia dwóch prymarchów, książka zawiera też genialną konfrontację dwóch prawdopodobnie najpotężniejszych astartes uniwersum .
Bardzo ciekawie poprowadzona została ewolucja postaci, w szczególności Sigismunda i Caipha Morarga. Pierwszy trzymany dotąd przez Dorna na krótkiej smyczy zostaje z niej w końcu spuszczony. Drugi z troską obserwuje zmiany zachodzące w XIV Legionie.
Dodatkowo autor zastosował ciekawą zabawę, w której każde zdanie otwierające rozdział nawiązuje do zdania kończącego rozdział poprzedni, nawet jeśli dotyczy zupełnie innego wątku.
@ErwinoRommelo ta postać jest tak totalnie antypatyczna jak to tylko możliwe. Kor Phaeron też. Co ogólnie jest rzadkością, bo seria jest tak napisana, żeby dało się sympatyzować albo przynajmniej zrozumieć motywacje nawet typków pokroju Sevatara czy Kharna
@saradonin_redux caly 17sty legion to zjeb na zjebie, zauwaz jak duzy wplyw na fabule ma wlasnie to ze mozna zrozumiec motywacje postaci, w teori tyranidy powinny juz dawno wszystko zjesc, ale tak sie nigdy nie stanie bo nieda sie o tym napisac ksiazki tak zeby byla fajna do czytania.
Przyznam, że do "Strażnika" podchodziłem z pewnymi obawami. W końcu to 25. tom przygód Jacka Reachera i jednocześnie początek pisarskiej współpracy Lee Childa z jego młodszym bratem Andrew. Zmiana autora w tak długiej i lubianej przeze mnie serii mogła oznaczać początek jej końca. Na szczęście moje obawy okazały się kompletnie nietrafione. Co więcej, to jeden z najlepszych tomów trzeciej dziesiątki przygód Reachera, a być może nawet lepszy od wielu książek z poprzednich dziesięciu.
Fabularnie otrzymujemy motyw bardzo podobny do tego z 24. tomu, w którym Reacher pomagał starszemu małżeństwu. Tym razem na jego drodze staje Rusty Rutherford, informatyk pracujący dla miejskiego urzędu, który po ataku ransomware zostaje obarczony odpowiedzialnością za katastrofę. Problem w tym, że wcześniej wielokrotnie ostrzegał przełożonych przed lukami w zabezpieczeniach, ale jego uwagi były konsekwentnie ignorowane.
Jak to zwykle bywa, kiedy dochodzi do katastrofy, najłatwiej znaleźć winnego w osobie, która od dawna próbowała jej zapobiec.
Na tym jednak problemy Rutherforda się nie kończą. Informatykiem zaczynają interesować się dwie rywalizujące ze sobą grupy, a Reacher, który przypadkowo zostaje wciągnięty w całą sprawę, postanawia mu pomóc. Z czasem okazuje się, że na serwerach urzędu znajdowało się coś znacznie cenniejszego niż nudne dane mieszkańców. Tytułowy "Strażnik" to aplikacja, którą bardzo chętnie przejęliby rosjanie, a stawka całej rozgrywki szybko zaczyna wykraczać poza problemy jednego niesłusznie oskarżonego informatyka.
I właśnie tutaj Reacher robi to, co potrafi najlepiej. Staje pomiędzy człowiekiem potrzebującym pomocy, a ludźmi, którzy przekonani o swojej wyższości i sile chcą go wyeliminować. Bardzo podoba mi się ten motyw. Reacher nie potrzebuje wielkiego powodu, żeby zaangażować się w cudze problemy. Wystarczy, że widzi niesprawiedliwość, kogoś słabszego i przeciwników przekonanych o własnej bezkarności. Nie interesują go procedury, polityczne konsekwencje ani to, czy powinien mieszać się w sprawy, które go nie dotyczą.
Childowie łączą klasyczną formułę serii z zagrożeniami związanymi z cyberbezpieczeństwem. Ransomware, zaniedbania organizacyjne, ignorowanie ostrzeżeń specjalistów i poszukiwanie kozła ofiarnego po incydencie to tematy, które bardzo trafiają w moje serduszko i tym chętniej o nich czytałem.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak dla mnie sama współpraca braci Childów. Obawiałem się, że Andrew spróbuje na siłę zmienić bohatera, nadać mu nowy charakter, albo że książka straci ten specyficzny rytm, do którego przyzwyczaił mnie Lee. Może pojawił się tu na chwilę motyw muzyczny, ale też był związanych z próbą ochrony słabszych. To jednak Reacher nadal jest Reacherem. Spostrzegawczym, bezkompromisowym, technologicznie zacofanym, momentami absurdalnie skutecznym i przekonanym, że większość problemów można rozwiązać, jeśli odpowiednio dobrze zrozumie się sytuację, a następnie podejmie właściwe działania. Przy czym większość działań w jego wykonaniu, to skutecznie i praktycznie egzekwowana perswazja manualna, po której przeciwnicy akceptują argumenty i idą w drzemkę lub pospiesznie się oddalają.
Strażnik nie jest pozbawiony typowych dla serii uproszczeń. Reacher nadal potrafi wyjść cało z sytuacji, które dla zwykłego człowieka skończyłyby się tragicznie, a przeciwnicy nie zawsze wykazują się inteligencją proporcjonalną do zagrożenia, jakie mają stanowić. Ale po 25 tomach trudno traktować to jako zaskoczenie. To część konwencji, którą albo się akceptuje, albo dawno temu przestało się czytać tę serię. Ja nie przestałem i w pełni to akceptuję.
Dla mnie najważniejsze jest to, że po raz kolejny dostałem dokładnie takiego Reachera, jakiego lubię najbardziej. Człowieka, który miał po prostu przejść przez kolejne miasto, ale przypadkiem znalazł się w samym środku problemów kogoś, komu nikt inny nie chciał pomóc. Ja to kupiłem wiele tomów temu i kupuję nadal.
Tom, jak większość w tej serii, można czytać osobno, bez znajomości fabuły poprzednich tomów, choć tu mam wrażenie, że bardzo niewiele jest nawiązań do samego Reachera, chociażby jego cech fizycznych. Albo mi się nie rzuciło w oczy, albo nie było wzmianki o wzroście, wadze, braku drugiego imienia, czy przeszłości wojskowej.
Chyba zacznę znowu. Dojechałem do tego tomu, który jest teraz zekranizowany w serialu (nie oglądałem) i odstawiłem.
Najgorzej, że kompletnie nie zapamiętuję książek, seriali czy gier. Z jednej strony mogę czytać parę razy i się nie nudzę (czytam teraz trylogię husycką chyba trzeci raz i co chwilę mam: aaa to tak to było!) z drugiej np. jest teraz drugi sezon Strefy Gangsterów i muszę obejrzeć pierwszy bo nie pamiętam, tylko ogólny zarys fabuły.
@Ravm z serialu Reacher na Prime sezony odpowiadają książkom: - S1 - tom 1, - S2 - tom 11, - S3 - tom 7, - S4 - tom 13,
Filmy: - Jednym strzałem - tom 8, - Nigdy nie wracaj - tom 18
Serię bardzo polecam, dużą zaletą jest to, że można je czytać w dowolnej kolejności. Zerknij na inne moje recenzje tej serii i wybierz sobie ten tom, który fabularnie Ci najbardziej pasuje, a może Cię przekona do powrotu.
Jan Zumbach - człowiek który przeżył kilka ludzkich żywotów. Pilot, dowódca, przemytnik i najemnik. Są przynudnawe wątki, ale ogólnie w sposób sprawny i interesujący opisuje swój żywot, od dzieciństwa, przez naukę latania, wrzesień 1939, ucieczkę przez pół świata do Wielkiej Brytanii, gdzie podczas Bitwy o Anglię został podpułkownikiem i dowódcą Dywizjonu 303. Następnie opisuje swoją karierę przemytniczą oraz walki w roli najemnika w wojnach o niepodlegość Biafry i Katangi.
Mustafa Kemal. Mąż stanu, bohater i symbol, który sam siebie kazał nazywać "Atatürk", czyli "Ojciec Turków". I nie jest to określenie na wyrost, gdyż stworzył on Turcję od podstaw. Jego osoba jest przedmiotem żywego do dzisiaj w tym kraju kultu, widocznego niemal na każdym kroku.
Mustafa urodził się w 1881 roku w kupieckiej rodzinie w Salonikach, której korzenie według różnych źródeł sięgają do Bośni lub Albanii. Od młodości związany z wojskiem, najpierw przez szkołę wojskową gdzie otrzymał drugie imię Kemal ("Dokonałość"), a następnie przez karierę w armii. Już w okresie szkolnym angażował się w działalność ruchów młodotureckich i antymonarchistycznych, czego skutkiem było zesłanie do Syrii. Przed I wojną światową uczestniczył w działaniach zbrojnych na terenie Imperium Osmańskiego, ale dopiero wybuch Wielkiej Wojny i walki o półwysep Gallipoli przyniosły mu sławę. Po zakończeniu wojny sprzeciwił się niekorzystnym warunkom pokoju narzuconym przez mocarstwa zachodnie i jawnie zbuntował się przeciwko władzom w Stambule, czego konsekwencją była tzw. wojna o niepodległość. Przeprowadził także zwycięską kontrofensywę przeciw Grecji, której ukoronowaniem było wyzwolenie Smyrny/Izmiru. Po podpisaniu porozumień pokojowych objął przywództwo kraju i przystąpił do bardzo głębokich reform społecznych, politycznych i religijnych, nie bojąc przy tym korzystać z metod iście dyktatorskich. Zmarł w 1938 roku.
Postacią Atatürka, mimo że już wcześniej mi nieobcą, zainteresowałem się mocniej w czasie wakacji w Turcji, czego skutkiem był zakup niniejszej pozycji. Niestety aktualna oferta rynku wydawniczego w Polsce nie rozpieszcza w tym temacie.
Omawiana książka nie jest typowo naukowym opracowaniem. Jest to raczej opowieść o człowieku i o wydarzeniach które go dotyczyły, dzięki czemu czyta się ją bardzo dobrze i szybko. Tworzy ona bogaty w detale zarys postaci, który można potem poszerzać dzięki bogatej bibliografii którą przytacza. Została ona napisana pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, ale nie jest to odczuwalne. Zdecydowaniem polecam miłośnikom historii i Turcji.
Wydanie z serii "Fantastyka-Przygoda" Iskier podzielone jest na dwa tomy. Pierwszy to głównie przedstawienie planety Arrakis i status-quo w 24 tysiącleciu. Fabularnie bardzo mnie wynudził, składa się głównie z dworskich intryg, spiskowania i zastanawiania się co ktoś powiedział czy zrobił i co to mogło znaczyć. Tom drugi rozpoczynający się wydaje się być dużo ciekawszy. Mamy w końcu pustynię, Fremenów z ich arcyciekawym wyposażeniem, no i w końcu pojawia się jakaś akcja, choć bardzo rozwleczona. Całość zamykają sążniste dodatki opisujące szczegółowo ekologię czy religię Diuny a także terminologia Imperium, w której znajdziemy odpowiedzi w razie niejasności.
Niestety, nie podeszła mi ta książka. Doceniam stworzenie niesamowicie rozbudowanego uniwersum, z własną religią, polityką i ekonomią, ale, no kurczę, jakoś ciężko mi się to czytało. Nie mogłem zupełnie się na niej skupić, myśli odpływały co chwilę. Postacie irytujące, sztuczne i pompatyczne, akcja rozwleczona i prowadzona jakoś tak maksymalnie zawile. Masa słów ale mało treści. Wkurzała mnie też ta cała pseudo-arabska otoczka i przeskoki fabularne (np. ) A gdy po raz tysięczny autor wstawiał te cytaty z zapisków księżniczki Irulan czy innych mądrych ksiąg miałem ochotę zgrzytać zębami. Moim zdaniem nic nie wnoszą do fabuły a tylko wybijają z rytmu. Poza tym, całe te dworskie intrygi, królowie i książęta czy walki na noże gryzą mi się ze światem przyszłości, ale czuję klimat, taki mariaż SF i fantasy. Cóż, może #niepopularnaopinia, ale mit Diuny upadł w moich oczach. Jak dla mnie Herbert stworzył genialny świat ale jak to mówią w korpo "nie dowiózł projektu" xD. Męczyłem ją ponad miesiąc i nie zamierzam raczej do niej wracać, a już tym bardziej nie sięgnę po kolejne tomy sądząc po recenzjach na tagu :smiley:
Kolejna świetna książka wpadła. Choć sam początek mocno średni - o mało co nie zrezygnowałem. Całe szczęście bo potem stopniowa akcja narastała a Rzadko się zdarza bym zarwał noc na dokończenie książki - ostatnie 40% wciągało i to mocno.
Zaskoczył mnie powód dla którego postanowił ścigać Roschmanna.
@Herr_Tygrysek Lubie Forsytha, choć wyjątkowo trudno teraz dorwać jego książki legalnie, bo prawie żaden z abonamentów ich nie ma, a ostatnie co się pojawiło to był chyba "Fox".
Dopiero po przeczytaniu tej książki, sprawdziłam, kim jest autor (dziennikarzem), co wyjaśniło wiele rzeczy. Przede wszystkim tą, dlaczego książka sprawia wrażenie bardzo chaotycznej, gdy spodziewałam się jakiegoś opracowania naukowego. Książki pisane przez historyków, archeologów są dużo bardziej uporządkowane i skrupulatne. Nawet jeśli autorzy pozwalają sobie na jakieś gdybanie, fantazję, własne opinie i przemyślenia, wyraźnie oddzielają to od faktów - źródeł pisanych, znalezisk.
Książka miała być o Nowogrodzie Wielkim, ale mamy w zasadzie przelecianą całą historię Rusi. Jest sporo ciekawostek, o których nie słyszałam, niemniej od typowej książki naukowej leży daleko. Bardziej to historia, beletrystyka, fakty, opinie i światopogląd pomieszane ze sobą.
Rok 1999, koniec wieku XX to czas, kiedy wydawało się, że Rosja jest na dobrej drodze do transformacji, jaką przeszły wszystkie post-sowieckie kraje. Pierwsza wojna w Czeczenii została przegrana, jej mieszkańcom pozwolono na niepodległość, a wszystko to, co dziś widzimy - imperialne zapędy, nie liczenie się z nikim i niczym, nawet własnymi obywatelami - wydawały się częścią minionej historii. Czy już wtedy w Rosji dominowały nastroje, które wyniosły do władzy Putina? Czy autor, utrzymujący kontakty z Rosjanami, widział i czuł, co nadciąga? W książce tej zwraca się do Rosjan, jakby chcąc wskazać im, że ich historia nie zawsze toczyła się i nie musi się toczyć po ścieżce wyznaczonej przez urojenia moskiewskich carów. Że, jako spadkobiercy Rusi, mają też inną przeszłość, z której mogą być dumni i ją kontynuwać. Przeszłość najstarszej słowiańskiej metropolii, demokratycznej kupieckiej republiki. Czy Putin jest złowrogim despotą, który trzyma pod butem zniewolony naród rosyjski, czy jest produktem oczekiwań tego narodu? Dziś coraz bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. I myśli, że pewien nagłówek na pierwszej stronie wszystkich gazet - na który wszyscy czekamy, niczego nie zmieni. Putin jest jak grzyb, będący wytworem grzybni spowijającej pod ziemią całe połacie lasu. Grzybni, którą są imperialne ambicje jego obywateli.
Najważniejszymi ośrodkami na Rusi w czasach tuż sprzed powstania Cesarstwa Rosyjskiego, istniejącymi od najwcześniej spisanej historii, był Nowogród Wielki oraz Kijów. Miasta te były już kwitnącymi, ludnymi metropoliami na długo przed tym, jak powstała Moskwa. Miasta, które gdyby oparły się Moskwie pozostały stolicami Rusi - cała późniejsza historia mogłaby wyglądać inaczej. Miasta, których niezależne istnienie było poważną przeszkodą w koncepcji, w której to prowincjonalna Moskwa miała przejąć rolę "zjednoczenia całej Rusi" pod swoim przewodnictwem.
Nowogród Wielki wolał być lennem Wielkiego Księstwa Litewskiego niż Moskwy. I srogo za to zapłacił.
"Na przełomie 1569 i 1570 roku siły Iwana Groźnego zdobywały i niszczyły miasta na drodze z Moskwy do Nowogrodu. Po dotarciu na miejsce 2 stycznia oddziały opryczniny zaczęły otaczać miasto wysokimi drewnianymi murami, by uniemożliwić zeń ucieczkę. Następnie opricznicy pozamykali cerkwie i klasztory, by nikt nie mógł schronić się w świętych miejscach. W końcu 9 stycznia car nakazał rozpoczęcie rzezi ludności miasta. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, chwytano i spędzano dziesiątkami lub setkami tysiące osób (mężczyzn, kobiety i dzieci), które następnie brutalnie torturowano i mordowano na oczach cara i jego syna carewicza Iwana Iwanowicza. Potem, martwych bądź żywych, przywiązywano do sań i wleczono nad rzekę Wołchow, gdzie topiono w specjalnie wykutych przeręblach. Wciąż żywym próbującym się wydostać z lodowatej wody, rozbijano toporami głowy lub odrąbywano dłonie. Skuta lodem powłoka rzeki zaczerwieniła się od krwi."
Idioci usiłują się dogadywać z Putinem, sądząc naiwnie, że zadowolą go jakieś "deale", że dadzą mu zarobić hajs i wycofa się z wojny, że mają dla niego znaczenie jakieś zyski, miliardy, skarby, złoto, pieniądze. Ten człowiek ma więcej pieniędzy, niż jest w stanie kiedykolwiek przeżreć, ma wszystko czego zapragnie. Jeśli nie spędza każdego dnia z setką luksusowych prostytutek rozjeżdżając ludzi autem ze złota, to wyłącznie dlatego, że nie ma na to ochoty, a nie z powodu braku funduszy. Oprócz jednej rzeczy, na której tylko mu zależy i dla której, jak Iwan Groźny, jest w stanie poświęcić wszystko - każde pieniądze, miliony ludzkich żyć, gospodarkę kraju. Dla której jest w stanie kłamać, oszukiwać i dokonać każdej zbrodni.
Kijów.
Bo wie, że jeśli go zdobędzie, to historia oceni go łaskawie - będzie wychwalany jako wielki wódz i zwycięzca. 71% Rosjan uważa Iwana Groźnego za dobrego władcę. Typa, który wymordował całą metropolię i zamordował w napadzie szału własnego syna. Który zostawił kraj w nędzy i ruinie, pogrążony w domowych wojnach.
O Boże, jaka dziwna książka. To nawet nie jest kryminał – skłaniałbym się raczej do stwierdzenia, że to przede wszystkim dramat. Dwie przeplatające się linie czasowe: jedna rozgrywa się na Ziemiach Odzyskanych świeżo po wojnie, druga również w Jeleniej Górze, ale w czasach współczesnych, gdzie nikt już nie traktuje tego miasta jako czegoś obcego.
Fabuła nie jest rewolucyjna, a sama zagadka kryminalna niezbyt skomplikowana, ale no właśnie... Książka traktuje o ogromnej powojennej niesprawiedliwości i jest niezwykle autentyczna w tym, co opowiada. Słucha się tego naprawdę ciężko i powiedziałbym, że wręcz depresyjnie. Niby to tylko książka, a wywołuje autentyczne emocje. Stąd jednak ocena 7, a nie 6. Może i nie było to nic odkrywczego, ale główny motyw okazuje się tak niewygodny, że powieść awansuje o oczko w górę. Fajna pozycja – zgłębiłem ją w ramach czytania książek górskich i szczerze polecam, jeśli ktoś lubi Karkonosze. Aczkolwiek przybijająca i w sumie bez szczęsliwego rozwiązania.
Lektura niniejszego tomu była - aż ciężko w to uwierzyć - przyjemna, do tego nie przypominam sobie żadnych większych dłużyzn. Niemałe dokonanie przy książce na ponad 1100 stron.
Nastąpiło tu całkiem sporo rzeczowych konfrontacji, zarówno - co oczywiste - natury czysto batalistycznej, ale też personalnej - między osobami, które miały ze sobą jakieś sprawy do wyjaśnienia, przeważnie te z rodzaju uczuciowych, a od dłuższego czasu nie miały okazji do spotkania w cztery oczy czy choćby możliwości kontaktu.
Dwaj główni bohaterowie - tj. Perrin i Mat, bo Rand ma to już za sobą - przeżywają swoje bodaj najistotniejsze momenty i dokonują najdonioślejszych czynów przed rozpoczęciem Ostatniej Bitwy. U obu jest to właściwie zwieńczenie rozwoju ich postaci (choć pewnie jakiegoś epickiego asa na sam koniec z rękawa wyciągną) oraz ugruntowanie faktu, że nie są osamotnieni. Z chęcią napisałbym więcej, bo były to całkiem niezłe rozdziały, ale gdyby ktoś zdecydował się jednak na lekturę całej serii, to nie zamierzam psuć zabawy z najlepszymi tomami.
Chociaż wróć. Rozdziały 37. i 38. w piękny sposób splątują losy kilku ważniejszych postaci (w tym Perrina właśnie) i po mistrzowsku żonglują sensownymi zbiegami okoliczności, które kazały im się spotkać w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie. Bohaterowie dają przy tym pokaz umiejętności wyuczonych na przestrzeni całej serii i jedynie w przypadku Gawyna czuć tutaj przesadę. Znowu. Wyczyny wspomnianego kowala natomiast są niesamowicie satysfakcjonujące, zwłaszcza w przedstawionej sytuacji.
Z czasem nauczyłem się jeszcze bardziej doceniać wątek Aludry i jej wynalazków (bo ten był dosyć intrygujący od samego początku), zwłaszcza mając na uwadze, że stanowią one niezwiązaną z Mocą bezpośrednią odpowiedź na seanchańską potęgę Damane.
Ogólnie znalazło się tu sporo niezłych fragmentów: część prologu poświęcona pewnemu doniosłemu wydarzeniu przedstawionemu tym razem z perspektywy Graendal rzuciła na nie nowe światło, natomiast ta o pogranicznikach na kilku ledwie stronach zawarła w sobie tonę emocji. Także i w tym tomie, tak jak w czwartym, znalazł się dłuższy epizod poświęcony Rhuiedan i jego właściwości ściągania wizji. Tym razem niosły one przekaz z drugiej strony spektrum czasu, a implikacje były chyba jeszcze bardziej druzgocące niż przy pierwszej okazji, a to o czymś świadczy. Niesamowicie podobały mi się też ustępy rozrzucone po całej książce poświęcone tułaczce Lana, jego siłowaniu się z przeznaczeniem i powolnemu godzeniu z niespodziankami napotykanymi na drodze.
W tym tomie bardziej niż w poprzednim wyraźniej zaznacza swoją obecność z deczka suchawy humor oraz większa bezpośredniość - czy nawet, rzekłbym, "współczesność" - w dialogach - niewątpliwa zasługa Sandersona, a pisząc "zasługa" widzę to jako stwierdzenie faktu, nie pochwałę.
A jeżeli chodzi o korektę, to dalej d⁎⁎a:
- z jakiegoś powodu przetłumaczony w poprzednim tomie jako Kurhan Natrina, w tym pozostał w oryginalnej formie tj. Natrin's Barrow.
- w jednym przypadku słowo "vital" w znaczeniu "istotne" przetłumaczono jako "żywotne". Niby może być, ale brzmi nienaturalnie.
- na jednej stronie wobec tej samej Aes Sedai używano imienia Myrelle i Mirelle.
To jest bardzo dziwna książka. Do jej przeczytania zachęcił mnie serial na Apple TV+, ale nie wiem, czy lektura zachęca do obejrzenia serialu.
Mamy małżeństwo, w teorii szczęśliwe, które ma syna, w teorii zajętego podróżowaniem i cieszeniem się życiem. Problem polega na tym, że to wszystko jest fasadą, a gdy główna bohaterka znajduje w domu książkę, której fabuła do złudzenia przypomina jej życie i pewne wydarzenia z dawnych wakacji, fasada się rozbija w drobny mak, a małżeństwo przechodzi ogromny kryzys, a później kolejny i kolejny. Przeszłość wychodzi na jaw, ale nie cała, a historia ma mnóstwo luk i przemilczeń.
Książka nie daje nam polubić bohaterów, bo gdy ich poznajemy każde żyje w swojej bańce/strefie komfortu, a później oglądamy ich, gdy pod przymusem muszą je opuścić i wychodzi z nich prawdziwe oblicze.
Romas, śmierć, zagrożenie życia, a może coś jeszcze, bardzo wiele tych emocji, przemilczeń i kłótni na przestrzeni 300 stron. A do tego książka wolno się rozpędza, co sprawia, że w pewnym momencie leci na łeb na szyję, żeby się wyrobić ze wszystkim przed końcem. Bohaterowie ze sobą nie rozmawiają, książka prawie nie ma dialogów, większość informacji poznajemy ze wspomnień po latach i ze słyszenia.
Czuć, że jest to debiut i jeszcze brakuje autorce niezbędnego wyczucia tempa, które znacznie utrudnia odbiór lektury.
Raczej nie mogę polecić, na pewno nie jest to dobra książka dla kogoś, kto oczekuje thrillera, tym bardziej kryminału. Nie jest to literatura piękna, bliżej jej do obyczajowej, ale za dużo tu poplątania gatunków i prób ukrycia o czym ta książka jest.
@Astro właśnie datego się zastanawiam, bo książka ma zadatki na bycie świetnym serialem, czuć, że tu zabrakło stron na całą historię, a w serialu i kilku odcinkach powinna się lepiej prezentować.
Tym razem jedna z najsłabszych książek serii, której nawet Zadura nie potrafił uratować w audiobooku.
Fabularnie: Reacher znowu wysiada z autobusu w małym miasteczku, ale tym razem nic go tu nie ściągnęło, a jedynym powodem, dla którego wysiadł na przystanku, był starszy pan, z grubym plikiem gotówki, którego śledził niedoszły przestępca również pasażer tego samego środka lokomocji. Wysiedli w trójkę: dziadek pierwszy, złodziej drugi, Reacher trzeci. Gdy doszli już na miejsce kradzieży Jackowi udało się ją udaremnić, ale starszy pan się przewrócił i zwichnął nogę, przez co nie może dalej iść sam.
Starszy pan i jego żona zapożyczyli się już gdzie mogli, a ostatnią deską ratunku był lichwiarz gangu. Gdy starszy pan opowiedział Reacherowi na co mu potrzebne te pieniądze, ten postanowił mu pomóc i dostarczyć ostatnią ratę długu. Niestety jak to Reacher spierdolił sytuację jescze bardziej, przez co starsze małżeństwo po za chorobą córki, ma na głowej również wojnę lokalnych gangów o wpływy w mieście.
I tu się pojawił pierwszy powód, dla którego książka jest tak słaba. Reacher z zimną prezycją eliminuje - uśmierca - kolejnych członków dwóch rywalizujących gangów ze wschodniej Europy. Oni myślą, że za eliminacją toważyszy stoi drugi gang, więc dodatkowo mordują kolejnych, aż w pewnym momencie licznik śmierci przekracza 20 i nie chce mi się więcej liczyć. Metody te są tez dość rzeźnickie, od postrzału w autcie, przez zgniatarke auto, po podpalenie ludzi żywcem.
Miałem wrażenie, że Childowi się trochę pomyliły serie, bo Reacher raczej zawsze kojarzył mi się z człowiekiem, który najpierw walczy wręcz, a jak absolutnie nie ma wyjścia, zabija. Tu lecimy z przykazaniem: nie zabijaj, jak z luźną sugestią w samouczku do pominięcia klikając spację.
Nie tak wyobrażałem sobie pomoc staruszkom w problemach finansowych. Wątek amerykańskiej służby zdrowia też średnio tu zagrał, bo zamiast bać sie o życie dziewczyny, widziałem lekarza z terminalem płatnczym przy szpitalnym łóżku.
Jeden z najsłabszych, o ile nie najsłabszy tom serii, a co gorsza, kolejny tom i następne są już napisane przez Lee, do spółki z jego bratem Andrew, co nie zwiastuje nic dobrego.
Ciekawa odskocznia od cięższych tematów, fantasy i kryminałów.
Książka o chłopcu, choć powinienem powiedzieć mężczyźnie, bo bohater ma 30 lat, który popada w dziwne tarapaty głównie dlatego, że jest opóźniony w rozwoju i nie do końca rozumie otaczający go świat. Denny jest praktycznie samodzielny, ma pracę, znajomych, rodzinę, ale nie radzi sobie z pewnymi emocjami, co często kończy się ucieczką do własnego świata i śpiewaniem motywu z Toy story ("Ty druha we mnie masz"), jako formie uspokojenia.
Denny jest opóźniony od urodzenia, wychowywany przez swoją mamę, którą nazywa babcią ze zwględu na jej podeszły wiek. Jego wiernym kompanem jest głuchy i ślepy pies George, a zwierzęta nazywane ludzkimi imionami i nazwiskami wpędzą Denne'go w niejedne kłopoty.
Numerem, który często się przewija w książce jest 72 - IQ naszego protagonisty, które jest jednocześnie wadą, jak i zaletą, bo gdyby wynosiło 70 lub mniej, Denny mógłby być traktowany zupełnie inaczej, a tak za swoje zachowanie kilkukrotnie trafia do więzienia. W tym raz za morderstwo, którego nie popełnił, ale nie umie się z niego wytłumaczyć, a jego adwokatka broni go w swojej pierwszej w życiu sprawie sądowej.
Książka jest zabawna/humorystyczna, ale zostawia z pewną refleksą na temat życia osób niepełnosprawnych umysłowo i tego, jak społeczeństwo jest gotowe na ich odmienność.
Przyjemna krótka lektura, na około 3-4 godziny czytania, ale moim zdaniem warto. Polecam :)
Książka z gatunku self-help zawierająca szereg technik mentalnych przydatnych w przypadku zderzenia z rzeczywistością – czyli traumy bądź trudnego okresu w życiu. Autorem książki jest Russ Harris największy popularyzator ACT (Terapia akceptacji i zaangażowania) – nurtu trzeciej fali terapii CBT (Terapia poznawczo-behawioralna).
Techniki zawarte w książce opierają się na uważności, oraz akceptacji zarówno trudnych zdarzeń jak i stanów emocjonalnych z nimi związanych. Jest w niej również poruszony temat celów, pragnień i wartości. Całość jest niczym innym jak uwspolcześnionymi, uproszczonymi, zmiękczonym i przystosowanymi na potrzeby chwili i natychmiastowego zastosowania technikami stoickimi. Nie jest to niczym zaskakującym, gdyż cały nurt CBT przez co i ACT mają swoje korzenie w stoicyzmie.
Bardzo różnorodny zbiór listów i esejów Lovecrafta, w którym można znaleźć opinie na temat twórczości innych pisarzy, fragmenty opowiadań "mistrza horroru", opisy jego snów, a także trochę poglądów pisarza na temat polityki(na szczęście niewiele tego) oraz religii.
Muszę przyznać, że w całym zbiorze jeden list wybija się mocno ponad resztę, jest to list do Roberta Howarda, w którym Lovecraft zajmuje się historią amerykańskiego stanu Massachusetts i mrocznymi opowieściami o tamtejszych kultach, czarownicach itp. W tym był zdecydowanie najlepszy i gdyby cała książka składała się z jego opowieści o mitach i legendach, pewnie spokojnie dałbym 10/10.
Reszta oczywiście nie jest taka zła, potraktowałem tą pozycję m.in. jako dobry sposób na poznanie preferencji czytelniczych pana Lovecrafta(szkoda, że finalnie polecajek było mało, jedynie w pierwszej części książki). Machen, Blackwood, Smith, znalazło się tutaj kilka nazwisk wartych bliższego zapoznania się.
Esej o wyższości kotełów nad psowatymi to kolejna z rzeczy, które wyróżniają ten zbiór(na miejscu piesolubów mógłbym poczuć się urażony tekstem, na szczęście jestem kociarzem). Są też pomysły na kolejne opowiadania, niektóre zrealizowane, niektóre porzucone, a także takie, które finalnie wykorzystał inny autor po dorwaniu się do pomysłów Lovecrafta( głównie August Derleth).
Są i słabsze części zbioru, najgorsza część to zdecydowanie opis podróży po zachodnich terenach USA, który autor "upiększył" językiem używanym w wieku XVIII. Stawiam, że musiała to być fajna zabawa dla Lovecrafta, dla mnie było to męczące doświadczenie. Podobnie rzecz się ma z innym esejem, w którym Lovecraft postanowił wymienić wszystkie domy zamieszkiwane przez Poego, zgroza.
Finalnie było warto dla kilku perełek z tego zbioru.
Tytuł książki mówi w zasadzie prawie wszystko. Tematyką jest historia NRD, mimo że w tytule mamy wskazane przede wszystkim życie codzienne, tak nie da się go opowiedzieć bez kontekstu przemian politycznych. Nie będę ukrywał, że temat NRD nie jest moją specjalnością, kojarzyłem podstawy ze Stasi i Honeckerem na czele, ale niewiele więcej. Stąd też liczyłem na poszerzenie mojej wiedzy i generalnie nie zawiodłem się.
Książka podzielona jest na mniej więcej 5-letnie okresy, począwszy od prapoczątków, czyli rozwoju karier przyszłych komunistycznych liderów wschodnich Niemiec, przez zainstalowanie stalinowskiej władzy w Berlinie Wschodnim, kolejne rzadsze wzloty i częstsze upadki, aż po nagłe i nieoczekiwane zjednoczenie, które po dziś dzień odbija się czkawką. Autorka, urodzona w NRD, specjalizuje się w temacie najnowszej historii swojego kraju urodzenia i tę wiedzę widać, ale chyba przede wszystkim w szerokości wiedzy, a niekoniecznie jej głębokości. Książka jest ewidentnie przeznaczona dla osób z zachodniej Europy, którzy potrzebują przynajmniej "liźnięcia" tematu NRD.
Moim zdaniem trochę zaszkodziła tu również struktura książki, bo niejednokrotnie mają miejsce powtórzenia pewnych tez z poprzedniego rozdziału, a konieczność upchnięcia kilku różnorodnych sfer życia z danego pięciolecia na 40-50 stronach wymagało poświęcenia na dany temat zaledwie paru stron. Tak na przykład zdecydowanie nie czuję, by temat Stasi był należycie pogłębiony - poświęcone jej były tylko 2-3 podrozdziały, które głównie zajmowały się zmianami na górze organizacji, zaś jej wpływ na życie codzienne został w dużej mierze pominięty. Ale dzięki tej rozpiętości tematów też poznałem tematy, o których nie miałem zielonego pojęcia, jak np zamknięte osiedle Waldsiedlung, gdzie elity państwa odłączyły się od zwykłego człowieka.
Powtarzalność czułem nie tylko w tym, jakie tematy były poruszane w kolejnych rozdziałach, ale również w podejściu do nich. Zdecydowanie wyczuwalny był schemat prezentowania tematu od szczegółu (t.j. historii pojedynczej jednostki) do ogółu (np. sytuacji gospodarczej czy czegokolwiek innego). Spokojnie mogę założyć, że blisko połowa z ponad 70 podrozdziałów miała taką strukturę i było to na dłuższą metę dla mnie jako czytelnika męczące.
Na koniec zostawiam coś najbardziej karygodnego, czyli błędy rzeczowe, które nie mają prawa bytu w takiej książce. Nawet ja, który uważam się za w miarę uważnego czytelnika, ale jednak mimo wszystko laika w temacie, zauważyłem przynajmniej 5 błędów typu pomylenia dat rocznych, określenia, że miejscowość w Niemczech znajduje się "godzinę drogi na północ od Londynu" czy użycia NRD zamiast RFN (albo odwrotnie). Nie wiem czy to błędy autorki czy tłumacza, natomiast wystarczyłoby jedno finalne przeczytanie książki przez kogoś obeznanego w temacie, by móc je wyeliminować. Tak się nie stało i dla mnie to duży problem dla jej wiarygodności, stąd tylko ocena dobra.
określenia, że miejscowość w Niemczech znajduje się "godzinę drogi na północ od Londynu" czy użycia NRD zamiast RFN (albo odwrotnie). Nie wiem czy to błędy autorki czy tłumacza, natomiast wystarczyłoby jedno finalne przeczytanie książki przez kogoś obeznanego w temacie, by móc je wyeliminować.
Dla mnie tego typu błędy dyskwalifikują książkę. To już nie jest nieuważność, tylko olewactwo.