Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bookmeter

Inspirator

w Książki

18piorunów

919 + 1 = 920

Tytuł: Atak tajemniczych kucharek

Autor: Pamela Butchart

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Format: książka papierowa

ISBN: 9788363944223

Liczba stron: 228

Ocena: 6/10

Prosta, lekka opowieść z serii która może być potencjalnym wprowadzeniem młodego człowieka w samodzielne odkrywanie literatury. Poznajemy czwórkę młodych przyjaciół którzy w zmianach w ich szkolnej stołówce dopatrują się spisku w który zamieszane są siły nieczyste. Książka jest tak skonstruowana, żeby utrzymać przy niej początkującego czytelnika - rozdziały są krótkie, nie ma niepotrzebnych dłużyzn i od czasu do czasu mamy zwroty akcji które sprawiają, że musimy dowiedzieć się co stanie się dalej. Mój 6-latek przy słuchaniu tej lektury bawił się dobrze ale raczej nie jest to pozycja która zostanie w jego pamięci na długie lata - to raczej po prostu przyjemne czytadełko dla najmłodszych.

Inspirator

w Hydepark

14piorunów

918 + 1 = 919

Tytuł: Świat bez końca

Autor: Ken Follet

Kategoria: powieść historyczna

Wydawnictwo: Albatros

Format: ebook

ISBN: 9788363944223

Liczba stron: 960

Ocena: 7/10

W trzeciej pod względem chronologicznym części serii dostajemy to samo co w dwóch poprzednich - losy kilku postaci przeplatają się na przestrzeni dziesięcioleci przy czym każde z nich zalicza naprzemiennie wzloty i upadki czasami na wskutek swoich działań a czasami na wskutek ślepego losu. Poznajemy oczywiście historię mnicha, budowniczego, rycerza, szlachcianki, mamy postacie szlachetne oraz nikczemne, mamy także kataklizmy które spadają na nich jak grom z jasnego nieba. Autor też od czasu do czasu sprawnie wtrąca przeróżne ciekawostki często dla osoby nie tkwiącej zbyt głęboko w realiach życia w tamtych czasach mocno zaskakujące. Widać też, że autor jest świadomy swoich mocnych i słabych stron w związku z czym nawet nie próbuje pisania barwnych dialogów - służą one wyłącznie pchnięciu fabuły do przodu, za to często miota bohaterami od szczęścia i sukcesu do katastrofy i rozpaczy oraz w ciekawy sposób przeplata ich losy. I pomimo tego, że wszystko to przerabialiśmy już dwa razy to wciąż czyta się to świetnie i kolejne strony znikają w szybkim tempie a sama książka kończy się zaskakująco szybko zważywszy na jej sporą objętość którą można by pewnie obdzielić ze trzy inne książki. Jedyny zarzut jaki mam to taki, że odnoszę wrażenie, iż autor dosyć mocno popłynął z ilością pikantnych scen. Poprzednie części czytałem juz jakiś czas temu ale odnoszę wrażenie, że w nich tego typu scen było znacznie mniej - w tej części co chwilę ktoś z kimś baraszkuje i to we wszystkich możliwych konfiguracjach, nie wiem z czego wynika to całe niepotrzebne w mojej opinii przeerotyzowanie.

Fenomen1piorunów

Przypomniałeś mi, że muszę wrócić do tego cyklu.

Gruba ryba

w Książki

19piorunów

917 + 1 = 918

Tytuł: Wystarczy być

Autor: Jerzy Kosiński

Tłumacz: Julita Mirkowicz

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10

*

bez zbędnej zwłoki zabrałem się za Wystarczy być pana Jerzego Kosińskiego, które to ponoć miało być plagiatem utworu napisanego przez pana Dołęgę-Mostowicza, który to utwór w roku 1970, roku wydania Being there, w Stanach Zjednoczonych nie był znany.

*

Wystarczy być to króciutka książeczka, zamykająca się gdzieś w jednej czwartej objętości Kariery Nikodema Dyzmy i w związku z tym dużo od niej mniej rozmaszysta. To jej minus. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to podobieństwa są znaczne. Tak samo jak u pana Dołęgi-Mostowicza główny bohater (Ross O’Grodnick – świetne tłumaczenie oryginalnego Chauncey’a Gardinera) jest człowiekiem znikąd, który wskutek zbiegu okoliczności zostaje wywindowany na sam szczyt. Tak samo jak Nikodem Dyzma, Ross O’Grodnick trafia do domu, który staje się dla niego trampoliną do dalszej kariery, a dom ten stanowi bezdzietne małżeństwo młodej kobiety z dużo starszym mężczyzną. Różnice oczywiście są, choćby w charakterze bohaterów – Nikodem Dyzma jest oportunistą, korzystającym po prostu z tego, co mu się przytrafia, u O’Grodnicka wszystko dzieje się przypadkiem i całkowicie bez udziału jego woli. Zupełnie innym bohaterem niż Leon Kunicki u pana Dołęgi-Mostowicza jest też Benjamin Rand – starszy mąż młodej żony, do którego domu trafia główny bohater. Inne różnice wynikają wprost z czasu i miejsca akcji – Warszawa z lat dwudziestych ubiegłego wieku była jednak inna niż Nowy Jork z lat siedemdziesiątych – zupełnie inne były stosunki społeczne, zupełnie inny system polityczny, zupełnie inne możliwości techniczne. Te wszystkie rzeczy, stanowiące w Karierze Nikodema Dyzmy istotny element powieści, w Wystarczy być moim zdaniem zostały tylko zarysowane.

*

Zapoznawszy się z materiałem dowodowym, wydaję werdykt: uznaję pana Jerzego Kosińskiego (rozumianego jako bohatera literackiego, o czym pisałem tutaj) winnym, ale nie winnym plagiatu. Wina pana Kosińskiego, moim zdaniem, polegała na czymś zupełnie innym.

Uzasadnienie werdyktu: w literaturze znane są przypadki reinterpretacji albo nawet ponownego napisania znanej już historii. Tak zrobiła pani Barbara Kingsolver przenosząc w czasie Davida Copperfielda (w książce Deamon Copperhead, co wyszło jej świetnie), tak zrobił też (a zrobił to w roku 1945, a więc na długo przed panem Kosińskim) pan Mika Waltari nazywając Don Kichota imieniem Sinuhe (Egipcjanin Sinuhe, też świetna pozycja) i nikt nie robił z tego wielkiego problemu. To, co zarówno pani Kingsolver, jaki i pan Waltari zrobili inaczej niż pan Kosiński, to otwarte przyznanie się do tego, skąd wzięły się pomysły na ich książki. Pan Kosiński postąpił inaczej. Pan Kosiński, wywindowany skandalem związanym z mitem, jaki stworzył wokół siebie po wydaniu Malowanego ptaka, uparcie twierdził, że Wystarczy być jest książką całkowicie napisaną przez niego. Więcej! – pan Kosiński upierał się, że nie zna takiej książki jak Kariera Nikodema Dyzmy, czemu przeczyli świadkowie, którzy, znając go jeszcze z Polski, zeznali, że była to jedna z jego ulubionych w tamtym czasie pozycji. Dodawszy do tego trwające spory z krytyką (o czym dowiadujemy się z Good night, Dżerzi), nie ma co się dziwić, że historia pana Kosińskiego skończyła się tak, jak się skończyła.

*

Czytając Karierę Nikodema Dyzmy miałem dziwne wrażenie (być może sobie coś dopowiadałem), że jest to inna wersja historii pana Jerzego Kosińskiego. Tak jak Nikodem Dyzma, tak i pan Kosiński mógł być człowiekiem, który znalazł się wysoko trochę w wyniku przypadku i w sposób, który jego samego zaskoczył. Tak jak Nikodem Dyzma, pan Kosiński mógł robić wszystko po to, żeby sprawa się nie rypła, a kiedy pojawiały się kolejne możliwości, dalej chciał je wykorzystywać. Tyle że zakończenie obu tych historii jest zupełnie inne. To ciągle moje wrażenie, ale wydaje mi się, że tak jak książkowy Nikodem Dyzma wiedział kiedy przestać, wiedział, że dalej już się nie uda, tak pan Kosiński ten moment przegapił. I być może jego historia skończyłaby się zupełnie inaczej, gdyby w odpowiednim momencie zastosował się do tego, co sam (ponoć) w Wystarczy być napisał:

Dopóki nie patrzy się na ludzi, oni nie istnieją.
Sum2piorunów

@George_Stark jak czytałam o retellingach klasyków, a potem nieudolnej obronie Kosińskiego przed zarzutami, przypomniała mi się podobna inba związana z powieścią "Panie z Missalonghi", będącej plagiatem "Błękitnego zamku" Montgomery. Autorka "Pań z Missalonghi", Colleen McCulloch, broniła się przed zarzutami na zasadzie, że może w dzieciństwie rzeczywiście przeczytała "Błękitny zamek", ale w sumie to nie pamięta, ale jej widocznie zostało podświadomie w pamięci. Chyba w końcu to uznali, bo na zachodzie, w przeciwieństwie do PL, ta książka jest niemal całkowicie zapomniana.

Gruba ryba3piorunów

@Telezajaczek Ja się absolutnie zgadzam, że tak mogło być. Sam kiedyś pisałem opowiadanie o wampirach, głównemu bohaterowi dałem imię Lester. Później, już przy redakcji, zmieniłem na Lestaat, sam nie wiem dlaczego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jeden z czytelników powiedział przy lekturze "o, Lestat, jak w Wywiadzie z wampirem". Wywiad z wampirem widziałem ze dwadzieścia lat temu, nic nie pamiętam i na pewno w tej zmianie nie było świadomej inspiracji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie reinterpretacji czy plagiatu.

Zresztą, takich mitów w historii literatury jest pełno. Choćby to, że Przeminęło z wiatrem to nie jest, wbrew stworzonej przez autorkę o samej sobie legendzie, jedyne dokonanie literackie pani Mitchell. Z panem Remarque'm też nie do końca było tak, jak chciał być widzianym, czy nawet "nasz" "romans" pani Bondy z panem Mrozem albo prawdziwa tożsamość Jakuba Jarno. Kilka takich przypadków opisał pan Werner Fuld w swojej Krótkiej historii książek zakazanych.

Sum1piorunów

@George_Stark co dokładnie miałeś na myśli odnośnie Mitchell? Ona chyba już w liceum pisała opowiadania do lokalnych gazet, więc w tym sensie GWTW nie było jej jedynym dziełem, zresztą anglojęzyczna Wiki podaje dwie powieści, które napisała wcześniej. Być może napisałaby o wiele więcej, gdyby nie przedwczesna śmierć.

A z Mrozem i Bondą to od początku była ustawka i każdy z IQ powyżej 90 to widział, chociaż po tym, jak Mróz opisał Chyłkę, można wysnuć przypuszczenie, że nie pogardziłby szczupłym milfem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Ja osobiście jestem ciekawa, ile osób stoi za projektem Pokolenie Ikea, bo dla mnie to też od początku jechało typowo marketingowym projektem wannabe redpillowców.

Gruba ryba0piorunów

@Telezajaczek

co dokładnie miałeś na myśli odnośnie Mitchell?

Pic rel. Niech pan Fuld sam się broni, bo może pieprzył głupoty, a ja mu uwierzyłem. 😉

i każdy z IQ powyżej 90 to widział

Pytanie, jaki ci "każdzi" stanowią procent społeczeństwa. Bo, mam wrażenie, to się całkiem nieźle sprzedało, co w sumie nie jest jakoś szczególnie zaskakujące, zwłaszcza w kontekście dyskusji inspirowanej Nikodemem Dyzmą. 😉

A co do Pokolenia Ikea, to miałbym kilka zarzutów, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby zastanawiać się ile i jakie to osoby. Choć nie czytałem tego dużo, o ile w ogóle, bo mogło mi się z Malcolmem XD pomylić.

Sum0piorunów

@George_Stark hmm, z tego akapitu, który wrzuciłeś, bije vibe, jakby to autor chciał wmówić, że Mitchell kreowała się sama na autorkę one hit wonder, a mi się wydaje, że po prostu mogła się wstydzić swoich młodzieńczych wypocin, uważać je za niedoskonałe i dlatego kazała usuwać po nich wszelkie ślady, ale niekoniecznie świadomie zaplanowała bycie autorką jednego hitu. Jak już wspomniałam, zmarła przedwcześnie i ciężko powiedzieć, czy miała dalsze plany literackie po GWTW, ale nie zdążyła ich zrealizować, czy zamierzała się wycofać w cień jak Cyncynat.

Mróz i Bonda sprzedawali się i sprzedają bez tego, związek pod publiczkę był im niepotrzebny.

Ciesz się, że tego nie czytałeś, bo to rak instant xD Generalnie Pokolenie Ikea to na początku był taki lekko redpillowy Kominek w realiach korpo, ale potem osoba (osoby?) prowadząca ten projekt pokapowała że zamiast przyciągać Mariuszków łapiących się na hasło, że wszystkie kobiety to suki i wgl całą otoczkę warszawskiego korpo chada podmiotu lirycznego, przyciągają na te wysrywy Grażynki i Julki i całość bloga oraz pożal się Boże książek skręciła w stronę złotych myśli z demotywatorów na zasadzie "pamiętaj księżniczko, łobuz nie kocha najbardziej", podbudowanymi jakimiś całkowicie wyssanymi z dupy opowieściami.

Gruba ryba1piorunów

@Telezajaczek

Ciesz się, że tego nie czytałeś

Ale ja bardzo lubię czasami poczytać bardzo złą literaturę! Choć w moim kanonie złej estetyki przoduje jednak literatura socjalistyczna. 😉

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Książki

17piorunów

916 + 1 = 917

Tytuł: Kariera Nikodema Dyzmy

Autor: Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10

*

Nikodem Dyzma jasno sobie zdawał sprawę z faktu, że żadne pomyślniejsze perspektywy dlań nie istnieją. Czy to go przerażało? Bynajmniej. Psychika Nikodema Dyzmy pozbawiona była, na szczęście, elementu wyobraźni.

Za prozę pana Dołęgi-Mostowicza już od jakiegoś czasu miałem zamiar się zabrać. Co prawda w moim planie czytelniczym był raczej Znachor, już od dawna plik mi się w czytniku kurzy, no ale wyszło inaczej. W zasadzie to nie ma co się dziwić – zawsze wychodzi inaczej. Tym razem powodem tego, że wyszło inaczej był pan Janusz Głowacki. Albo może pan Jerzy Kosiński? A może był to pan @fonfi? Sam już nie wiem którego z tych trzech panów mam winić, każdy z nich w równej chyba mierze przyłożył się do tego, że zamiast za Znachora zabrałem się za Karierę Nikodema Dyzmy.

Przeczytałem ostatnio ponownie _Good night, Dżerzi_, pięknie napisaną książkę pana Janusza Głowackiego opowiadającą (między innymi) o panu Jerzym Kosińskim, którą to książkę polecił mi kiedyś pan @fonfi, a która zrobiła na mnie duże wrażenie. W książce tej opisanych było kilka skandali, w tym również i tych literackich i to właśnie jeden z tych skandali literackich najbardziej mnie zainteresował – zwykle staram się nie zaglądać ludziom do łóżka, ale na biurka to już jak najbardziej. Wychodzi na to, że ja lubię skandale, bo tak jak prześledziłem sobie kiedyś sprawę sporu pana Mieczysława Smolarskiego z panem Aldousem Huxleyem, tak teraz z zapałem zabrałem się za śledztwo w sprawie rzekomego plagiatu, o którego popełnienie oskarżonym był pan Kosiński. A w śledztwie, jak to w śledztwie, należy zapoznać się z dowodami.

*

Czasami zdarza mi się przy lekturze taka myśl – „jej, czemu ja wcześniej tego nie przeczytałem” i tak właśnie stało się tym razem. Ja bardzo lubię kiedy książki napisane są ładnie, lubię też polszczyznę sprzed tak mniej więcej stu lat, kiedy to jest ona (moim zdaniem) piękniejsza od dzisiejszej, a wciąż bez żadnego wysiłku zrozumiała. I taką właśnie polszczyzną napisana jest Kariera Nikodema Dyzmy, co już od samego początku sprawiło, że książkę czytało mi się bardzo przyjemnie.

Ale piękny język tej książki to nie wszystko. Świetnie nakreślony jest w niej również świat – tak świat arystokracji i elit, ale również ten pokazany na samym początku świat codzienny, kiedy to Nikodem Dyzma, próbując zdobyć jakąkolwiek posadę, stara się o to, żeby zostać fordanserem. Ten początek jest nie tylko świetnie napisany (tak jak i cała książka), ale też, pokazując jednak pewną przedwojenną kindersztubę, stanowi doskonały punkt wyjścia do tego co autor pokazuje później.

Już mniej więcej od połowy książki miałem wrażenie, że głównym tematem Kariery Nikodema Dyzmy wcale nie jest ani kariera Nikodema Dyzmy, ani nawet sam Nikodem Dyzma, ale cała reszta towarzystwa. To w jaki sposób pan Dołęga-Mostowicz opisuje fascynację całej Warszawy tym robiącym zawrotną karierę wybitnym ekonomistą z jednej strony jest niesamowicie zabawne, z drugiej zaś niepokojąco trafne (Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! pana Gogola, jak widać nic nie straciło ze swojej aktualności i chyba nigdy nie straci). Tę moją interpretację zdaje się potwierdzać sam autor w wypowiedzi, którą włożył w usta hrabiego Poniemirskiego w ostatnim rozdziale, po przeczytaniu której poczułem ogromną dumę z siebie. Niczym Nikodem Dyzma.

Ja bawiłem się przy lekturze tej książki świetnie, a wydaje mi się, że i sam autor przy pisaniu bawił się nie najgorzej. Za tym moim domniemaniem niech przemawia fakt, że, moim zdaniem, pan Dołęga-Mostowicz w pewnym momencie fabularnie popłynął – sytuacja, w jakiej za sprawą hrabiny Koniecpolskiej znalazł się Nikodem Dyzma była tak niesamowicie odjechana, że zastanawiałem się jak autor to wymyślił i innego wytłumaczenia niż to, że go poniosło nie umiałem znaleźć. W niczym jednak to odjechanie mi nie przeszkadzało, więcej nawet, miało pewien swój urok.

Znalazłbym w tej książce kilka wad, gdybym bardzo chciał ich poszukać. Mógłbym przyczepić się do niektórych wątków, które w mojej ocenie zostały albo niedomknięte, albo porzucone, albo niedostatecznie rozwinięte. Pewnie i coś innego też mógłbym znaleźć, tylko po co się czepiać? Może lepiej dać się oczarować urokowi powieści i nie zastanawiać się nad tym, dlaczego mogłoby być lepiej?

*

Tak więc Kariera Nikodema Dyzmy bardzo mi się podobała, moje śledztwo nie zostało jednak zakończone. Nawet polskie sądy przed wydaniem wyroku przynajmniej wysłuchują drugiej strony i właśnie dlatego, zaraz po przeczytaniu ostatniej strony

Fanatyk1piorunów

@George_Stark chciałem napisać, że jeszcze mi powiesz, że "Wystarczy być" przeczytałeś, ale już widzę, że faktycznie przeczytałeś. Ty to tak na poważnie podszedłeś do Dżerziego :open_mouth:

Gruba ryba1piorunów

@fonfi Właśnie mam dylemat, bo zostało półtorej dnia i obu chyba nie dam jednak rady. Więc raczej Kroki. Nie to, że nagrodzone, ale przede wszystkim krótsze. Choć kusi mnie scena "napromieniowania dziwki po stosunku", która (według Good night, Dżerzi) znajduje się w Cockpicie. 😉

Fanatyk1piorunów

@George_Stark

napromieniowania dziwki po stosunku

Też mnie to zaintrygowało, przez co moja lista "do przeczytania" zamiast się po lekturze Dżerziego skrócić, to wzięła się i wydłużyła. A przez Ciebie to teraz nawet o kilka pozycji. (╯°□°)╯︵ ┻━┻

Gruba ryba2piorunów

@fonfi Masz za swoje! Uznam, że ten Dyzma to Twoja jednak wina. 😉

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Książki

16piorunów

915 + 1 = 916

Tytuł: Upadłe anioły

Autor: Richard Morgan

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: ebook

Liczba stron: 544

Ocena: 6/10

“Strzepnąłem popiół z papierosa i oddałem mu jego uśmiech, prawie nieużywany.

Druga część cyklu Takeshi Kovacs

Pierwszą czytałem w lutym https://www.hejto.pl/wpis/349-1-350-tytul-modyfikowany-wegiel-autor-richard-morgan-kategoria-fantasy-scien

O tej książce przypomniałem sobie czytając powieść Mike’a Lee pod tym samym tytułem.

Przypomnę okoliczności: jest XXVI wiek, ludzkość zaczęła rozprzestrzeniać się po galaktyce. Dzięki technologii wykorzystującej modyfikowany węgiel świadomość można zapisać w formie cyfrowej na niewielkim urządzeniu i wszczepić do nowego ciała/powłoki. Dusze w kapsułkach. Śmierć przestała więc być ostatecznością, pod warunkiem, że ma się na to pieniądze.

Zaczyna się nieco dziwnie, ale adekwatnie. Inna planeta, inna powłoka. Autor wrzuca czytelnika w środek wojny planetarnej, o której nic nie wiemy. Nieważne, dowiemy się w locie. Dokładnie tak samo przerzuca się stos korowy żołnierza sił specjalnych w nową powłokę bojową i od razu wprowadza do akcji. Tymczasem nasz główny bohater - Kovacs zostaje ranny, jednak po zakończonym leczeniu zamiast wrócić na front bierze fuchę na boku. Celem jest zdobycie wraku marsjańskiego statku, mającego być istotnym reliktem technologii i historii, zaparkowanym gdzieś na obrzeżach systemu, a klucz do jego odnalezienia znajduje się na obszarze ogarniętym wojną. “Cała wojna jest sprawą komercyjną”.

Fabularnie jest jeszcze słabiej niż w pierwszej części, historia ciągnie się i nie jest jakoś specjalnie angażująca.

Mocne strony stanowią za to na pewno świat przedstawiony oraz dialogi i język narracji. Autor niekiedy wplata cudownie, pełne czarnego humoru, ironiczne kąski (np. dygresja o propagandowej piosence) w formie zwyczajnej rozmowy lub przemyśleń głównego bohatera. Szczególnie ciekawe bywają te ostatnie. Jak przystało na cyberpunk pełno jest w tym wszystkim różnych dyskusji i rozważań: o celach ludzkości, perspektywie, rozróżnień typu żołnierz a morderca, postęp i kontrola, rządy i korporacje.

Cyberpunk pełną gębą, ale z elementami klasycznego sci-fi. Nie obyło się bez nawiązań do “Trylogii ciągu” takich jak elementy voodoo, czy nietypowych opisów, gdzie niebo miało jednak kolor spranych dżinsów zamiast martwego kanału telewizyjnego.

Chciałbym ocenić wyżej, bo potencjał jest olbrzymi, język błyskotliwy i tylko historia nieciekawa

GURU0piorunów

Dałbym gwiazdkę więcej, wcale nie uważam żeby historia się wlekła.

Pokaż więcej komentarzy (2)

Lider

w Książki

18piorunów

914 + 1 = 915

Tytuł: Rewers

Autor: Adam Widerski

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Novae Res

Format: ebook

Liczba stron: 400

Ocena: 5/10

Punkt wyjścia jest całkiem obiecujący. Mamy policyjny romans zakończony śmiercią kobiety, śledztwo, w którym policjanci szukają swojego kolegi i chcą pomścić śmierć koleżanki i bohaterów próbujących połączyć rozsypane fragmenty historii w jedną całość. To jeden z tych kryminałów, które od początku sugerują, że prawda jest ukryta gdzieś pod powierzchnią i że to, co widzimy, jest jedynie tytułowym rewersem wydarzeń. Problem w tym, że sama droga do odkrycia tej prawdy okazała się dla mnie znacznie mniej interesująca, niż się spodziewałem. To trzeci tom serii i trochę wiedziałem czego się mogę spodziewać, ale dalej mam spory niedosyt.

Największym problemem książki było dla mnie tempo. Historia ciągnęła się momentami bardziej, niż powinna, a kolejne tropy nie zawsze dawały poczucie, że faktycznie zbliżamy się do rozwiązania. Zamiast napięcia częściej odczuwałem znużenie. To jeden z tych przypadków, gdy książka nie jest zła sama w sobie, ale wymaga od czytelnika znacznie więcej cierpliwości, niż oferuje w zamian satysfakcji. A to nie jest zbyt dobra rekomendacja.

Nie pomaga też fakt, że bohaterowie nie zostali mi w pamięci na dłużej. Po zakończeniu lektury łatwiej przypomnieć sobie samą konstrukcję intrygi niż osoby, które ją napędzały. A w kryminale to zwykle zły znak. Lubię, gdy śledczy, podejrzani czy ofiary mają własny charakter i potrafią zainteresować czytelnika niezależnie od samej zagadki. Tutaj tego mocno brakowało.

Patrząc na opinie innych czytelników, widać, że książka mocno dzieli odbiorców. Część ją chwali za jej atmosferę, inni - podobnie jak ja - zwracają uwagę na nierówne tempo i trudność w pełnym zaangażowaniu się w historię. To nie jest książka pozbawiona pomysłów, ale w moim przypadku nie potrafiła przekuć ich w naprawdę angażującą historię.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Sum1piorunów

@WujekAlien to teraz czas na ekranizację ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Lider1piorunów

@Telezajaczek o kurde, to mnie zaskoczyłeś, nie wiedziałem, że jest

Pokaż więcej komentarzy (3)

Mistrz

w Książki

37piorunów

913 + 1 = 914

Prywatny licznik: 22+1=23

Tytuł: Sprawiedliwość owiec

Autor: Leonie Swann

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Amber

Format: książka papierowa

ISBN: 9788324127535

Liczba stron: 264

Ocena: 8/10

Absolutnie nie jestem obiektywny w kwestii książki i nie mam z tym problemu xD Czytałem pierwszy raz dobre 15 lat temu, wiele sformułowań z książki jest ze mną po dziś (Szpadel to nie choroba!), teraz wraz z filmem w kinach postanowiłem wrócić do książki, kupiłem po taniości na Vinted z sentymentu do starej okładki (to jest owca, a nie jakieś prostokątne coś!)... i bawi dokładnie tak samo jak dawniej :grinning: Znakomity luźniutki kryminał, w którym owce postanawiają wyręczyć bezużytecznych ludzi i prowadzą samodzielne śledztwo w sprawie morderstwa. Tak, OWCE i trawa () mają tutaj główne role, więc zero zdziwienia, absolutnie uwielbiam, dziękuję i pozdrawiam.

Jak ktoś szuka większego obiektywizmu w recenzji, to kolega @WujekAlien niedawno czytał i też mu się bardzo spodobała, zapraszam

Kompan5piorunów

Też mam sentyment. Jakiś czas temu (sprawdziłem - 20 lat XD) czytali tę książkę w Trójce, potem kupiłem i czytając słyszałem w głowie głosy aktorów. Po kamykach i patykach! Jest też druga część ale już mniej mi się podobała.

Mistrz5piorunów

@archive też po słuchowisku w Trójce się zainteresowałem 😉 I też Triumf owiec już mi bardziej średnio przypadł do gustu, a parę lat później pojawiły się jeszcze dwie powieści ze zwierzętami w rolach głównych: pchła (Krocząc w ciemności) i papuga (Pazur sprawiedliwości)

Fenomen4piorunów

@bojowonastawionaowca próbowałem tych kolejnych książek ale albo to już nie to albo ja się za stary zrobiłem. A sprawiedliwość wspominam na tyle dobrze że nawet nie chcę iść na film żeby sobie nie popsuć wspomnień.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Mistrz

w Książki

24piorunów

912 + 1 = 913

Prywatny licznik: 21+1=22

Tytuł: Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry

Autor: Jason Schreier

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381292436

Liczba stron: 336

Ocena: 7/10

Tytuł książki mówi wszystko :grinning: 10 historii o tym, jak tworzone były gry (Pillars of Eternity, Uncharted 4, Stardew Valley, Diablo III, Halo Wars, Dragon Age: Inkwizycja, Shovel Knight, Destiny, Wiedźmin 3 i Star Wars 1313). Opowieści oczywiście w większości stojące pod znakiem crunchu, ale na szczęście na tyle różnorodne, że dobrze i szybko się je czytało :smiley: Bardzo dobra pozycja jak ktoś ma absolutnie zerowe pojęcie o biznesie robienia gier albo dla poczytania o ciekawostkach dotyczących paru znakomitych gier 😉

Fanatyk1piorunów

@bojowonastawionaowca

Bleh, Schreier jest trochę skompromitowany jako dziennikarz growy - coś jak Żemła o polskiej zbrojeniówce.

Fanatyk3piorunów

@cyberpunkowy_neuromantyk Schreiera czy Żemły? Jak znasz jeden wątek to możesz widzieć paralele z drugim - osoba z osobistymi powiązaniami w branży, która posiada sporo wiedzy insiderskiej i co jakiś czas rzuca artykuły pod tezy wybierając pod to fakty które się zgadzają pomijając lub dezawuując resztę. Żemła wypłynęła jak stolec kilka lat temu przy okazji krytyki starej wersji Grota, kiedy była już nowa - Schreier chyba najbardziej z okazji GamerGate kilkanaście lat temu. Generalnie mają ten sam problem - zamiast opisywać rzeczywistość, próbują ją kurować/kreować - jednym się to podoba, innym nie. Mi się podoba wtedy kiedy: a) zgadzam się z ich tezami, bo tak. b) nawet jeśli się nie zgadzam, ale przynajmniej widzę że przed wydaniem swojej (w sensie ich) jedynej słusznej opinii, najpierw rzetelnie opisali całość, aby każdy mógł skonfrontować ich (dziennikarza) opinię z faktami - tutaj jedno i drugie padają na głupi ryj. W ogóle nie znam żadnego rzetelnego dziennikarza growego (ale nie dlatego że ich nie ma - po prostu przestałem się interesować ich opiniami), ale jak coś mogę polecić sporo z tematyki militariów.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Mistrz

w Książki

30piorunów

911 + 1 = 912

Prywatny licznik: 20+1=21

Tytuł: Jak wychować zająca

Autor: Chloe Dalton

Kategoria: pamiętnik

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: książka papierowa

ISBN: 9788308086889

Liczba stron: 272

Ocena: 8/10

Pandemia koronawirusa musiała być szokiem dla doradczyni politycznej, która praktycznie z dnia na dzień z powodu lockdownu opuściła tętniący miejskim zgiełkiem Londyn i przeniosła się do domu na wsi. Cisza, spokój, niewiele do zrobienia... No, chyba że tuż przy domu natrafi się na małego opuszczonego zajączka, który został porzucony przez matkę. I tak to pojawiło się nowe zadanie w życiu, zupełnie odmienne od wszystkiego innego, co w życiu się robiło.

Książka fantastyczna pod wieloma względami: raz to próby uratowania i wychowania zajączka możliwie w zgodzie z naturą, mimo że fachowej literatury nie ma zbyt wiele i czasem trzeba było sięgać nawet do XVIII-wiecznych ksiąg, by znaleźć możliwe rozwiązanie pojawiających się problemów. Szczególnie dla królikarza takiego jak ja, fascynujące były te opisy autorki zmagania się z "problemem" i stopniowym oswajaniem zajączka z życiem "w cywilizacji", ale jednocześnie daniem mu takiej opieki, by czuł dużą swobodę i by finalnie bez większych problemów mógł finalnie wrócić do natury i do swojego normalnego, zajączkowego życia.

Ale dodatkowym, a może nawet większym smaczkiem było to, jak zmieniała się perspektywa autorki na otaczający ją świat. Jak stała się dużo bardziej uważna na ukształtowanie okolicy pod człowieka, co często niekoniecznie jest tożsame z korzyściami dla zwierzęcia. Jak trochę dostroiła się do zajączka i stała się dużo bardziej wyczulona na dobiegające z zewnątrz szmery, szumy i inne odgłosy. Naprawdę fajnie widoczny proces wyciszania się i przystosowywania do życia w zupełnie odmiennych warunkach.

Pewnie by się można było śmiać, że to kolejne z wieeeeeelu literackich "odkryć" mieszczuchów, jaka to natura jest fajna i że warto czasem wrócić do korzeni i że autorka się zupełnie temu oddała z całą intensywnością i że czasem by chciała podporządkować też życie innych mieszkańców wsi dla dobra małych zajączków - no tak to już bywa, co tu więcej dodać xD Mimo to naprawdę świetna lektura na wakacyjny wyjazd i do czytania na łonie natury.

A że zajączek z czasem okazał się zajęczycą i pojawiają się nowe małe zajączki - myślę, że więcej zachęt nie potrzeba 😛 I przy tym naprawdę warto oddać honor autorce, że starała się możliwie mało ingerować w tm fakcie poza po prostu udostępnieniem swojej przestrzeni życiowej - owca z głowy!

GURU1piorunów

Oho widze w koncu jaka dywesyfikacja a nie tylko kroliki

Pokaż więcej komentarzy (2)

Mistrz

w Książki

20piorunów

910 + 1 = 911

Prywatny licznik: 19+1=20

Tytuł: Cztery pory roku w Japonii

Autor: Nick Bradley

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Format: książka papierowa

ISBN: 9788324068593

Liczba stron: 384

Ocena: 7/10

Książki o Japonii mogą być dwóch rodzajów: albo przepełnione magią i dziwnymi wydarzeniami, albo są po prostu przyjemnymi książkami do czytania (choć autor wcale Japończykiem nie jest, tak ewidentnie japoński styl książek do niego przeniknął). Tutaj mamy do czynienia z tym drugim rodzajem. W sumie mówi o tym już sama okładka, oczywiście z kotem.

Opowieść toczy się dwutorowo: w jednym wątku mamy starszą panią Ayako, która przyjmuje do swojego poukładanego świata wnuka Kuo świeżo po niezdanym egzaminie wstępnym na studia medyczne. Babcia od samego początku jest bardzo oschła, surowa i zamknięta w sobie, co wyraźnie daje odczuć wnukowi. W sporej części wynika to z osobistej tragedii, jaką nosi w sercu, czyli samobójczej śmierci swojego syna (a ojca wnuka). Przymusowy pobyt na prowincji po paru trudnych perypetiach jednak odmienia obojga.

Drugim wątkiem jest ten dotyczący mieszkającej w Tokio Amerykanki Flo. Po rozstaniu z partnerką i poddaniu w wątpliwość wszystkiego, co w życiu robi, włącznie z pracą tłumaczki, przypadkiem natrafia na porzuconą powieść i postanawia poddać się przeznaczeniu i podążać jej śladem. By uzyskać zgodę autora na przetłumaczenie książki na angielski, udaje się do niewielkiej górskiej miejscowości, gdzie oba wątki stopniowo zaczynają się ze sobą splatać.

Książka jest bardzo ciepła i subtelna, z wyraźnym morałem: aby być szczęśliwym i spełnionym nie można się bać. Trzeba znaleźć w sobie odwagę do spełniania marzeń i krok po kroku dążyć do realizacji życiowych celów - swoich, a nie kogoś innego i szukać w ten sposób jakichś kompromisów, by wszystkich zadowolić. Ponadto na stronach książki można znaleźć regularnie umieszczane japońskie symbole, które z czasem zaczynają nabierać nieco większego sensu. Doceniam takie dopracowanie i polecam smakowanie książki w całości: nie jest może jakoś wybitnie zmieniająca życie, ale jest po prostu bardzo dobra.

Gruba ryba

w Książki

15piorunów

909 + 1 = 910

Tytuł: Good night, Dżerzi

Autor: Janusz Głowacki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10

*

[…] Dlaczego pan myśli, że powiem panu prawdę?

Jerzy Kosiński wielkim pisarzem był. Albo może nie był?

Odkładając nawet na bok spory co do literackiej wartości utworów napisanych przez tego autora, uhonorowanego, bądź co bądź, w 1969 roku za powieść Kroki nagrodą National Book Award, pozostaje jeszcze niejasna kwestia tego, czy książki, które na okładce podpisane są nazwiskiem pana Kosińskiego w ogóle zostały przez niego napisane.

Ten akapit powyżej nakreśla tylko jeden z wątków, który w swojej książce, osnutej wokół postaci Jerzego Kosińskiego, pan Głowacki podjął. Ale Good night, Dżerzi to nie jest biografia. Prawie nie ma w tej książce dat, nie ma żadnego kalendarium, nie zostało w niej zamieszczone (przynajmniej w tym wydaniu, które czytałem) ani jedno zdjęcie (to, o którym w książce jest mowa, sam musiałem sobie znaleźć). Good night, Dżerzi to w swojej najogólniejszej warstwie książka o pisaniu, o pisaniu scenariusza, którego to pisania pan Głowacki podjął się (na zlecenie), a zlecono mu ten scenariusz, ponieważ Dżerzi (Jerzy Kosiński) był to mój bardzo bliski przyjaciel, bo kilka razy w życiu go spotkałem – jak w którymś z początkowych rozdziałów sam autor oznajmia. Ta książka świetnie pokazuje to, w jaki sposób, a jest to sposób wyjątkowo paskudny i brudny, działa amerykańskie środowisko elit artystycznych. Good night, Dżerzi aż kipi od alkoholu, narkotyków, pieniędzy, narcyzmu i czegoś, co zwykło się nazywać wynaturzeniami seksualnymi (kto jednak definiuje normalność?).

W całym tym syfie i obok niego znajdują się jednak ludzie (w końcu to ludzie ten syf stworzyli) – niektórzy rozdają w nim karty, inni aspirują do tego żeby się do niego w jakiś sposób dostać, a kiedy już się tam znajdą, to wcale nie chcą tego syfu opuszczać. Być może im on odpowiada, być może korzyści związane z należeniem do tej elity w ich systemie wartości przewyższają cenę, jaką za taką przynależność należy zapłacić, być może inaczej już nie umieją – ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, książka pana Głowackiego również takiej odpowiedzi nie podaje. Mówi za to sporo o takiej sytuacji konsekwencjach.

Ta książka zresztą w ogóle nie podaje żadnych odpowiedzi. Ta książka przedstawia. Przedstawia to artystyczne środowisko, przedstawia Nowy Jork (kapitalna scena w metrze z facetem przebranym za świętego Mikołaja!) i przedstawia ludzi. W czasie lektury (a czytałem tę książkę już po raz drugi) ciągle miałem w głowie ten niepokój (a może nawet lęk) jaki musiał towarzyszyć jej bohaterom. Od razu pojawiły mi się skojarzenia z Niespokojnymi ludźmi pana Fredrika Backmana. Skojarzenia co do treści, bo jednak forma, w jaką swoją opowieść ubrał pan Głowacki jest dużo bardziej naturalistyczna. Przy Good night, Dżerzi Niespokojni ludzie brzmią trochę jak miła bajeczka na dobranoc.

Sama postać (bo tak rozpatruję Jerzego Kosińskiego, jakiego poznałem w tej książce, właśnie jako postać literacką, a nie człowieka – nie znam żadnej jego biografii, a Good night, Dżerzi, jak już pisałem, wcale za biografię nie uważam) wydaje mi się bardzo odrażająca i nieprzyjemna, a przy tym ogromnie ciekawa. Snob, bubek i narcyz, tak jawi mi się Jerzy Kosiński wykreowany przez pana Głowackiego, ale takie stwierdzenie byłoby jednak zbyt proste. Bo za tym snobizmem, bubkowatością i narcyzmem musi czaić się coś. Musiał tam być jakiś lęk, tym bardziej, że historia Dżerziego (tutaj mam pewność co do jej zbieżności pierwowzorem) kończy się tak, jak się kończy, i kończy się w takim momencie, w którym się kończy. A lęk taki powinien przecież z czegoś wynikać, on musi mieć jakieś swoje źródła. Z tym lękiem to jest, oczywiście, moja interpretacja, pan Głowacki nie pisze o nim wprost, a już na pewno nie szuka jego przyczyn. To ostatnie zresztą mogłoby być trudne, bo Dżerzi potrafił poruszać się w tym środowisku, w którym się znalazł: O pana jest trochę trudno być zazdrosnym, bo pana właściwie nie ma, pan jest kreacją –stwierdza w pewnym momencie w rozmowie z Dżerzim jeden z bohaterów.

Tym, co w książce pana Głowackiego znajduję szczególnie zachwycającym, to sposób, w jaki została ona napisana. Good night, Dżerzi to jest najbardziej filmowa opowieść zapisana na papierze, jaką kiedykolwiek miałem okazję w życiu przeczytać i ta obrazowość bardzo mi się podoba. Pan Głowacki precyzyjnie umieszcza w kadrze dokładnie to, co jest w nim potrzebne (z różnych względów), przedstawia postaci w sposób absolutnie kapitalny i ani przez moment nie nudzi. Dynamika tego tekstu, jego spójność stylistyczna całkowicie niweluje niedogodności związane z częstym skakaniem tak w czasie, jak i w przestrzeni. Imponuje w książce również to, co Arystoteles uważał za istotę literatury, a więc naśladowanie rzeczywistości. Teraz, przy powtórnej lekturze Good night, Dżerzi ogromne wrażenie zrobił na mnie słuch literacki pana Głowackiego. Historia w ogromnej części opowiedziana jest słowami jej bohaterów i absolutnie nie czuć w żadnym momencie, że jest to literatura. Te wszystkie wypowiedzi i dialogi zapisane są w sposób tak naturalny, jakby wykonać stenogram z rozmowy czy jakby słowo w słowo spisać czyjeś wspomnienia. I chyba właśnie ta naturalność języka jest czymś, co w tej książce wzbudza mój największy podziw, a może i nawet wzbudza moją zazdrość.

Good night, Dżerzi, to nie jest książka, z której można się wiele dowiedzieć. Być może warto podchodzić do niej zapoznając się wcześniej z jakimś naukowym opracowaniem dotyczącym życiorysu pana Kosińskiego, czego ja nie zrobiłem, bo nie uważam żeby mi to było do czegokolwiek potrzebne. Ale Good night, Dżerzi to jest książka, w której można się zatopić, którą można się zachwycić (przede wszystkim językowo i narracyjnie) i którą przede wszystkim można poczuć. A ja takie książki bardzo, bardzo lubię.

Gruba ryba

w Książki

16piorunów

908 + 1 = 909

Tytuł: Potępieńcy

Autor: Graham McNeill

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Copernicus Corporation

Format: książka papierowa

Liczba stron: 536

Ocena: 4/10

“Czasami jedyne zwycięstwo, jakie można osiągnąć, polega na uniemożliwieniu zwycięstwa przeciwnikowi.”

XVII część cyklu Herezja Horusa

Graham McNeill sprowadza czytelnika na ziemię albo raczej Terrę. Tym razem akcja dzieje się nie w odległych zakątkach galaktyki, a w miastach przylegających do pałacu Imperatora: Mieście Wizji (siedzibie astropatów) oraz Mieście Suplikantów (ogromnych slumsach). Nie ma więc kosmicznych bitew, ani naziemnych starć potężnych armii. Zamiast tego mamy opowieści o kulisach pracy astropatów, następstwach wybryku Magnusa, więźniach i przypadkowych ludziach uwikłanych w skomplikowaną intrygę.

Pomysł jest ciekawy, taka zmiana perspektywy na pewno ma potencjał, ale coś tu nie pykło. Pierwsza połowa książki, będąca niejako przygotowaniem gruntu, dłużyła mi się niemiłosiernie. Później na szczęście nabiera tempa. Najbardziej jednak przeszkadzała mi w “Potępieńcach” pomieszana chronologia niektórych wydarzeń w odniesieniu do innych książek, głównie “Fulgrima” i “Tysiąca synów”.

Na plus mogę zaliczyć kreację postaci i sporadyczne przebłyski czarnego humoru. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie postaci: Tagore - sierżant Pożeraczy Światów o zaskakującej samoświadomości oraz Antioch - stary medyk-alkoholik ze slumsów, który przed Astartes nie klęka.

Niestety Graham McNeill nie odrobił lekcji i wyszło miernie oraz bez znaczenia dla całokształtu Herezji.

Gruba ryba

w Hydepark

14piorunów

907 + 1 = 908

Tytuł: O wielkim wyścigu i jeszcze większym bałaganie

Autor: Marcin Mortka

Kategoria: literatura dziecięca

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Format: książka papierowa

Liczba stron: 144

Ocena: 7/10

Nie wiem co więcej mam o tych Tappich pisać, to już dziesiąty tom (chociaż nie wszystkie mamy) więc raczej każdy wie czego się spodziewać.

Książki raczej spokojne, niegroźne, ale wciągające.

Gruba ryba2piorunów

dobre dla 7latka?

Gruba ryba1piorunów

@peposlav Kurde, nie mam bladego pojęcia na jakim etapie jest typowo siedmiolatek XD

W sensie, moje doświadcznie z dziećmi to jedynie moja parka (czterolatka i roczniak) i najzwyczajniej nie wiem jak się zachowuje o 3 lata starsze dziecko, ani co go nudzi, ile emocji oczekuje od lektury, itp.

Ale zgaduję, że raczej będzie git, pewnie po prostu więcej zrozumie niż moja córa xD a że same historie są całkiem ciekawe i fajne to tym bardziej dałbym szansę

Gruba ryba1piorunów

@Barcol byle jako wiking nie robił nikomu krwawego orła

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Książki

12piorunów

906 + 1 = 907

Tytuł: O tajemniczych przesyłkach, latającym jeżu i nauce czarowania. Tappi

Autor: Marcin Mortka

Kategoria: literatura dziecięca

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Format: książka papierowa

Liczba stron: 176

Ocena: 7/10

Bardzo fajna część, dobrze się czytało młodej.

Gruba ryba

w Książki

22piorunów

905 + 1 = 906

Tytuł: Dragon's Egg

Autor: Robert L. Forward

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: The Ballantine Publishing Group

Liczba stron: 345

Ocena: 9/10

Hmmm jak by to bez spoilerów opisać...

Tytułowa Dragons Egg, to gwiazda neutronowa o grawitacji 67 miliardów razy większej niż ta na ziemi, przepotężnym polu magnetycznym, i kręcąca się 5 razy na sekundę.

I na tejże gwieździe pojawiło się inteligentne życie, zwane Cheela. Te ludki, (a w zasadzie miniaturowe placki xD) traktują swój dzień jako normalny dzień, w sensie nasze 0.2s to dla nich pełnoprawna doba, więc zanim my dokończymy dobrze myśl, to oni już mają nowe pokolenie na świecie xD Przez to ich ewolucja cywilizacyjna zasuwa jak po⁎⁎⁎⁎na, milion razy szybciej od naszej, polecam zwracać szczególną uwagę na czasoznaczniki w książce (pełnią funkcje rozdziałów, ale czasem skaczą o ledwie sekundy).

Nie jest spoilerem, że ludzkość w tej historii również się pojawia, bo smocze jajko zasuwa swoją trajektorią przez nasz uklad słoneczny, i w pewnym momencie jest całkiem blisko tej niebieskiej plamki, którą zasiedlamy. Wysyłamy więc załogę na orbitę Dragons Egg, żeby zebrała nieco danych o gwieździe neutronowej - kosmonauci nie spodziewają się zupełnie co tam zastaną.

Książka jest napisana przez fizyka, i pod względem naukowym jest na bardzo wysokim poziomie. Wszystko zostało skrupulatnie przemyślane i uwzględnione. Jeśli Wasza pierwsza reakcja jest taka jak moja ("życie na gwieździe neutronowej? DEBILE! tam som złe warunki!!!") to muszę Was uspokoić - wszystko jest za⁎⁎⁎⁎ście rozpracowane. Oczywiście, to nadal "fiction", więc i pewne spekulatywne założenia mają miejsce, książka nie jest podręcznikiem do fizyki :P

Niesamowite, że gdy czytałem jak zmyślony ludzik-glutek odkrywa, że da się coś położyć na czymś innym żeby nie musieć tego nieść to aż mi serce szybciej biło na podniosłość tego odkrycia - pod tym względem książka również jest świetna. Tę cywilizacje po prostu świetnie się śledzi. A ostatnia 1/3 książku jest mega satysfakcjonująca,

Miałem do książki jeden zarzut - że urywa się za szybko. I dosłownie teraz, w trakcie pisania poprzedniego akapitu, odkryłem że to ma sequel xD Elegansio.

Niestety z jakiegoś powodu książka nie doczekała się tłumaczenia na nasz język, czytałem w oryginale, więc w 1/3 nie rozumiałem nowych nazw biologicznych, w 2/3 naukowych, w 3/3 tych typowo sci-fi xd No ale odrobina tłumacza deepl i jakoś to szło.

Z mojej strony mega polecajka.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobistość2piorunów

@Barcol brzmi ciekawie, ale przy braku tłumaczenia nawet nie patrzę.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Twórca

w Książki

17piorunów

904 + 1 = 905

Tytuł: Emil czyli O wychowaniu

Autor: Jean Jacques Rousseau

Kategoria: Książka pedagogiczno-filozoficzna

Wydawnictwo: Ossolineum

Format: ebook

Liczba stron: 366

Ocena: 7/10

Czym zdaje się być wychowanie? Naśladowaniem naszych rodziców plus dodaniem własnej inwencji udoskonalającej do tego - nie zawsze jest ona skuteczna i rozsądna. Dla imć Jana Jakuba cel to większy. Wszelkie paskudztwa, jakie mogą się przydarzyć podczas chowania dzieci później kończą na rachunku społeczeństwa. Zaś ono nie pozostaję bez grzechu. Narzucone barkiem systemowego utylitaryzmu mocuje się z jednostką jak ze szczęką bobasa niby w służbie jego zdrowiu, by potem mieć ukształtowanego obywatela, gotowego do poświęcenia czegokolwiek trzeba, przy czym wzruszającego się stoicko na osobiście ponoszone straty: normalnie Niobe na znieczuleniu. Temu nie daję się chęć akceptowania. Dlatego trzeba wychować "człowieka".

Emil jest wyimaginowaną personą autora, służącą do zademonstrowania jego poglądów na kwestie wychowania dziecka tak, jakby tego chciała nasza kochająca matka natura. A miłościwa natura kocha tych najsilniejszych, tak więc biały, zdrowy, majętny Francuz z włościańskich regionów sam rzecz jasna się narzuca do prezentacji. Najlepiej trzymany na wiosce z dala od skrzywionych mieszczuchów, co mówić sprawnie nie potrafią i do tego otoczeni są występkami wynalazków ludzkich. Mieć z wychowawcą relację bardzo osobistą, byle był jeden pan dla dzieciątka wiedzącego, kto jest ten drugi po Bogu. Niech unika bulionu mięsnego dla nienabawienia się robaków, lekarzy mordujących i uzależniających od siebie, gorącej wody oraz zostania krawcem, gdyż to babski zawód.

Jakkolwiek dla Jana Jakuba ostatni syn chłopski jest potężniejszy od pierwszego syna miasta, nie jest zdecydowanie oderwany w obserwacjach od rzeczywistości. Jest tu mnóstwo poglądów, z jakimi dzisiaj można się zgodzić. Przede wszystkim kładzie nacisk na dzieciństwo i na to, jak rozumuję dziecko, wybijając z sensu starania osób, pragnące już mu wbijać do głowy odpowiedzialności dorosłego. Wie, że dziecko nawet rozumujące inaczej nie jest zwolnione z konsekwencji własnych czynów i musi samemu zrozumieć, że coś dokonanego złego wymaga od niego reakcji. Uczy jak wzbudzić ciekawość praktykowania pewnych rzeczy i bycia samodzielnym. Podobał mi się fragment o piórach hełmu Hektora, służącego do nauki o radzeniu ze strachem. Nie jest obcy na stanowiska, jakie musi obierać wychowaca - niech przepala czas, by potem już tylko go zyskiwał. To i wiele można tu odnależć, a kto wie? Czy nie jest tu też coś dla naszego "wewnętrznego dziecka".

Tak, wiem o tych oddanych dzieciakach do sierocińca. Parę oddanych lepsze od jednego rozkapryszonego syna lorda.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Mistrz

w Książki

28piorunów

903 + 1 = 904

Prywatny licznik: 18+1=19

Tytuł: Historia zaginionej dziewczynki

Autor: Elena Ferrante

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381102285

Liczba stron: 592

Ocena: 8/10

I ostatnia część tetralogii "Cykl neapolitański". Zaczyna się od potężnego przewrotu w życiu, acz dosyć szybko okazuje się, że miało być pięknie i wyszło jak zawsze. Elena upada, Lila rośnie, ale w chwili, gdy ta pierwsza tego najbardziej potrzebowała, przyjaźń wraca do życia. Nawet jeśli dalej jest trudna, rywalizująca, posiniaczona, poddawana kolejnym próbom. Wraz z dojrzewaniem obu bohaterek pojawiają się także nowe, dojrzalsze problemy. Znowu pojawia się Neapol, ale już zupełnie inny, dużo mniej niewinny niż w pierwszej części. Co krok czyha mniejsza i większa włoska polityka, w którą obie już dawno się wplątały i wciąż ona wraca. Dzieje się dużo i Owca to lubi.

Końcówka... Trudno mi osądzić, nie była w pełni satysfakcjonująca, ani w pełni rozczarowująca.

Jak nie jestem wielkim miłośnikiem powieści obyczajowych (szczególnie że te starsze często starzeją się jak mleko postawione na grzejniku podczas zimnej lutowej nocy), tak tu bawiłem się przednie. Kilka dni po skończeniu ostatniej części stwierdziłem, że trochę mi brakowało opowieści o dwóch przyjaciółkach z Neapolu. Spędziłem z nimi jakieś 2,5 tygodnia i naprawdę dobrze się bawiłem i emocjonowałem ich losem. W związku z tym ocena dla całej serii to solidne 8/10, a że ciężko jest mi wybrać jedną najlepszą książkę, to taką ocenę dostanie ostatnia część 😛

Mistrz

w Książki

25piorunów

902 + 1 = 903

Prywatny licznik: 17+1=18

Tytuł: Historia ucieczki

Autor: Elena Ferrante

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381102278

Liczba stron: 520

Ocena: 7/10

Trzecia część tetralogii "Cykl neapolitański" kontynuująca przebieg życia dwóch przyjaciółek będących na dwóch różnych kolejach losu: Eleny i Liny. Zaczynamy około 22-23 roku życia, w momencie spotkania przez jedną z nich starego bardzo dobrego znajomego, który w końcu książki przewróci jej życie do góry nogami.

Część dla mnie osobiście odrobinę słabsza od poprzednich, acz dalej w okolicy 7/10 się mieści. Dużo polityki i konfliktów na poziomie wręcz krajowym czy globalnym (jak na lata 70. ubiegłego wieku przystało) i w tym wszystkim Elena, która z jednej strony ma określone poglądy na świat i rolę kobiet, a z drugiej coraz mocniej osadza się w życiu, które sama dla siebie wybrała. Acz coraz częściej zaczyna się zastanawiać, czy to na pewno ona sama, czy może świat tak jej życie urządził. Coraz więcej w życiu chaosu, coraz więcej popełnianych błędów, nawet jeśli poza ogniskiem domowym wygląda na coraz więcej sukcesów.

Z drugiej zaś strony Lina, która otrzepuje się po znalezieniu się w największym grajdole swojego życia i zaczyna je budować na nowo, na nowych fundamentach, w pełnej niezależności od innych. Kontakt obu ze sobą stał się praktycznie sporadyczny, acz jak już był, to jak zawsze intensywny. Obie bohaterki stały się jak ogień i woda, mimo wywodzenia się z podobnych środowisk podjęły zupełnie różne decyzje życiowe i znalazły się na zupełnie dwóch różnych trajektoriach życia.

W czytaniu było niewielkie zmęczenie materiału w tej części, ale i tak jak na 3 część powieści z tymi samymi bohaterkami, to było naprawdę bardzo dobrze.

Mistrz

w Książki

24piorunów

901 + 1 = 902

Prywatny licznik: 16+1=17

Tytuł: Historia nowego nazwiska

Autor: Elena Ferrante

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: książka papierowa

ISBN: 9788382308310

Liczba stron: 600

Ocena: 7/10

Druga część tetralogii "Cykl neapolitański" kontynuująca przebieg życia dwóch już nieco oddalających się od siebie przyjaciółek: Eleny i Liny. Zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy poprzednią (ok. 16 roku życia), kończymy zaś około 22-23 roku życia, w pełni życia młodych kobiet.

A życie kobiet na południu Włoch zdecydowanie nie było usłane różami. Obie przechodzą przez własne dramaty, ich przyjaźń napotyka na wiele problemów i przerw (na koniec trochę się zdziwiłem, że to wszystko wydarzyło się w raptem 6 lat). Generalnie jednak życie obu poszło zupełnie innymi ścieżkami: jednej z nich zaczyna się zdecydowanie komplikować, a świat gwałtownie się kurczyć, zaś drugiej życie zaczyna rozkwitać i opuszcza ona rodzinne miasto na rzecz budowania siebie w innych, lepszych miastach Włoch.

Nie oznacza to jednak, że Elena wyzbywa się swojej chorobliwej zazdrości - nawet jeśli stopniowo zaczyna przygasać, gdy bohaterka koncentruje się na swoim życiu, to przy każdej okazji kontaktu ze swoją przeszłością zazdrość budzi się na nowo, bo nawet osiągnięte sukcesy (szczególnie w porównaniu z przyjaciółką) nie potrafią zbudować jej samooceny. Coraz więcej decyzji podejmuje ze względu na to, co myśli, że on niej się oczekuje i narasta w niej zmęczenie tym faktem. A kolei Lina na koniec tej części jest już po momencie podobnego buntu, w wyniku czego ląduje praktycznie na dnie i musi budować swoje życie praktycznie od nowa.

Coraz większe znaczenie w życiu obu zaczyna pełnić polityka - o ile w pierwszej części pojawiała się głównie w dyskusjach z rówieśnikami (a przynajmniej tak im się wydawało), tak w drugiej zaczyna realnie wpływać na ich życie.

Kontynuacja naprawdę dobrego poziomu, mimo grubości ta część weszła szybciutko.

Mistrz

w Książki

25piorunów

900 + 1 = 901

Prywatny licznik: 15+1=16

Tytuł: Genialna przyjaciółka

Autor: Elena Ferrante

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381102254

Liczba stron: 480

Ocena: 7/10

Pierwsza z trzech tetralogii, które ostatnio pojawiły się na półce. Autor/ka nie jest publicznie znany, publikuje książki pod pseudonimem Eleny Ferrante. Całość historii ma w zasadzie charakter szkatułkowy, gdzie główna bohaterka Elena Greco z perspektywy już podeszłego wieku opisuje swoje życie, nieustannie przeplatane z osobą najbliższej przyjaciółki: Lily/Liny Cerullo. Pierwsza część skupia się na okresie dziecięcym obu dziewcząt żyjących w Neapolu, symbolicznie zakończonym w okolicy 16 roku życia (postaram się w ramach recenzji za dużo nie spoilerować, co będzie trudne...).

Absolutnie rozumiem skąd taka popularność cyklu powieści wśród kobiet - życie obu bohaterek jest bardzo intensywne, zarówno pod względem wydarzeń, jak i przeżywanych emocji. Relacja między nimi jest bardzo niejednowymiarowa i rozwija się wraz z kolejnymi częściami: ze strony bohaterki będącej narratorką widać wręcz chorobliwą zazdrość i uwielbienie wynikające z tytułowej genialności przyjaciółki, relacja w drugą stronę jest dużo trudniej możliwa do uchwycenia i będziemy ją odkrywać wraz z kolejnymi częściami. Mimo bardzo licznych podobieństw czy wręcz naśladowania siebie wzajemnego w niektórych kwestiach, szybko zaczyna być widać różnice między nimi na zasadzie opozycji wynikające z podejmowanych życiowych decyzji.

Na mnie jednak zdecydowanie największe wrażenie wywiera opisywany świat. W pierwszej części jest to świat widziany oczami dojrzewającego dziecka, zamykający się w granicach osiedla zamieszkanego przez przyjaciółki (bardzo ciekawie opisana próba samodzielnego wyjścia poza jego granice) czy wakacyjnej miejscowości na wyspie nieopodal miasta. Dziejące się wokoło konflikty polityczne czy życiowe są widoczne, ale zdecydowanie znajdują się na dalszym planie wobec "poważnych" (z punktu widzenia dzieci) problemów dziejących się w ich życiu.

Początek książki dla mnie był nieco niemrawy, ale szybko rozkręciło się i nie mogłem się doczekać kolejnej części.

Lider0piorunów

@bojowonastawionaowca muszę kiedyś coś przeczytać tej autorki, odkładam i odkładam od dłuższego czasu

Mistrz4piorunów

@WujekAlien też odkładałem, ale zachęciła mnie do przeczytania okazja na Vinted w postaci całej tetralogii za 40 PLN xD No i w prawilnym wydaniu, bo te nowe okładki są koszmarne

Pokaż więcej komentarzy (2)