Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bookmeter

Gruba ryba

w Książki

27piorunów

796 + 1 = 797

Tytuł: Nowa Fantastyka 499 (04/2024)

Autor: Redakcja miesięcznika Fantastyka

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Prószyński Media

Format: książka papierowa

ISBN: 0867132X

Liczba stron: 80

Ocena: 8/10

Najbardziej moją duszę poruszyło opowiadanie „Petrichor” autorstwa Marty Bonaventura. To opowieść z perspektywy córki obserwującej jak jej mama powoli odchodzi z tego świata. Umysłowo, ponieważ to mózg rodzicielki został zaatakowany przez chorobę. Schorzenie można porównać do Alzheimera, tylko że w tej historii kobieta powoli zapomina słów i coraz częściej „zawiesza się” oraz nie kontaktuje. Przykre opowiadanie, tym bardziej, że porusza temat, którego bardzo się obawiam, czyli starzenia się właśnie. Z własnych obserwacji widzę, że jesień życia wcale nie należy do przyjemnych i potrafi być wypełniona bólem ciała coraz częściej odmawiającego posłuszeństwa.

Spodobało mi się także opowiadanie Michała Brzozowskiego, „Pięć posklejanych pająków”, w którym różne choroby psychiczne i tym podobne wywoływane są przez robaczki o ciekawych nazwach. Na przykład krzykacz bezsensownik czy negat samobójczyk - chyba wiadomo, co powoduje. I kto wie, może tak też jest w istocie, że żyje się normalnie, a nagle coś wchodzi do głowy przez ucho i wszystko się zmienia. To historia utrzymana w mniej poważnym tonie.

Z artykułów polecam zapoznać się z „Popromiennym potomstwem Fallouta” Marcelego Szpaka, który, jak można się spodziewać, opowiedział o grach mniej lub bardziej nawiązujących do popularnej serii postapokaliptycznych gier.

„Nową Fantastykę” czytam od deski do deski głównie dlatego, że dzięki autorom i autorkom często poznaję ciekawe utwory, za które normalnie bym się nie zabrał. Tak było z „Orphan Black”, o której kontynuacji szerzej napisała Aleksandra Klęczar. Niewątpliwie obejrzę ten serial jak skończę obecnie oglądane.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Książki

18piorunów

795 + 1 = 796

Tytuł: Ścieżki zwątpienia

Autor: Maciej Para

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: selfpub

Format: ebook

Liczba stron: 430

Ocena: 6/10

Pochwalę się, że pierwszy raz mogłem zrecenzować coś przedpremierowo. : D

Maciej Para powraca z kontynuacją bardzo dobrego zbioru opowiadań o krasnoludach pod tytułem „Cena honoru”. „Ścieżki zwątpienia” to jednak powieść, z którą niestety autor nie do końca sobie poradził.

Moim głównym zarzutem jest brak opanowania tempa historii, które w mojej opinii jest zbyt szybkie. Zbyt dużo się tutaj dzieje, przez co brakuje przestrzeni, żeby odpowiednie wątki mogły odpowiednio wybrzmieć. Na przykład pobyt Hargrima w szpitalu, po odniesieniu bardzo poważnych ran, wydaje się bardzo krótki. Główny bohater nie ma nawet czasu, żeby odpocząć, bo ledwo skończy się jedno wydarzenie, po chwili bierze udział w kolejnym. I wydaje się nawet nie być zmęczony całym panującym chaosem. Maciej zdecydowanie lepiej poradził sobie z opowiadaniami i szkoda, że w przypadku kontynuacji nie zdecydował się na kolejny zbiór opowiadań. Myślę, że lepiej by wyszło, gdyby poszczególne wydarzenia zostały rozłożone trochę w czasie, a nie następowały jedno po drugim. Jakby to była historia życia Hargrima - jedna kampania w drugim stuleciu życia, druga kilkadziesiąt lat później et cetera. Albo jakby rozdzielić je na powiedzmy trzy różne postacie.

A skoro już wspomniałem o postaciach: nie da się odmówić autorowi umiejętności wykreowania bohaterów, którzy łatwo zdobywają sympatię. Mimo że z czasem uporczywe trzymanie się honoru przez Hargrima zaczęło mnie męczyć, to rozumiałem jego przywiązanie do tradycji i wyznawanych wartości. Dobrze kontrastuje to z młodszym i lepiej urodzonym generałem, który prezentuje bardziej elastyczne podejście. Z satysfakcją obserwowałem zderzenie tych dwóch różnych charakterów i próby zdyskredytowania krasnoluda wyższego stopniem.

Trudno powiedzieć, który z nich ma rację. Cóż znaczy zwycięstwo dzięki podstępowi, jeśli w ten sposób zhańbimy cały klan? A może jednak warto zignorować wartości niemające większego znaczenia w „nowoczesnych czasach”, żeby oszczędzić życie wielu krasnoludów?

Na pewno pojawiła się krytyka chrześcijaństwa, jako religii bardzo wpędzającej swoich wyznawców w poczucie winy. W powieści przybrało makabryczniejszą postać. Czy było to potrzebne, żeby uwidocznić jego wady? Nie wiem.

Ciekawym spostrzeżeniem, choć oczywistym, jest to, że znajomość historii autora pomaga w odkryciu autobiograficznych wątków, chociaż nie będę zdradzał, o jakie chodzi. ; )

Żeby jednak nie było zbyt słodko, to ponarzekam jeszcze na nadmierną ekspozycję, która przeszkadzała mi w lekturze. Odniosłem wrażenie, że każde wspomnienia jakiejś postaci, miasta czy wydarzenia wiązało się z wyjaśnieniem, kto to był albo co miało miejsce. Rozumiem ideę, jednakże uważam, że było tego po prostu zbyt dużo. Czytelnikom lubiącym poznawać nowe uniwersa pewnie się go spodoba, mnie odrzucało.

Pomimo tego nie zniechęciłem się i codziennie sięgałem po powieść, dopóki jej nie skończyłem. Czytało się dobrze, jednakże uważam, że byłoby znacznie lepiej, gdyby z autorem dłużej popracował redaktor. Może nawet znacząco przerobił historię. Pozostaje mi jedynie gdybać, czy wyszłoby to na dobre opowieści, a Was zachęcić do samodzielnego zapoznania się z powieścią.

Autor uruchomił zbiórkę na wydanie tej powieści. Możecie go wesprzeć tutaj: https://gamefound.com/pl/projects/krasnoludek/wydanie-ilustrowanej-powiesci-fantasy-sciezki-zwatpienia

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Książki

25piorunów

793 + 1 = 794

Tytuł: Tysiąc Synów

Autor: Graham McNeill

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Copernicus Corporation

Format: książka papierowa

Liczba stron: 593

Ocena: 6/10

“Moc pozbawiona mądrości zniszczy swego pana.” inskrypcja w Pałacu Mądrości w Tizce, stolicy Prospero

XII część cyklu Herezja Horusa

Jest trzydzieste pierwsze tysiąclecie, trwa Wielka Krucjata mająca na celu zjednoczenie ludzkości rozproszonej po całej galaktyce. Świat za światem jest przyłączany do Imperium Człowieka lub unicestwiany. Na nowo przyłączonej planecie Aghoru prymarcha legionu Tysiąca Synów - Magnus Czerwony odkrywa tajemniczą, emanującą mocą górę.

Za każdym razem, gdy zabieram się za książkę napisaną przez Grahama McNeilla, mam wrażenie, jakby mi mówił: „siadaj gówniarzu, opowiem ci historię”. Mimo pewnych wad jest coś niezwykle gawędziarskiego w sposobie, w jaki opowiada.

Autor powielił sprawdzony schemat konstrukcyjny z „Fulgrima” i oparł „Tysiąca Synów” na trzech częściach: zaczął od powolnego zawiązania akcji i przedstawienia legionu z perspektywy cywilnych upamiętniaczy oraz kapitanów, przeszedł do niezbyt dynamicznych, aczkolwiek istotnych dla dalszego rozwoju wydarzeń w drugiej części, by zakończyć tragicznym zwrotem akcji i zadymą.

W kwestii poznania uniwersum na pewno znalazło się wiele ciekawych informacji. Z uwagi na specyfikę XV Legionu wiele treści miało dość abstrakcyjny charakter, w szczególności te dotyczące różnych kultów, magicznych mocy Osnowy i duchowych podróży. Część z nich jak na mój gust znalazła się jednak ryzykownie blisko nawiedzonych farmazonów spod znaku New Age. Co szczególnie istotne w końcu doczekałem się szczegółowego przedstawienia konklawe w Nikaei - przełomowego wydarzenia w dziejach Imperium, do którego niejednokrotnie nawiązywano w innych powieściach, zawierającego przy okazji całkiem zgrabną przypowieść o jaskiniowcach w wystąpieniu Magnusa.

Nie do końca zaś udały się postaci. Magnus przez cały czas był arogancki i święcie przekonany o swojej zajebistości, zaś Ahriman okazał się żenująco naiwny i pozbawiony charyzmy jak na naczelnego kronikarza rzekomo najmądrzejszego legionu.

Jako ciekawostkę dodam, że ten tom opatrzony został również kilkoma ilustracjami.

Podsumowując: „Tysiąc Synów” to samodzielna opowieść, dziejąca się na uboczu głównego nurtu Herezji, jeszcze przed Isstvanem, która fabularnie mnie nie porwała, ale zaspokoiła moją ciekawość odnośnie kilku wątków.

PS. “Na Fenrisie nie ma wilków”

Pokaż więcej komentarzy (2)

Lider

w Książki

21piorunów

792 + 1 = 793

Tytuł: Ołowiany wyrok

Autor: Michael Connelly

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: audiobook

Liczba stron: 416

Ocena: 8/10

Drugi tom serii z Mickey'em Hallerem pokazuje, że Connelly potrafi znaleźć idealny balans między thrillerem prawniczym, a kryminałem.

Już na początku Haller przejmuje kancelarię po zamordowanym przyjacielu i razem z dobrodziejstwem inwentarza dostaje długą listę jego klientów - w tym bardzo głośną sprawę producenta filmowego oskarżonego o podwójne morderstwo (żony i jej kochanka) w swoim własnym domu. Z pozoru wygląda to jak ogromna szansa zawodowa i finansowa, ale oczywiście szybko okazuje się, że w tle kryje się znacznie więcej brudu, manipulacji i zagrożeń, niż Haller przewidywał. Oprócz głośnej medialnej sprawy, dostaniemy też kilka pomniejszych, raczej na 2-3 strony, niektóre na góra 10, które może wiele fabularnie nie wniosą, ale pokażą jak działą Mickey i czego możemy się po nim spodziewać.

Nie jest to już ten sam prawnik z Lincolna, bo adwokat dostaje własne, ogromne biuro i cały tabun klientów, więc nie musi się martwić o kasę. Ta książka podobała mi się nawet bardziej niż "Prawnik z Lincolna", głównie dlatego, że jest bardziej dynamiczna i lepiej wykorzystuje samego Hallera. Mickey nadal jest prawnikiem o bardzo płynnej moralności, ale tutaj jeszcze mocniej widać jego inteligencję, instynkt i zdolność odnajdywania się w sytuacjach, gdzie wszyscy próbują go oszukać albo wykorzystać. Do tego Mickey wraca po dłuższej przerwie zdrowotno-odwykowej i zostaje wrzucony od razu na głęboką wodę, gdy jego organizm nie porafi jeszcze pracować na pełnych obrotach.

Bardzo dobrze działa też połączenie świata prawniczego z policyjnym śledztwem. Widać, że Connelly zaczął coraz mocniej łączyć uniwersum Hallera z Harrym Boschem, co dodaje historii dodatkowych smaczków z połączenia energii obu panów. Dzięki temu książka nie ogranicza się tylko do sal sądowych - mamy też klasyczne kryminalne napięcie i poczucie, że stawka rośnie z każdą stroną.

To również świetny przykład historii, która bardzo dobrze sprawdziła się jako materiał na serial. Pierwszy sezon "Prawnika z Lincolna" bazuje właśnie na Ołowianym wyroku (dość luźno jednak) i moim zdaniem bardzo dobrze oddaje klimat książki - szczególnie balans między cynizmem Hallera, proceduralnym aspektem sprawy i zagrożeniem wiszącym nad bohaterem.

Connelly nadal korzysta ze znanych schematów thrillera prawniczego, ale robi to na tyle sprawnie, że trudno się od książki oderwać. Tempo jest dobre, dialogi naturalne, a sama intryga ma kilka naprawdę udanych momentów. Dalej Haller jest otoczony 2 byłymi żonami, córką i przyjacielem, którzy są dla niego najważniejsi i zrobi wszystko, żeby nic im się nie stało, a zagrożenie w tym tomie jest jeszcze bardziej realne niż w poprzednim.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Fenomen2piorunów

@WujekAlien na podstawie książek Connellego zrobiono też świetny serial „Bosch”. Muszę przyznać że conajmniej dorównuje lekturze a może nawet lekko ją przewyższa.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Osobistość

w Hydepark

21piorunów

791 + 1 = 792

Tytuł: Major

Autor: Marcin Ciszewski

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Format: audiobook

ISBN: 9788383291260

Liczba stron: 368

Ocena: 6/10

Tom drugi serii www. Część batalionu z pierwszego tomu się rozproszyła, jednak większa część została walczyć z Niemcami. Jest rok 1943, zbliża się data rozpoczęcia likwidacji getta w Warszawie i coś z tym trzeba zrobić. Trzeba też wytrenować nowych żołnierzy, to czemu nie w górach świętokrzyskich. Przewija się trochę historycznych postaci zarówno ze strony polskiej jak i niemieckiej. Także partyzantka z mojego rodzinnego świętokrzyskiego. Książka całkiem dobra.

Licznik prywatny: 30/52

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider

w Książki

26piorunów

790 + 1 = 791

Tytuł: Prawnik z Lincolna

Autor: Michael Connelly

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Sonia Draga

Format: audiobook

Liczba stron: 408

Ocena: 7/10

Mickey Haller to prawnik, któremu daleko do klasycznego rycerza sprawiedliwości. Pracuje głównie dla drobnych przestępców, gangsterów i ludzi, których większość społeczeństwa wolałaby omijać szerokim łukiem. Nie ma biura - jego miejscem pracy jest tylne siedzenie tytułowego Lincolna (a właściwie to 1 z 4), z którego prowadzi interesy i omawia kolejne batalie na salach rozpraw. Gdy trafia mu się bogaty klient oskarżony o brutalne pobicie prostytutki, sprawa wygląda jak życiowa okazja. Bardzo szybko okazuje się jednak, że pod powierzchnią kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Największą siłą książki jest sam Haller. To bohater bez kręgosłupa moralnego, człowiek, który bardziej wierzy w system i procedury niż w pojęcie dobra i zła. Bohater, który broniłby samego diabła, gdyby tylko odpowiednio dużo mu zapłacił. I właśnie to wypada świetnie. Connelly pokazuje prawnika, który nauczył się funkcjonować w świecie pełnym manipulacji, półprawd i układów, a jednocześnie sam stał się częścią tego mechanizmu. To jedna z tych postaci, które trudno jednoznacznie polubić, ale bardzo łatwo ogląda się ich działania. Mickey wypada świetnie również dlatego, że z tymi złymi ma świetne układy, a z tymi dobrymi zawsze na pieńku. Ale ostatecznie pod płaszczykiem bezdusznego prawnika, kryje się facet, który dla ludzi, których kocha, wskoczy w ogień, i kilkukrotnie to w tej książce udowania.

Bardzo podobało mi się też to, jak podobny klimat udało się później zachować w serialowej adaptacji o tym samym tytule (choć nie omawia ona 1 tomu, a tylko luźno do niego nawiązuje w kolejnych sezonach). Zarówno książka, jak i serial dobrze oddają ten świat ludzi żyjących gdzieś pomiędzy prawem a cynizmem, gdzie moralność często schodzi na dalszy plan, gdy w grę wchodzi skuteczności.

Sama intryga jest solidna i dobrze poprowadzona, choć momentami dość klasyczna dla thrillerów prawniczych. Jest kilka zwrotów akcji, których trudno się spodziewać. Connelly świetnie zna realia sali sądowej i potrafi budować napięcie nie akcją, ale rozmowami, negocjacjami i odkrywaniem kolejnych warstw sprawy. To bardzo dobry thriller prawniczy, którego największym atutem nie jest sama zagadka, ale główny bohater i jego mocno śliska moralność.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider

w Książki

26piorunów

789 + 1 = 790

Tytuł: Ostateczny argument

Autor: Joe Abercrombie

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Mag

ISBN: 9788374807470

Liczba stron: 840

Ocena: 6/10

To co w poprzednich częściach było zaledwie zarysem- jednowymiarowa i sztampowa konstrukcja świata- w tym tomie zajmuje połowę książki. Geopolityczna "intryga" jest nudna, bezsensowna a wykreowany świat papierowy (:D).

Za każdym razem jak pojawiał się rozdział "Jezal" wiedziałem, że będę miał dosyć. Dosyć płytkiej metamorfozy postaci i ten grzech tyczy się większości bohaterów. Przez trzy tomy zmagają się z tymi samymi rozterkami i nic z tego nie wynika: "chcę być lepszy" Logen, "szukam zemsty" Baba z Południa, "mogę wszystko" Bajaz. Trup ściele się tak gęsto, że przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Dajcie spokój.

Gdy jednak zamkniemy oczy na debilizmy typu "niezauważony desant 50 tysięcznej armii" (kwituje to tylko krótkim lol, co nikt nie zauważył w Wielkiej Unii, że imperium buduje statki, zbiera armię, zapasy?) i pominiemy, że rzeczy- nieważne jak niedorzeczne- dzieją się tylko po to aby autor mógł zaprezentować konkretne wydarzenie. Brak pewnej organiczności w fabularnym związku przyczynowo-skutkowym, który nadawałby ryt autentyzmu. Gdy jednak przymknąć na to oko- to w skali mikro serduszko szybciej bije w czasie potyczek zarówno tych na miecze, jak i na słowa.

No i inkwizytorze- rozumiem problemy- ale może się trochę porozciągać? 😉

Gruba ryba3piorunów

@AdelbertVonBimberstein mi tam się bardzo podobało jak chłop to pociągnął i jak się pobawił tymi wszystkimi bohaterami. Do jedynki miałem takie same zarzuty + brak fabuły i dałem jej chyba z 2/5, ale cieszę się że nie porzuciłem cyklu.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Hydepark

20piorunów

787 + 1 = 788

Tytuł: Trawa

Autor: Constantin Cubleşan

Kategoria: fantasy, science fiction

Format: książka papierowa

Liczba stron: 136

Ocena: 3/10

Jako kolejna z serii "Fantastyka-Przygoda" Iskier wylosowała się książka autora z bratniej Rumunii.

Niestety - jak poprzednia (Cieplarnia Aldissa) to było niemal arcydzieło to ta jest zdecydowanie najgorsza w z tych które do tej pory czytałem w tej serii. Krótko o fabule: Bezimienny bohater obejmuje posadę prokuratora na planecie na tyle małej że nie ma nawet własnej nazwy, tylko oznaczenie SM-61 100. Mała planeta = mało przestępstw, więc przez rok ma wywalone jajca, jednak nagle zdarza się morderstwo jak to się ładnie nazywa "ze szczególnym okrucieństwem". Po przeprowadzeniu śledztwa nasz prokurator domaga się dla podejrzanego kary śmierci, co jednak spotyka się z dużym sprzeciwem opinii publicznej i samego gubernatora planety. Równocześnie bohater dowiaduje się że wszyscy uważają go za szpiega (?). Wyrok zostaje zamieniony na zesłanie na karną planetę "Santa Barbara". Podczas podróży i pobytu tam nasza postać zaczyna przypominać sobie i rozpamiętywać całe swoje życie. Coś tam przeżywa ale tak na dobrą sprawę niewiadomo co ani po co i na co, po czym książka się kończy pozostawiając czytelnika z większą ilością pytań niż odpowiedzi. Autor bowiem rozgrzebał kilka wątków, po czym urwał je bez wyjaśnienia.

Zdecydowanie nie warto, doczytałem do końca tylko dlatego że krótkie no i wciąż miałem nadzieję że COŚ W KOŃCU SIĘ WYDARZY. Nieciekawy, wręcz denerwujący bohater + kompletny brak akcji. Unikać.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

GURU1piorunów

Warto wspomnieć że jest inna książka SF o tym samym tytule i jest to dobra książka (autorstwa Sheri S. Tepper).

Gruba ryba

w Książki

19piorunów

786 + 1 = 787

Tytuł: Niedźwiedź, syn niedźwiedzia

Autor: Aleksandra Tarnowska

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: ArtRage

Format: ebook

Liczba stron: 368

Ocena: 6/10

Bardzo zgrabna i ładnie napisana opowieść o tureckim nastolatku, który mierzy się z dorastaniem, surowymi okolicznościami, w jakich przyszło mu żyć i presją rodziny by osiągnąć sukces, który nie chce nadejść. Przyjemne do przeczytania, ale szybko wylatujące z głowy, bo i nie ma powodu by w to w głowie trzymać, skoro takich historyjek powstaje masa. Na pewno robi wrażenie to, że tureckie okoliczności potrafiła tak ładnie przedstawić Polka.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider1piorunów

@JapyczStasiek no i mi Pan spierdoliłeś plany czytelnicze :(
A tak na serio, to dzięki za recenzję, zakładałem, że to będzie 8-9/10, ale skoro nie, to przesuwam ją dalem w TBR :grinning:

Gruba ryba

w Książki

32piorunów

785 + 1 = 786

Tytuł: Rycerz Siedmiu Królestw

Autor: George R.R. Martin

Tłumacz: Michał Jakuszewski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788383357768

Liczba stron: 412

Ocena: 8/10

Bardzo lubię George'a R.R. Martina za umiejętność tworzenia wyróżniających i dających się lubić postaci. Dunk i Jajo także do nich należą. Ich relacja została świetnie napisana, mimo że opiera się na powtarzalnych „gagach”: Jajo nie potrafi się powstrzymać i pyskuje, Dunk grozi mu trzepnięciem w ucho.

Bawi też możliwość podsłuchania myśli wędrownego rycerza, który często krytykuje samego siebie, powtarzając słowa swego mistrza. To miła odmiana po różnych „badassowych” głównych bohaterach, mrukach i podobnych.

Do tego świetne ilustracje Gary'ego Gianni. Wielokrotnie przestawałem czytać, żeby móc dłużej nacieszyć się poszczególnymi rysunkami. Aż zazdroszczę, że sam tak nie potrafię. :' )

Jednakże jest kilka rzeczy, które mi przeszkadzały.

Opowiadania zostały napisane w różnych latach, przez co niektóre informacje dosyć często się powtarzają. To jest zrozumiałe - warto przypomnieć coś, o czym czytelnik poprzednim razem mógł przeczytać kilka lat temu. W zbiorze, kiedy teksty czyta się jeden po drugi, trochę psuły odbiór.

Ponadto każe opowiadanie ma ten sam schemat - Dunk bardzo mocno obrywa, ale i tak wygrywa walkę. Albo przegrywa najpierw walce na kopie, by potem odnieść zwycięstwo w walce w bliskim kontakcie. Odniosłem wrażenie, że autor kazał rycerzowi założyć fabularną zbroję, która chroni go przed śmiercią. Co też nie jest dziwne, skoro opowiada o przeszłości Duncana i Jaja. Mimo to nie spodziewałem się, że akurat Martin będzie oszczędzał swoich bohaterów. ; )

No i trzeba uważać na tylną okładkę, która zdradza różne zwroty fabularne. Mnie nie przeszkadzają spoilery, ale istnieją ludzie, którzy wolą sami odkryć niektóre rzeczy.

Dodam, że ekranizacja pierwszego opowiadania jest świetna i warto ją obejrzeć, nawet jeśli przeczytało się historię. Jajo został świetnie odegrany. W drugą stronę tak samo - warto przeczytać opowiadania po obejrzeniu serialu.

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Pokaż więcej komentarzy (2)

Osobistość

w Książki

26piorunów

784 + 1 = 785

Tytuł: Smok odrodzony

Autor: Robert Jordan

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788381168458

Liczba stron: 864

Ocena: 7/10

Dostrzegam już, że wstawianie wpisów do kolejnych tomów będzie się stawało coraz trudniejsze; nawet jeżeli wydarzą się w nich rzeczy istotne/ciekawe/niespodziewane (niepotrzebne skreślić), to tak czy siak utoną one w standardowej otoczce. Nie jest to dla mnie wada per se, bo dalej czyta się to niezgorzej - po prostu ciężko tutaj zawiesić na czymś umysł na dłużej, doświadczenia przychodzą i odchodzą bez większego poruszenia z mojej strony.

Zupełnie nie jestem fanem wybrańców, którzy po krótkim szkoleniu w jeden księżyc samym swoim potencjałem mogą bić na głowę profesjonalistów z wieloletnim doświadczeniem. Tutaj właśnie coś takiego się zapowiadało i w sumie po części nawet ziściło, ale, będąc szczerym, po tych 2000 stron - podczas których wewnętrznie minął na oko rok, bohaterowie, jakby nie patrzeć, faktycznie sporo przeżyli, szkolili się pod okiem prawdziwych fachowców, no a poza tym to wokół nich kręci się przecież - dosłownie i w przenośni - cała ta historia - nawet człowiek nie zwracał na to większej uwagi. Czytałem znacznie, znacznie gorzej zrealizowane tego typu motywy.

Fabuła ponownie rozdziela drużynę, obiera każdemu nowe cele, rzuca jednocześnie kłody pod nogi, a w trakcie tułaczki niektórym z nich ukazuje nowe rewelacje, by wreszcie mnogością zrządzeń losu sprowadzić całość do jednego punktu. Czy wszystkie fragmenty i epizody są porywające? Oczywiście nie, choć ponownie próby przyjętych - tym razem Elayne - wsadzają bohaterkę do emocjonalnej maszynki do mięsa i fundują czytelnikowi swój specjał: więcej pytań niż odpowiedzi.

Tak jak Nyaneve, Egwene i Elayne już po pierwszym przekroczeniu progów Tar Valon nie za bardzo wiedziały, komu powierzyć swoje zaufanie, tak wydarzenia tej książki spotęgowały to wielokrotnie i zmuszają dziewczyny do szukania oszustw w spiskach, półprawd w każdym zdaniu, dosłownego cienia w każdym kącie i po prostu trzymania języka na wodzy w każdym momencie. Takie uwypuklenie nowego wymiaru nieufności w społeczności, która domyślnie nie papla o wszystkim na prawo i lewo jest czymś intrygującym.

Lekkie zastrzeżenie mogę mieć wobec czasu spędzanego z konkretnymi bohaterami: niekiedy potrafi to być kilka rozdziałów z rzędu, by po stu stronach wrócić do wcześniej przerwanego - w może i dosyć sensownym punkcie, ale jednak - wątku.

Do tego zabrakło tu jeszcze jednej rundy korekty, gdyż kilka razy zdarzyło mi się zauważyć pomieszany szyk zdania albo w ogóle 2 przeplecione sensem sentencje. Zdarzył się też brak myślnika lub zamiana płci. Ponadto ktoś chyba bardzo lubi przecinki; sam zaliczam się do tych osób, no ale bez przesady. Tutaj przykład: "[...]zdawała się czekać. Czekać, aż coś, wybuchnie".

Obiecałem sobie, że przy lekturze będę wypisywał więcej notatek pomagających przy pisaniu tych wpisów, ale tutaj po prostu ciężko znaleźć coś dostatecznie charakterystycznego, by zapaliła mi się lampka każąca sięgnąć po notatnik.

Inspirator

w Książki

33piorunów

783 + 1 = 784

Tytuł: Hobbit

Autor: J.R.R. Tolkien

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

ISBN: 9788381162647

Liczba stron: 304

Ocena: 7/10

Miałem przyjemność poznać ten ponadczasowy tytuł wspólnie z moim 7- latkiem. Przez kilkanaście wieczorów wspólnie poznawaliśmy kolejne przygody Bilba (w które wplątał się trochę wbrew swojej naturze) i jego kompanii, dzięki czemu mogłem się cieszyć nie tylko kunsztem Tolkiena, ale także tym, jak Młody chował się pod kołdrę kiedy bohaterowie wpadali w tarapaty oraz jak skakał po łóżku kiedy z nich wychodzili - taka żywiołowa interakcja z treścią książki jeszcze bardziej zwiększa przyjemność z poznawania fabuły.

Na temat samej książki nie zamierzam za wiele pisać - ponieważ słyszał o niej w zasadzie każdy kto wie jak w ogóle jakakolwiek książka wygląda i nie jestem w stanie napisać na jej temat nic, co już by nie zostało napisane. Szokująco niska dla niektórych ocena wynika z tego, że jest to tylko wstęp do właściwej historii oraz ja osobiście akurat wolę mniej czarno-białe fantasy, co nie oznacza, że nie doceniam wpływu jaki wywarł ten tytuł na literaturę i że kwestionuję to, że na to zasłużył.

Gruba ryba0piorunów

@Kuba0788 u mnie podobnie reagowały dzieciaki ! Ale końcówkę już nie potrafili słuchać.
Najbardziej irytowało ich świetne zobrazowanie krasnoludów, którzy po ujrzeniu złota, stali się mega nieprzyjemni i chamscy.

Film tego nie oddaje dobrze

Osobistość

w Książki

24piorunów

782 + 1 = 783

Tytuł: www.1939.com.pl

Autor: Marcin Ciszewski

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Format: audiobook

ISBN: 9788383291215

Liczba stron: 336

Ocena: 6/10

Po pierwsze kategoria z LubimyCzytac, ja bym tutaj dał bardziej fantastykę jednak.

Po drugie jakoś nie moje klimaty, ale że mam na półce pierwsze trzy książki z serii to je zaliczę, a co.

Silnie uzbrojony batalion wojska polskiego wraz z Amerykanami przygotowuje się do wyjazdu na misję w Afganistanie w 2007. Niestety zrządzeniem losu przenosi się w czasie do pierwszego września 1939. No i mamy super nowoczesne uzbrojenie (przynajmniej jak na tamte czasy) vs wermacht. Dużo opisów technicznych co do uzbrojenia, amunicji czy innych pocisków. Do tego lekka zagadka jak i czemu się tam znaleźli, niektórzy bohaterowie bardzo charakterystyczni (głównie pozytywnie), także książka całkiem dobra.

Licznik prywatny: 29/52

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Pokaż więcej komentarzy (3)

Lider

w Książki

19piorunów

781 + 1 = 782

Tytuł: Solenoid

Autor: Mircea Cartarescu

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: ArtRage

Format: ebook

Liczba stron: 784

Ocena: 7/10

"Solenoid" to jedna z tych książek, które trudno opisać klasyczną recenzją, bo ona właściwie wymyka się prostej fabule. Niby opowiada o niespełnionym pisarzu, nauczycielu rumuńskiego w podmiejskiej szkole w Bukareszcie, który prowadzi dziennik pełen wspomnień, snów, cielesnych obsesji, szkolnej codzienności i metafizycznych wizji. Ale tak naprawdę jest to ogromna opowieść o porażce, samotności, ciele, literaturze, śmierci i pragnieniu wydostania się poza granice zwykłego życia.

Najbardziej doceniam w tej książce jej kompletność. Cartarescu stworzył powieść totalną - taką, która chce pomieścić wszystko: dzieciństwo, komunizm, Bukareszt, chorobę, szkołę, erotykę, sny, owady, śmierć, religię, matematykę, fizykę, literaturę i kosmos. Są tu fragmenty naprawdę wybitne, szczególnie wtedy, gdy autor opisuje miasto jako organizm albo ludzkie ciało jako coś jednocześnie obrzydliwego, kruchego i metafizycznego. W najlepszych momentach miałem poczucie obcowania z książką wielką, dziwną i bardzo osobistą.

Jednocześnie właśnie ta kompletność jest dla mnie największym problemem. W "Solenoidzie" jest wszystkiego po trochu i nic konkretnie. Książka potrafi zachwycić jednym akapitem, a za chwilę kompletnie zgubić czytelnika w dygresjach, snach, symbolach i cielesnych opisach, które ciągną się daleko poza moją cierpliwość. Mamy cudowny rozdział, a chwilę później bohater wyciąga kolejny fragment sznurka z pępką, jakby chciał sprowadzić czytelnika na ziemię mówiąc: nie przyzwyczajaj się do dobrego. Często czułem się bardziej wrzucony w cudzy majak niż prowadzony przez opowieść. Lubię literaturę wymagającą i dziwną, ale tutaj zagubienie nie zawsze dawało satysfakcję - czasami było po prostu męczące.

Najbardziej przeszkadzały mi fragmenty, które celowo balansują na granicy obrzydzenia. Rozumiem, że ciało jest tu jednym z głównych tematów, że wszy, skóra, pępek, choroby, wydzieliny i pamiątki swojego ciała, mają pokazać człowieka jako istotę biologiczną, śmiertelną i uwięzioną w materii. Tylko że momentami miałem poczucie, że autor tak mocno dociska ten motyw, że zamiast pogłębiać doświadczenie, wybija mnie z immersji. Czujemy, że bohater jest książkowym przykładem psychopaty, a jednocześnie jest nauczycielem, co samo w sobie jest też mocno niepokojące. A opis szkoły, kar cielesnych, traktowania dzieci, spuszczania wpierdolu nauczycielom z zemsty, czy tatuowania uczniom herbu szkoły, wcale nie pomaga i jeszcze bardziej pogłębia tę psychozę. Podobnie działał nadmiar metafizycznych tropów - solenoidy, sny, sekty, znaki, ukryte wymiary - wszystko to jest fascynujące, ale razem tworzy czasem bardziej katalog obsesji niż spójną historię, której autor też przesadnie nie tłumaczy.

Podsumowując:

To weird fiction, bez horrorowego sznytu, to literura piękna, która skręca w rejony "Pachnidła". To książka o fizyce, bez tłumaczenia zagadnień fizycznych. To sci-fi, które przeradza się w "Powrót króla" z Frodem idącym zniszczyć rękopis zamiast pierścienia. Jest tu tak wiele wątków i nawiązań (subtelnych, ale jednak), że łatwo się zgubić. Z jednej strony każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale pytanie: czy każdy powinien? Czy na tym polega literatura, żeby jedna książka próbowała zadowolić i zniesmaczyć gusta wszystkich czytelników na raz.

Dla mnie to 7/10 - książka imponująca, gęsta i miejscami genialna, ale też przesadnie rozdmuchana, dezorientująca i momentami odpychająca. Doceniam jej ambicję i literacką siłę, ale nie mogę powiedzieć, że dałem się jej w pełni porwać. To raczej doświadczenie niż powieść: ważne, intensywne, ale nie zawsze przyjemne.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Autorytet

w Książki

17piorunów

780 + 1 = 781

Tytuł: Nos

Autor: Nikołaj Gogol

Kategoria: klasyka

Format: ebook

Liczba stron: 31

Ocena: 7/10

Krótka satyra. Pewien rosyjski urzędnik budząc się zauważa, że z jego twarzy zniknął nos. Ale to nie jest najgorsze, nos ten prowadzi odrębne życie i przechadza się po ulicach petersburga. Bohater próbuje go znaleźć i przytwierdzić na właściwe miejsce.

Lubię taki niedorzeczny i absurdalny humor.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider

w Książki

18piorunów

779 + 1 = 780

Tytuł: To za dużo dla mnie

Autor: Darko Cvijetic

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Format: ebook

Liczba stron: 150

Ocena: 8/10

To nie jest książka, którą da się "opowiedzieć". To raczej doświadczenie - poszatkowane, niespokojne, momentami wręcz odpychające, a jednocześnie dziwnie przyciągające. Cvijetić buduje swoją opowieść wokół Filipa Latinovicia - zbrodniarza wojennego, który wraca do domu po latach i zamiast potępienia dostaje coś znacznie bardziej niepokojącego - status bohatera - symbolu. To punkt wyjścia, ale szybko okazuje się, że fabuła jest tu tylko szkieletem dla czegoś znacznie cięższego.

Największą siłą tej książki jest jej forma. To kolaż: notatki, listy, monologi, urwane sceny, cytaty, powroty do tych samych motywów. Historia nie płynie - ona się rozrywa na kawałki i scala na nowo. I to działa, bo dokładnie tak funkcjonuje pamięć i trauma. Już od pierwszych stron widać, że autor świadomie rozbija narrację, zestawiając różne głosy i porządki - literackie, historyczne i osobiste. Dzięki temu czytelnik nie dostaje jednej wersji świata, tylko chaos, który musi sam uporządkować.

Bardzo mocno wybrzmiewa tu motyw winy. Nie jako jednorazowego aktu, ale jako czegoś, co zostaje z człowiekiem na zawsze. Świetnym przykładem jest obraz "niesienia kości" - przekonania, że każdy powinien dźwigać szczątki tych, których zabił. To jeden z tych fragmentów, które wchodzą pod skórę i zostają tam na długo. Podobnie działa cały wątek powrotu Filipa - człowieka, który sam widzi siebie jako mordercę, podczas gdy społeczeństwo próbuje zrobić z niego symbol.

Ciekawie wypadają też nawiązania do "Zbrodni i kary". Nie są one tylko literackim mrugnięciem oka - raczej próbą przepisania tej historii na realia wojny i współczesności. Raskolnikow u Dostojewskiego mierzy się z winą jednostkową, tutaj mamy winę zbiorową, rozmytą, często wypieraną. To mocne zestawienie, które pokazuje, jak bardzo zmienił się kontekst moralny w ciągu 1 wieku.

Jednocześnie to książka trudna w odbiorze. Brak klasycznej fabuły, ciągłe przeskoki, brutalność obrazów i języka - wszystko to sprawia, że momentami można się od niej odbić. Są fragmenty, które wydają się chaotyczne albo zbyt hermetyczne. To książka, za którą trudno "przepaść", ale od której trudno się oderwać. Jest w niej coś magnetycznego - może szczerość, może brutalność, może fakt, że nie próbuje być wygodna dla czytelnika. To literatura, która bardziej działa niż opowiada i choć momentami męczy, to zostawia po sobie ciężar, którego trudno się pozbyć.

Po raz kolejny musze zganić polską okładkę książki, która jest nijaka. A w porównianiu z oryginalną (2 zdjęcie), wypada blado.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Lider

w Książki

20piorunów

778 + 1 = 779

Tytuł: Długa noc zimowa

Autor: Elizabeth Hand

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: ebook

Liczba stron: 418

Ocena: 5/10

Wpierdzieliłem się w cegłę "Solenoid", której lektura skutecznie wydłużyła mi czas czytania innych książek.

"Długa noc zimowa" to książka, która teoretycznie powinna bardzo dobrze trafić w mój gust: mamy postapokaliptyczny świat, dziwną biologię, resztki upadłej cywilizacji, eksperymenty na ludziach, ruiny, mity, teatr i bohaterów próbujących zrozumieć własną tożsamość. Na poziomie pomysłu jest tu naprawdę dużo rzeczy, które mogłyby złożyć się na mocną, duszną i niepokojącą powieść weird fiction, które lubię. Problem w tym, że sama lektura częściej mnie męczyła, niż wciągała.

Najbardziej podobał mi się klimat. Elizabeth Hand potrafi stworzyć obrazy, które zostają w głowie: laboratorium, Miasto Drzew, zrujnowane przestrzenie, rytuały, dziwne istoty i świat po katastrofie, który nie jest prostym pustkowiem, ale czymś bardziej organicznym, chorym, przerażającym i nieprzewidywalnym. Ciekawy jest też pomysł Wendy jako empaty - osoby stworzonej do przejmowania cudzych traum, która dopiero przez cudze emocje zaczyna uczyć się własnego człowieczeństwa.

Niestety dla mnie to za mało, żeby książka naprawdę zadziałała. Autorka zasypuje czytelnika nazwami, frakcjami, pojęciami, mitologicznymi odniesieniami i fragmentami historii świata, ale zbyt rzadko daje wystarczające oparcie, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. Uwielbiam techniczny żargon w książkach postapo i wszystkie aspekty tego, jak doszło do katastrofy. A tu często miałem wrażenie, że zamiast odkrywać świat, muszę się przez niego przedzierać. To nie była dla mnie przyjemna tajemnica, tylko chaos, który utrudniał immersję.

Za zbędne uznałbym nadmierne komplikowanie wszystkiego: mitologii, języka, struktury świata i symboliki. Niektóre elementy brzmią ciekawie same w sobie, ale nie zawsze pracują na emocje albo fabułę. Momentami miałem poczucie, że książka bardziej chce wyglądać na głęboką i niejednoznaczną, niż naprawdę prowadzić czytelnika przez mocną historię. Przez to nawet dobre sceny tracą siłę, bo giną w nadmiarze ornamentów.

Największym problemem było dla mnie to, że trudno było się emocjonalnie przywiązać do bohaterów. Wendy i Rafael mają ogromny potencjał, ale ich historia zbyt często znika pod warstwą symboli, wizji, rytuałów i dziwności dla samej dziwności. Lubię literaturę wymagającą i nieoczywistą, ale tutaj zbyt często czułem dystans zamiast zaangażowania. A szkoda, bo potencjał był na prawdę niezły.

Książka z bardzo ciekawym światem i kilkoma świetnymi pomysłami, ale zbyt chaotyczna, przeładowana i nieprzejrzysta, żeby naprawdę mnie porwać. Zamiast hipnotycznej, postapokaliptycznej opowieści dostałem powieść, która miała duży potencjał, ale za często sama sobie przeszkadzała.

Książkę wygrzebałem na dysku z paczki setek PDFów i zachęciła mnie bardzo skrajnymi ocenami na LubimyCzytać.

Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Autorytet

w Książki

29piorunów

777 + 1 = 778

Tytuł: I nie było już nikogo

Autor: Agatha Christie

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Format: ebook

Liczba stron: 230

Ocena: 8/10

Fajnie się to czytało. Chociaż sam przebieg zdarzeń jest mało prawdopodobny. Ale podobał mi się styl narracji.

Na wyspę zostaje zaproszonych 10 osób, krótko po przybyciu dowiadują się, że na wyspie nie ma gospodarza a goście zaczynają po kolei ginąć. Pozostali muszą szybko rozwiązać zagadkę.

Ogólnie właśnie się dowiedziałem, że pierwszym tytułem tej książki było "Dziesięć małych murzynków" xD

Pokaż więcej komentarzy (8)

Fenomen

w Hydepark

31piorunów

776 + 1 = 777

Tytuł: Bóg. Ludzka historia religii

Autor: Reza Aslan

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Znak

Format: papierowa

Liczba stron: 316

Ocena: 9/10

Uprzedzam, będzie we wpisie więcej prywaty niż samej książki.

Nieco rozbudowany esej poświęcony historii religii, a właściwie tego, jak powstawało nasze wyobrażenie o Bogach, a następnie Bogu, na nasz obraz i podobieństwo. Nie jest to praca poruszająca wszystkie możliwe religie, autor skupia się głównie na prehistorii i Bliskim Wschodzie skąd wywodzą się trzy największe religie monoteistyczne świata. Niewątpliwie adresatem książki jest szeroko pojęty świat zachodni i muzułmański. Autor tej pracy jest ateistą i opisując religie zwraca uwagę, jak stopniowo powstawały judaizm, chrześcijaństwo i islam, ale do wszelkich systemów wierzeń odnosi się z szacunkiem.

Książkę tę czytałem po raz pierwszy pięć lat temu, krótko po ukazaniu się polskiego wydania, niedawno odświeżyłem sobie ten tytuł. Nie ukrywam, że ta książka przyczyniła się do tego, że zostałem ateistą. Moja rewolucja z katolika do agnostyka była stopniowa i wieloletnia, zaś proces przejścia na ateizm był już gwałtowny, właśnie dzięki tej książce, która uporządkowała moją wiedzę i zabrała wszelkie złudzenia. Cóż, żadnych bóstw nie ma. Niewiele to zmieniło w moim życiu poza faktem, że śmierć fizyczna skończy się utratą świadomości, poprzedzoną bólem fizycznym i psychicznym. A potem przyjście druga śmierć, gdy umrą wszyscy, którzy o mnie pamiętają. Ot nic po nas nie zostanie, a wiara w Boga, którego stworzyli sobie ludzie, stanowi zwykłe oszustwo.

Dałbym 10/10, ale wydawnictwo Znak wpadło na genialny pomysł, by przypisy (liczące 100 stron) wywalić poza część główną książki. Super pomysł...

Prywatny licznik: 15/50

Gruba ryba0piorunów

@BapitanKomba chłop jest muzułmaninem, nie ateistą

Fenomen1piorunów

@Hilalum Cholera, możesz mieć rację ( ͠° ͟ʖ ͡°) O poglądach religijnych Aslana czytałem kilka lat temu w wywiadzie dla Wyborczej i wydawało mi się, że deklarował ateizm, gdzie jednocześnie odcinał się od Dawkinsa. Pobieżna kwerenda w wyszukiwarce zwraca wyniki, że identyfikuje się jako muzułmanin, ale są to artykuły sprzed 10-15 lat. Gdyby to było źródło po 2021 miałbym pewność, że się pomyliłem. No nic, jeszcze będę sprawdzać.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Książki

20piorunów

775 + 1 = 776

Tytuł: James

Autor: Percival Everett

Tłumaczenie: Kaja Gucio

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 7/10

*

– Ja to widze tak. Jak kto bez specjalnych reguł nie umi sam odróżnić, co dobre, a co nie, jak mu trza takie rzeczy tłumaczyć, to nie może być dobry. Jak ci jakiś Bóg musi mówić, co dobre, a co złe, to nigdy sie tego nie dowiesz.

Na samym początku chciałem podziękować koledze @JapyczStasiek za podrzucenie mi tego tytułu. Zaburzył mi tym, oczywiście, zaplanowaną kolejność czytania, ale chciałem zapoznać się z Jamesem w miarę na świeżo po lekturze Przygód Hucka Finna. Niczego nie żałuję, a co za tym idzie nie mam do kolegi żadnych w związku z tym roszczeń ani pretensji.

Pan Everett zrobił w Jamesie kilka rzeczy kapitalnych. Po pierwsze sam pomysł na to żeby przedstawić tę samą, dobrze znaną historię z perspektywy innego bohatera już zasługuje na uwagę, jeśli nie na szacunek. Na szacunek natomiast na pewno zasługuje to, że panu Everettowi udało się ten zamysł zrealizować – sam w końcu miewałem podobne pomysły, ale u mnie na pomysłach się kończyło. Drugą sprawą jest wykreowanie świata, który w żadnym momencie nie jest sprzeczny z tym, który opisał pan Mark Twain. To poprzednie zdanie zasługuje na szczególną uwagę, bo pan Everett nie zrobił czegoś, co zrobić mógłby i co byłoby ze wszech miar słuszne, uzasadnione i całkowicie poprawne (choć książka wiele by na tym straciła, a nawet byłaby książką całkowicie inną niż jest), nie osadził mianowicie swojej opowieści po prostu w świecie stworzonym przez pana Twaina. Pan Everett zrobił coś więcej, pan Everett wykreował świat znajdujący się jakby obok świata z książki pana Twaina. I nie chodzi tutaj wcale o jakieś paranormalne byty, o których Jim w Przygodach Hucka Finna opowiada Huckowi, koncept pana Everetta jest o wiele bardziej interesujący. Nie będę jednak zdradzał tutaj o co chodzi – wydaje mi się, że to powinno rozjaśnić się każdemu, kto na lekturę Jamesa by się zdecydował.

Opowieść przedstawiona w tej książce początkowo biegnie całkowicie zgodnie z tym, co opowiedział pan Mark Twain w roku 1884, a później się rozjeżdża. Oczywiście, pan Everett, decydując się na uczynienie narratorem Jima, musiał uzupełnić te luki, które pan Twain zostawił w swojej historii rozdzielając w niej na jakiś czas Jima i Hucka. Tyle że – tak mi się wydaje – opowieść (albo sam Jim) wymknął się w pewnym momencie autorowi spod kontroli (to podobno często zdarza się w czasie pisania i przynosi zaskakująco dobre efekty względem tego, co napisać się zaplanowało, o ile w ogóle nie umożliwia czasami opowiedzenia historii do końca, bo ta złośliwa małpa jakoś nie chce poddawać się wymyślonemu i skrupulatnie dopracowanemu planowi) i James od pewnego momentu podąża swoją drogą, całkowicie inną niż u pana Twaina. Tutaj powstaje u mnie pytanie, podobne do tego jakie powstało kiedy śledziłem różnice w Królu pana Twardocha w jego w jego wersji książkowej i serialowej: czy jest to jedna historia w dwóch wersjach, czy może jednak są to dwie różne historie? (Nawet zadałem kiedyś to pytanie panu Twardochowi – odpowiedział mi na nie, co słusznie przewidział kolega @CzosnkowySmok, „Nie wiem”; może spróbuję się z tym problemem zwrócić do pana Everetta? – ma ktoś może jego maila albo numer telefonu?)

I tak, James bardzo mi się podobał. Podobał mi się tak w kwestii na tę książkę pomysłu, tak w kwestii tej historii opowiedzenia (literacko i narracyjnie), jak w końcu w kwestii problemów, które poruszał (o, ile znalazłem analogii do tego, co dzisiaj obserwuję na co dzień!). Problemem okazała się dla mnie tylko tej książki końcówka. Po pierwsze od pewnego momentu (od kiedy autor rozstaje się z wersją – przyjmijmy roboczo ten wariant – pana Twaina) opowieść przyspiesza i miałem wrażenie, że, względem tego, co było wcześniej, jest napisana trochę po łebkach. Druga rzecz to to, że rozochocony wspaniałym, płynącym początkiem, gdzie sam sobie wyciągałem sądy na podstawie tego, co przeczytałem, byłem dość zdegustowany końcówką, która – w mojej ocenie – bardzo bezpośrednio i wprost narzuca (i tak zresztą oczywistą i jednoznaczną, ale to samo w sobie jeszcze nie jest wadą) interpretację całej historii.

James jest dla mnie bardzo ciekawą książką również z tego względu, że rzuca całkowicie inne światło na postaci, które znalem czy to z Przygód Tomka Sawyera czy też z Przygód Hucka Finna. Przykładem takiej postaci niech będzie sędzia Thatcher. Czy był on postacią, którą polubiłem – w utworach pana Twaina być może tak, a przynajmniej nie pojawiała się u mnie myśl, że może on być postacią złą. Po lekturze Jamesa mam już w tej sprawie wątpliwości – sędziego Thatchera już niekoniecznie lubię (to też ciekawa rzecz jak inne spojrzenie na to samo może odmienić sąd), jednak miałbym też wątpliwości czy można wprost nazywać go złym. To czasy, przynajmniej z przedstawionego w książce punktu widzenia były złe, sędzia Thatcher był po prostu tych czasów przedstawicielem. Z drugiej jednak strony, to przecież ludzie stworzyli tamte czasy i tamtą rzeczywistość. Zastanawiając się więc nad tym, czy sędzia Thatcher był postacią złą odpowiem, cytując pana Twardocha – „Nie wiem”. Ale ta niewiedza to dla mnie tylko dodatkowa wartość wynikająca z zestawienia tych trzech pozycji.

Jeszcze tylko słowo w kwestii tłumaczenia. Wydawca opisuje je jako „brawurowe” z czym absolutnie się nie zgadzam, a nawet co mnie drażni – nie lubię nadużywania wielkich słów, choć i mnie samemu w przypływie emocji się zdarza. Jestem akurat w czasie lektury książki _Ocalone w tłumaczeniu_ pana Stanisława Barańczaka (ależ jej czytanie jest przyjemne, ale jest również mozolne! – idzie mi to bardzo powoli, bo czacha dymi) i stałem się (przynajmniej tymczasowo) dość uważny na kwestie związane z przekładem. To właśnie z tego powodu, chcąc zweryfikować to, co napisał wydawca, sięgnąłem do fragmentów oryginału. Jeśli możemy (a uważam, że możemy) mówić o brawurze, to taką językową brawurą wykazał się raczej pan Everett. Pani Gucio wykonała natomiast, moim zdaniem, kawał ogromnie solidnej (i pewnie równie trudnej) pracy translatorskiej. Jej przekład jest i piękny i wierny (przynajmniej w tych fragmentach, które sobie porównałem) ale brawury w nim jakoś znaleźć nie potrafię. Chyba że, co byłby uzasadnione, za brawurę, zgodnie z tego słowa definicją, uznać już sam fakt porwania się na tłumaczenie tej książki – wówczas zgoda, ale brawurową w tym przypadku byłaby sama pani Gucio, a nie jej tłumaczenie.

Skoro i tak jest już długo, to nie zaszkodzi jeszcze trochę tego wpisu przedłużyć informacją zupełnie bezużyteczną, choć dla mnie ważną. Otóż do lektury bardzo pozytywnie nastawiło mnie również i to, że książkę otwiera kilka tekstów piosenek folkowych z opisywanego okresu (dziś nazywanych niekiedy "standardami"), a pierwszym z nich jest tak lubiany przeze mnie Old Dan Tucker (tutaj w świetnym wykonaniu pana Bruce’a Springsteena, tutaj w wykonaniu naszego Kraków Street Band, a tutaj – co mnie zdziwiło, że w takie coś w ogóle istnieje – cała playlista z różnymi wykonaniami tego utworu, choć nie jest ta playlista kompleta, sam znam jeszcze kilka innych😉). No i to tłumaczenie tego tekstu na język polski – pan Barańczak chyba mnie zepsuł, bo o ile uważam, że pani Gucio z prozą poradziła sobie świetnie, tak w jej przekładzie poezji – jaką, uważam są teksty piosenek – moim zdaniem trochę nie poszło. Brakuje mi w tych polskich tekstach czegoś, co ja nazwałbym „poetyckością”, a co pan Barańczak, dużo ode mnie jednak mądrzejszy, nazywał w swojej książce „dominantą semantyczną”.

Pokaż więcej komentarzy (3)