To typowy, brytyjski kryminał na podstawie książek Jussiego Adler-Olsena, z akcją przeniesioną z Danii do Edynburga i okolic Highland.
Właśnie! Mój Edynburg! Pokazują centrum miasta, Royal Mile, zamek oraz Castle Terrace i trochę "slumsów" 😛
Ze względu, że to kryminał, który buduje napięcie i zaskakuje od pierwszego odcinka, to napiszę nic :slightly_smiling_face:
A co mogę napisać? Szkoccy aktorzy (część urodzonych w Edynburgu), mówią po szkocku, żartują po szkocku, choć główny bohater jest anglikiem i z tego tez jest żartowane.
Masz netflix? Oglądaj. Nie masz? Torrenty :slightly_smiling_face: Poważnie warto.
Dokument ukazujący Elizabeth Holmes, skazaną za oszustwa założycielkę firmy Theranos, i jej ostatnie 34 dni na wolności.
Co za jazda. Co-za-jazda. Mam wiele, wiele myśli po obejrzeniu tego filmu, wiele pomysłów, których jeszcze do końca nie przetrawiłem, ale mimo wszystko postaram się je w jakiś sposób tu przedstawić.
Przede wszystkim chyba nie skategoryzowałbym tego filmu do końca jako dokument. Jego pierwsza część działa świetnie jako thriller psychologiczny: mnóstwo zbliżeń na twarze (i to jakich zbliżeń!), ciągła gra w kotka i myszkę, różne rewelacje zmieniające co chwilę optykę. Druga część to już meta komentarz funkcjonujący na kliku płaszczyznach. Ogólnie przed wybraniem się na seans polecam zapoznać się z innymi produkcjami Nathana, zwłaszcza z serialem Rehearsal, ale także z samą jego postacią.
W You Can See Everything rzeczywistość i fikcja mieszają się ze sobą, plączą i przeplatają do tego stopnia, że jako widzowie zaczynamy kwestionować praktycznie każdy aspekt tego, co widzimy i słyszymy. Już samo pojawienie się tytułu na ekranie jest dość obrazowe i samo w sobie oddaje ducha filmu, bo mimo, że widzimy praktycznie cały tekst, to jego mały dolny fragment jest skryty za horyzontem. Sam udział Nathana, sposób, w jaki staje się częścią kręconego przez siebie dokumentu, jest ciekawym zabiegiem i skojarzyło mi się to z zagadnieniem z mechaniki kwantowej, gdzie samo wykonanie pomiaru zmienia wynik badań (eksperyment z dwiema szczelinami). To jak wpływa na dynamikę między Elizabeth a jej mężem i rodziną, a także na to jak sam jest odbierany i jak my go odbieramy (kadrowanie, słowa i zachowania, których używa przy obydwu z nich), no to jest pieprzony majstersztyk. Doświadczenie Nathana w poprzednich komediowych serialach, gdzie wyrobił się w dead pan comedy, tutaj jest po prostu wzmacniane przez to, jak niesamowicie odklejonymi i odjechanymi postaciami są główni bohaterowie. Dobrze też widać, że w dalszym ciągu najskuteczniejszą metodą wydobywania z człowieka najskrytszych informacji jest pozwolenie mu na to, by mówił.
W drugiej części jest już totalny odjazd Ta część jest znacznie wolniejsza i może znudzić, ale stawia najciekawsze pytania.
You Can See Everything to film świerzy i pomysłowy. Działa w wielu wymiarach i można go analizować na różne sposoby: próbować dociec prawdy co do osoby Elisabeth i jej zaangażowania w oszustwo, zrozumieć funkcjonowanie Elizabeth i Billiego jako pary, zastanowić się nad tym jak łatwo można zmienić narrację zmieniając tylko jedno słowo. Nathan kręcąc dokument o obecnie najsławniejszej manipulantce sam manipuluje widzem i nawet się z tym nie kryje. Co właściwe jest prawdą? Do końca nie wiadomo.
Fun fact: Film jest nakręcony w proporcji 4:3. Lance Oppenheim tłumaczył ten wybór tym, że przy większych proporcjach i kręceniu materiału w zamkniętych pomieszczeniach widz mógłby za bardzo rozkojarzyć się tym, co działo się dookoła, zamiast skupić na twarzach bohaterów, które były najważniejsze.
Pradawne Zło budzi się do życia. W jego pokonaniu pomóc może tylko połączenie Pięciu Elementów.
Luźna komedia z fajną rolą Bruce'a Willisa. Humor na ogół w porządku, choć niektóre żarty zestarzały się w mojej opinii kiepsko. Jestem lekko uprzedzony do reżysera i w filmie nie obyło się bez rzeczy, które mi u niego przeszkadzają , jednak poza tymi mankamentami w dalszym ciągu ogląda się to ok, przynajmniej osobie w moim wieku. Polecam millenialsom wzdychającym do lat 90.
1130 + 1 = 1131 Tytuł: I Became a Legend After My 10 Year-Long Last Stand Rok produkcji: 2026 Kategoria: Anime / Akcja / Przygodowy / Fantasy Reżyseria: Hiroyuki Kanbe Czas trwania: 4h 36min Ocena: 3/10
Tytuł oryginalny: Koko wa Ore ni Makasete Saki ni Ike to Ittekara 10-nen ga Tattara Densetsu ni Natteita. Format: ONA, 12 odc, 23min/odc | Źródło: Light Novel | Studio: Gekkou | Ocena na AniList: 6.2/10 | AniList | MyAnimeList
Kontynuuje swoją przeprawę przez paździerze z letniego sezonu. Czarodziej Luck wraz ekipą wyruszył pokonać Władcę Demonów aby uratować świat. Jednak nie pykło, potworów okazało się zbyt dużo i Luck poświęcił się aby reszta mogła uciec. No ale jak widać po tytule chłop jednak nie umarł tylko przez 10 lat klepał się z potworami aż te się skończyły i został sam ostatni boss Władca Demonów. Tego też pokonał bo czemu nie i postanowił wrócić do świata ludzi. Tam odkrywa ile czasu minęło i że w między czasie to stał się legendą, pół bogiem co uratował ludzkość. Co bohater anime robi w takim momencie? No oczywiście pora zmienić imię na Lock (illusion 100) i zostać poszukiwaczem przygód xD. Podczas wyprawy zostaje wplątany w tworzący się spisek i odkrywa, że tak naprawdę światem rządzą ~żydzi~ wampiry. Otóż knują oni potajemnie jak zniszczyć ludzkość ale przynajmniej dzięki temu nasz bohater będzie mieć co robić przez resztę odcinków tego arcydzieła japońskiej animacji.
Anime z OP postacią w fantasy settingu, z magią i mieczem, haremem baśniowych stworzeń wokół MC, z niskim budżetem, oraz oceną ~6 na MALu. Myślę, że jak ktoś ogląda anime już od jakiegoś czasu to wie dokładnie czego się spodziewać. Kolejna wtórna i generyczna opowieść z wyjątkowo prostą fabułą. Nie ma tutaj na szczęście żadnego ecchi a całość jest utrzymana w klimacie bajki dla młodszych widzów i to oni są główną grupą docelową. Nawet nie udaje czegoś ambitniejszego i nie odbiera inteligencji oglądającemu jak niektóre o wiele gorsze twory. Nie chce tego aż tak obrażać bo to chyba faktycznie jest bajka dla dzieci i jakbym miał te 6 lat to może by mi się podobało.
Dzieciństwo czwórki nierozłącznych przyjaciół kończy się, gdy po nieprzemyślanym wybryku trafiają do zakładu poprawczego pod opiekę sadystycznych strażników.
Pamiętam, że fragmenty tego filmu oglądałem już kilka razy w telewizji, ale nigdy nie obejrzałem go od początku do końca. Powiem tak: pierwsza część, czyli wszystko co dzieje się do momentu ukazania dorosłych bohaterów, to świetnie zrealizowane kino, z łatwością dałbym tu 9 punktów na 10. Historia niesamowicie wciąga, widz czuje się częścią wydarzeń i przedstawionej rzeczywistości. Immersja jest fantastyczna i bardzo pomaga tu format narracji z offu, opowieść w formie wspomnień i świat pokazany z perspektywy młodych chłopaków (młodzi aktorzy spisali się na medal). Sceny z zakladu poprawczego trzymają w napięciu, a Kevin Bacon w roli sk⁎⁎⁎⁎syna jest po prostu tak naturalny, że ma mu się ochotę dać w pysk. Wielka szkoda, że później film traci impet, fabuła robi się już trochę przekombinowana i nie ma takiego kopa, jak wcześniej. Tutaj na mój gust zawiedli dorośli aktorzy odtwarzający głównych bohaterów, którzy byli jacyś miałcy, bez charakteru. Była to też już typowo gangsterska wersja sprawiedliwości, gdzie ulica musi ją wziąć we własne ręce, żeby pomóc dobrym chłopakom. Polecam tak czy siak, spodoba się fanom filmów takich jak Chłopaki z Ferajny, czy Dawno Temu w Ameryce.
Wyszkolona w klasztorze na perfekcyjną zabójczynię Nie Yinniang, była kiedyś mieszkanką prowincji Weibo. Miała nawet przypisanego jej narzeczonego, ale ostatecznie ojciec jego ożenił go z córką gubernatora sąsiedniej prowincji. Młodą odesłano do księżniczki Jiaxin, gdzie przeszła szkolenie pod okiem mniszki, zamieniając się w asasyna.
Kilkanaście lat później księżniczka wysyła Yinniang, by zabiła Tiana, który teraz rządzki Weibo (to ten niedoszły narzeczony). Cesarstwu nie pasuje to, że kolejna potężna prowincja wymyka się spod władzy.
Czy dziewczyna będzie posłuszna, a może rodzinne strony i poznawanie na nowo tych ludzi zmieni jej percepcję i obierze inną drogę?
Sceny walk są wyśmienite, jak w sumie zawsze w chińskich filmach - cicha, niemal niema Yinniang potrafi pokonać złożoną z ponad dziesięciu ludzi gwardię bez większego wysiłku.
Ale żebyście nie dali się nabrać, wy tam, maniacy sztuk walk - "Zabójczyni" to tak naprawdę slow cinema przebrane za kino akcji. Gdy nie ma walk, akcja zwalnia masakrycznie, powolne ujęcia przeciągające każdą chwilę, gmatwające fabułę - dla mnie oprócz walk to największy plus tego obrazu. Wielkie krajobrazy, oglądanie sceny rozmowy Tiana z żoną oczami schowanej Yinniang za zasłoną - to są niuanse, które wznoszą dla mnie ten film na wyżyny.
Niestety, nie do końca się połapałam kto jest kim, dużo udało się rozwiązać w trakcie filmu - myślę, że w sumie całe clue, więc nie jest tak źle.
Mam wrażenie, że nie do końca w ogóle chciano pokazać rozterki młodej dziewczyny ani nikogo innego - te przejawiają się zaledwie w słowach i to wypowiadanych bez większych emocji.
Czy taki był zamysł? Nie wiem. Ale sceny walk i owa slow-kinowatość skradły moje serce.
Znany stróż prawa, Wyatt Earp, wraz ze swoimi braćmi przenosi się do małego miasteczka, by rozkręcić biznes. Wkrótce dochodzi do pierwszych zgrzytów między nimi a lokalną bandą rewolwerowców.
Bardzo surowy western z prostą fabułą, bez jakichś widowiskowych scen pościgów czy trwających długo pojedynków strzeleckich. Większość potyczek rozwiązuje się stosunkowo szybko, a działania głównych bohaterów ciężko jednoznacznie skategoryzować jako dobre. To, co zdecydowanie ciągnie ten film, to fenomenalnie dobrana obsada: Kurt Russell, Val Kilmer i Sam Elliott w roli wąsatych rewolwerowców zwyczajnie zachwycają. Kostiumy również na plus, dobrze oddają estetykę i ducha tamtych czasów oraz miejsca. Mimo wszystko ten gatunek nie jest jakoś specjalnie bliski memu sercu, nie czułem się zaangażowany w historię, nie odczuwałem napięcia, mimo że w teorii atmosfera powinna być gęsta. Polecam fanom westernów, powinni być zadowoleni.
Podczas podróży na ryby dwóch przyjaciół (Edmond O'Brien i Frank Lovejoy) popełnia błąd swojego życia. Zabierają tajemniczego autostopowicza (William Talman), który okazuje się być psychopatycznym mordercą. Mężczyzna uciekł z więzienia i za wszelką cenę chce dostać się do Santa Rosalia w Meksyku.
Fajna polecajke dał chatgpt bo szukałem w miarę krótkiego filmu na CDA.
Trzyma ciągle w napięciu a William Talman idealnie wpisał się w role zabójcy, do tego jak spał to z jednym okiem otwartym.
@Herr_Tygrysek i to głównie w latach 50. Też znam tylko "Autostopowicza", ale kojarzę ją z jakieś edycji Nowych Horyzontów, czy American Film Festival, gdzie miała swoją retrospekcję.
Ogólnie jej fenomen polegał na tym, że kręciła całkiem zgrabne pełnometraże w czasach, gdy Hollywoodem rządzili faceci. Tak myślałam też, ale po obejrzeniu "Autostopowicza" pomyślałam, że to nie tyle co zgrabne kino, ale po prostu dobre i z polotem.
1124 + 1 = 1125 Tytuł: From Overshadowed to Overpowered: Second Reincarnation of a Talentless Sage Rok produkcji: 2026 Kategoria: Anime / Akcja / Przygodowy / Fantasy Reżyseria: Hisashi Ishii Czas trwania: 4h 48min Ocena: 2/10
Tytuł oryginalny: Rakudai Kenja no Gakuin Musou: Nidome no Tensei, S-Rank Cheat Majutsushi Bouken-roku Format: ONA, 12 odc, 24min/odc | Źródło: Manga | Studio: EMT Squared | Ocena na AniList: 6.2/10 | AniList | MyAnimeList
Hej ChatGPT, wygeneruj mi anime z defaultową czarnowłosą postacią nastolatka który zreinkarnował się ponownie w swoim świecie po 400 latach z zachowaniem swoich wspomnień i umiejętności. Zrób aby umiejętności magiczne ludzi po tym czasie znacząco podupadły tak, że nasz główny bohater mimo, że wcześniej przeciętny teraz był totalnie OP. Następnie powsadzaj sztampowe dla gatunku wątki. Zacznij od tego, że początkowo ukrywa swoją moc ale coś go zmusza żeby się ujawnić i robić sieczkę ze swoich przeciwników. Następnie każ mu się zapisać do akademii magii gdzie ponownie mimo, że miał się ukrywać zapomina o tym i zaś wszystkich szokuje swoimi umiejętnościami. A no i zapomniałbym, powrzucaj gdzie się da losowo totalnie niepotrzebne ecchi. Matka głównego bohatera oraz któraś z jego generycznych towarzyszek powinny mieć o l b r z y m i e b i m b a ł y oraz kobiety w tym świecie to wgl powinny chodzić pół nago z dupami na wierzchu żeby napalonym nastolatkom się podobało. Reszta fabuły, postacie i ich charaktery totalnie obojętne, weź zrób kopiuj wklej z innych popularnych serii. Nie musisz się jakoś bardzo starać, jak nie masz pomysłu na rozwój wątku to zrób aby MC po raz kolejny zaszokował wszystkich swoją potężną magią albo daj ujęcie na d⁎⁎e którejś z bohaterek.
1123 + 1 = 1124 Tytuł: The Apothecary Diaries Rok produkcji: 2023 Kategoria: Anime / Drama / Mystery Czas trwania: 9h 12min Ocena: 6/10
Tytuł oryginalny: Kusuriya no Hitorigoto Format: TV, 24 odc, 23min/odc | Źródło: Light Novel | Studio: OLM, TOHO animation STUDIO | Ocena na AniList: 8.8/10 | AniList | MyAnimeList
Opowieść o zielarce Maomao, która zaczyna prace w pałacu wzorowanym na imperialne chiny(cesarz i konkubiny).
Kilka pierwszych odcinków było ciekawe, historie otruć, zapoznanie ze światem, systemem pałacy ale potem jakoś do ok.18 odcinka to mnie nudziło, a główna bohaterka trochę irytowała, bo jest napisana tak, że jest wszystkowiedząca. Ja jednak wolę bohaterów z wadami. Maomao jest przedstawiona tak, że wie wszystko i potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji.
Ale w końcówce wszystko się bardziej pospinało i zaczął się wątek, który mnie zaciekawił.
Po ocenach liczyłem na coś więcej. Jest to w miarę przyjemne do oglądania, ale mi aż tak do gustu nie przypadło.
Jeszcze nie oglądałem ale jesteś pierwszą osobą którą widzę która na to narzeka więc podejrzane xd. Dosłownie każdy mi to poleca i się nawet zastanawiałem czy nie zacząć od książki od razu bo to jest najlepiej sprzedająca się light novel w ostatnich latach. A ty mi tu wyjeżdżasz z jakimś marnym 6/10 xD.
Czas trwania: 70 odcinków od długości do ok. 50 min do 1h 30 min
Ocena: 8/10
Przygody Poirota były przenoszone na ekran kilkanaście razy, ale żaden aktor wcielający się w rolę małego Belga nie stworzył tak ikonicznej roli jak David Suchet. Co tu dużo gadać, gość urodził się do tej roli.
Drugi plan też świetnie zagrał. Szkoda jedynie, że kapitan Hastings, panna Lemon i inspektor Japp nie pojawiali się w późniejszych przygodach Poirota, a Ariadna Oliver we wcześniejszych :upside_down_face:
Pod względem technicznym serial bardzo dobrze zrealizowany, TVP i TVN powinny się uczyć, jak się kreci retro kryminały, (a zwłaszcza, że ludzie w dwudziestoleciu międzywojennym nie mieszkali w mieszkaniach mrocznych jak zamek Drakuli). Fabularnie bywało różnie, często za bardzo schematycznie, co wynika z materiału źródłowego - Agatha Christie lubiła mielić pewne schematy postaci i wątków.
Bądź mną, dzieciakiem: Jakiś serial detektywistyczny gdzie koleś spędza masę czasu na pitoleniu się z wąsami (wąsy były wtedy mega passe bo to nie lata 70-te), ma do tego specjalne nożyczki, dużo siedzi przed lustrem, i Bóg wie co jeszcze.
Mija kilkadziesiąt lat: Mam mega wypasione wąsy, bawię się w różne woski sroski od jednego norwega, zakręcanie, skręcanie, shit is cash, jestem eleganckim mężczyzną z klasą.
TVP i TVN powinny się uczyć, jak się kreci retro kryminały,
* Ale to nie jest wina, "bo polskie". Jeśli chcesz ganić nasze stacje, to wystarczy pokazać za przykład brytyjską "Utopię", bo seria Poirot to inny para kaloszy, projekt na dekady.
* Sam serial, to było podejście, że chcemy "zekranizować wszystko". I to miało kryzysy budżetowe na następne odcinki. A to też ewolucja technologii kamer.
* Suchet wymiata, bo przed pierwszą ekranizacją przewertował wszystko i stworzył listę ponad 100 cech postaci do aktorstwa metodycznego tejże postaci.
@wielkaberta trochę jest wina tego "bo polskie", nasi reżyserzy serialowi idą na łatwiznę i robią copy paste pomysłów poprzedników niezależnie od budżetu, jakim dysponują. Skąd np. w naszym kinie retro takie zamiłowanie do wnętrz ciemnych jak trumna? W dwudziestoleciu międzywojennym ludzie nie mieszkali w mieszkaniach przypominających lochy. Odpowiedź jest prosta, pojawiło się to w którymś serialu retro i reszta miernot to zaczęła stosować. I tak jest ze wszystkim, klepanie tych samych schematów fabularnych, zatrudnianie w kółko tych samych aktorów do tych samych typów ról itd. A teraz wystarczy sobie porównać współczesne seriale z serialami kręconymi za PRL, tamte też cierpiały na niedostatki budżetu, ale że reżyserzy mieli talent i wizję artystyczną, umieli stworzyć klasyki, które dzisiejsze serialidła zjadają na śniadanie.
nasi reżyserzy serialowi idą na łatwiznę i robią copy paste pomysłów poprzedników niezależnie od budżetu
Ale znowu to nie porównujmy do serii Poirot. Ponad 20-letni projekt ma się nijak do projektu na niecałe 5 lat.
A głównym problemem jest, że obecnie serial ma się zmieścić w pół godziny. PRLowskie śmiało ciągnęło się od 40 minut aż do godziny. Ojciec Mateusz cierpi na tym bardzo, będąc skazanym na ciasną ramówkę, coś co jest absolutnie złe dla detektywistycznego show. Nie rozwiniesz suspensu w takim czasie. Ha tfu.
To intryga w Stawce większej niż Życie czy w 07 zgłoś się jest o wiele ciekawsza, bo masz dużo czasu na zestawienie.
@wielkaberta w Poirot już od pierwszych odcinków widać, że twórcy mieli konkretny pomysł na serial, postacie, wizualny klimat itp. U nas niestety podobnych pomysłów brak, odpalasz pilota i widzisz że to kolejna produkcja, która powstała tylko po to, żeby twórcy dostali zapłatę od TV i im wisiało, że robią chałturę. Ekipy kręcące dla Netflixa jeszcze jakkolwiek się starają, ale ci, co kręcą dla TV mają totalnie wywalone na jakość produkcji i czy odniesie sukces, czy będzie cancel po jednym sezonie.
Ciekawa uwaga z Ojcem Mateuszem, we włoskiej wersji odcinki trwały chyba z godzinę? Tak przynajmniej pokazuje Filmweb. No ale nawet, jeśli odcinek trwa ok. 1h też może wyjść kaszana, jeśli nie ma dobrego pomysłu i dobrej ekipy, Langer z zeszłego roku jest tego najlepszym przykładem.
Czas trwania: Raczej nie tyle, ile podaje dystrybutor
Ocena: 9/10
Chłop trafił na prawdziwy thriller i akurat miał ze sobą kamerę.
Nie tłumaczą za bardzo o co chodziło z Theranosem, więc warto chyba przeczytać Wikipedię przed seansem. Ja tam miejscami nie ogarniałem, ale to na szczęście nie jest kluczowe w tym filmie.
Nie tłumaczą za bardzo o co chodziło z Theranosem, więc warto chyba przeczytać Wikipedię przed seansem. Ja tam miejscami nie ogarniałem, ale to na szczęście nie jest kluczowe w tym filmie.
@Piechur wbrew nazwie niezbyt ciekawie gada. Być może to nawet AI mówi. Ale YT podrzucił mi filmiki, gdzie Amerykanie, którzy ją poznali opowiadają o sprawie i to dopiero było ciekawe.
Nie wiem co mi odwaliło, ale wystraszyłam się, że zaraz premiera trójki i trzeba sobie odświeżyć poprzednie części. No ale pierwotny plan miałam taki, by to poszło ciągiem dosłownie kilka dni przed pójściem do kina.
Niezrozumiały impuls nieco nadpsuł ten plan, ale trudno - drugą część rewatchnę sobie dopiero przed wyjściem do kina.
Co tu dużo pisać? Bardzo zgrabne wejście do historii - poznajemy rodzinę Atrydów i całą resztę, tylko Chani pojawia się dopiero pod koniec.
Zdjęcia sztos, muzyka, fajni aktorzy, ale bez efektu wielkiego ekranu ucięło mi punkcik w ocenie.
Musiałam sprawdzić o co chodzi z ową pastą, nie znałam jej przyznaję i chatgpt wyskoczył mi z fajna nazwą "horroru atmosferycznego".
Tak, to coś w tym stylu.
Czyli Clark, właściciel salonu meblowego znajduje tajemnicze przejście do przedziwnego świata, pozbawionego innych ludzi, żółte ściany, jakby niedokończone pomieszczenia, które istnieją w niekończącym się labiryncie.
Ale ktoś tam jest, ktoś tam przebywa. Kto? Tego dowiemy się dopiero wtedy, gdy do tego dziwnego świata przejdzie zaciekawiona terapeutka Clarka.
/możliwe spoilery/
Czy mi podpasowało wyjaśnienie? Nie do końca, bo albo to jest dekonstrukcja psychiki złamanego człowieka w skrzywionej nadrzeczywistości, albo naprawdę to miejsce istnieje, niczym Strefa X w "Anihilacji". Bo w końcu terapeutka kończy jako kolejny NCP w Backrooms, a z drugiej strony mamy wątek tajnej organizacji badającej to miejsce.
Widocznie to wszystko w jednym - a Bacrooms niczym solarisowa planeta reaguje na człowieka.
Fajny klimat, to muszę przyznać, ale owo wyjaśnienie-niewyjaśnienie nieco mi zepsuło seans. Ok, nadaje się to do przemyśleń, ale czegoś ewidentnie tam brakuje, więc czy nie lepiej było zawiesić tajemnicę jeszcze wyżej i nie bawić się w rozwiązanie? Trudno mi powiedzieć.
W każdym razie oglądało się dobrze, podobało się to dla mnie.
@Mahjong - backrooms to projekcja wspomnień (głównie traum - bo te są najsilniejsze) ludzi, którzy tam się znaleźli.
Szczegóły tych wspomnień, w zależności od warunków, się powoli rozmywają oraz nadpisują aż zostaje jedynie faksymila. Jest wiele wejść do bakrooms i film sugeruje, że ciągle pojawiają się nowe. Moja teoria jest taka, że wygląd backrooms jest zlokalizowany oraz płynny i na ich obecny wygląd na pewnym obszarze oddziaływują najsilniej osoby tam przebywające - dlatego dla każdego backrooms będą wyglądać inaczej i jeśli jest więcej niż jedna osoba w pobliżu to jej wspomnienia zmienią trochę wygląd już wcześnie zbudowanego backroom utworzonego ze wspomnień osoby, która była tam wcześniej.
Kiedyś słyszałem, że nie byłoby Coco gdyby nie Księga życia, także w tym roku sprawdziliśmy o czym jest ta animacja i po części rozumiem te komentarze, ale też nie oddają całej prawdy. Animacja Jorge R. Gutiérrez opowiada nieco inną historię, ale w tym samym settingu meksykańskiego święta zmarłych. Dostajemy tutaj trójkę bohaterów, ktorzy są uwikłani w boski zakład, gdyż bogini dobrego życia pozagrobowego La Muerta (w polskiej wersji La Catrina) założyła się z bogiem zapomnienia Xibalba, o to kto zdobędzie serce pięknej Marii - czy będzie to muzycznie uzdolniony Manolo czy też odważny Joaquin (w polskiej wersji Joachim, o zgrozo).
W porównaniu do Coco to tutaj dostajemy mniej emocjonalną historię, ale za to z dużą dawką humoru takiego zarowno dla najmłodszych, jak i nieco starszych odbiorców. Shrek to to nie jest, ale powietrze uszło nosem kilka razy. Muzycznie rownież produkcja Pixara stoi lepiej jeżeli chodzi o piosenki oryginalne, natomiast tutaj dostajemy kilka znanych utworów (Radiohead!). Sama animacja jest specyficzna i trzeba się do niej przyzwyczaić. Nie do końca moje klimaty to były, ale jest starannie zrobiona.
Ogólnie bawiłem się dobrze, ale w przyszłym roku wrócę do Coco, a nie do Księgi życia.
@zuchtomek a z tym się zgodzę, że tam już po 15 minutach znasz wszystkich i ich rolę, tutaj troszeczkę dłużej. Natomaist mimo tego, wzruszki są na pixarze, a tutaj było takie "no ok, spoko" i tyle :smiley: