Wykonawca: Lustmord & Dave Lombardo Utwór: Paleomagnetic Resonance
Album: The Pulse Of Atoms
Dziś swoją premierę ma wydawnictwo bardzo nietypowego duetu. Brian Williams (Lustmord) jest popularnym kompozytorem muzyki ambientowej wykorzystującym nagrania terenowe. Dave Lombardo natomiast jest perkusistą znanym przede wszystkim z występów w kapelach metalowych takich jak Slayer, Grip Inc, Testament czy Fantomas.
“Civilisations are not won and held by men who give straight answers.”
Krótka nienumerowana powieść w ramach cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra chronologicznie umiejscowiona pomiędzy IV a V częścią.
Perturabo z żelazną konsekwencją realizuje plan oblężenia w imieniu Mistrza Wojny, tymczasem Magnus ma w tej wojnie własne cele.
Nie przepadam za Karmazynowym Królem i jego świtą egipskich czarowników. Trochę za dużo magicznego ugabuga, co w połączeniu z kwiecistym i pełnym metafor stylem Grahama McNeilla sprawiło, że nie była to najłatwiejsza lektura.
Mimo to książka stanowi wartościowe podsumowanie tematów rozpoczętych jeszcze w “Tysiącu Synów” i łączy je w spójną całość z kilkoma wątkami z innych powieści i opowiadań. Przy okazji zawiera kilka ciekawych nawiązań do wcześniejszych treści, niekoniecznie bezpośrednio związanych z Magnusem m.in. "Ostatni Kościół".
Nawet zdarzyło mi się uśmiechnąć kiedy Bodvar Bjarki adoptował sobie trzy Salamandry nie pytając ich o zdanie.
Lektura nieobowiązkowa, ale domyka kilka spraw i stanowi punkt zwrotny w kwestii motywacji Magnusa.
Method Man zawsze będzie mi się kojarzył jako Cheese z serialu The Wire, gdzie pasował po prostu idealnie i miał jedne z najbardziej absurdalnych tekstów.
"N***a, I'm gonna kill you twice."
Żeby nie było Wu-Tang Clan, które wszyscy znają, to proponuję duet z Redmanen.
Zdradzieckie Legiony zdobyły pierwszy ważny przyczółek wokół Pałacu Imperatora. Lojaliści świadomi, że ich zasoby nie są nieskończone, muszą podjąć trudne decyzje.
Dan Abnett namalował książkę serią wymownych obrazów: smutnych, wzniosłych, brutalnych, często symbolicznych.
Niemal na samym początku zdarzyła się wpadka w kilku dialogach. Zamiast teatralnej maniery, trafily się zbyt potoczne, w jaskrawie niepasujący sposób. Rozumiem, że tak mogą mówić cywile, najemnicy czy rekruci, ale nie melancholijny i raczej powściągliwy Aksymand, a przeklinający Jaghatai Khan to już przesada. Odniosłem wrażenie jakby aktor wypadł z roli albo jakby te fragmenty dialogów napisała zupełnie inna osoba. Na szczęście później już wszystko wraca do normy.
Autor ponownie po mistrzowsku operuje formą. Da się zauważyć, że fragmenty opisujące Sanguiniusa są malownicze i heroiczne, zaś te dotyczące legionistów Imperialnych Pięści wyróżniają się bardziej uporządkowaną strukturą i surowym językiem (wyraźnie to widać w wątku, w którym występuje Camba Diaz). Jedna z bitew zaś została przedstawiona w postaci precyzyjnie koordynowanej operacji specjalnej w stylu Toma Clancy’ego.
Wiarygodnie napisane zostały też postaci, zarówno stare jak i nowe. Szczególnie ciekawie rozwijały się losy Abaddona wraz ze wspaniałą sceną z pięcioma etapami żałoby. Można było wyczuć, że był już powoli przygotowywany do nowej roli.
Wrócił Sindermann, więc oczywiście przemycona została szczypta rozważań filozoficznych poruszających tematy moralności, wiary czy prawdy. Wpadło przy okazji trochę ciekawostek dotyczących przeszłości Imperatora.
Książkę kończy seria dramatycznych, lecz bardzo zróżnicowanych walk, w których żywota dokonało kilka znaczących postaci po obu stronach konfliktu. Jedni otrzymali śmierć piękną, inni nieoczekiwaną, jeszcze inni przez nikogo nie zauważoną.
Znakomita część, emocjonująca opowieść, którą pochłonąłem z przyjemnością.
Poza konkursem, bo to każdy powinien znać. Chłop specjalnie dla was nocował z dyktafonem w jaskini, żeby nagrać te różne trąby tybetańskie, pomruki i trzaski z takim pogłosem. Najbardziej polecam posłuchać sobie w nocy na dobrych słuchawkach.
Jeśli zamknęliście maszynę na przywodziciele, to wczoraj przetestowałem dla was taki wynalazek jak wykroki boczne z półsztangą (landmine lateral lunges). Półsztanga ma ten plus, że można się na niej lekko podeprzeć.
Dziś chodzę jak rewolwerowiec w spaghetti westernie i ledwo wstałem z kibla, czyli działa. Polecam.
Na popularnym serwisie perfumowym uczestniczyłem niedawno w rozmowie dotyczącej serialu IT Crowd i ktoś wspomniał Richmonda i jego zamiłowanie do Cradle Of Filth. Tym oto pokrętnym sposobem przypomniał mi się jeden z najbardziej kiczowatych teledysków w historii.
@skorpion najlepsze jest to, że pierwszy raz obejrzałem to nie na Youtube, a z takiej oto płyty dodanej do wydania Metal Hammera. "The Drapery Falls" i "Zohak" to naprawdę super kawałki
@skorpion nie zbierałem wszystkich numerów, bo na temte czasy to był relatywnie drogi magazyn, więc często kupowałem na przecenach, ale pomarańczową to pamiętam tą
Częścią koncepcji CoF jest stylistyka totalnie "over the top", więc ten zamierzony kicz im pasuje - wiele takich teledysków maja.
Z okołometalowych, najbardziej mnie bawią stare teledyski Within Temptation, też wybitnie kiczowate, ale tam ten efekt jest niezamierzony. Co też ma swój urok.
Nowela w ramach cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra chronologicznie umiejscowiona pomiędzy III a IV częścią.
Wystarczy jedno spojrzenie na okładkę, by domyślić się, kto będzie bohaterem książki. Graham McNeill odchodzi na chwilę od głównych wydarzeń skupionych wokół Pałacu Imperialnego by przedstawić dalsze losy styranego krążownika Sisypheum i jego załogi złożonej z garstki legionistów Rozbitych Legionów ocalałych z masakry na Isstvanie V. Mieliśmy okazję spotkać ich już wcześniej m.in. w powieści “Anioł Exterminatus” czy opowiadaniu “Kryptos”. Sabik Wayland, Nykona Sharrowkyn, Atesh Tarsa i spółka docierają do Układu Sol by dołączyć do obrony Terry, kiedy niespodziewanie odbierają tajemniczy sygnał z Luny.
“Sons of the Selenar” to tak naprawdę historia wojenna typu “misja ponad wszystko” tylko osadzona w realiach Herezji Horusa. Po trzech złożonych i wielowątkowych powieściach taka zwarta i jednowątkowa forma okazała się miłą odmianą. Znakomicie napisana historia, pełna emocji i wartkiej akcji, stanowiąca sentymentalne pożegnanie z grupą niezłomnych bohaterów.
“I would rather win a battle fighting for nothing than loose one.”
III część cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra
Niestety, w stosunku do pierwszych dwóch, bardzo przyzwoitych części, zjazd jakościowy jest wyraźnie odczuwalny.
Po pierwsze, chronologia powieści jest poprzestawiana w wyjątkowo chaotyczny sposób i każda perspektywa obejmuje nieco inny przedział czasowy. Problem w tym, że odcinki czasowe nie są wzajemnie rozdzielne i odległe - nie ma tak, że jeden wątek dział się w teraźniejszości, a drugi lata wcześniej. W “The First Wall” różnice czasowe sięgają często zaledwie kilku dni i\\lub przedziały czasowe częściowo nakładają się na siebie, więc istnieją bezpośrednie powiązania przyczynowo-skutkowe pomiędzy wydarzeniami, które zupełnie niepotrzebnie zostały zamienione miejscami. Autor co prawda częściowo uzasadnił takie podejście w posłowiu, ale nie zmienia to poczucia nieuporządkowania, bo dobrej książki nie trzeba tłumaczyć.
Po drugie, Gav Thorpe nie wyciągnął wniosków z poprzednich powieści i nadal wypełnia objętość niepotrzebnymi opisami prozaicznych czynności. W “Angels of Caliban” zanudzał jak chłop jechał czołgiem, a w “The First Wall” poszedł tym tropem jeszcze dalej i rezerwiści jadą pociągiem przez kilka rozdziałów - ze wszystkimi szczegółami: jak pociąg nadjeżdża, jak wsiadają, zajmują miejsca i wykonują inne nic nie znaczące czynności o absolutnie zerowym wpływie na cokolwiek. Nikogo to nie obchodzi.
Podobał mi się natomiast “Wietnam” Forrixa i jego oddziału pozostawionych bez wsparcia na terytorium wroga, bo zawarł w tym epizodzie cały etos Żelaznych Wojowników. Było też trochę innych, bardziej udanych elementów jak przemyślenia Abaddona, stopniowa przemiana Kharna, czy kilka dramatycznych pojedynków.
Niby tragedii nie było, ale niezbyt mi się podobało, nie licząc satysfakcjonującej końcówki, w której jedne wątki się całkiem sprytnie połączyły, a inne dobiegły końca. Jednak wydarzenia w ramach cyklu “The Horus Heresy: Siege of Terra” mają charakter liniowy, więc nie bardzo daje się cokolwiek pominąć.
Wiele razy było, wiem. Jak tak technicznie przeanalizować, to ten album jest w zasadzie bardzo standardowym black metalem, bez wodotrysków, choć ze świetną perkusją. Tylko, że nie chce się znudzić, wpada w ucho (np. ten riff w Exercises in Futility I, wiecie który) i często do niego wracam. A najbardziej lubię początek i samą końcówkę.
@saradonin_redux Muzycznie to czysta ewolucja z Burzum - bleku oparty na gitarze rytmicznej grającej transy i prowadzącej grającej melodyjki w tremolo. Absolutnie nic odkrywczego w ramach muzyki czy gatunku, ale doprowadzone do perfekcji.
Ciekawi mnie, jaka będzie nowa płyta. Od Grozy do Exercises słychać wyraźną ewolucję, szlifowanie formy. Age of Excuse jest identyczne pod każdym względem do Exercises. Trzecia taka sama płyta mogłaby być przeginką i mam nadzieję, że zespół podobnie to widzi i stąd taka długa przerwa, szukają nowej formuły.
A tak w ogóle: Kriegsmaschine, długo długo nic, Mgła 😆
@Shagwest Hauntologist też był ciekawym skokiem z bok, choć moim zdaniem najlepiej tam wyszły właśnie te "mgliste" kawałki czyli "Golem" i "Deathdreamer"
@saradonin_redux ah uwielbiam. jest klimat, jest trans, jest ten brud - co prawda już wymieciony z kuchni gdzie sie przyrządza Jasia i Małgosię - ale jest :smiley:
“Death in the abstract is a friendlier fellow than death in the flesh.”
II część cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra
Tytuł “The Lost and the Damned” dotyczy zwykłych śmiertelników. Podczas, gdy jedni przywódcy naradzają się bezpiecznie na orbicie, a drudzy w bunkrze, jak w każdej wojnie, na pewną śmierć posyła się miliony zwykłych ludzi i jeszcze się im wpaja, że umierają za wspaniałe ideały.
W związku z tym większość opowieści mamy przedstawioną z perspektywy poborowych żołnierzy Imperium, kadry pilotów czy najemników w służbie Mistrza Wojny. Błoto, zimno, strach, krew i okopy.
“The Lost and the Damned” można z powodzeniem również rozszerzyć na prymarchów i Astartes, którzy w ramach paktu z siłami Chaosu poświęcili jakąś część samego siebie. Mimo wszystko, muszę przyznać, że Angron miał niewątpliwie efektowne wejście.
Guy Haley jak zwykle zaprezentował lekkie pióro. Tak to napisał, że nawet jeśli ktoś przegapił kilka tomów, to pobieżnie streścił kontekst w ramach strategicznej narady prymarchów. Umiejętnie wykorzystał również kilka postaci z wcześniejszych tomów Herezji.
Książka nie wniosła jakiejś rewolucji fabularnej, ale okazała się solidną kontynuacją serii
@Hoszin zależy od autora. Dan Abnett, Mike Lee, czy Guy Haley piszą raczej lekko i w miarę prostym językiem. Z kolei Graham McNeill często stosuje złożone opisy i bardziej wyszukane słownictwo. Aaron Dembski-Bowden plasuje się gdzieś po środku. Największe problemy ze zrozumieniem miałem z Jamesem Swallowem, ale to bardziej dlatego, że on lubi bardzo długie zdania o nieraz poprzestawianym szyku, więc czasem musiałem przeczytać ponownie, by załapać co autor miał na myśli.
Z uwagi na specyfikę świata pojawiają się archaizmy, jedne oczywiste jak apothecary, inne mniej. W polskim tłumaczeniu zresztą też jest tego sporo.
Na szczęście czytnik ma zainstalowany angielski słownik i wystarczy zakreślić słowo, żeby wyświetlić tooltip z definicją.
Wczoraj @Zyxx wrzucił Alcest, a teraz pomyślcie sobie, że ten sam chłop (Neige), który de facto jest Alcest, kilka lat wcześniej grał w kapeli tworzącej taki uroczy black metal z akordeonem :smiley:
@saradonin_redux nie chce mi się wymieniać wszystkiego bo za dużo pisania by było, ale przykład pierwszy z brzegu Igor Cavallera, w ilu on projektach gra i grał, i jakie gatunki muzyczne teoretycznie gryzące się że sobą. I jaki poszukać to jest bardzo duży takich muzyków, sam już tutaj kilku lub kilkunastu takich wrzuciłem
Alright buddy, I’m gonna need you to reposition that heavy bolter about ten clicks west, eh? The heretic guys are using that burned-out hab-block as a drive-thru, and I’m not about to let 'em get a combo meal out of us, pal.